Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 021

Arctic Circle Trail. Najpopularniejszy trekking na Grenlandii

Arctic Circle Trail. Najpopularniejszy trekking na Grenlandii

Materiał z niesamowitego trekkingu po Grenlandii na Arctic Circle Trail, w skrócie ACT, autorstwa Sławka, z którym spędziłem kilka niesamowitych wieczorów na rozmowach o podróżach, wymieniałem wskazówki, dzięki Niemu poznałem katakumby pod Paryżem. To tylko jedna z wielu przygód Sławka. Jeżeli się da namówić, będą następne!

 

Grenlandia w naszych umysłach narodziła się na Spitsbergenie podczas trekkingu z Longyerbyen do Barentsburga. Bezkres polarnych przestrzeni wciąga. A zatem Arctic Circle Trail! – Musimy tam pójść, dopóki jeszcze nie ma tam tłumów. I autostrady.

The Arctic Circle Trail - Imgur
Trasa szlaku Arctic Circle Trail – ACT, źródło: https://imgur.com/user/GaelleSutton

Arctic Circle Trail czyli ACT. Przygotowania

Przygotowania, planowanie… Ostatecznie decydujemy się robić ACT „od tyłu”. Rozpisujemy ilość gratów. Totalna minimalizacja to dla nas konieczność. Nie jesteśmy już młodzieniaszkami, a główny szlak – to 9 dni bez jakiegokolwiek doprowiantowania po drodze.

Spotkanie organizacyjne naszej Wspaniałej Czwórki – w Południku Zero. Ostateczna kalkulacja pokazuje na osobę: 9,5kg gratów + 7,5kg żarcia. Do tego 1kg woda. To daje w sumie masy startowej po 18kg. Letko nie będzie, ale każdego dnia będzie ubywać – damy radę! Chyba nie brzmię zbyt przekonywająco zwłaszcza, że na spotkanie przyszedłem o kulach. Moje więzadło krzyżowe nie wytrzymało którejś figury tanga w pewnym offowym klubie w Timisoarze. To było 2 tygodnie temu. Startujemy za 6 tygodni. Ortopeda mówi, że mam szansę. Czwarty z kolei ortopeda, trzech pierwszych radziło, żebym sobie z głowy wybił łażenie po górach przez najbliższe 3 miesiące.

Nie zamierzam się poddać. Robimy natomiast modyfikację zestawu wyposażenia na wypadek konieczności podziału Zespołu. Namiot – lekką 3kę – zastępuje zestaw super-lekkich chińskich 2+1 (waga w minimalnej konfiguracji sypialnia+tropik+stelaż+śledzie wynosi odpowiednio 1220g i 1110g). Do gotowania będą 2 palniki gazowe (po 35g wagi każdy), kartridże wychodzą 4 więc też się podzieli. 2 zestawy GPS. Tylko tel sat bierzemy jeden. Zatem – jak będzie słabo – to robię odwrót, a reszta ekipy pójdzie dalej – wyjaśni się zapewne w trakcie max pierwszych 2ch dni – przez pozostałe 10 dni jakby co – doczołgam się z powrotem do Sisimiut.

Przystanek Christiania

Wreszcie wyruszamy. Ja ze Sławkiem M. (jesteśmy we dwa Sławki) – ruszamy w piątek, 2/08 – chcemy najpierw zobaczyć słynne góry lodowe w Ilulissat. Mamy też misję zdobycia gazu. Ewa i Asia – z uwagi na ograniczenia rodzinno-urlopowe – dojadą we wtorek bezpośrednio do Sisimiut. Toast w Preludium za pomyślność Wyprawy –> Wizzair do Malmo –> Autobus przez Most nad Cieśninami Duńskimi (przypominają mi się opowieści Taty z podróży statkiem handlowym do Afryki Zachodniej) -> i piechotą docieramy do Christianii. Naszym celem na dziś – jest „zarezerwowanie hotelu” na powrót.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 002

