monastyr kecharis, Armenia

Armenia. Tu nawet niebo jest wyżej

Dlaczego Armenia? Zawsze mnie ten kraj pociągał, tak jak reszta regionu. Karmiony książkami o smutnej historii Kaukazu, myślałem o Armenii tyle razy, ale nigdy nie przekułem tych myśli na plan. Zawsze był nie ten czas. Okazja przyszła niespodziewanie. Planując Wielkanocny weekend gdzieś niedaleko wpadliśmy na bilety do Erywania. Długo się nie zastanawialiśmy. Senny nocny lot, krótka drzemka na lotnisku, kurs marszrutką, metrem i w piękny sobotni poranek jesteśmy w samym środku Erywania.

Erywań i jedo brzydkie ulice, Armenia

Wyjazd jest krótki, więc będzie intensywnie. Armenia w pigułce. Mocna, esencjonalna, treściwa wycieczka. Trzy dni wykorzystane w całości. Co do minuty. Wyłaniamy się z czeluści metra – zaskakująco dużego i głębokiego jak na stolicę tak małego kraju. Z drugiej strony jednak, w Erywaniu mieszka ponad milion ludzi. Szybki rzut oka na okolice. Próbujemy odnaleźć się w przestrzeni. Wszystko jest szarobure. Dominuje brzydota, bylejakość, zaniedbanie. Pomieszanie z poplątaniem. Budynki to mocno zaniedbana komuna. Jest dziwnie.

Chaczapuri adżarskie - to sie nazywa śniadanie na Kaukazie, Armenia

Pierwsze kroki kierujemy do lokalnego baru. Bez dobrego śniadania nie ma udanego dnia. Wybór jest prosty. Adżarskie chaczapuri i kawa. Od razu czekają nas niespodzianki. Po pierwsze – nie ma w Armenii czegoś takiego jak fast food, czy szybka obsługa. Mimo że jesteśmy jedynymi osobami w barze, czekamy na jedzenie i kawę prawie pół godziny. Kawa. Od razu uczymy się podstawowej zasady – przy zamówieniu obowiązkowo trzeba dodać „biez sahara”. Inaczej dostaniemy ulep. Przynajmniej jedzenie jest przepyszne. Żeby opisać smak chaczapuri musiałbym być chyba poetą. Kombinacja delikatnego ciasta drożdżowego, idealnie stopionego sera, jajka z aksamitnie płynnym żółtkiem i roztopionego masła to absolutna, bezapelacyjna boskość.

Cachkadzor - pierwszy przystaniek na naszej wycieczce, Armenia, kościół wysoko w górach

Przez ormiański slow food i zachwyt nad chaczapuri prawie spóźniliśmy się na wycieczkę. W ostatniej chwili dobijamy do naszego busa i ruszamy zwiedzać Armenię. w planach na dziś mamy trzy monastyry: Kecharis w Cachkadzorze oraz Goszawank i Hagarcin w okolicach Dilidżanu. Ruszamy przez miasto. Słoneczny sobotni poranek. Gwar i ruch. Słońce przebija przez szarobure i ponure ulice Erywania. Wraz ze słońcem miasto zaczyna żyć. Na ulicach ludzie o wyraźnych ciemnych, gęstych brwiach, dużych greckich nosach. Mężczyźni ubrani w czarne spodnie i czarne skórzane kurtki. Kobiety bardzo zadbane, eleganckie. Łady Nivy i Żiguli, Wołgi. Całość wydaje się nieprawdopodobna, stopniowo rozmywa się i przechodzi w sen. Nawet nie wiem kiedy oboje najedzeni i bosko zmęczeni odpływamy. Budzi nas dopiero chłód Cachkadzoru.

Kecharis – XI-wieczny monastyr w górach Kaukazu, Armenia

Jesteśmy na ponad 1800 m n.pm. Jest biało od śniegu. Jesteśmy w środku dość brzydkiego miasteczka w górach. W jego centrum Kecharis – XI-wieczny monastyr. Majestatyczna kamienna budowla widoczna jest z każdego miejsca w okolicy. Dumnie stoi w sercu miasteczka. Cała historia Armenii to kościoły. To pierwszy kraj na świecie, który przyjął chrześcijaństwo a mieszkańcy uznali się za naród wybrany przez Boga. Nie ma Armenii bez monastyrów. Nie ma też monastyrów bez historii Armenii.

