Bajanchongor. Nasz mongolski graal

Wcześnie rano budzi nas muczenie krów, potem rżenie koni. Wychylam się z namiotu i widzę, że wszędzie wokoło leniwie pasą się konie. Ula jeszcze śpi, więc zaczynam się krzątać wokół auta. Siadam na krzesełku, rozkoszuje się przepięknym porankiem. Jest chłodno i raczej ponuro, ale nadal pięknie. Nagle podjeżdża do mnie na koniu pasterz. Ubrany w tradycyjny strój i czapkę. Niewysoki na równie małym koniu, ale wygląda niezwykle dostojnie i majestatycznie. Kiedy zbliża się do mnie na koniu, wygląda na o wiele większego niż jest w rzeczywistości. W jednej chwili mam przed oczami jeźdźca sprzed setek lat. Zatrzymuje się, patrzy, pokazuje na namiot na dachu, mówi coś, uśmiecha się. Odwzajemniam uśmiech i pokazuję ruchem ręki, że namiot składa się. On kiwa głową z uznaniem. Patrzymy tak i się uśmiechamy. Nie znając swoich języków, porozumiewamy się. Uśmiechem i gestami. Potem żegnamy się i odjeżdża. Lubię te momenty. Przywracają mi wiarę w ludzkość. Udowadniają, że się da. Wystarczy być ciekawym drugiego człowieka i życzliwym. Reszta przychodzi sama.

Po śniadaniu z widokiem, ruszamy w drogę. Nie możemy się doczekać głównej drogi. Przez ostatnie dwa dni asfalt był dla nas świętym graalem, upragnionym celem podróży. Wytrzęsieni na mongolskich bezdrożach, nie mogliśmy się doczekać równej, twardej nawierzchni, braku wszechobecnego kurzu, ciszy i komfortu jazdy. Zwykły asfalt, coś, co na co dzień mamy pod nosem, nie doceniamy tego, nawet nie zauważamy. I oto jest! Po zaledwie pół godzinie jazdy przez dolinę. Widzimy auto pędzące i nie zostawiające przy tym tumanów kurzu. – To na pewno asfalt! – Wtaczamy się powoli, z niedowierzaniem na mizerną, popękaną nawierzchnię. Tak biedną i zniszczoną, ale dla nas najcudowniejszą. Nareszcie auto sunie cicho, nie szarpie, nie rzuca. Przynajmniej przez chwilę, zaaferowany drogą nie zauważam co i raz pojawiających się dziur, na których z hukiem wyskakujemy.

Teraz czeka nas 200 kilometrów asfaltem do Bajanchongor. Tu można rozpędzić się do zawrotnych 60 km/h. Po przejechaniu kilku kilometrów dostrzegamy po prawej stronie jakąś świątynię. Z traw rozległej doliny nagle wyrastają rzędy ozdobnych buddyjskich wieżyczek. Białe, pięknie pomalowane. Za nimi rzędy kolejnych. Powiewają przypięte setki niebieskich szarf z modlitwami. Z dala trudno oprzeć się wrażeniu, że to torby IKEA przywiązane do płotu. Całość wygląda przepięknie, i majestatycznie. Niespokojne zachmurzone niebo nadaje temu miejscu niesamowity i tajemniczy klimat. Nie wiemy, co to za miejsce. Przewodnik o nim milczy, ale zjeżdżamy bez wahania.

Na miejscu okazuje się, że to świątynia poświęcona… koniom wyścigowym. Konie są w Mongolii bardzo ważne – są największym majątkiem i najlepszym przyjacielem każdego Mongoła. Ponoć dzieci uczą się jazdy konnej niemal równocześnie z nauką chodzeniem na własnych nogach. Koń w Mongolii to świętość. Pośrodku świątyni stoją posągi koni poobwieszane szarfami, jakieś płaskorzeźby, tablice, jakby nagrobne, naokoło poukładane są czaszki zwierząt, kopce kamieni ovoo. Magia i niesamowity klimat tego miejsca zachwycają. Odwracamy się od kiczowatych końskich elementów i chodzimy wśród traw, pomiędzy buddyjskimi wieżyczkami, wsłuchujemy się w szarfy i chorągiewki łopoczące na wietrze, oglądamy bajecznie piękne, zielone okoliczne wzgórza. Wspaniałe obrazy. To jedno z miejsc w Mongolii, które chyba najbardziej zapadły mi w pamięć.

