Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 075

ACT. Droga pełna rozmów o wszystkim

Arctic Circle Trail

Druga część materiał z trekkingu po Grenlandii na Arctic Circle Trail, w skrócie ACT autorstwa zaprzyjaźnionego podróżnika i awanturnika Sławka, który pokazał mi co to znaczy chodzić po kostki w ludzkich kościach i odkrył przede mną inne sekrety paryskich katakumb.

„Rzeczkowanie” i „kęping”

Rano budzimy się zregenerowani. Jest już po 10-tej (do Chatki dotarliśmy dobrze po północy, chociaż za jasności). Wychodzę i nie mogę uwierzyć: wigwamy zniknęły bez śladu. W Chatce pojawiła się natomiast dwójka nowych – to niedobitki „z wycieczki”. Mają problemy zdrowotne – czekają na łódkę, która ma ich stąd zabrać. Dowiadujemy się szczegółów tajemniczej inwazji. Jest to otóż coroczny „rajd dobroczynny” firmy HSBC (czyli nie żadni Amerykanie). Towarzystwo jest ze wszystkich krajów. Idą około połowy ACT na zachód (czyli szczęśliwie właśnie skończyli). Idą „na lekko” – Jedzenie dowożą im helikopterami… takoż i wigwamy zapewne. Dochód z imprezy przeznaczają na cele charytatywne. Brzmi dość szczytnie, jednak trochę to dla nas dziwaczne i mało przekonywające. Ale OK – tak mają. Po śniadaniu – opuszczamy chatkę Kangerluarsuk – i w lekko mżącym deszczu idziemy brzegiem jeziora, a potem w górę rzeczki.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 061

Rzeczka będzie nam dziś towarzyszyć cały dzień. Droga prowadzi jej zieloną doliną przebijającą się przez skaliste wzgórza. Sławek opowiada o wyprawie, jaką odbył w latach 90-tych Land Roverem przez Afrykę. Kupili w UK starego Defendera i pojechali… Najciekawsze, że nikt z Zespołu nie miał pojęcia o mechanice. Dali radę! Zakopywali się w piaskach Sahary, brnęli przez błota deszczowych lasów, przejeżdżali granice i posterunki polowe, byli kilkakrotnie okradani (niezbyt skutecznie). Odwiedzali ciekawych ludzi i miejsca. W końcu sprzedali Land Rovera i wrócili samolotem. Jednym słowem – Prawdziwa Wyprawa… Niepostrzeżenie dochodzimy do miejsca, gdzie klif schodzi pionowo do rzeczki. Forsowanie. Rzeczka nie jest tak zimna, jak mogłoby się wydawać. Kilometr dalej – kolejne „rzeczkowanie”.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 067

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 069

Dalej ścieżka prowadzi w górę. Teren bardziej suchy. Idziemy wśród krzaczków. Na Grenlandii przeważają dwa rodzaje skarłowaciałych drzewek: wierzba karłowata i brzoza karłowata. W większości las taki jest do kolan, czasem gęstwina się rozrasta – i jest do pasa. Z lasem na ACT jest jak z Islandzkim – jeśli się w nim zgubiłeś – to musisz wstać z kolan. Najmniej przyjemne w tym „lesie” – jest to, że kiedy pada – to mokre krzaki skutecznie przemaczają wędrowca aż po wierzchołki – czyli do pasa. Kolejny płaskowyż – i kolejne mokradła. Właściwie to woda trzyma tu się praktycznie wszędzie – nawet na stokach – nie wsiąka bo pod mchem jest wieczna zmarzlina. Nie spływa też jakoś zbyt chętnie – woli sobie tak zalegać wśród traw. Pokonywanie takich zalewisk nazywamy „kępingiem” – skaczemy z kępy na kępę licząc na to, że kolejna nie zapadnie się głębiej niż po kostki.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 071

Po drugiej stronie rzeczki – w oddali dostrzegamy czerwono-brązową Chatkę Nerumaq. Mamy nadzieję, że to nasz kolejny nocleg, choć doświadczenie z „Helgą” czyni nas ostrożnymi w nadmiernym optymizmie. Jeszcze ostatnie forsowanie rzeczki i jesteśmy w Chatce, gdzie gorącą herbatą wita nas sympatyczna para Kanadyjczyków. Wypatrzyli nas z daleka i przygotowali dla nas – zmokniętych wędrowców – parujący napar… Jesteśmy totalnie ujęci ich gościnnością. Rozlewamy ostatnie mililitry Jarzębiaku. Długie rozmowy o Krajach Dalekich przy herbatce i deszczu bębniącym o dach.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 076