Monastyr Kecharis - Armenia
Kecharis jak pozostałe świątynie, za czasów ZSRR popadł w kompletną ruinę. Kościoły służyły wtedy jako magazyny, spichlerze, chlewy. Mogło być w nich wszystko oprócz Boga. Monastyr został odrestaurowany ale nadal nosi wyraźne blizny trudnej historii. Prawie 70 lat komunizmu zaorały klasztor bardziej niż setki lat pełnych podbojów, inwazji, rzezi i innych straszności. Kamienie wyszczerbione mieczami, toporami, noszące ślady kul, ognia. Wszystkie te ślady zdają się dodawać budowli powagi. Trochę niczym zmarszczki dodające ludziom mądrości i życiowego doświadczenia, lub szlachetne blizny przypominające o bohaterskich czynach.

magiczne wnętrze monastyru Kecharis, Armenia

W środku monastyry nie przypominają niczym naszych ociekających złotem kościołów. Ascetyczne, puste wnętrza toną w mroku przecinanym co i raz strumieniami światła przebijającego przez wąskie okna. Ołtarz jest przykryty zasłoną. Na ścianach ledwie wyraźne kilkusetletnie freski. Pojedyncze obrazy świętych, zapalone świece. W środku hula wiatr. Miejsce magiczne. Niezależnie czy ktoś wierzy czy nie, czuć niesamowitość tego miejsca, jego klimat, historię, ducha.

chaczkary naokoło monastyru Kecharis, Armenia

Naokoło kościoła na ziemi porozkładane są kamienia nagrobne. Wszędzie. Ułożone są z nich niemal chodniki. Na płaskich kamieniach wiją się piękne, przypominające wijący się bluszcz litery ormiańskiego alfabetu. Pierwszego na świecie – jak wszystko w Armenii. Ze ścian świątyni patrzą na nas chaczkary – niemal święte kamienne krzyżowe. To tablice upamiętniające różne ważne wydarzenia. Przepięknie zdobione w litym kamieniu. Wzory są niesamowite, skomplikowane, wprost trudno uwierzyć, że zrobiła je ludzka ręka. Ich złożoność, idealnie wykończone detale, wzory, w których nie znajdziemy początku ani końca – symbol nieskończoności. Są czymś obok czego trudno przejść obojętnie. Trzeba się im przyjrzeć, dotknąć, przejechać dłonią, poczuć ich magię.

mogiły przodków, monastyr Kecharis, Armenia, Kaukazis

Wycieczka po ogrodzie monastyru. To kolejna przygoda. Błądzimy wśród kamiennych tablic nagrobnych porozrzucanych po całym, niewielkim terenie. Trafiamy na kolejne chaczkary zagubione wśród starych drzew orzechowych. Nasze ślady na śniegu tworzą jakby mapę historii tego miejsca – od jednej płyty do kolejnej. Od jednego chaczkaru do drugiego. Od jednej części monastyru do kolejnej. Przechodzimy w ten sposób po płytkim mokrym śniegu, wśród smętnych orzechowców, niemal dziesięć wieków istnienia Kecharisu. Naszą podróż w czasie przerywa przewodniczka, która zabiera nas dalej. Znowu bus. Znów próbujemy chłonąć krajobrazy górskiego armeńskiego przedwiośnia. Znowu całkiem niespodziewanie dopada nas sen.

Jezioro Sewan - największe na Kaukazie, znajduje się w Armenii

Budzi nas oślepiające słońce odbijające się od płaskiej tafli jeziora. To Sewan – największe jezioro Kaukazu, jedno z najwyżej położonych na świecie. Leży na wysokości ponad 1 900 m n.p.m. Jedno z trzech tzw. Mórz Armenii. Pozostałe dwa symbole starożytnego imperium ormiańskiego – Wan i Urmia leżą obecnie w Turcji i Iranie. A więc to kolejne święte miejsce, pełne historii i wspomnień. Źródło dumy Ormian i pamiątka smutnych dziejów tego maleńkiego wybranego przez Boga narodu. Zatrzymujemy się na chwilę na poboczu aby podziwiać jezioro.