Droga prowadzi łukiem na południowy zachód. Jedziemy przez przepiękne wzgórza przykryte zielonymi łąkami. Stopniowo jednak robi się coraz bardziej sucho i po godzinie znowu jesteśmy na jałowych przestrzeniach Gobi. Wraca kurz i pył, który i tak mamy wszędzie w aucie. Nie możemy się już doczekać łaźni, dobrego jedzenia i wifi. Nasze piękne plany… Niespodziewanie zrywa się silny wiatr. Na jednym z postojów, przy otwieraniu drzwi, podmuch szarpie je tak bardzo, że wygina się kawałek nadkola. Efekt: po zamknięciu drzwi, wygięty kawałek je blokuje. Nie da się otworzyć drzwi kierowcy. Co to oznacza? Że najprawdopodobniej nasze plany weźmie w łeb. Musimy coś z tym zrobić. Podróż do Bajanchongor nabiera nowego celu.

Bajanchongor (Bayankhongor) to według mongolskich standardów spore miasto. Dla nas to było centrum wszechświata! Po czterech dniach na odludziu, w absolutnej dziczy, nareszcie knajpy, sklepy, wifi i najważniejsze – łaźnia! W jednym z domów, gdzieś na uboczu, wpadamy jak poparzeni i od razu lecimy pod prysznic. W Mongolii publiczne łaźnie są bardzo popularne. Nie dziwne, sporo domów nie ma bieżącej wody, o gerach nie wspominając. Łaźnia to nie jest żadna atrakcja, warunki jak w szkole sprzed kilkudziesięciu lat, ale to nieważne. Jest bieżąca, gorąca woda. Jest toaleta, co prawda zamiast papieru gazeta a za spłuczkę służy puszka po farbie, ale jest! Tylko po pobycie na pustyni można to docenić. Dla nas to luksusowe spa Bajanchongor.

Po spa Bajanchongor miało być jedzenie, ale jesteśmy zbyt spięci. Na piramidzie potrzeb, na miejsce jedzenia wchodzi wifi. Musimy się skontaktować z Deegii z Drive Mongolia i zapytać, co mamy robić. Po długich poszukiwaniach wzdłuż głównej ulicy trafiamy do Bayankhongor Hotel. W restauracji w stylu dyskoteki początku lat ’90 łapiemy w końcu wifi. Zamówienie obiadu nie jest takie proste, okazuje się, że z karty nie ma prawie nic. W końcu zrezygnowani zamawiamy jakiś boczek w jakiejś horrendalnej cenie. Najważniejszy jest jednak dostęp do internetu. Instrukcje są proste – jechać do warsztatu, niech naprawiają. Przychodzi jedzenie – pyszny boczek, z jeszcze pyszniejszym sosem, podany w stylu „europejskim” z jakąś koszmarną sztuczną sałatką i dressingiem balsamico. Nie warte nawet zdjęcia.

Teraz zaczyna się nasz slalom po mieście pomiędzy mechanikami a wifi. W niedalekim warsztacie, po kilku próbach prawie udaje się dogadać. Wracamy pod hotel i wifi, Deegii wysyła nam wiadomość dla mechanika, żeby do niej zadzwonił. Wracamy, mechanik dzwoni do Deegii, okazuje się, że tu nie robią blacharki, więc mamy jechać dalej. Tylko gdzie? Miły chłopak w warsztacie wszystko spokojnie tłumaczy. Po mongolsku. Nieważne, że nie rozumiemy. W końcu pokazuje, ale nic z tego nie wynika. Pokazujemy mapę na telefonie. Nie jest w stanie pokazać gdzie jest warsztat. Nie ta perspektywa. Pokazujemy, żeby narysowali mapę. Przez kilka minut w nerwowe poszukiwania kartki i długopisu angażuje się cały warsztat. Chłopak szkicuje mapę przez chyba 15 minut. W końcu zadowolony pokazuje i tłumaczy. Pytam, gdzie jesteśmy na tej mapie. Nie potrafi wskazać…

Znowu jedziemy pod hotel, prosimy Deegi, żeby zadzwoniła i tłumaczyła. Wracamy, znowu mapa, tłumaczenie i telefoniczna nawigacja. W końcu chyba mamy to. Mamy jechać przez bazar, skręcić za stacją benzynową i ma być po lewej. Super! Wygląda na to, że to nawet niedaleko. Tylko gdzie jest Ula? Podczas kiedy wszyscy po kolei oglądali uszkodzone nadkole i tłumaczyli jak dotrzeć do blacharza, zniknęła. Po kilku minutach wraca uśmiechnięta z pobliskiego geru. Okazuje się, że gdy szwendała się po okolicy, do środka zaprosiły ją dwie przesympatyczne panie. Akurat szyły z ogromnych płatów filcu jakieś fragmenty geru, prawdopodobnie sprzedawane w pobliskim sklepie podłogi. Bardzo ciepło ją przyjęły, pokazywały nad czym i jak pracują, pozowały do zdjęć (tak, selfie też mają), a nawet poczęstowały lokalnymi specjałami. Ula odwdzięcza się oczywiście słodyczami. Taka tradycja. W Mongolii, kiedy ktoś zaprasza Cię do środka, częstuje tym, co ma i w dobrym tonie jest się zrewanżować. Kiedy wsiadamy do auta Ula wtyka mi jeszcze do ust jakiś kawałek chleba z mongolskim masłem. Coś niesamowitego, tutaj smak zapewne określa się jako dojrzały lub wyraźny, u nas to zdecydowanie zjełczały.