Rano przestaje padać – super! Na okolicznych wzgórzach natomiast biało! Wygląda na to, że deszcz zamienił się w nocy na pierwszy w tym roku śnieg. Chatka Nerumaq ma unikatowy walor: kibelek wykonany z beczki po ropie i opony. Beczka zapewnia minimalny wymagany poziom prywatności – zakrywając od strony chatki – dolną część pleców siedzącego wygodnie i oddającego się kontemplacji widoków rozpościerających się u stóp delikwenta. Zbieram galerię „The Best Kibeleks in the World”. Ta tutaj z całą pewnością łapie się w 1-szej piątce.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 075

Wyruszamy na kolejny dzień trasy. Dolina rzeki. Potem kraina jezior i jeziorek. I jeszcze więcej jeziorek. Tymczasem chmury ustępują – i pojawia się SŁOŃCE. Już samo to, że przestało padać wprawiło nas w doskonałe humory, a tu jeszcze słońce… Ekstaza! Radość nasza nie trwa jednak długo. Nie wiadomo skąd pojawiają się chmary meszek. Są totalnie upierdliwe. Jakby chciały nas zażreć. Tylko, że one nie gryzą. Po co one właściwie są? To pytanie nas nurtuje. No bo takie komary – to rozumiem. Kąsają, piją krew, żeby się pożywić. OK – fair. Ale te meszki? Tylko wkurzają. I naprawdę, nie mamy pojęcia czego od nas chcą. Zakładamy moskitiery dziękując naszej zapobiegliwości, że jednak je zabraliśmy.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 080

Idąc pod wiatr – można zdjąć moskitierę – meszki wywiewa. Normalnie zawsze lepiej iść z wiatrem. Wiatr nas wtedy popycha. Na ACT jest inaczej. Marsz pod wiatr – i to najlepiej silny – jest zbawieniem. Nie ma meszek! Zaobserwowaliśmy jeszcze jedną meszkową ciekawostkę – kiedy zatrzymujemy się w miejscu mało-wietrznym – to należy stać twarzą do wiatru. Zdecydowanie zmniejsza to ilość meszek jaka pakuje się do nosa, oczu, uszu i wszystkich innych otworów w ciele. Niestety, podczas marszu jest tak źle, że nawet butelkę picia trzeba mieć pod moskitierą. Ale przynajmniej nie pada! No więc idziemy i rozmawiamy. Temat na dziś to system szkolnictwa w Kenii. Sławek ćwiczył tam „z autopsji” kilka rodzajów lokalnych szkół – od wypasionej, gdzie dzieciom ambasadorów służba robi pranie – do publicznej, gdzie po zrobieniu sobie prania musisz pilnować suszących się majtek, żeby go nie ukradli, a buty mają tylko trzy osoby w klasie. Najciekawsze jest to, że dzieci mają dużo większy zapał do nauki niż w naszej rzeczywistości. I to niezależnie od rodzaju szkoły. Jeśli np. nauczyciel zachoruje – to uczniowie pomagają zorganizować zastępstwo zamiast radośnie ulotnić się po kwadransie. Motywacja zdecydowanie większa niż u nas.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 085

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 092

Trawersując brzeg kolejnego jeziora cieszymy się widokiem chatki Innajuattoq. Jeszcze tylko forsowanie kolejnej rzeczki. Sławek tym razem nie zdejmuje butów, które po poprzednich dwóch dniach w deszczu i tak ma cały czas kompletnie mokre. Reszta Załogi – na „wilgotno” – jednak buty zdejmujemy. Ja idę w skarpetkach – przy okazji się wypiorą. Chatka Innajuattoq jest Wypasiona. Obszerne dwie izby – sypialnia i „salon” – jadalnio-kuchnia. Jest nawet zlew… Wow! Sławek idzie do jeziora po wodę – wraca przynosząc „złotą” rybkę. Przyda się… najbardziej Asi, która ma od początku wyprawy problem z okiem. Musi chronić od światła, za pomocą pirackiej opaski oprócz okularów słonecznych. Także zlecenia do Rybki idą w tym kierunku. I w kierunku pogody. Innych życzeń nie mamy. Niech się rybka lepiej skupi na spełnianiu życzeń. Otrzymawszy ważne zadania – wraca do jeziora… My robimy jeszcze foto-sesję ze znalezioną na stole figurką renifera. Niestety prawdziwe jakoś tu nie dopisują. Nie to co na Spitsbergenie.