Brzeg jeziora Sewan, Armenia

Ponure odcienie wczesnej wiosny: błoto, wysuszone kikuty drzew i blada, wypłowiała trawa sponiewierana zimą, wystająca coraz odważniej spod resztek topniejącego śniegu. Z tym dość przygnębiającym krajobrazem dzielnie kontrastują żywe barwy jeziora. Soczysty błękit, przechodzący momentami w odcienie szafiru, gdzieniegdzie ponurą siną głębie, a w jeszcze dalej przechodzący nawet w szmaragdową zieleń. Taflę wody otaczają pokryte resztkami śniegu góry stopniowo zanikające w oddali, jakby były pochłaniane przez głębie jeziora. Od wody ciągnie przyjemna świeżość. Świecące słońce przyjemnie liże po twarzy. Jak zwykle odłączamy się od wycieczki i schodzimy nad brzeg jeziora po stromej skarpie. Spacerujemy po mokrym śniegu chrupiącym pod stopami.

na brzegach jeziora Sewan cały czas widać snieg, Armenia

Docieramy do opuszczonego ośrodka wypoczynkowego. Z budzącej się z zimowego snu okolicy, wyłaniają się opuszczone domki letniskowe pomalowane na żywe, żrące kolory. Szkielety wiat, parasoli, ławek, opuszczone łódki wyciągnięte na brzeg. Popękane drzwi, wybite szyby, walające się śmieci. Całość wygląda dość mizernie. Krajobraz post-apokaliptyczny. Opuszczona stacja na Antarktydzie. Kiedyś piękne, popularne miejsce, teraz zapomniane, pozostawione samemu sobie, ulega stopniowemu ale konsekwentnemu i nieodwracalnemu rozkładowi. Miejsce z niesamowitym klimatem. Niesamowity miks brzydoty i upadku z pięknem otoczenia. Specjalność republik poradzieckich. Aż próbuję sobie wyobrazić jak w latach ’60 czy ’70 przyjeżdżali tu sowieccy turyści, rozkładali koce, odpoczywali, kąpali się w jeziorze. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu. Znowu woła nas przewodniczka. Po raz kolejny opóźniamy grupę. W aucie mówi nam, że ośrodek cały czas działa, zamknął się tylko na zimę…

Dilidżan - górska wioska na Kaukazie z przepięknym starym monastyrem, Armenia

Dilidżan, Armenia

Jedziemy dalej. Mijamy jezioro i odbijamy w stronę Dilidżanu. Za jeziorem przejeżdżamy przez ponad kilometrowy tunel pod górami. W jednej chwili jakbyśmy przenosili się z jednego świata do innego. Krajobraz zmienia się diametralnie. Większość Armenii, którą pozostawiliśmy za sobą, to suchy płaskowyż ze wznoszącymi się co i raz górami. Całość przypomina pustynię pokrytą trawą i kępkami traw. Drzewa były rzadkością. Z tunelu wjeżdżamy w porośnięte drzewami góry. Ze względu na wczesną wiosnę, to są na razie gołe lasy kikutów, ale latem musi tu być prześlicznie. Czuć też zdecydowanie wilgoć w powietrzu. To region Armenii o najwyższym odsetku opadów. Przejeżdżamy przez Dilidżan i odbijamy w górę. Droga robi się coraz węższa i kręci coraz bardziej.

