Ambergris Caye. La Isla Bonita

Wstajemy z Siri o 6:00 rano i powoli wleczemy się na molo, gdzie o 7:00 mają przypłynąć nasze water taxi. Jej – do Belize City, moja do San Pedro – na Ambergris Caye. Trochę szkoda się żegnać po dwóch dniach spędzonych na słodkim nicnierobieniu w raju. Strasznie dziwna osoba, jedna z tych „Kerouacowych”. Tacy ludzie wpadają do twojego życiorysu na chwilę, a zostawiają zapisanych parę akapitów nie do wykreślenia. Umawiamy się, że spotkamy się kiedyś, gdzieś na Pacyfiku. Czemu nie? Jej łódka zabiera ją punktualnie. Mojej ani widu ani słychu. Leżę więc na pomoście z głową na plecaku i w porannej ciszy napawam się widokami Caye Caulker. Mój raj.

img_9572

Zwyczajnie nie chcę opuszczać tego miejsca. Ale mam już bilet i ciekawość popycha mnie jednak, żeby jechać dalej, zobaczyć San Pedro. Ambergris Caye to w końcu La Isla Bonita, o której śpiewała Madonna. Wszystkie przewodniki wprost pieją na temat wyspy – że piękna, że plaże, że raj. Zobaczymy.

img_9581

W końcu taxi przypływa i płynę do San Pedro. Łódka jest wypakowana w większości localsami płynącymi na wyspę z zapasami. Ktoś wiezie kartony z zieleniną, ktoś inny skrzynki pełne warzyw, jabłka, banany, jakieś plastikowe rury… brakuje tylko kurczaków. Wszystkie te pakunki zajmują sporo miejsca, przez co trzeba siedzieć na zewnątrz. Mi to pasuje. Słońce i wiatr! I widoki: lazurowa woda i znikające w oddali namorzyny. Kiedy po ok. 40 minutach dopływamy do Ambergris Caye od razu widać różnicę. San Pedro to już miasteczko. Widać jakieś pojedyncze kominy, wieże ciśnień, słupy wysokiego napięcia. Hotele, pełno hoteli, pomosty, łodzie. Pełno jachtów i katamaranów zacumowanych na szelfie. To już w większości nowobogackie mydelniczki za miliony dolarów.

img_9686

Ruch, gwar. Widać, że to o wiele większe miejsce niż Caye Caulker. Też piękne, ale lepiej zorganizowane. Wysiadam z łodzi – duży pomost, wózki na bagaże, kolejki. Nerwowe krzyki obsługi. Nie ma już tego luzu, który w CC od pierwszej chwili utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem w raju. To przetwórnia turystów z USA. Dosłownie przetwórnia. Taki Amerykanin przylatuje tu na 5-7 dni na wycieczkę kupioną za w pakiecie lot+hotel za jakieś 1 500 USD. Po czym jest przerabiany. Z dużej i bladej kupy mięsa, po kilku dniach leżenia przy hotelowym basenie, ewentualnie na plaży, pływania w kajaku, snorkelingu i wizytach w restauracjach serwujących nieprzyzwoicie świeże i pyszne ryby i owoce morze, za jeszcze bardziej nieprzyzwoite ceny – Amerykanie wyjeżdżają już pięknie opaleni, jeszcze więksi. A konto chudnie o jakieś 3 000 USD. Za jedzenie, picie, kajaki, wycieczki itd. Tak działa San Pedro. Palmy, piasek, glamour. Jak w teledysku Madonny.

img_9593

Aż mną wzdryga kiedy sobie zdałem sprawę, gdzie trafiłem. Od razu chcę wsiąść z powrotem na łódkę. Nie mogę na to patrzeć. Nie mogę pojąć po co ludzie przyjeżdżają aż tutaj, żeby siedzieć na tyłku w hotelu – jaki by nie był ładny. To samo mogą zrobić bliżej – na Florydzie. Tam też jest ciepło, też są Karaiby a jest bliżej. Później się dowiedziałem, że tu jest zwyczajnie taniej. Poczułem się jak w Egipcie. Hotele, kasa, kasa, kasa, przerób turystów. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że w takich miejscach stają się właśnie mięsem na taśmie produkcyjnej. Ale widoki są przepiękne. Cały czas ta śliczna woda, piasek, palmy. No i snorkeling. To właśnie tutaj – w Parku wodnym Hol Chan Marine Reverve są podobno najpiękniejsze widoki. Zostanę tu dwa dni. Wycisnę z tego miejsca najwięcej jak się da. Będę się trzymał z dala od przetwórni turystów i fabryk szczęścia.