Jak zobaczyć wieczną zmarzlinę na ACT?

Rano śniadanie jak to na trekkingu. Standardowe płatki z „chrupaczami” (mix orzechów i suszu owocowego) i mlekiem w proszku. Ruszamy! Pogoda się trzyma, meszki też. Kolejne połacie „kęmpingowe” – obchodzimy szerokim łukiem podmokłe łąki nad jeziorem. Dziś mamy po drodze cel. W „chatkowej” księdze znaleźliśmy info o miejscu, gdzie w rozpadlinie ziemnej widać przekrój gruntu eksponujący wieczną zmarzlinę. Gratka nie do pogardzenia tym bardziej, że uprzejmy poprzednik zostawił namiary GPS. Musimy zboczyć jedynie ok pół kilometra. Co prawda przez grzęzawiska, ale co tam. Jest! Rzeczywiście widać co jest pod nami. Pod półmetrową warstwą gruntu porośniętego trawą – zalega lód, ewentualnie, na stałe przemarznięta ziemia. To dlatego woda w lecie stoi zamiast wsiąkać. U nas w Polsce poniżej pewnej głębokości – grunt nigdy nie zamarza. Tutaj na ACT – nigdy nie rozmarza. Z tego też powodu wszystkie budowle muszą stać tu na palach.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 108

Idziemy. Kolejne jezioro. Pogoda super. Nawet meszki gdzieś na chwilę zniknęły. Woda zachęca do kąpieli. Dlaczego nie? Przecież higiena jest najważniejsza (obok bezpieczeństwa oczywiście!). Wskakujemy ze Sławkiem do wody. Krótka przepływka – i jesteśmy jak nowo narodzeni. Możemy iść dalej. Wychodzimy na niewielką przełęcz. Ścieżkę mamy przeważnie dobrze widoczną, co jakiś czas oznaczoną kupkami kamieni z czerwoną farbą. Często taką konstrukcję przyozdabiają dodatkowo rogi reniferów. Może dlatego na ACT nie ma ich żywych?

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 130

Nawigujemy cały czas za pomocą klasycznej mapy. Nie jest bardzo dokładna (1:100 000), ale biorąc pod uwagę rozległość terenu – duże doliny, jeziora, widoczne jak na dłoni pasma górskie – wystarcza do skutecznej nawigacji. GPS-a używamy z rzadka i tylko awaryjnie i to bardziej z lenistwa (znikła nam ścieżka pół km temu… jesteśmy po lewej, czy po prawej od szlaku…?). Ścieżka przeważnie sama prowadzi, choć czasem się rozdwaja na jakieś boczne odnogi.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 121

Dzisiejszy temat przewodni – to rozważania o językach na świecie, w tym jak się ich uczyć. Sławek opowiada o swojej metodzie, która jest – o czym przekonujemy się każdego dnia – bardzo skuteczna. Codziennie spotykamy kilka, kilkanaście osób na szlaku. Ponieważ idziemy „pod prąd” – z Sisimiut do Kangerlussuaq – spotykamy wielokrotnie więcej wędrowców, niż gdybyśmy szli tak jak wszyscy. Z jednej strony trochę odziera to szlak z klimatu totalnego odosobnienia w absolutnym „nigdzie”, z drugiej, daje ciekawe urozmaicenie. A przekrój narodowościowy na szlaku ACT jest naprawdę szeroki. Podchodzimy coraz wyżej. Po naszej lewej widok na rozległą dolinę pełną jezior. Widać linię zmiennego poziomu wody. Ponoć kiedyś próbowano tu wybudować zaporę. Na szczęście bezskutecznie.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 126

Schodzimy znów w dół – w kierunku kolejnego fiordu, który wcina się aż tutaj czyli dobre kilkadziesiąt km od morza. Jest gdzieś za górami po naszej prawej. To właśnie tym fiordem wożono sprzęt na budowę owej zapory. Dalej prowadziła gruntową drogą zaimprowizowaną od fiordu w górę, do doliny z jeziorami. Resztki drogi – w postaci błotnistych kolein – napotykamy niebawem i idziemy kawałek dopóki nie odchodzą zbyt od naszego azymutu. Bierzemy kurs na wylot doliny, która jak wynika z mapy – uchodzi wysokim uskokiem do fiordu. Na tymże uskoku czeka na nas Chatka Eqalugaarniarfik.