Dilidżan - monastyr, Armenia

Docieramy do Goszawanku. To maleńka wioska wciśnięta na końcu niewielkiej doliny. Kilka w miarę nowych domów – każdy w innym stylu, kilka starych drewnianych chat, kolorowe pranie rozwieszone na sznurkach, cmentarz, kapliczka na wzgórzu i monastyr. Budynek wydaje się być wszędzie. W centrum uwagi, gdziekolwiek by nie stanąć. Widać go z każdego miejsca. Góruje nad całym otoczeniem. Dumnie spogląda na okolicę. Cała wioska wydaje się istnieć w cieniu monastyru. To on wydaje się być początkiem i końcem wszystkiego. Reszta to tylko tło. Tak komponowane są ormiańskie monastyry. To w końcu historia tej ziemi, tego narodu. Jego pamięć i świadomość. One są najważniejsze.

Monastyr Goszawank - Armenia

 

Wnętrze monastyru, podobnie jak poprzednie jest bardzo oszczędne, wręcz surowe. Gołe ściany z kamienia. Dyskretne, zdobienia i płaskorzeźby delikatnie podkreślają piękno i niesamowitość tego miejsca. Kolejna świątynia podnoszona z kolan. Wyszczerbione kamienie, ślady sadzy, pokruszone płaskorzeźby – ślady niedawnej ruiny. Z niewiadomych powodów odrestaurowane przez… arabskich szejków. Przestrzeń. W środku hula wiatr. W wąskich oknach wysoko nie ma okien. Dużo przestrzeni. Światło i powietrze. Tutaj człowiek nie czuje się przytłoczony, nie dusi się. Można odetchnąć, odczuć majestat tego miejsca.

Chaczkary w monastyrze Goszawank, Armenia

Goszawank to miejsce wyjątkowe. Znajduje się tu kolekcja najpiękniejszych chaczkarów w całej Armenii. Tak mówi przewodniczka. Sami nie wiemy czy jej wierzyć. W Armenii wszystko jest naj. Najpiękniejsze, najstarsze, największe, najdoskonalsze. Tu nawet niebo jest wyżej. Niezależnie od tego czy są naj, chaczkary wystawione przed monastyrem rzeczywiście robią ogromne wrażenie. Szczególnie ten jeden – stworzony w 1291 roku przez artystę Poghota. Przyglądamy się i nie możemy uwierzyć. Taka precyzyjna robota. Precyzyjna robota, majstersztyk. Doskonale wyrzeźbione linie, wzory. Wygląda to jak ogromna kamienna koronka. Detale sprawiają, że aż nie chce się wierzyć, że to kamień. Dotykam kamienia, wodzę ręką po wijących się wzorach. Jakbym dzięki temu mógł się przenieść w czasie, zobaczyć całą historię tego kamienia. Jakbym w ten sposób dawał mu głos. Słuchał jego opowieści. Chaczkary są niesamowite. Magiczne. Dotykając ich, można poczuć ich potęgę, siłę, bijący od nich spokój. Są niemymi świadkami historii tej ziemi. To coś co trudno opisać. Trzeba to samemu zobaczyć. I dotknąć!

Goszawank, Armenia

MOnastyr Goszawank, Armenia, Kaukaz

Po wyjściu z monastyru, wycieczka zbiera się przy aucie. Ja jak zwykle niesforny. Chyba jednak nie nadaję się na zorganizowane wycieczki. Zawsze chcę zobaczyć coś jeszcze. Nie wystarcza mi „liźnięcie”. Dalej, więcej, teraz. Wspinam się szybko na pobliskie wzgórze, które okazuje się być cmentarzem. Błądzę pomiędzy nagrobkami, pomnikami, płytami i mini kryptami. Robi się coraz bardziej stromo. Zastanawiam się jak tu się w ogóle udaje kogoś pochować. W końcu docieram do punktu, z którego rozpościera się przepiękny widok na dolinę i monastyr. Wydaje się, że kościół jest tu pępkiem wszechświata, otacza go senna wioska. Mógłbym teraz przenieść się w czasie o kilkadziesiąt lat i nawet bym nie zaważył. Wydaje się, że tu od wieków nic się nie zmienia. Jakby czas omijał to miejsce szerokim łukiem. Tutaj życie się zatrzymało.