Christiania to jedno z tych miejsc, do których zawsze chętnie wracam. Zaczynamy od głównego placu, gdzie w jednej z budek zjadamy kebab popijając flagowym piwem z 3ma żółtymi kropkami na czerwonym polu (flaga Wolnego Miasta Christiania). Włóczymy się po uliczkach ciesząc się widokiem „samodzielnych” budowli wśród zieloności. Nad jeziorkiem namierzamy zachęcający drewniany domek stojący na palach, z osłoniętym od widoku tarasem – całość zasnuta grubą warstwą pajęczyn. To jest właściwe miejsce na powrotny nocleg. W dobrych nastrojach jedziemy na lotnisko, gdzie po odstaniu w mega-długiej kolejce do check-inu na stanowisku Air Greenland (odzwyczaiłem się od nadawania bagażu) – pakujemy do saloniku przygotować się do zapowiadającego się bardzo interesująco lotu.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 006

Odwrotny zachód słońca

Podczas lotu obserwujemy ciekawe zjawisko odwrotnego zachodu/wschodu słońca. Na czym polega? Wystartowaliśmy z Kopenhagi po zmroku – lecimy na północny zachód – na tyle blisko bieguna, że nasza składowa zachodnia prędkości przekracza prędkość obrotu Ziemi – po trzech godzinach słońce zaczyna nam zatem wschodzić na zachodzie. To jakby czas się cofał (!!!) Po kolejnej godzinie słońce już wzeszło (czy też raczej „od-zaszło”) – w wieczornej czerwieni obserwujemy pokrytą lodowcami powierzchnię Grenlandii. Lądujemy w Kangerlusuaq – dobrą godzinę przed zachodem słońca – i po zwiedzeniu niewielkiego lotniska i odebraniu bagaży – zasypiamy snem sprawiedliwych na całkiem spaniowo-przyjaznych ławeczkach w pomieszczeniu przyloto-odlotów.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 009

Rano budzi nas gwar. Lotnisko nieduże, ale ruchliwe. Malutkie samolociki do wszelkich wioseczek Zachodniej Grenlandii: Nuk, Sisimiut, Asiaat itp. latają w-tę-i-nazad. O! Już jest check-in do Ilulissat! To jednak nie nasz – to wcześniejszy kurs helikopterem. W końcu siedzimy w maleńkim Dash 8, gdzie oprócz nas i stewardessy są jeszcze tylko 3 osoby.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 013

Ilulissat. Pierwsze lody

Po może 30 minutach lotu – lądujemy na całkiem już mikroskopijnym lotnisku w Ilulissat – i radując się bezdeszczową pogodą – z buta pokonujemy 5km dzielące nas od miasteczka. Pierwszy widok Ilulissat wywołuje u Sławka zdziwienie. To jest normalne skandynawskie miasto, w niczym nie przypominające obrazu wioski na wschodnim wybrzeżu Grenlandii, dokąd dotarł kilka lat wcześniej. Inny świat. Niestety. Nie ma upolowanych fok wiszących na przystani. Są wypasione jachty. Zamiast malutkiego sklepiku z kilkudziesięcioma artykułami – jest kilka normalnych supermarketów. No cóż… Dlatego spieszę się zwiedzać Świat zanim jeszcze się totalnie zunifikuje. Jakby nie patrzeć – Ilulissat z 4,5 tys. mieszkańców – to trzecie największe miasto Grenlandii.

W zabookowanym airbnb zostawiamy graty – i idziemy na całodniową wycieczkę nad Lagunę – Zatokę Disko. Na obrzeżach miasteczka zostawiamy „psie slumsy”. Ciekawostka: Psy pociągowe mogą być trzymane tylko od któregoś stopnia szerokości na Północ. W Nuuk – stolicy – na przykład – już nie, ale tutaj – są ich setki. W sezonie letnim mają wolne – wylegują się na słoneczku – niestety – na łańcuchach.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 018