Uzupełniamy wodę ze strumienia. Z wodą na szczęście nie ma tu kłopotów. Praktycznie na każdym kroku są krystalicznie czyste strumienie. Także woda z dużych jezior bez problemu nadaje się do picia. Przeważnie nawet nie filtrujemy. Unikamy jedynie małych oczek wodnych ze stojącą wodą. W końcu docieramy do Chatki. Jest pełna. Negocjujemy kawałek podłogi dla jednej osoby, aby mieć luźniej w naszym mikro-zestawie namiotowym 2+1. Rozbijamy obozowisko. Kolacja z widokiem na fiord poniżej smakuje wybornie. Na dobranoc odwiedza nas  polarny lis. Ponieważ jest lato – jest w wersji czarnej. Dopiero na zimę – zgodnie z tutejszą praktyczną modą obowiązującą polarne lisy – przywdzieje białe futro.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 132

Runo leśne na ACT

Rano w pustej już chatce robimy śniadanie. Wycieczka „Amerykanów” pozostawiła po sobie w chatkach dużo jedzenia. Praktycznie można by się wyżywić. Na szlaku funkcjonuje zresztą wśród wędrowców legenda o Garym – Australijczyku, który za resztkę pieniędzy dotarł na Grenlandię, przeszedł ACT, potem wrócił tą samą drogą. Ponieważ nie miał kasy na bilet powrotny – poszedł kolejny raz – żywiąc się tym, co ludzie pozostawiali w chatkach. I chodził tak w tę i z powrotem przez ponad miesiąc, aż jakoś chyba w końcu się wydostał. W odróżnieniu od pewnego Japończyka, który – wedle innej tutejszej wędrownej legendy – zaginął na szlaku bez wieści – i dotąd nie odnaleziono jego szczątków. Dlatego napotykając szkielety przyglądamy się im uważnie. Te z rogami raczej wykluczamy.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 063

Ruszamy na kolejny dzień – będzie to dzień z wyzwaniem wodnym. Trawers zboczem do kolejnej doliny, następnie kilka km rozległą doliną – aż do największego na trasie forsowania rzeki. Gdzieś poniżej istnieje podobno most używany przez myśliwych wiosną, kiedy rzeka jest nie do sforsowania przez wysoki poziom wody. Latem skorzystanie z mostka okupione byłoby wielokilometrowym „kępingiem” po kolana przez rozlewiska, które – jak na złość – wiosną byłyby zamarznięte. Niepraktyczne – decydujemy się pokonać rzeczkę w bardziej dogodnym miejscu. Rzeczka jest dość zacna. Na przestrzeni pół km szukamy optymalnego „brodu” – w końcu podejmujemy atak. Nie było trudno – woda poniżej pasa – przechodzimy bez strat w ludziach i w sprzęcie.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 137

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 140

Maszerujemy przez łąki – w kierunku kolejnego podejścia. Maszerujemy i rozmawiamy. Temat na dziś – to Wolność Finansowa, czyli jak osiągnąć stan, kiedy można podróżować, podróżować i podróżować… Stan równowagi jednym słowem. Równowagę podtrzymują piękne widoki. Nawet meszki jakby odpuściły. W górze zapewne je wywiało. Pojawiają się grzyby. Słów kilka należy się jadalnej florze ACT. Otóż grzybów jest tu bez liku. Rosną przy samej ścieżce: dorodne borowiki, kozaki, podgrzybki. Nikt ich rzecz jasna nie zbiera, przynajmniej nie w skali, w jakiej one rosną. Można by pozbierać. Tylko po co? Jak to zabrać? Ususzyć nie ma szans. Mamy cały czas w planie zupkę grzybową, ale dotąd nie było jakoś okazji. Z rosnącego jadła – są też jagody, a raczej bażyny. W odróżnieniu od grzybów – są maleńkie i trzeba by się dobrze napracować, żeby się pożywić. Obserwujemy jednak, że w trakcie jak idziemy na wschód ACT – jagód jest coraz więcej – i są jakby większe. Ponoć ze statystyk pogoda też im dalej w interior – tym bardziej kontynentalna – cieplej w lecie, zimniej w zimie. I mniej pada. W naszej mikro-skali – to się potwierdza. Docieramy do chatka Ikkattooq. I już w zasadzie czujemy się jakbyśmy przeszli ACT. To już zdecydowanie za połową, a pozostałe dni są bardziej lajtowe. Coraz bliżej cywilizacji. I chatkę mamy znowu dla siebie.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 147

