stara marszrutka, Armenia, Norawank

Ararat. Co poszło nie tak?

Ararat jest dla Ormian świętością. To do niego według Biblii przybiła arka Noego. To tu życie zaczęło się na nowo po potopie. Ararat jest w Armenii wszędzie. Na godle, banknotach, koniakach, zdjęciach, pocztówkach, dosłownie wszędzie. Problem w tym, że góra leży w Turcji. To Ormian boli. Tym gorzej, że każdego pięknego dnia, widać Ararat z centrum Erywania.

Monastyr Chor Wirap - u podnóży Araratu, Armenia

My zobaczyliśmy Ararat po drodze do klasztoru Chor Wirap. Góra nieśmiało wyłania się zza mas wilgotnego powietrza. W zasadzie to dwie góry – Wielki Ararat o wysokości 5137 m n.p.m. i Mały – zaledwie 3896 m n.p.m. na tle rozległej doliny, góra bije po oczach swoim ogromem, majestatem i potęgą. Mimo że prawie połowa skrywa się za chmurami i tak robi niesamowite wrażenie. Faktycznie jest w niej coś „świętego”, coś co budzi respekt, przytłacza. W pierwszej chwili nie widzimy nawet samego klasztoru Chor Wirap wciśniętego na skale sterczącej przed nami.

Widok z Chor Wirap na granicę z Turcją i podnóże góry Ararat

Zaskoczenie – Chor Wirap jest zaledwie z XVII wieku, nie jest więc kolejnym najstarszym w Armenii. Ale, w tym miejscu wcześniej były inne kościoły i monastyry, jeszcze wcześniej świątynie pogańskie i tak dalej. W tym miejscu więziony był Grzegorz Oświeciciel, który w 300 roku sprowadził do Armenii chrześcijaństwo. Dlatego tez monastyr jest jednym z najpopularniejszych miejsc pielgrzymek w kraju. Klasztor jest malowniczo położony – na wzgórzu wśród żyznych pól doliny Ararat. Dosłownie kilkaset metrów dalej na zachód jest już turecka granica. Zamknięta, podobnie jak granica z Azerbejdżanem. Armenia ma naprawdę przechlapane. Otwarte są tylko granice z Gruzją i Iranem. Oznacza to, że kraj jest praktycznie niemal odcięty od świata.

Monastyr Chor Wirap, Armenia, tuż przy granicy tureckiej

Chor wirap - monastyr ormiański. nieopodal góra Ararat

Co gorsza – granicy z Turcją strzeże kontyngent wojsk pokojowych… z Rosji. A granica z Azerbejdżanem to w praktyce linia frontu, tyle że bez regularnej, ciężkiej wymiany ognia. Ale rocznie ginie tam kilkanaście osób po obu stronach. Chor Wirap na szczęście znalazł się jeszcze w granicach Armenii. Pobliskie starożytne ruiny są już na samej granicy, co w praktyce oznacza zakaz wstępu. Dalej w Turcji zostało jeszcze więcej, wliczając sam Ararat i ogromne jezioro Wan. Ormianie nie mogą tego zapomnieć. Przewodniczka opowiada o granicy i stosunkach z Turcją z takim rozrzewnieniem, że musimy nieco jej przypomnieć, żeby powiedziała co nieco o samym klasztorze. Opowiada więc historię Grzegorza Oświeciciela i klasztoru.

monastyr Chor Wirap, Armenia

przepiękne zabytkowe krużganki, Chor Wirap, Armenia

Spacerujemy wśród drewnianych zdobionych krużganków, kamiennych budynków. Znowu na każdym kroku widać trudna historię tego miejsca. Historię Armenii. Znowu ślady zużycia, zniszczenia, starzenia, ogień, metal, zło. Próbuje sobie wyobrazić ile razy klasztor był plądrowany, palony, równany z ziemią. Potem komunizm – siano, jakieś skrzynie z sierpem i młotem walające się po komnatach kościoła. Zamazane freski, skute płaskorzeźby, potłuczone witraże. W kilkusetletnich kamiennych ścianach wyryte „Jura 1972”. Mam mieszane uczucia. Niesamowitość i magia klasztoru przeplata się z przygnębieniem i refleksją na temat tego co tu się działo. Okrucieństwa, ignorancji, kompletnego braku szacunku dla kultury, historii, religii.