img_9635
Moja podróż robi się coraz ciekawsza. Dzień wcześniej podczas snorkelingu i robieniu zdjęć pod wodą, mój iPhone przestał działać. Wraz z Siri i jej małym białym laptopem, straciłem całkowicie łączność ze światem. Nie miałem internetu, nie mogłem nigdzie zadzwonić, nie miałem nawet zegarka. Byłem wolnym człowiekiem! Przez pierwsze 24 godziny człowiek się wierci. Nie może się odzwyczaić od sięgania po telefon. Jak nie działa, to nie ma problemu. Owinąłem go białym kabelkiem i schowałem na dno plecaka, żeby nie korcił. Wolność – bez Internetu, Facebooka, nawet bez zegarka. Mam w końcu wakacje. Nie będzie kłócenia się z Bzu gdzie jest właściwy raj – u mnie w Caye Caulker, czy u Niej w Puerto Escondido, w Meksyku. Okazało się później, ze są dwa: Jej tam, mój tu. Nie będzie map Google, które pomagały mi się odnaleźć w każdym miejscu. Nie będzie szukania hoteli. Wracamy do źródeł – ludzie, pytanie, książki, mapy papierowe. Cofam się więc w czasie do zamierzchłych czasów przed smartfonami.

img_9654

Hotele naokoło, to jakiś cenowy kosmos. Nie ma nic tańszego niż 200 BZD za noc. Za to dają śniadania, jest basen, ręczniki na plażę. Jasne… W Lonely Planet znajduję wzmiankę o Pedro’s Inn Hotel. Podobno najtańszy na całej wyspie. Jest nawet mapa jak tam dotrzeć. Oczywiście jak to w przewodnikach LP, zupełnie nieprzydatna. Błądzę po mieście aż docieram do Pedro’s. Miejsce nie szczególne. To nie jest hotelik przy plaży, tylko na tyłach lotniska. Idzie się obok jakiegoś weterynarza, potem za magazynami… jakaś boczna uliczka. Wygląda średnio. Ale w środku okazuje się całkiem przyjemnie. Tak naprawdę przekonał mnie właściciel – Peter.

img_9601

Wchodzę do biura a tam Anglik ok. 50 lat – wygląda jak woskowa figura Anthony’ego Bourdaina – siedzi rozwalony w fotelu z nogami na biurku i gada przez telefon. Kiedy mnie widzi, macha na mnie ręką, żebym sobie gdzieś tam usiadł i mu nie przeszkadzał. Gada jeszcze przez jakieś 15 minut. Nie chce podsłuchiwać, ale siłą rzeczy jego rozmowa wwierca mi się do głowy. Peter kombinuje z jakąś barką pełną żwiru. Przy okazji załatwia jakieś sprawy sądowe – okazuje się, że gada z prawnikiem (zamawia u niego żwir!?). Abstrakcja totalna. Po rozmowie wita mnie i zaczynamy rozmawiać. Od razu wiedziałem, ze chce tu zostać. Nie ważne jak wygląda pokój. Nie ważne ile kosztuje. A wieczorem chce tu siedzieć i słuchać tego gościa. Okazuje się że noc kosztuje 30 BZD, co faktycznie na te warunki jest super ceną. W hotelu jest fajna altanka, rosną bananowce, można poleżeć na hamaku w cieniu. Jest przyjemnie. Jest naturalnie. Swobodnie. To nie jest przetwórnia. To jest nieco zadupiasty hostel. Do tego mam 5-cio osobowy dorm dla siebie.