Zatoka Disko Bay. Lodowa laguna

Po niedługim marszu – zza zielonego płaskowyżu wyłania się Wielka Biel. Góry lodowe pokrywają szczelnie większość powierzchni fiordu. Góry produkuje pobliski lodowiec, który ponoć jest najszybciej poruszającym się lodowcem Świata (przesuwa się aż 19 m dziennie!). Rzeczywiście – z oddali dochodzą jęki, trzaski i wycia – odgłosy „cielącego” się lodowca i pękających gór lodowych. Przy ścieżce – znane z Azji tabliczki „uwaga tsunami” Trochę dziwne w tym regionie – ostrzegają przed możliwą falą w wyniku oderwania się dużej góry lodowej. Zachowując czujność rewolucyjną – pakujemy się z marszu do fiordu. Morsowanie u podnóża gór lodowych – to lubię! Dla Sławka – gustującego raczej w ciepłych strefach – jest to Pierwszy Raz. Dzielnie daje radę (przeszedł w końcu pełne 30-minutowe przygotowanie psychiczne! Cali szczęśliwi instalujemy się na skale z Widokiem na drugie śniadanie. Pogoda nas zdecydowanie rozpieszcza. Piękne słońce! Po godzinie kontynuujemy marsz klifem fiordu aż do doliny, która poprowadzi nas przez grzbiet z powrotem do miasteczka.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 019

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 021

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 023

Zanim osiągniemy przełęcz – zatrzymujemy się nad malowniczym strumieniem – i tu zostajemy po raz pierwszy zaatakowani! Pojawiły się nagle! Chmary drobniutkich meszek chcących dostać się absolutnie wszędzie. Czytaliśmy o konieczności zabrania moskitier. Widzieliśmy nawet po drodze ludzi uzbrojonych w takowe, ale nie wierzyliśmy. Teraz już tak. Dostajemy nagłego przyśpieszenia. Na szczęście po drugiej stronie grzbietu wiatr rozpędza natrętne towarzystwo. Monotonność zejścia urozmaicają nam rozmówki francuskie. To jeden z języków w szerokim portfolio lingwistycznym Sławka, a moim ostatnio najbardziej pożądanym jako obowiązującym w les Catacombes. Przez połacie psich slumsów, a następnie wśród kolorowości letniego Ilulissat – wracamy do bazy.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 026

Jesteśmy już mocno zmęczeni – to był długi dzień, do tego celem „aklimatyzacji” zabraliśmy ze sobą na wycieczkę po 10kg obciążenia – nie chce nam się nawet szukać knajpy – zjadamy liofa – i padamy spać. Z rana śniadanie i widok z okna. Tutaj wszyscy mają Widoki przez duże „W”. Ruszamy – już z pełnym obciążeniem – na kolejną wycieczkę. Trasa krótka (ok 6-7km) – Tym razem od węzła szlaków idziemy na zachód – w kierunku otwartego oceanu. Po chwili w oddali ukazuje się „zagajnik” białych krzyży. Lokalny cmentarz. Chodzimy wśród grobów.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 031

No, w takim miejscu – to mógłbym dać się pochować (chociaż mimo wszystko preferuję prochy z góry – na wiatr – jeśli oczywiście w ogóle moje zwłoki zostaną odnalezione, kiedy już zakończę moje po tym Świecie podróżowanie). Zamyślam się… Idziemy trawiasto-skalistym zboczem opadającym łagodnie do oceanu. Wypatrujemy w oddali wielorybów, które dziś chyba baraszkują gdzieś indziej. Raz tylko widzimy daleko charakterystyczny pióropusz i czarne cielsko. Idziemy przez pocztówkowej piękności łączki z zieloną trawką, które aż proszą się o rozbicie namiotu z Widokiem. Teraz żałujemy, że spaliśmy w miasteczku, ale nie sądziliśmy, że będzie TAKA pogoda…

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 033

Przed miasteczkiem tradycyjny domek z ciosów kamiennych otulony zielonym futerkiem trawy. Jak się w środku dobrze zagrzeje – to będzie trzymał temperaturę – tylko czym tam napalić!? Najbliższe drzewa rosną w Kanadzie. Kawałek dalej grupa Inuitów zebrała się na skałach na niedzielny piknik. Dookoła kłęby dymu. Więc jednak się da! Dmuchają aby z gałązek karłowatej wierzby wykrzesać choć trochę ognia. Na patelni skwierczy focze mięso. Wreszcie coś bliżej naszego wyobrażenia o Grenlandii.