podziemia monastyru chor wirap, cela Grzegorza Oświeciciela

Błądząc po tonących w mroku komnatach i zakamarkach, trafiam na celę Grzegorza Oświeciciela. Spędził w niej podobno kilka lat bez jedzenia i picia… Cela to ogromna komnata ukryta pod kaplicą. Dostać się do niej można po pionowej drabinie, schodząc kilkanaście metrów w dół. Dość ciekawe doświadczenie, szczególnie, ze kwestie bezpieczeństwa zależą od nas samych. Wystarczy jeden fałszywy krok i lądujemy kilkanaście metrów niżej na kamieniu. Udaje mi się zejść i pobyć w celi chwilę samemu. Zdążyłem przed wycieczkami z autokarów. Panujący w niej półmrok, cisza, przeszywający chłód tworzą niesamowitą atmosferę. Do tego fakt, że znajduję się w głębokiej, kamiennej studni. Przede mną tylko ogromny obraz świętego, nade mną żyrandol dający blade światło.

Chor Wirap, Armenia

Uciekając przed nadciągającymi tłumami chowamy się po zakamarkach, zaglądamy do kolejnych budynków, komnat, kapliczek. Ze ścian spoglądają na nas podobizny Maryi, Jezusa, dziesiątek świętych i męczenników. Wszyscy smutni i ponurzy, jakby płakali, użalali się nad historią tego miejsca, Ormian i Armenii. Nad wszechogarniającym rozkładem, zapomnieniem, opuszczeniem, bylejakością, szarością. Zwiedzanie klasztorów zaczyna być trochę ciężkie. Każde kolejne miejsce to kolejna smutna historia. Mało jest tu pozytywów, nie ma happy-endów. Jest ból, cierpienie, płacz. Ormianie uważają się za naród wybrany przez Boga. Wybrany i wystawiany na próby niczym biblijny Hiob. Po dwóch dniach tutaj, trudno się z tym nie zgodzić.

po drodze przez Armenię, niedaleko granicy z Turcją i Azerbejdżanem
Jedziemy dalej na południe. Wzdłuż drogi widać wioski widma. Puste domy, opuszczone fabryki, hale magazyny. Wygląda to jak po zagładzie atomowej. sucha ziemia – piach i kamienia – szaro, buro. Nie widać ludzi. Gdzie się podziali? Tylko od czasu do czasu błąkają się bezpańskie psy. Jesteśmy w dolinie Ararat – najżyźniejszym regionie Armenii. To ta ziemia ponoć rodzi najlepsze owoce. To stąd pochodzą „najpyszniejsze” morele i brzoskwinie na świecie. To tu krowy dają najlepsze mleko, owce mają najsmaczniejsze mięso i najlepszą wełnę. Dlaczego więc obsiane pola to tu rzadkość? Dlaczego najczęstszy widok to zaniedbane, opuszczone, zachwaszczone nieurodzaje, zapuszczone sady, jakieś krzaki. Dlaczego ten kraj wygląda jakby ludzie nagle to wszystko zostawili i sobie stąd poszli w cholerę?

Armenia - granica z należącym do Azerbejdżanu regionem Nachiczewań. Wał służacy jako schronienie przed snajperami

Nagle dojeżdżamy do ronda, na którym droga prosto i w prawo jest zablokowana. Jakiś ewidentny koniec. Można jechać tylko w lewo. – Prosto jest azerski Nachiczewań – informuje przewodniczka. Czyli strefa śmierci i wojny. Odcięta od świata azerska eksklawa. – A w prawo Turcja – dodaje. Czyli kolejna zamknięta granica patrolowana przez Rosjan. Jedziemy więc w lewo. Kierowca przyspiesza nerwowo. Po prawej stronie drogi ciągnie się wał usypany na wysokość samochodu. – Wojsko usypało ten wał, bo Azerowie strzelali do przejeżdżających samochodów… – tłumaczy spokojnie przewodniczka. – Coooo!?!?! – zdziwienie w samochodzie zaczyna się przeradzać w strach. – Spokojnie, ostatnie strzały padły jakieś 10 lat temu – . Czyli jakieś 13 lat po oficjalnym zakończeniu wojny armeńsko-azerskiej.