Armenia, Kaukaz

kaukaskie szaszłyki, Armenia

boski ser kaukaski z równie boskimi świeżymi warzywami i ziołami: pietruszka, kolendra, estragon i dymka

Jedziemy dalej, na obiad. Zatrzymujemy się w restauracji o dumnie brzmiącej nazwie – Belvedere. Na szczęście to żadna restauracja, a co najwyżej zajazd nad rzeką. Garkuchnia, rożen na zewnątrz, toporne drewniane krzesła i stoły przykryte kolorowymi chustami. Jedzenie idealnie proste i pyszne. Kebaby z kurczaka przygotowane przed chwilą na ogniu, mięciutki chleb, lawasz, warzywa, aromatyczny biały ser i gwiazda każdego dania – bukiet świeżych ziół. Coś co absolutnie wygrywa. Pęczek świeżej pietruszki, koperku, dymki, kolendry, estragonu i jeszcze jakiś liści, które przypominały mlecz. Bez żadnych sosów. Bez kombinowania. Po prostu idealne. Smak Armenii, świeżość, magia. Jak ja kocham zwiedzać nie tylko oczami, ale i żołądkiem.

Kaukaz, Armenia - miejsce, które zatrzymało się w czasie

Po obiedzie jeszcze bardziej czujemy zmęczenie i mamy ochotę na drzemkę. Wychodzimy i siadamy sobie pod jedną z wiat nad pobliską rzeką. Delikatny szum wody, wiosenne słońce, nieśmiało liżące po twarzy, mocna kawa po turecku. Boski leń. Obok hamak. Zepsuty, ale da się w nim poleżeć, delikatnie pobujać, posłuchać rzeki, wystawić buzię do słońca, popatrzeć na senną i przepiękną mimo braku zieleni okolicę.

Hagarcin - kolejny piękny monastyr odnowiony za pieniądze z emiratów arabskich. To popularna praktyka na Kaukazie. Armenia

Hagarcin, Armenia

Sielanka znowu nie trwa zbyt długo. A może tak nam się tylko wydaje. Jedziemy dalej. Ostatni przystanek naszej wycieczki to Hagarcin. To monastyr z XIII wieku, ukryty w lesie, gdzieś na krańcu małej doliny. Ten zespół przepięknie odrestaurowanych kamiennych budowli to kolejna smutna historia kilkuset ostatnich lat. Najazdy, wojny, rzezie, plądrowanie, komunizm, zapomnienie, w końcu rekonstrukcja dzięki sponsorom ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jest coś w tych monastyrach. Trochę się baliśmy tych wycieczek. Że będą takie same nudne kościoły, te same historie, zwiedzanie, ołtarze, obrazy itd. Tymczasem każdy z monastyrów to inny świat. Inna historia, inna legenda. We wszystkich jest wielka Armenia, bohaterskie czyny, mądrości i sława. W każdym z kościołów można też znaleźć prześliczne, charakterystyczne detale, jakby każdy chciał nas czymś zachwycić, zapaść na długo w naszej pamięci.

Monastyr Hararcin - Armenia

cudowne drzewo, które spełnia życzenia. wystarczy przejść przez jego pień. Hagarcin, Armenia

Wnętrze monastyru to kolejne dreszcze. Wiatr, tlące się świece, kamień, płaskorzeźby, kunsztowne łuki utrzymujące całą konstrukcję kościoła, chaczkary, tajemnicza atmosfera. W jednej z komnat trafiamy na strumień światła który rzucał przepiękną tęczę na kolumnach. Zupełnie jakby zwiedzanie monastyrów, polegało na szukaniu znaków. Zaraz za budynkiem rośnie prastary orzech. Przewodniczka twierdzi, ze to jedno z najstarszych drzew, ma ponad tysiąc lat. Na pewno jest naj, prze, och i ach. Na pewno jest stary, swoje widział i swoje przeżył. Nie jeden piorun, pożar, wojnę. Podobno ma zdolność spełniania życzeń. Wystarczy przejść przez dość wąską dziurę w pniu. Ktoś się daje namówić. Przeszedł. Nie wiem czy spełniły się jego marzenia. Na pewno będzie robił pranie, bo kompletnie ubrudził się sadzą, w której był cały pień.