Wracamy do miasteczka – prosto do portu, skąd za godzinę odpływa statek, którym popłyniemy na południe – do Sisimiut. Statek płynie wzdłuż zachodniego wybrzeża Grenlandii raz w tygodniu – od Nuuk na południu do Ilulissat na północy – i z powrotem. Odstawszy w kolejce przechodzimy przez budkę check-inu na statek. Okazuje się, że mamy miejsca na kojach – ku mojemu zdziwieniu, bo brałem najtańsze bilety z planem spania standardowo – w jakimś zacisznym kątku pokładu. A tu pełen wypas! Okutawszy się odpowiednio – Instalujemy się z flaszeczką jarzębiaku na leżakach na pokładzie i obserwujemy oddalającą się panoramę Ilulissat, oraz góry lodowe, przez których połacie przebija się nasz statek.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 038

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 044

Podobno to właśnie stąd pochodziła góra lodowa, która zatopiła Titanica. Na naszym kapitanie chyba nie robi to szczególnego wrażenia. Większe, nasz statek pracowicie omija, mniejsze bierze „na klatę”. Przybijamy do Asiaat – małej osady inuickiej, gdzie stoimy godzinę w porcie – mamy więc czas na szybki spacer przez wioskę – kościół i brama z żeber wieloryba – to obowiązkowy element centrum wioski. Wracamy na statek. Przy okazji obserwuję, jak budka check-in wciągana jest dźwigiem na statek. To jest dopiero prawdziwy mobile check-in! Okolice Asiaat obfitują w wieloryby. Obserwujemy w oddali ich wynurzające się cielska i fontanny wody. Do tego bardzo bardzo powolny zachód słońca.

Sisimiut. Pad thai zamiast foki

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 046

Rano cumujemy w Sisimiut. Miasteczko bardzo podobne w układzie i widokach: port, kolorowe domki na skalistej górze, widok na zatokę. I wszelkie elementy cywilizacji. Nie mieszkam w Igloo – to tytuł książki Polaka osiadłego w Sisimiut właśnie. Fakt – mieszkają całkiem europejsko. No i ten widok z okna… no brzydko nie jest… Robimy spacer po tym dużym, jak na Grenlandzkie warunki, miasteczku. Żyje tu 5,5 tys. mieszkańców, jest centrum handlowe, hala sportowa, mają też high school. Znowu nie udaje nam się zjeść mięsa foki. W trzech tutejszych barach nie podają lokalnych specyfików – jadają je w domu. Idziemy więc do wschodniego baru, gdzie miła Tajka serwuje nam pad thai radosnym uśmiechem.

Po południu poznajemy naszych gospodarzy (kiedy rano przyszliśmy – drzwi były otwarte, a na nas czekał powitalny liścik). Właśnie wrócili z urlopu w Afryce – okazuje się, że żona Knuta pochodzi z Tanzanii. Jej duże oczy robią się jeszcze większe, kiedy Sławek zaczyna rozmowę w Suahili. Gadają tak dobre kilkanaście minut, zanim powrócą do kółka języka ogólnie zrozumiałego. Dołącza do nas Tove – moja zdalna znajoma, która przychodzi z czterema pojemnikami gazu. Zdobycie gazu na Grenlandii okazało się niełatwym zadaniem. Podobno jakaś duża ekspedycja wykupiła całe zapasy z tutejszych sklepów. Na szczęście Tove znalazła gdzieś ostatnie 4 sztuki.