img_9612

ytam o snorkeling w Hol Chan. Jest za 90 BZD. Peter mówi, że zdążę jeszcze na dzisiejszy o 14:00, ale lepiej płynąć jutro, bo będzie lepsze światło. Dzisiaj jest trochę chmur. Pytam dlaczego tak drogo. Odpowiada, że jeżeli mi się nie spodoba, to nie weźmie ode mnie kasy. Po czym dodaje, ze jestem Polakiem, więc oczywiście z automatu mi nie uwierzy! Uwielbiam go. Biorę!

img_9664

Po załatwieniu spraw organizacyjnych lecę na plażę. Nie wiem która godzina, nie mam telefonu. Po prostu idę obejrzeć wyspę. Najpierw idę na północ, aż do końca wyspy. Mijam wszystkie hotele i hoteliki. Po lewej mam smażących się turystów, dzieci ganiające się po plaży, po prawej lazurową wodę, pomosty i łódki. Wszystko dopełniają prześliczne palmy kokosowe. Za mną zaczynają się szwendać jakieś psy. Mimo wszystko jest przyjemnie. Nie przejmuje się przetwórniami. Jestem obok. Delektuje się pięknem wyspy. Jest naprawdę piękna. W odróżnieniu od Caye Caulker ma plażę. Nieporównywalnie lepsze warunki do wylegiwania się na słońcu, lepsze zejście do wody. Ale to i tak nie są idealne plaże Cancún.

img_9624

Przechodzę przez miasto w poszukiwaniu jakiegoś jedzenia. W ogóle samo miasto to egzotyka. Szczególnie północna część. Tutaj prawie nie ma turystów. Nie widać białych. Biali siedzą w przetwórniach i się smażą. Po co maja wychodzić? Wszystko mają na miejscu. Słońce, wodę, jedzenie i sklepy z pamiątkami. Cieszę się, bo okazuje się, że San Pedro to nie tylko hotele. Hotele są tylko fasadą, widoczną od strony morza – wyglądają idealnie. W środku jest prawdziwe karaibskie miasteczko. Niezbyt urodziwe, ale w tym właśnie tkwi jego czar. Abstrakcyjne supermarkety z połową półek pustych i ciepłym piwem, prowadzone przez Chińczyków lub Hindusów. Pożółkłe etykietki dżemów z papai i bananów. Amerykańskie masło orzechowe. Klapnięte, zwiędłe warzywa. Wędliny zamrożone – tak tu jest gorąco. Lokalna piekarnia, gdzie za 2 BZD nakarmią przepysznym puddingiem chlebowym. Aż miło chodzić po tym miasteczku.

img_9599
Przy plaży czar trochę pryska. Zaczepiają mnie localsi. No więc siedzi trzech gości w bliżej nieokreślonym wieku, z długimi dredami, przekrwionymi oczami i podpitych. Zapraszają do siebie na łódkę, proponują piwo i palenie największego jointa jakiego w życiu widziałem. Normalnie obraz jak z teledysków Snopp Dogga. Grzecznie odmawiam, wiec proponują dalej. A może „Belizean pussy”?. Też mnie jakoś ta perspektywa nie kręci. W końcu jeden prowadzi mnie do swojego straganu i chce wcisnąć jakieś pamiątki. Miał nawet ładne figurki żółwi z jakiegoś lokalnego drewna, ale chciał za nie jakieś kosmiczne pieniądze. Kupiłem później, dalej, taniej.