granica Armenia Azerbejdżan, Nachiczewań

Nie wiem czy do końca możemy być tak spokojni. Od tej pory nerwowo wypatrywaliśmy co dzieje się na wzgórzach po prawej stronie. Faktycznie, widać umocnienia, bunkry, rozstawione oddziały, czołgi, samochody pancerne. Po lewej z kolei pusto. Co i raz widać tylko jakiś wrak samochodu czy spalone, opuszczone szkielety domów. To dlatego nic tu nie ma. Bo w każdej chwili może spaść tu pocisk z moździerza, lub dolecieć seria z karabinu. Za każdym razem gdy w wale pojawiała się przerwa, moje ciało przeszywał dreszcz. Pierwszy raz w życiu byłem tak blisko miejsca, gdzie ludzie strzelali do siebie. Pocieszam się, że tyle czasu już minęło. Mamy XXI wiek. Cztery dni później, w niedalekim Karabachu wybuchły walki ormiańsko-azerskie, w których zginęło kilkadziesiąt osób…

droga przez góry do monastyru Norawank, Armenia

Monastyr Norawank - Armenia

Spokojniej robi się kiedy odjeżdżamy od granicy z Nachiczewaniem i wjeżdżamy w góry. Trafiamy do wąskiej doliny, którą jedziemy aż do samego końca – do klasztoru Norawank. To gwiazda dzisiejszej wycieczki i chyba najpiękniej położony ze wszystkich monastyrów jakie widzieliśmy w Armenii. Wznosi się na półce skalnej w malowniczym kanionie. Otoczony przez pokryte śniegiem szczyty i skały w kolorach od szarości aż do rudo-czerwonego. Klasztor pochodzi z XIII wieku, związanych jest z nim kilka kolejnych niesamowitych historii, najazdów, nieszczęść i cierpienia. Podobnie jak inne, przez większość XX wieku był zapomniany, zniszczony, zarośnięty. Kilkanaście lat temu renowacje sponsorowali – nie wiedzieć czemu – arabscy szejkowie. Czyżby ujęła ich wyjątkowość ormiańskich monastyrów? I czyżby byłaby ona silniejsza niż uprzedzenia?

przepiękne czerwone skały kaukazu widziane z monastyru Norawank, Armenia

Kaukaz i jego przepiękne czerwone skały, Norawank, Armenia

Kompleks klasztorny składa się z kilku budynków. Każdy z nich to oddzielna historia. Wszystkie zachwycają szczegółami, niezwykłą budową. Przepiękne płaskorzeźby przedstawiające świętych, noszące ślady najazdów i plądrowania. Tajemne skrytki w podłodze, w których chowano naprędce bezcenne manuskrypty i inne kosztowności. Wszystko po to aby ocalić historię, sztukę, kulturę, tożsamość Ormian. Przepiękne chaczkary i kamienie nagrobne porozrzucane na terenie całego zespołu świątynnego. Spacer pośród tych niesamowitych ruin to podróż w czasie. Po raz kolejny możemy dotknąć historii tego miejsca. Setki lat zaklęte w kamieniach.

Norawank, Armenia

Monastyr Norawank - jak wiele innych w Armenii, odbudowany z ruin za pieniądze szejków ze zjednoczonych emiratów arabskich i kataru

Wodzimy palcami po kunsztownych chaczkarach, znowu niesamowite wzory z niezwykłym kunsztem wyrzeźbione w twardej skale. Delikatnie stąpamy po kamieniach nagrobnych z napisami w przepięknym ormiańskim alfabecie. Kościoły kryją tajemnice i niespodzianki, co i raz natrafiamy na małe kapliczki, skrytki, schowki, schodki. Wnętrza są jeszcze bardziej tajemnicze, puste, spowite mrokiem. Widać w nich tylko fragmenty niesamowitych rycin i płaskorzeźb w bladym świetle cieniutkich świeczek. Ormiański krzyż wyryty w kamieniu, widziany w takim świetle, w tym miejscu działa na wyobraźnie zdecydowanie bardziej niż taki widziany w zwykłym kościele. Niesamowitości temu miejscu nadaje delikatnie wiejący górski wiatr.