Kraina jezior.  Większych i mniejszych

Rano po śniadaniu wyruszamy na – właściwie już przedostatni odcinek wędrowny. Jutro – jeśli szczęście nam dopisze – popłyniemy canoe. Bardzo cieszymy się na tę odmianę – jeśli nie będzie łódek, to planujemy spożytkować jeden z dwóch posiadanych cały czas „w zapasie” dni – czekając na „dostawę” pływadełek. W doskonałych humorach pokonujemy kolejne kilometry wzdłuż kolejnych jezior i strumyków przez kolejny płaskowyż z Widokami.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Meszki znikły zupełnie. Być może dopomogły nam nocne przymrozki. Tak czy siak, to dobrze! Tymczasem, znowu czeka nas długie zejście do kotliny z wielkim jeziorem. Na dole trafiamy na piaszczystą plażę. Zażywamy orzeźwiającej – i oczyszczającej – kąpieli połączonej z praniem. Taki praktyczny trekkingowy standard już się u mnie wytworzył: pakuję do jeziora w gatkach, t-shircie i skarpetkach. Dziesięć minut pływania i ciuchy uznaję za wyprane. Do jutra wyschną przytroczone do plecaka, bo ostatnio nie pada. Sprawdzona „trójgaciówka” na naszej grenlandzkiej wyprawie okazuje się nawet nadmiarowa. Używam na zmianę jedynie dwóch zestawów. Wygląda na to, że trzeci wróci do domu nienaruszony.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Na obiad standardowo liof z żółtym serem. Zmywanie misek owocuje złapaniem kolejnej „złotej” rybki. Poprzednia wykazała się w 50% – przestało padać, ale Asi oko nadal nie działa. Rybka nr 2 otrzymuje zatem krótkie zlecenie: „Oko”. „Rybko – skup się! Patrz mi na usta: O-K-O. Kumasz? No to płyń”. Ruszamy na ostatnie kilkukilometrowe podejście – w górę rzeki wypływającej z długiego na 25km jeziora, na którym mamy nadzieję zastać kajaki. Pogoda się trzyma, zbiera się natomiast silny wiatr. Jeśli będzie w słusznym kierunku – to planujemy zbudować katamaran: dwa kajaki + tropik od namiotu i do przodu! Tymczasem wreszcie spotykamy renifera. Żywego! Już prawie zwątpiliśmy. Dookoła pełno rogów, kości. Czasem jakaś mniej lub bardziej świeża padlina. Ale żywego zwierza – deficyt.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Osiągamy nasze jezioro. Południowy brzeg do którego docieramy – jest świeżo po pożarze. Idziemy ostatnie 3km przez wypalone rumowisko, aż dochodzimy do dużej chatki Canonecenter. Jest ogromna: 3 pomieszczenia z pryczami, jedno ma wielki stół i część kuchenną. No i są nawet 2 kibelki. Wow! Kibelek wewnątrzchatkowy był już w którejś chatce. Rolę „kanalizacji” – pełni wielki plastikowy worek, który po napełnieniu należy wynieść do zasobnika znajdującego się na zewnątrz. W zimie tutejsze MPO przejeżdża skuterami śnieżnymi i zabiera towar – podobnie jak śmietniki. To też wymaga wzmianki. Na ACT można legalnie zostawić śmieci w chatkowych śmietnikach. Przynajmniej na razie. Pewnie już niedługo, bo ruch na szlaku rośnie, niestety wykładniczo. W Chatce Canonecenter jest jeden Niemiec i jeszcze jakichś dwóch gości, z którymi nie ma kontaktu – bo śpią.

Najważniejsza misja na teraz to zabezpieczenie sprzętu pływającego. Na plaży znajdujemy 2 canoe. Jedno „zarezerwował” już Niemiec. Zaklepujemy drugie – i szukamy dalej. W hangarze jest jeszcze jedno – totalnie dziurawe. I to tyle. Hmmm. Co by tutaj…? Kombinujemy… no więc tutejsze canoe – solidne konstrukcje z aluminium – są nominalnie 3-osobowe. Według wstępnych oględzin – we 4 dałoby radę, ale z plecakami już będzie kłopot. Załatanie dziurawej jednostki posiadaną przez nas „szarą taśmą” nie wchodzi w grę. Dziury są za duże. Oględziny przeciwnego brzegu przez lornetkę Niemca – wykazują obecność tamże dwóch błyszczących obiektów, jednak bardzo silny wiatr – i 2km szerokości jeziora – nie zachęcają do podjęcia przed-ekspedycji dzisiejszego wieczora. Z tym problemem musimy się więc przespać.