img_9603

Localsi w Belize to jedyny dziwna sprawa. Wysocy, czarnoskórzy. Wszyscy z dredami. Czerwone oczy, białe, przerażające zęby. Odurzeni – ciągłym piciem Belikinów i paleniem skrętów. Mówią głośno i niewyraźnie. Mają bardzo agresywny ton. Wręcz krzyczą. Pijany locals kłócący się z Chińczykiem w sklepie o cenę piwa: „Tu Daalaaa!”. „Two dolars” w jego ustach brzmi jak jakieś zaklęcie szamana voo-doo. Sprawiają wrażenie nieprzyjemnych, namolnych. Można się ich bać. Na pewno trudno czuć się w ich towarzystwie swobodnie. Ja, mimo mojej otwartości wobec ludzi, jakoś trzymałem pewien dystans. Kilka razy spotkałem się z opinia ludzi mieszkających tu, że nikt nie ufa facetom z dredami, bo nie wiadomo co taki może zrobić. Cos w tym jest. Z drugiej strony, nie spotkało mnie w sumie nic złego z ich strony. Raczej zabawne historie, kiedy naprawdę czymś oszołomiony rasta zobaczył mnie przy kasie zrobił wielkie oczy i krzyknął na cały głos „Yu a taaa maadafaakaa! Yu play baskabaa?” Zrozumiałem, że zapytał, czy z racji mojego wzrostu gram w kosza. I prawie każdy chce Ci sprzedać – jak dziękujesz kiedy pytają o „palenie”, oferują „wciąganie”. Wieczór, 22:00, plaża, ciężarna kobieta podchodzi i mówi: „Hey man, don’be shy, get high”

img_9672

Na spacerze po plaży i zwiedzaniu miasta zszedł mi prawie cały dzień. Wracając znalazłem świetne miejsce, gdzie serwowali za grosze salwadorskie pupusas. Przepyszne placki z maki kukurydzianej nadziewane mięsem i fasolą. Pilnuję ustalonego wyjazdowego budżetu, co na Belize nie jest łatwe, więc lokal spada mi z nieba.

img_9680

Wieczorem hotelowa knajpa jest dość pusta. Jest dzień po św. Patryku. Podobno wczoraj była mocna biba. Petera też nie ma, Internetu nie ma, a ja jestem zmęczony, wiec najzwyczajniej w świecie idę spać.

Rano budzi mnie dziewczyna z recepcji. Nie mam przecież budzika! Jest 9:00 a to oznacza wyjazd na do Hol Chan na snorkeling. Meleks już podjechał pod hotel, parka amerykanów już czeka. W trzy minuty jestem gotowy: kąpielówki, czapka, krem do opalania i GoPro – chcę robić zdjęcia i kręcić filmy pod wodą. Nawet nie zdążyłem nic zjeść. Może będą owoce na łodzi. Meleks który nas zabiera do na łódź to jakaś kpina – jedzie 2 minuty do miejsca, gdzie szybciej można dojść pieszo. Tam czeka już łódka. Ale Amerykanie lubią.

Hol Chan Marine Reserve to rajski ogród znajdujący się na rafie położonej ok. 1 km od Ambergris Caye. Miedzy rafą a wyspą jest głębszy kanał, po którym pływają statki. Nad rafą mogą pływać tylko motorówki, bo woda ma głębokość ok. 1 metra. Prawdziwym rajem jest kanał wąski, głęboko na ok 10 i szeroki na 100 metrów przesmyk w poprzek rafy. To właśnie miejsce, w którym wolno pływać. Miałem pomysł, że aby mieć przygodę i zaoszczędzić, wezmę jakiś kajak i sam tu przypłynę. Dobrze, że kajaki kosztowały 80 BZD za godzinę i tego nie zrobiłem. Bo miałbym problemy. Okazuje się, że snorkeling jest dozwolony tylko w dwóch miejscach. W kanale i na płyciźnie tzw. Shark Ray Alley – już druga, którą przyszło mi zwiedzić.

Do wody wchodzimy niedaleko kanału. Pierwsze zanurzenie w słonej wodzie, obracam się i nie wierzę oczom. Dosłownie 2 metry obok mnie przepiękny żółw. Nie boi się. Wolno pływa przy dnie i coś skubie. Z wrażenia aż się zachłysnąłem i musiałem wynurzyć. Trudno się przyzwyczaić, że z „fajką” nie można kręcić głową, bo można się opić słonej wody. Od razu włączam kamerę. Żółw pływa sobie z gracja i pozwala się filmować.