Magiczne wnętrze klasztoru Norawank, Armenia

Monastyr Norawank i tajemnicze chaczkary, Armenia

Po obejściu zabudowań, przeskakuje przez niewysoki kamienny murek i wspinam się po stromym zboczu do góry, aby obejrzeć monastyr nieco z góry – na tle ściany wąwozu naprzeciwko. Siadam na świeżej wiosennej trawie i przyglądam się temu przepięknemu monastyrowi dumnie wznoszącemu się na tle przepięknego kaukaskiego krajobrazu. Kolejne idealne miejsce na pocztówkę, obraz, który pozostaje w pamięci na długo. Łapie i trzyma wyobraźnię. Nie chce puścić. Mogę tak siedzieć długo i patrzeć sobie na klasztor, niestety to wycieczka i trzeba wracać.

chaczkary przed monastyrem Norawank, Armenia

Schodząc w dół udaje mi się zahaczyć o pobliski cmentarz. Spacer pomiędzy chaczkarami to niesamowite przeżycie. Przede wszystkim ich piękno. To istne dzieła sztuki, wykonywane ręcznie, przez wiele lat. Przyglądając się im zdaję sobie sprawę, jakiej precyzji wymagała ta robota. Wystarczył jeden fałszywy ruch, brak wyczucia, chwila nieuwagi, moment i cała robota idzie na marne. Skomplikowane, dokładne w najmniejszym detalu wzory. Ten kraj, to historia wyryta w tych właśnie kamieniach. Nie mogę się powstrzymać aby ich nie dotknąć. Wodzę palcami po chropowatych, poniszczonych już wzorach. Każda nierówność to jakieś nieszczęście. Może to kula z carskiego karabinu a może perska strzała lub turecka szabla. A może gąsienice radzieckiego czołgu.

ponura i raczej dołująca wieś, Armenia, Kaukaz

Armenia, Kaukaz, brudne i ponure wioski

Wieś a w niej Kołchoz i fabryka. Armenia, po prostu była republika ZSRR

Z Norawanku jedziemy na zachód do uzdrowiskowego miasta Jermuk, położonego ponad 2 tys. m n.p.m. Po drodze mijamy jeszcze więcej nijakości, bylejakości, stagnacji i rozkładu. Szaro, brudno, ponuro, opuszczone, wyludnione i zaniedbane wioski. Wszystko się rozpada, jest niedorobione, zepsute, brudne, rozklekotane. Opuszczone domy, bezpańskie psy leniwie szwędające się przy drodze. Atmosferę potęguje pora roku i pogoda. Wczesna wiosna, brak zieleni, szare niebo spowite ciężkimi chmurami. Ciemne góry i pokryte śniegiem szczyty. Od samego patrzenia robi się smutno, żal ściska za serce. Cały czas nie możemy zestawić tego co widzimy z tym czym byliśmy przez ostatnie dwa dni karmieni przez każdego Ormianina, z którym mieliśmy styczność. O wielkiej Armenii – od morza Czarnego i Śródziemnego aż po Kaspijskie. O kolebce cywilizacji, religii, kultury. Zadajemy sobie ciągle jedno i to samo pytanie. – Co poszło nie tak?

Jermuk czyli uzdrowisko w Armenii, słynne gorące źródła

Gdy docieramy do Jermuku, pogoda mocno się psuje. Zaczyna padać deszcz, potem deszcz ze śniegiem. Drogi są w większości nie przejezdne, nie możemy się dostać do wodospadów znajdujących się niemal w centrum miasteczka. Udajemy się na wycieczkę do uzdrowiska. Trzy obrazy, które doskonale oddają klimat tego miejsca. Sanatorium zdrojowe – połączenie oszczędnego ormiańskiego stylu i socrealizmu. Sowiecki klasyk, tyle że teraz obok Łady Nivy stoi przed nim nowiutki Cadillac Escalade. Naprzeciwko Hyatt w budynku tak szpetnym, że przywodzi na myśl największe niewypały socrealizmu. Okazuje się, że budynek powstał dwa lata temu. Nie wiem kto go projektował, ale zasłużył na chłostę. Nieopodal kolejny hotel – typowy komunistyczny blok. Dziesięciopiętrowy mordor ze stołówką i świetlicą na dole. Pasuje do pobliskich gór i lasów jak pięść do oka. Gdyby ktoś miał wątpliwości – to ostateczny dowód na upadek estetyczny homo sovieticusa.