Jezioro z bajki

Rano konstytuuje się plan: Dogadamy się z Niemcem, żeby stworzyć Grupę Ekspedycyjną w kierunku Błyszczących Obiektów. Potem się zobaczy… Wolfgang – bo takie imię nosi „nasz Niemiec” – akceptuje plan. Sklecamy zestaw wioseł ze znalezionych w okolicy resztek, pakujemy graty – i wyruszamy w dwie jednostki. Azymut – drugi brzeg. Pogoda – bajka. Wiatr przez noc wyniósł się hulać w inne rejony – zostawiając nam absolutnie idealnie gładką taflę jeziora.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Czegoś takiego nie widziałem w mojej kajakowej historii nigdy. Jezioro jest głęboką polodowcową rynną (pewnie dobrze ponad 100m głębokości) z krystalicznie czystą wodą. W połączeniu z idealnie równą powierzchnią – patrząc w dół daje to efekt jakby leciało się balonem – albo sterowcem – wysoko nad łąkami i kamienistymi zboczami (na dnie). Oczywiście dopóki woda ma 20-30m głębokości, bo potem pod nami jest już tylko Wielka Czerń. Szybko osiągamy drugi brzeg i podpływamy do smętnie osiadłej na kamieniach jednostki. Sławek z Wolfgangiem dokonują oględzin rozbitka – dziura wielkości kilku pięści plus kilkanaście mniejszych nie dają złudzeń. Canoe ewidentnie poległo na silnym wietrze i przybrzeżnych głazach, a jego załoga zapewne ewakuowała się brzegiem. Niestety – ten okręt tu zostanie. Zimą pewnie zostanie odholowane skuterami przez zamarznięte jezioro – i mamy nadzieję – naprawione.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Ruszamy dalej wzdłuż brzegu, gdzie w odległości ok kilometra zaobserwowaliśmy wczoraj drugi błyszczący kształt. Jest. Ten jest w zdecydowanie lepszym stanie. Sporo dziur połatanych szarą taśmą, ale zatonąć nie powinien. Wylewamy wodę – i bierzemy „luzaka” na hol. Płyniemy na wschód przez hipnotyzujące przestrzenie. Niebo z białymi chmurkami nad nami – i takie samo pod nami. Jedynie błędnik mówi gdzie góra gdzie dół, ale już jeśli się popatrzy bokiem… Cywilizacje z odległych czasów i odległych galaktyk zostawiły tu swoje posągi. Wyobraźnia dobudowuje historie do dziwnych obrazów. Pod nami przepływa wielka ryba. Mo dobrze ponad pół metra długości… Magia! Po kilku kilometrach przybijamy do południowego brzegu. Na wielkich skałach mamy świetne miejsce na piknik.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

I oczywiście pływanie w jeziorze. Opalamy się na słoneczku, kiedy na skale powyżej dostrzegamy sylwetkę. Człowiek schodzi do nas. Wypatrzył nas na jeziorze z daleka – szlak biegnie właśnie południowym brzegiem. Oddajemy szczęśliwcowi zdobyczne canoe – jest przeszczęśliwy. Idą piechotą, bo oczywiście na wschodnim krańcu jeziora nie zastali ani śladu kajaków. Ruszamy dalej – znów na 2 okręty. Pogoda cały czas wymarzona. Pierwsza „złota” rybka pod tym względem naprawdę się wykazała. Widoki niezmiennie hipnotyzujące. Po dwóch godzinach osiągamy malowniczy półwysep z kurhanem i idealnym miejscem na obóz – jesteśmy nieco za połową jeziora.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Mamy jeszcze do skonsumowania dwa zapasowe dni. W tak pięknych okolicznościach przyrody grzechem byłoby nie zacząć tu i teraz. Tylko, że Wolfgang musi spieszyć dalej. Analizujemy opcje: zawieźć Wolfganga i wrócić albo kontynuować we czwórkę w jednym canoe. Nieoczekiwanie – znowu z pomocą przychodzi Wolfgang – Zostańcie tutaj z obydwoma canoe, a ja popłynę dalej swoim okrętem – . Że co? Że jak??? . – Normalnie, mam ponton w plecaku – . Fakt, plecak Wolfganga od razu wydał nam się jakiś dziwnie spory, ale w końcu idzie sam, musi mieć więcej. Lądujemy więc na Półwyspie a Wolfgang szybko rozkłada zieloną łódeczkę, którą sprawnie pompujemy sprytnym workiem kompresyjnym. Wolfgang wsiada na swój „okręt” i odpływa na wschód, a my zatknąwszy na szczycie kurhanu Grenlandzką flagę delektujemy się wspaniałością tego miejsca. Po południu ruszamy ze Sławkiem kolację. Niestety, ryby nie biorą, a i grzybów akurat w tym rejonie nie dowieźli, ale nic to. Świeże jedzenie będzie kiedyś. Standardowy liof plus kisielek zawsze z nami! Słońce chowa się w końcu za górami, a ja zalegam w zacisznym dołku, gdzie budzi mnie dopiero poranek.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Leniwa końcówka ACT