nowy-obraz

Pływałem z maską w kilku miejscach, widziałem sporo stworzeń, ale żadne z nich pięknem nie dorównuje żółwiowi morskiemu. To po prostu ideał. Cudo wszelkiego stworzenia. Żółwie kojarzą się raczej ze zwierzętami ociężałymi, powolnymi, bez gracji. Zupełnie nie wiem dlaczego. Pływający żółw to widok, który dosłownie hipnotyzuje. Jest po prostu niesamowity. Wprost nie mogę się napatrzeć. Swoim pięknem i dostojnością deklasuje wszystko co widziałem. To dziwne stworzenie. Ma dziób jak ptak, jakieś takie łaciato-cętkowane płetwy i prześliczną skorupę. Aż chce się go dotknąć. Złapać za skorupę i płynąć za nim oczywiście nie wolno. Zresztą każdy, kto widział żółwia w akcji, wie, że to zwinne zwierzę. Jedno śmignięcie płetwami i żółwia nie ma. Płynę za nim jak zaczarowany i nagrywam. Mam film, na którym niemal go dotykam. W ogóle się mnie nie bał. Najcenniejsza pamiątka z Belize, to właśnie drewniana figurka żółwia – jednego z najpiękniejszych i najbardziej dostojnych stworzeń, jakie miałem okazje oglądać.

Wracam do grupy i płyniemy nad kanał. Przewodnik ostrzega aby trzymać się w grupie, bo będzie silniejszy prąd – wypychający do morza. Faktycznie, trzeba mocniej machać rękami. Same płetwy to za mało. Po drodze mijamy grupę płetwonurków, którzy gdzieś pod nami podglądają ryby i płaszczki. Niesamowite widoki. Ławice ryb. Pulsujące. Pływające w kółko. Wyglądają nierealni. Wielka ciemna masa, zmieniająca swój kształt, cały czas przeobrażająca się w coś innego. Nurek ich prawie dotyka, ja płynę kilka metrów wyżej. Niesamowite uczucie kiedy cała ta ciemna plama, zajmująca prawie całe dno, pulsuje i się rusza.

Po chwili słychać metaliczny dźwięk. To płetwonurkowie dają sobie znać. Ich przewodnik stuka czymś metalowym w butlę, żeby przywołać wszystkich. Nasz przewodnik od razu podłapuje i pokazuje nam coś ręką. Coraz większa ciemna plama na tle jasnego piasku. Ogromna płaszczka – tzw. eagle ray. Wygląda jak połączenie statku kosmicznego, latającego dywanu i rekina. Do tej pory widywałem tzw. sting ray, zwyczajne płaszczki, niewielkich rozmiarów, takie do 1 metra. Ta miała dwa razy więcej. Naprawdę niesamowity widok. Ciemna z góry, biała od spodu. Sposób w jaki się porusza jest zupełnie inny niż widzimy u zwierząt lądowych – to jasne – ale płaszczki to abstrakcja nawet jak na standardy podwodne. Kolejne stworzenie, które wydaje się psikusem ewolucyjnym. Pływamy tak jeszcze przez kilkadziesiąt minut, opływamy cały kanał, rafę po bokach. Co chwila przewodnik pokazuje inne okazy, a to jakiegoś zielonego węgorza, wyglądającego jak smok, a to małe płaszczki zakopujące się w dnie czekając na ofiary, a to jadowite koralowce. Generalnie lepiej niczego nie dotykać. Większość z tego co nas otacza może nam zrobić kuku. Najgorsze są koralowce. Wyglądają jak suchy krzak. Poparzenia bolą przez około 5 dni. Wystarczy dotknąć.