W ruch idzie Żubrówka – Tove, na pytanie co przywieźć z Polski – miała szybką odpowiedź – Bison pee -. Pijemy więc żubrowe siki rozmawiając o Afryce, Grenlandii i tym co cały czas jeszcze unikatowego w tej globalnej światowej wiosce. Schodzi nam na tym trochę czasu, w końcu Knut idzie przygotować się do pracy (prowadzi jutro zajęcia w szkole), Sławek z Sophie wracają do Suahili, a ja z Tove jedziemy rowerami do knajpy na burgera z wołu piżmowego. Rozmawiamy o szkolnictwie Grenlandii – Tove w tutejszej High School pełni funkcję Relations Officera (a jakże – mają takowe stanowisko :-). Opowiadam o moich planach wolontariatu w Północnych Rejonach. Myślałem o Północnej Kanadzie, ale Grenlandia też jest ciekawą opcją. Tove uważa, że mógłbym załapać się to do prowadzenia zajęć z praktyki biznesu itp., w tutejszej School of Minerals & Petroleum. Tove z pasją opowiada o życiu na Grenlandii – przyjechała kilka lat temu, wcześniej mieszkała w Danii i USA. Zima – mimo ciemności nie jest dołująca. Biel śniegu wzmacnia wszelkie światła, a na zimno najlepsze jest ubranie z foczego futra. A mknięcie psim zaprzęgiem przez bezkresną biel – to jest Prawdziwa Wolność. Chyba mam kierunek na jedną z zim na nadchodzącą emeryturę.

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 050

Poranek budzi mnie bólem zęba. Jeszcze na statku wykruszyła mi się plomba i wczorajszy dzień już sygnalizował, że będzie problem. Ponieważ mamy jeszcze kilka godzin do przylotu dziewczyn – wsiadam na Knutowy rower – i jadę do lokalnego ośrodka zdrowia. Standard – oczywiście europejski – pełny wypas i sterylność. Jest tylko jeden kłopot – nie ma prądu. Siedzę w poczekalni wraz z rosnąca grupką Inuitów. W końcu – jest prąd. Moje teatralne przedstawienie zębowych boleści pomaga mi szybko załatwić sprawę – i po dwóch godzinach cały szczęśliwy pedałuję z powrotem do domku na szczyt górki gdzie w pełnej gotowości obserwujemy przez okno salonu pojawienie się małego samolociku schodzącego do lądowania po drugiej stronie zatoczki. Łapiemy taksówkę ( a jakże – są!) – i po 10 minutach witamy się z Ewą i Asią przed drzwiami Terminala lotniczego. Taksówka przewozi nas przez miasteczko (przed nami ciężki i długi dzień – ucięcie tych 5-6km uznaliśmy za dobre rozwiązanie) – i jeszcze kilkaset metrów gruntową drogą. So-far-so-good. Póki co – dajemy radę na tym ACT!

„Obóz Jankesów” na Arctic Circle Trail

Ruszamy. Prognoza jednoznacznie pokazywała, że to co najlepsze z nieba – jest już za nami. Od dzisiaj leje. Póki co jednak zachmurzone niebo jest dla nas łaskawe. Obchodzimy zabagnione brzegi jeziorka – i zaczynamy mozolnie nabierać wysokości. Za nami zostaje kolorowa panorama Sisimiut. To będzie trudny dzień. Najdłuższy odcinek (ponad 20km), z największymi przewyższeniami. Niby 800 m w górę i tyleż w dół nie powala, ale w połączeniu z ciężkimi plecakami pełnymi żarcia na prawie 2 tygodnie… No cóż, jesteśmy psychicznie przygotowani na przeciwności. Idziemy zatem. Rozpoczynamy Rozmowy. Rozmowy będą nieodłącznym elementem naszej Drogi. O ile z Dziewczynami – przez wiele poprzednich wypraw przegadaliśmy już prawie wszystko, o tyle Sławek – to „świeża krew” w naszym Zespole. A ma o czym opowiadać! Tak więc Wyprawa zapowiada się na dobrze przegadaną. Niepostrzeżenie osiągamy wyciąg narciarski (mają tu takowy). Pierwsze forsowanie rzeczki robimy z uśmiechami na mordkach. Zaczyna padać. Żadne to zaskoczenie. Uzbrajamy plecaki w kubraczki, a siebie w kurtki. Sławek – cały w pomarańczach. To jego kolor. Wszystko ma na pomarańczowo. Tylko czerwono-biała grenlandzka flaga, którą ma zatkniętą w plecak odstaje kolorystycznie.