Po śniadaniu zwijamy obóz i w Morze. Wiosłujemy raźno w kierunku majaczącej na horyzoncie czerwonej plamki – to Chatka Katiffik. Ale się ktoś ucieszy. Łódka po tej stronie to zdecydowanie towar deficytowy. Już z daleka widzimy długodystansowca biegnącego brzegiem w kierunku, gdzie nasza trajektoria ma się przeciąć z Lądem. Cumujemy – i dopada nas bardzo szczęśliwy Chorwat. Nie będzie musiał iść 20km dookoła Jeziora. Dostanie najlepszy okręt miejscowej floty. My tymczasem wywieszamy rzeczy na słoneczku przed chatką i zalegamy błogo z poczuciem, że to już końcówka. Pozostałą drogę trzeba oszczędzać, bo już naprawdę niewiele jej zostało. Słoneczko, miękkie materace z chatki, kolacja z „pysznych” liofów. Rozleniwiamy się. Należy nam się w końcu po długich dniach wędrówki. W międzyczasie drugi z naszych kajaków anektuje para niemieckich emerytów. Nie bardzo wiedzą jak taką kanadyjką się płynie. Udzielamy im krótkiego przeszkolenia i pomagamy wydostać się z kamienistego brzegu. To był leniwy dzień.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Zaczynamy w zasadzie ostatni dzień trasy przez właściwe ACT. Potem już będzie skraj cywilizacji. Pogoda uznała widać, że już tego dobrego wystarczy. W trakcie jak podchodzimy dolinką ku przełęczy – niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna mżyć. I tak długo pogoda nas rozpieszczała. Mieliśmy dobre kilka dni słońca  – absolutnie nie narzekamy, tylko zakładamy ubranka na plecaki – i maszerujemy dalej. W tym dniu na trasie nie ma już krystalicznej wody. W mijanym jeziorku pływa duża ilość małych żyjątek. Filtrujemy zatem wodę na herbatę i kisiel. Wreszcie zbieramy też grzyby. W końcu to ostatnia okazja – takie dobro nie może się całkiem zmarnować. Idąc szlakiem i nie odchodząc od ścieżki na więcej niż kilka kroków – systematycznie napełniamy siatkę borowikami. Po kilku godzinach osiągamy dolinę z dużym jeziorem nad którym powinna być położona ostatnia chatka. Okolice jeziora są trochę dziwne. Miejscami idziemy przez równiutkie połacie wyglądające jak wybetonowane. Przywodzą na myśl wyschnięte słone jeziora. Sprawdzam organoleptycznie. Nie jest toto słone, ale jakieś dziwne, takie „zasadowe”. Podobnie woda w jeziorze, które określane jest przez przewodnik jako „lekko słone”. Coś w nim na pewno jest, ale to nie sól. Dla mnie – to bardziej jak soda. Docieramy do bardzo ciekawej Chatki West Point.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

West Point to stara amerykańska przyczepa campingowa. Chyba z lat ’70. Wygląda zresztą, jakby czas w niej się zatrzymał. Wewnątrz komplet didaskaliów z epoki, w tym pełne wyposażenie kuchni i bochenek chleba na blacie – też z epoki. Lubię takie miejsca! To dla mnie prawdziwa perełka, choć oczywiście dla „normalnego” człowieka stanowi raczej miejsce omijane szerokim łukiem. W przyczepie jest już kilka osób, ale na szczęście nie pokroju Helgi. Znajduje się miejsce dla czwórki zmokniętych wędrowców. Pichcimy zupkę grzybową. Mamy spory zapas gazu – została nam jeszcze cała butla – (poszły 3 x 500g) – więc gotujemy długo na wolnym ogniu – jak należy – pachnący grzybowy napar, do którego na koniec dodajemy liofa mającego w nazwie jakieś „fungi”. Bajeczny smak. Deszcz cały czas cicho bębni o dach…