Wracając do łodzi jeszcze raz trafiamy na żółwie. Lecimy dalej, zanim zjadą się turyści. Zaczyna się robić tłoczno. Kiedy przypłynęliśmy, byliśmy drudzy, po płetwonurkach. Teraz zakotwiczonych jest już kilkanaście łodzi. Drugi przystanek to znowu płaszczki i rekiny. Kiedyś rybacy, wracając z połowów, zatrzymywali się tu i wyrzucali wszystko co zostało po czyszczeniu złowionych ryb. Jedzenie przywiodło płaszczki i rekiny, które się przyzwyczaiły. Teraz wystarczy podpłynąć i zacząć rzucać jedzenie, żeby po chwili zjawiły się dziesiątki płaszczek i rekinów.

img_6987

Potem wracam i idę na południe. Wyspa jest naprawdę duża. Dość wąska – miasto ma kilka przecznic – ale długa na kilka kilometrów. Idę wzdłuż plaży z piwem – bo mi wolno. Tutaj każdy może chodzić z butelką piwa. Obok rybacy oprawiają złowione przed chwilą ryby. Oprawiają ogromne kawałki, naokoło „sępią” już pelikany. Czekają na resztki. Ryby będą za chwilę będą serwowane na w pobliskiej restauracji na kolację. To chyba jedyny plus tych restauracji. Absolutnie świeże ryby i owoce morza.

img_9665

Chłonę obrazy tej rajskiej wyspy. Jest tego tyle, że nie wiadomo na co patrzeć: plaża, palmy kokosowe, same kokosy, piękne molo, łódki. Suszące się pułapki na kraby. Kolorowe parterowe domki. Moja świadomość wypiera fakt istnienia hoteli, przechodzę przez ich plaże i tarasy nie zwracając uwagi na turystów wylegujących się na hotelowych leżakach i pijących drinki z palemkami. Nie rozumiem jak to może sprawiać przyjemność. Siedzenie w sterylnym hotelu. Żyć ludzie!

img_9640

Idę długo, plaża wydaje się nie mieć końca. Delikatny wiatr łagodzi prażące słońce. Tak, filtr 30-stka to tutaj minimum. Nie mogę przestać robić zdjęć. Wiem, że będę miał ich setki. Wiem też, że będę do nich wracać, żeby przypomnieć sobie jak tu było. Za tydzień, za miesiąc.

img_9634

Wracam wieczorem. Włamuję się na czyjś pomost wychodzę najdalej jak się da – na altankę i kładę, żeby pooglądać gwiazdy. Byle dalej od brzegu, od światła i latarni. Niemal bezchmurne, nocne niebo w tropikach. Coś pięknego. Po raz kolejny żałuję, że nie potrafię robić nocnych zdjęć. W końcu musze się nauczyć. Lubię takie momenty. Kiedy leżysz i patrzysz w gwiazdy. Można tak przeleżeć dosłownie całą noc. Spokój zakłóca mi tylko szeleszcząca na wietrze torba z zakupami, które robiłem po drodze. Nie jest to obrazek jak z filmu, ale trudno – muszę coś jutro zjeść na śniadanie.

W hotelu impreza. Peter podejmuje dwie młode Kanadyjki, które właśnie kończą swoją 2-miesięczną przygodę od Panamy do Meksyku. Jutro jadą do Cancún. Wypijam z nimi parę piw i lecę spać. Chcę być żywy, muszę się obudzić rano. Bez budzika. Okazuje się, że się da!

img_9631

Wstaję razem ze słońcem. Nie wiem, która godzina. I w sumie nie dbam o to. Wiem, ze jeszcze przed siódmą, bo biuro hotelowe jest zamknięte. Zbieram się i idę na śniadanie. Wybieram moje ulubione miejsce, przy którym zatrzymywałem się na jedzenie już kilkakrotnie. Plaża, wykrzywiona palma, biały płotek szkoły.

img_9586

The Island Academy – ogródek z palmami i małymi domkami – dla lokalnych dzieciaków to podstawówka… Wiele razy patrzyłem na nią i zazdrość mnie zżerała, w jak pięknym miejscu jest ta szkoła. Zastanawiałem się czy dzieciaki doceniają piękno tego miejsca. Doszedłem do wniosku, że mi ich trochę żal. Mając szkołę w tak ślicznym miejscu, chyba mało co jest wstanie im w życiu sprawić przyjemność.