gorące źródła Jermuk, Armenia

jedno z najsłynniejszych uzdrowisk w całym ZSRR, Jermuk, Armenia

Na szczęście samo uzdrowisko to stare, miłe dla oka budownictwo z początku XX wieku. Dużo kamienia, mozaiki, kafelki, kolumny. Czekamy aż przewodniczka powie, że to Ormianie wymyślili zwieńczenia kolumn, które następnie zostały zaadoptowane przez Greków na Jońskie, Doryckie i Korynckie… Główną atrakcją są oczywiście wody lecznicze. Wypływają z pobliskich gorących źródeł i są panaceum na wszelkie dolegliwości. Nie można tylko pić za dużo, bo to się może źle skończyć dla żołądka. Mając w perspektywie dość długi powrót do Erywania, nie chcemy ryzykować. Jak się okazuje, jest to mało prawdopodobne, bo woda jest okropna w smaku. Jej metaliczny smak sprawia, że jest bardzo ale to bardzo mało pijalna. Próbujemy po łyczku z kolejnych kraników, w których woda jest cieplejsza. Im więcej stopni, tym smak jest okropniejszy. Myśleliśmy, że chociaż się rozgrzejemy.

Miejscowe specjały - zioła, przyprawy, weki, wino, orzechy. Jermuk to nie tylko gorące źródła. Armenia

Przed uzdrowiskiem trafiamy na stragany, na których można kupić różnorakie zioła, suszone korzenie, owoce, syropy, nalewki i inne podobne dziwactwa. Najciekawsze wydają mi się konfitury z szyszek. Nigdy wcześniej nie widziałem ani nawet nie słyszałem o takim specyfiku. Niestety nieopatrznie wykazujemy ciekawość. W odpowiedzi sprzedający je pan zaczyna nam tłumaczyć po kolei co do czego służy, w czym pomaga, czemu zapobiega. Kiedy w końcu mu przerywam i dziękuję, nie kryje rozczarowania, że tyle opowiadał a ja nic nie kupiłem. Cokolwiek nam może dolegać, na pewno pomoże nam najczystsze na świecie armeńskie powietrze i krystalicznie czysta woda.

Areni to ponoć najstarsza winnica na świecie. Tradycje upraw mają tu podobo kilka tysięcy lat. Jak wszystko w Armenii

W drodze powrotnej zatrzymujemy się we wiosce Areni. W 2007 roku odkryto tu w pobliskich jaskiniach winiarnie sprzed ponad 6 tysięcy lat! Jest to więc najstarsza znana winiarnia na świecie. Tutaj automatycznie oznacza to, że… to Ormianie jako pierwsi stworzyli wino. Jakoś nas to nie dziwi. Idziemy do najbardziej znanej winiarni, w której mamy okazje spróbować szeregu najlepszych tutejszych win – roczniki 1996-2015, ceny w przeliczeniu: od ok. 15 do ok. 200 zł za butelkę. Próbujemy win białych, czerwonych, wytrawnych, półwytrawnych i owocowych – najbardziej charakterystycznych – z granatu. Dochodzimy do wniosku, że to naprawdę dobrze, ze Ormianie wynaleźli wino i zostawili je innym do robienia.