Rano pogoda ustala się na deszcz ciągły. Niespieszne śniadanie. Jesteśmy już tylko dzień drogi od lotniska, a mamy jeszcze jeden dzień zapasu. Co by tutaj. Wycieczka do lodowca za Kangerlusuaq? Pogoda raczej nie zachęca. Leje. Ostatecznie zostajemy w tajemniczej Przyczepie. Dzień schodzi nam na „zajęciach fakultatywnych”. Ewa idzie spojrzeć z góry i grzęźnie w bagnie, ja pływam w jeziorze. W przerwach raczymy się resztką herbaty gotowanej na dość ohydnej w smaku „wodzie sodowej” z naszego jeziorka. Wyjątkowo niefajne połączenie, ale niestety – herbata – to jedyne co nam się przedwcześnie skończyło. Gotujemy kolejną grzybową zupkę. Po południu do naszej przyczepy przybywa poznany poprzedniego dnia na szlaku Katalończyk (nie Hiszpan!) Emilio. Z nie do końca dla nas jasnych powodów postanowił zawrócić z drogi. Zapraszamy Emilia na zupę grzybową. Jest wyraźnie zaniepokojony, że chcemy go otruć, jednak zapach zwycięża przed obawami. Emilio jest oczarowany. Chciałby się nam zrewanżować. – Masz może nadmiar herbaty? – pytamy. Emilio herbaty nie ma, ale wyciąga z plecaka BUTELKĘ WINA. – Woooow! – Tego trunku nie widzieliśmy od dwóch tygodni i absolutnie nie spodziewaliśmy się go na szlaku ACT. Z nabożeństwem opróżniamy butelkę przy długich o wszystkim rozmowach. W nocy deszcz leje tak, że dach przyczepy zaczyna przeciekać. Oczywiście dokładnie nad moją pryczą. Kompaktuję więc ilość zajmowanej przestrzeni. Przy porannym śniadaniu połowa miejsc dookoła stołu jest już w kałużach. Zwijamy się więc szybko i w drogę – ku cywilizacji.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Po kilku km osiągamy stację meteo, przy której zaczyna się już regularna szutrowa droga. To by było na tyle przygody z dzikością Grenlandzkiego interioru. Idziemy drogą ku odległemu w dolinie fiordowi. Po dwóch tygodniach marszu w głąb lądu – znowu dotrzemy do fragmentu Morza. Zatem witaj cywilizacjo! Jak zwykle z mieszanymi uczuciami, jednak zawsze po trekkingu jest kilka aspektów dla których fajnie jest wracać. Woda kapie kiedy trzeba – z kranu – a nie nieproszona z nieba lub dziurawego dachu, łóżko wygodniejsze niż na glebie karimata, schabowy z ziemniaczkami i inne wartości. Tymczasem dochodzimy do drogi głównej. Lufthavn 13km. W domu!. Przed samym lotniskiem wycinamy skrót.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Idziemy przez morenowe kamieniska naniesione przez wody roztapiającego się lodowca i głębokie jary szarej brei spływającej do fiordu, który też ma tu kolor kawy z mlekiem. Wody topniejącego lodowca nie są najbardziej krystaliczną wodą. Obchodzimy dookoła pas startowy – i docieramy do zabudowań miasteczka Kangerlusuaq. Mieszka to kilkaset osób – głównie zatrudnionych przy obsłudze lotniska i niewielkiej bazy wojskowej. Mamy tu zabookowany hostel, gdzie woda z kranu leci – i to nawet ciepła! Siadamy przy stole na wygodnych kanapach.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT

Zrobiliśmy całkiem niezły kawałek drogi… Wieczorem idziemy wraz z Emiliem, który znowu się skądeś napatoczył – do knajpy na lotnisku – na grillową ucztę. Odbijamy sobie z nawiązką wyrzeczenia kulinarne ostatnich dwóch tygodni. Wesolutcy po kilku butelkach wina wracamy do hostelu by następnego dnia rano odlecieć wielkim A330 Air Grenland z powrotem do Europy. Wejście po schodkach prosto z płyty lotniska do szerokokadłubowego samolotu to ciekawe doświadczenie.

O innym trekkingu na Grenlandii – w rejonie Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska

PRZEWODNIK PO TRASIE:

Trekking in Greenland – The Arctic Circle Trail: From Kangerlussuaq to Sisimiut, Paddy Dillon