Śniadanie na plaży. Coś tak banalnego. Banany „upolowane” na mieście, papaja, chlebek bananowy, z trudem wynaleziony w sklepie jogurt. Siedzę jak bezdomny z rozłożonym straganem i szczerzę się do siebie. Wszystko jest najpyszniejsze na świecie. Mija mnie kilka spacerujących osób – co oni tu robią o tak wczesnej porze!? Jakiś Amerykanin zagaja, że to świetne miejsce na śniadanie. Zastanawiam się dlaczego sam tu nie zje? Dlaczego ludzie tak łatwo przyzwyczajają się do wygody, do hoteli, przestają doceniać to co nas otacza, przestają się cieszyć takimi pierdołami jak śniadanie jedzone na piasku. Dlatego, że od siedzenia na ziemi boli tyłek? Bo nie ma gorącej kawy? Bo piasek się może nasypać do jogurtu. Ich sprawa. Mi jest dobrze. Delektuje się tym śniadaniem mistrzów.

img_9621

Niechętnie się zbieram na łódkę do Belize City. Wiem, że to koniec laby na wyspach. Mam szczęście, łódka przypływa dosłownie po chwili. Nie wiem, która godzina, nie sprawdzałem. Po prostu idealnie się wstrzeliłem. Teraz powrót. Najprościej kupić bilet prosto do Guatemala City w Caye Caulker lub Belize City – w którymś z biur podróży w terminalu taksówek wodnych. Ale nie oszalałem aby płacić 72 USD. Po dopłynięciu do Belize City od razu idę na dworzec autobusowy. Nie jest łatwo, nie mam telefonu, a więc i mapy. Pytam przy porcie jakiegoś gościa w mundurze o dworzec, ten mówi, że to daleko, żebym wziął taksówkę. Nie chce powiedzieć gdzie. Cwaniak! Mapa w Lonely Planet oczywiście nie pomaga. Dworca na niej nie ma. Na moście zaczepia mnie jakiś bezdomny locals. Myślałem, że chce drobne, a ten pyta dokąd idę. Mówię, że szukam dworca, więc mi powiedział – sam z siebie. A pieniędzy nie chciał! Chciał pomóc. Miła niespodzianka. Przez mostek, pierwsza w prawo, potem prosto, do kanału, w lewo. Powtarzam to sobie i docieram do dworca. Za 9 BZD kupuję bilet do Benque Viejo del Carmen przy granicy z Gwatemalą. Znowu mam szczęście. Autobus jest i rusza za 10 minut. Punktualnie!

img_9688

Autobus to odpowiednik gwatemalskiego chicken busa, tylko jest jaśniejszy i jest w nim więcej miejsca. Jedziemy jakieś 3 godziny. Po drodze przewijają się majowie w słomkowych kapeluszach, z maczetami, czarni wyglądający jak amerykańscy koszykarze i młodzi zapewne Anglicy w mundurkach jakiejś szkoły katolickiej. Przez całą drogę w kółko leci Whitney Houston. Krótki postój w Belize City. Miasto jest zwyczajne aż do bólu. Trudno cokolwiek o nim napisać. Nie chciało mi się nawet wyciągać aparatu. W Benque wysiadka. Do granicy są jakieś 4 km. Taksówka kosztuje 3 BZD, ale trafiam na cwaniaków, którzy chcą więcej. Idę do miasteczka, kupuje w sklepie – jak wszystkie w Belize prowadzonym przez Chińczyków – ostatniego w tym roku Belikina. Otwieram go po drodze o jakiś znak drogowy i idę. Żrąco-czerwone szorty, koszulka na ramiączka z napisem „Caye Caulker”, plecak i białe japonki. I ciepłe piwo w ręku. To ja. Koniec świata. Niby dmucham w upale do granicy. Przy jakiejś zwyczajnej drodze. A czuję się wyjątkowo. Idę bo chcę. Bo jest mi dobrze. Po raz kolejny gęba się cieszy.