Wino z Areni raczej nam nie podeszło, koniak też nie bardzo. Armenia jest piękna i może wymyśliła wino, ale nich produkcję zostawi już Francuzom

Żadni z nas smakosze win, jednak z przykrością stwierdzamy, że te armeńskie ledwo nadają się do bigosu. Są po prostu złe. Nie wiem czy byliby je w stanie wypić nawet nasi rodzice przyzwyczajeni do wina patykiem pisanego. Nie. Po prostu nie. W ten sposób rozwiązuje się moja zagadka – dlaczego to wina francuskie, włoskie i hiszpańskie są u nas tak popularne a o armeńskich, gruzińskich, mołdawskich raczej się nie słyszy. Zdecydowanie lepiej wychodzi Ormianom pędzenie koniaków. Te są naprawdę poprawne. Wino to raczej tania opcja na sponiewieranie się dla tych, którzy nie myślą o dniu następnym. Ja jednak polecałbym koniak lub nawet rosyjską wódkę.

W Areni wino można dostać dosłownie wszędzie. Domowe, sprzedawane w butelkach pet lub baniakach. Armenia

Tym niemniej przystanek w Areni jest bardzo przyjemny. Podczas gdy większość wycieczki – turyści z Rosji – zastanawiają się, które wina wziąć na pamiątkę, my wychodzimy na drogę i oglądamy stragany, na których sprzedawane jest miejscowe wino. Domowej roboty. Tutaj każdy pędzi wino. Następnie wystawiane jest w butelkach po coli, fancie i w pięciolitrowych baniakach. Obok uśmiechają się słoiki z przetworami. Kompoty, konfitury, ostre papryczki w zalewie. Aż mi się robi słabo kiedy widzę to połączenie i wyobrażam sobie reakcję organizmu na całonocną imprezę z takim miksem. W każdym razie, wygląda to absolutnie uroczo, przyjemnie i bardzo ale to bardzo domowo. Zdecydowanie przekonuję się, że będąc w Armenii, poniewierka takim czerwonym domowym winem, bez względu na jego walory smakowe (lub ich brak) jest częścią doświadczania tego kraju. Obiecujemy sobie, że następnym razem na pewno to zrobimy. Bo to, że kiedyś tu wrócimy, jest jasne.

ruiny i opuszczone wsie wzdłuż granicy Armenia Azerbejdżan, Nachiczewań

wracamy marszrutką drogą tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Nachiczewań jest tuż tuż

W drodze powrotnej, możemy znowu podziwiać armeńską prowincję w całej swojej okazałości. Pogoda jest zdecydowanie lepsza. W świetle zachodzącego słońca, góry i wioski wydają się mniej przygnębiające i ponure. Nagle jakby tchnęło w nie życie. Toną w żółtym świetle. To te same wyludnione wioski ze szkieletami domów i aut. Z rozklekotanymi Żyguli. Ale jakby z odrobiną nadziei, że coś się zmieni, że los Armenii się w końcu odmieni, ze tragiczna historia się już nigdy nie powtórzy. Że ten najbiedniejszy kraj regionu kiedyś się podniesie z kolan, że będzie mógł żyć swoją wielkością tu i teraz a nie wspomnieniem utraconej potęgi.

chinkali i świeże zioła - coś przepysznego, nasze ulubione kaukaskie danie, Erywań, Armenia

KOlejny wieczór i kolejne adżarskie chaczapuri z serem i jajkiem - w smaku po prostu najlepsze, Erywań, Armenia
Po powrocie do Erywania wracamy do naszej ulubionej już tawerny. Po całym dniu schodzą z nas emocje. Dość nerwowa jazda wzdłuż granicy z Nachiczewaniem, niesamowite monastyry – Chor Wirap i Norawank, ale przede wszystkim widok przygnębiającej armeńskiej prowincji. Zastanawiamy się co poszło nie tak. Dlaczego ten wielki mały naród ma tak ciężko, dlaczego jest zakładnikiem Kremla, pionkiem w grze o wpływy w regionie. Siedzimy tak i rozmawiamy o tym co widzieliśmy, podśmiewamy się ze wszystkiego „naj”, „prze” i zajadamy po raz kolejny przepyszne kaukaskie specjały – chaczapuri, chinkali, świeże warzywa i zioła. Tak, możemy to potwierdzić po raz kolejny – to są rzeczy, które są bez wątpienia naj i prze. Najlepsze zwieńczenie dnia w Armenii.

 

Erywań, Armenia