Kontynuujemy podejście. Mijają godziny. Godziny w deszczu. Wygląda, że wszyscy nastawiliśmy się pozytywnie – nikt nie narzeka na opatrzność. To po prostu Arctic Circle Trail. Jesteśmy tu po to, żeby iść. Cały czas przed siebie. Lubię tak. Bez żadnej kotwicy. Żadnego samochodu, do którego muszę wrócić. Żadnego hotelu-bazy wypadowej. Cały czas Do Przodu. Moją radość potęguje brak bólu zęba. No i brak bólu kolana. Jestem przeszczęśliwy. Jak to niewiele potrzeba człowiekowi. Wystarczy nieco przestawić piramidę Maslova – i już człowiek cieszy się z czegoś, czego normalnie by nie zauważył.

W końcu osiągamy grzbiet, za którym przez szarość deszczu połyskuje w dole fiord. Nad nim jest Chatka, do której dziś zdążamy. Tymczasem jednak warto by zaherbacić. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu zza górki wyłania się coś jakby mały domek. Czyżby wiata dla naszej herbatki? Podchodzimy bliżej – i nasze oczy robią się duże i okrągłe: to kibelek!!!

Greenlandia Arctic Circle Trail ACT 055

Kibelek na tym totalnym odludziu. – Wow! – Pomysł ugotowania herbaty w sraczyku (nie pada na głowę) nie uzyskuje większości, więc – skorzystawszy z przybytku (w końcu jest tu po coś) – schodzimy w dół, do fiordu. Po drodze spotykamy LUDZI. Dwójka Duńczyków po zdawkowej wymianie wędrownego info – opowiada nam o wielkiej grupie –  300 Amerykanów – biwakujących ponoć gdzieś nad jeziorami. Jest już dobrze ku końcowi dnia, kiedy osiągamy fiord. Teraz już będzie lekko – ostatni odcinek – jak wynika z mapy – to 5 km trawersu zbocza jakieś 100m powyżej fiordu. Bułka z masłem. Rzeczywistość okazuje się mniej różowa. Trawers owszem – jest, ale w skali makro. W praktyce – ścieżka pokonuje dziesiątki jarów wyrzeźbionych potokami. Każdy taki jar – to kilka – kilkanaście metrów w dół – strumyczek – i to samo w górę. 100m dalej – kolejny jar. I tak dalej.

Jesteśmy już dobrze zmęczeni – kiedy osiągamy małą chatkę – pierwszy cel na naszym szlaku. Chatka niestety okazuje się być obsadzona przez Niemców pod dowództwem poważnej pani, która uprzejmie acz stanowczo sugeruje nam marsz kolejne 2km do większej chatki w dolinie. Cóż robić – mimo ciągle padającego deszczu i sporego zmęczenia – noc z „Helgą” nie wydaje nam się miłą perspektywą, rozbijanie namiotów w deszczu także traktujemy jako ostateczność. Z informacji otrzymanych od Niemców, potwierdzają się wieści o „Obozie Jankesów”. Ruszamy więc dalej. Rzeczone 2km dłużą się w nieskończoność, trochę błądzimy. W końcu oczom naszym ukazuje się dziwaczny widok. Przesmyk między jeziorem a fiordem wygląda jak indiańska wioska. Kilkadziesiąt wigwamów. I chatka. Zwątpienie: „rozbijamy się tutaj – tam będzie full” – miesza się z nadzieją: „Amerykańce pewnie mają wypasione namioty – nie będą spać w śmierdzącej rybami myśliwskiej chatce”. Schodzimy. Tadaaaa!!! W obszernej Chatce jest dwóch ludzi: Kanadyjczyk ze Szlaku – i śpiący gościu „z obozu” (zaległ na pryczy – reszta wróciła do wigwamów). Do tego w Chatce jest CIEPŁO. Chodzi naftowy piecyk. Rozwieszamy nasze przemoczone ciuchy, wskakujemy do śpiworów, i na dobranoc wypijamy kolejkę jarzębiaku. Pierwszy dzień na Arctic Circle Trail za nami…

Koniec części 1

O innym trekkingu na Grenlandii – w rejonie Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska

PRZEWODNIK PO TRASIE:

Trekking in Greenland – The Arctic Circle Trail: From Kangerlussuaq to Sisimiut, Paddy Dillon