img_9668

Na granicy płacę za wizytę w Belize. 30 BZD opłaty + 7,5 BZD opłaty parkowej. Sporo jak za 4 dni, ale warto było. Za przejściem cinkciarze skupują dolary za bezcen. Ich przelicznik jest zwyczajnie złodziejski. Spławiam ich po kolei i idę do tych po gwatemalskiej stronie. Szaleństwa też nie ma, jeżeli chodzi o przelicznik, ale to de facto ostatnie miejsce, gdzie można się pozbyć dolarów belizejskich. Po przejściu granicy kolejni naganiacze. Busy do Flores i Santa Elena. Średnio po Q60-Q80. 100 metrów dalej, za mostem jest zwykły bus za Q30. Tylko trzeba o tym wiedzieć. Ja wiem, bo wcześniej dopytałem. Bus jedzie jakieś 2 godziny. Ląduję na dworcu w Santa Elena. Gdzie kupuję od razu bilet na nocny autobus do Guate. Flores/Santa Elena – Guate to chyba jedyne nocne połączenie w całym kraju. Bilety kosztują od Q150 do Q270, w zależności od klasy. Biorę „Bonanzę” czyli 2 klasę. Cała noc w busie. Szybka wycieczka do Antigua jeszcze raz przejść się magicznymi uliczkami dotykając starych ścian. Potem koniec – droga na lotnisko.

zdjecie

Na lotnisku spotkanie z Bzu – od kiedy straciłem telefon, nie mieliśmy kontaktu. Myślała, ze już zginąłem. Czekając na samolot opowiadamy sobie kto co widział, kto co jadł, kto gdzie był, kto kogo spotkał. Ostatni zachód słońca nad Guatemalą oglądamy już z samolotu. Jeszcze tylko 11 godzin lotu. 3 godziny w Madrycie, które z Bzu poświęcamy na szaleńczy rajd do miasta w poszukiwaniu jamón serrano i bagiety, a potem jakże polski „piknik” przy naszym gate. 3 godziny w samolocie do Berlina. 2 godziny na dojazd na dworzec i 9 godzin w nocnym autobusie. I jestem w domu. Zabójstwo? Nie. Czysta przyjemność. Mimo spuchniętych nóg, tyłka obolałego od twardych foteli, niedospania, suchych oczu. Warto!

zdjecie1

Lecąc tu miałem jedynie ogólny zarys gdzie pojadę i co zobaczę. Plany dostosowywałem na bieżąco. Nie nastawiałem się. Dałem się ponieść. Wiem, że nie ma co planować, bo życie robi niespodzianki. Miłe i nie miłe. W Gwatemali i Belize miałem same miłe. Widziałem piękne miejsca, spotkałem niesamowitych ludzi. Wszystko zostaje we mnie. To też pierwsza moja tak daleka podróż kompletnie samemu. Nie ma co się bać. Wiem, że gdziekolwiek jadę samemu, nie będę sam. Będą ludzie, których spotkam. Najlepsze jest to, że nie wiem kto, nie wiem gdzie i nie wiem kiedy. Ale wiem, że jeszcze nie jedna osoba wniesie coś ciekawego do mojego życiorysu. Zimne piwo na środku Lago de Atitlán, siedzenie na balkonie El Mirador w Semuc Champey, ganianie się po namorzynach Caye Caulker. Setki innych obrazów czekają.

zdjecie2
Jeżeli kiedykolwiek pojawi się opcja wyjazdu do Ameryki Środkowej za 1 000 PLN, nie zastanawiaj się. Chcesz tam jechać. Nie myśl o pierdołach: komarach, niebezpieczeństwach, co z urlopem, jak to załatwić. Po prostu kupuj i jedź. Życie zaczyna się, kiedy wychodzisz poza swoją strefę komfortu!

img_6382

San Pedro, Ambergris Caye, Belize

  • Świetny post. Dopisuję Belize do krajów do odwiedzenia 😉 A jeżeli chodzi o snorkeling/nurkowanie to dla mnie na razie najlepiej było w okolicach Komodo i Flores w Indonezji.

    • Piotr Adamczyk

      dzięki! Belize jest super, polecam szczególnie Caye Caulker – mniejsze i o wiele przyjemniejsze niż La Isla Bonita. Co do snorklingu – może to dziwne, ale nie znalazłem lepszego miejsca niż Egipt, Morze Czerwone