Dilidżan Armenia

Dilidżan - małe kaukaskie miasteczko, podupadłe jak większość w Armenii

 

Niezależnie od właściwości drzewa, zwiedzanie Hagarcinu jak i pozostałych monastyrów było magiczne. Trudno się od niego oderwać. Trzeba jednak wracać. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na chwilę w Dilidżanie. Miasteczko jest tak brzydkie i nijakie, że trudno cokolwiek o nim powiedzieć, poza tym, że otoczenie jest piękne. Ten sam scenariusz co wszędzie. Rozkład, bylejakość, zapomnienie, nijakość. Świat po zagładzie ludzi. Apokalipsa. Jeszcze zanim auto rusza w stronę Erywania, zasypiamy jak zabici. Pobudka dopiero w stolicy. Jak przez mgłę pamiętam tylko wspomnienia i obrazy z drogi powrotnej. Urwane sceny: jezioro, góry, przełęcze, tunel.

Erywań - plac Republiki czyli samo centrum miasta, Stolica Armenii

Do Erywania docieramy pod wieczór. Jesteśmy zmęczeni, ale najpierw chcemy coś zjeść. Snujemy się w poszukiwaniu sklepów i jakiegoś miejsca, gdzie można zjeść coś miejscowego, dobrego i w rozsądnej cenie. Wszystkie pułapki na turystów omijamy szerokim łukiem. Trafiamy na jakąś tawernę z ogromnymi, pustymi salami w podziemiach. Ryzykujemy. Oprócz nas nie ma nikogo. Tylko głośna muzyka – na zmianę coś ormiańskiego i Enrique Iglesias. W menu nie ma makaronu ani sałatki cesarskiej, to dobry znak. Jest tylko pizza, ale nic dziwnego – w końcu Ormianie na pewno twierdzą, że to oni ją wymyślili.

Szaszłyki, Erywań, Armenia

adżarskie chaczapuri, Erywań, Armenia

Chcemy zamówić dosłownie wszystko, ale po dramatycznych wyborach staje na kilku miejscowych przysmakach. Obowiązkowo szaszłyk z baraniny z lawaszem, ostrym sosem i cebulką zmieszaną z koperkiem. Adżarskie chaczapuri – z idealnie zrobionym jajkiem i płynnym aromatycznym masłem. Gruzińskie chinkali – pierożki na parze – aromatyczne sakiewki z mięsem i przepysznym wołowo-kolendrowym rosołkiem w środku. W końcu dolma – baranina zawijana w liście winogron z gęstą kwaśna śmietaną. Wszystko to atakuje nas na raz. Co chwila trafiamy na swoje ręce sięgające po coś. Jemy wszystko na raz. Jest tak pyszne, że boimy się, że to sen, że zaraz wszystko zniknie.

dolma – baranina zawijana w liście winogron z gęstą kwaśna śmietaną, Erywań, Armenia

chinkali – pierożki na parze – aromatyczne sakiewki z mięsem i przepysznym wołowo-kolendrowym rosołkiem w środku, Armenia, Erywań

Taka kolacja to idealne podsumowanie dnia. Zaledwie po kilku godzinach kiepskiego snu w samolocie, z rozpędu, przejechaliśmy z wycieczką prawie pół Armenii. Zwiedziliśmy 3 wspaniałe monastyry, po drodze wyłapaliśmy fragmenty kraju. Widzieliśmy biedę, szarość, bylejakość. Jednocześnie słuchaliśmy przewodniczki. To co mówiła, zupełnie nie przystawało do tego co widzimy. Po jednym dniu w Armenii wiedzieliśmy jedno. Ten kraj jest we wszystkim naj, pierwszy i prze. Jest wyjątkowy, wielki, wybrany przez Boga, jednocześnie niedoceniony i bardzo pokrzywdzony przez los. Wszyscy tu wydają się w to wierzyć całym swoim sercem i traktują to bardzo poważnie. Jedno możemy potwierdzić. Kuchnia kaukaska jest naj i prze. Resztę zobaczymy jutro i pojutrze.

 

Erywań, Armenia