Przebijamy się przez tłoczny bazar Bajanchongor. Po dosłownie dwóch minutach znajdujemy warsztat blacharski. Panowie oglądają, wzdychają, coś mówią, tylko, jak zwykle, kompletnie nie wiemy co. Chcemy się dowiedzieć ile to będzie trwało, ile kosztowało. Niestety trudno się dogadać. Panowie są mili, ale nie znamy ich języka. Pokazujemy wiadomość od Deegii, dzwonią, nikt nie odbiera. Wracamy więc do wifi, żeby się z nią skontaktować. Na miejscu okazuje się, że właśnie rozmawiała z blacharzem i mamy wracać i reperować auto. Przejeżdżamy Bajanchongor po raz n-ty. Kiedy się zbliżamy, przemiły pan w warsztacie od razu wyskakuje uśmiechnięty z łyżką blacharską i zaczyna odginać wgniecione nadkole. Jesteśmy przerażeni widząc kawał metalu wyginający elementy wypożyczonego auta. Lakier odpryskuje, ale po chwili wszystko jest OK. Uśmiechnięty pan pokazuje, że gotowe. To tyle…

Kiedy pokazuję portfel i pytam o zapłatę, uśmiecha się tylko i macha ręką. Na szczęście mamy ze sobą małe nalewki „Soplicy” przywiezione właśnie z myślą o takich wyrazach wdzięczności. Wręczamy Panu uśmiechnięci, wylewnie dziękujemy, kłaniamy się i jedziemy. Zaczepiamy jeszcze o poprzedni warsztat, żeby dać taki sam prezent młodemu mechanikowi od mapy. Wspaniali ludzie, jeszcze chyba w życiu nie spotkaliśmy się z takim zaangażowaniem i chęcią bezinteresownej pomocy. W obu miejscach zaaferowaliśmy swoim problemem większość personelu. Mimo że nie mieli w tym żadnego interesu, poświęcili nam sporo czasu, pomogli, doradzili, pokazali drogę. Oczywiście w miarę swoich możliwości, ale tu liczą się chęci. To wspaniałe, że nawet kilkadziesiąt lat komunizmu nie zniszczyło w ludziach takich ciepłych uczuć.

W końcu możemy zjeść. Okazuje się, że jest już dość późno i wypadałoby się zbierać z Bajanchongor. Krążymy pomiędzy blokami w poszukiwaniu jakiegoś miejsca z jedzeniem i trafiamy z powrotem na bazar. Tu zupełnie przypadkiem znajdujemy jadłodajnię, w której siedzą taksówkarze i policjanci. Od razu wiemy, że to właśnie tego miejsca szukaliśmy. Na szczęście jest menu obrazkowe. Wybieramy na chybił trafił: jakieś mięso, pierożki, do tego oczywiście herbata. Kuchnia mongolska w całej swej okazałości. Herbata przychodzi – z mlekiem, odrobiną tego zjełczałego masła i posolona. Smak dość specyficzny, nie dla każdego. Zamówiliśmy dwa kubki, po pierwszym łyku wiemy, że jeden to dla nas aż nadto. Baranina smażona z grzybami to mniej więcej to, czego się spodziewałem, do tego obowiązkowe ryż i przystawki: sałatka ziemniaczana, marchewka i ogórki z octu. Ula szeroko otwiera oczy ze zdziwienia, kiedy jej – patrzy jeszcze raz na zdjęcie – zwykłe pierożki z baraniną, pojawiają się na stole podane w zupie mlecznej na rosole baranim, z ryżem. Na powierzchni mleka pływają przepiękne żółte oka baraniego tłuszczu, spod pierożków wystają kości obrośnięte mięsem. Kuchnia mongolska to chyba jeszcze większa przygoda niż tutejsza natura.

Wracamy, pora ruszać dalej. Kiedy do auta zostaje na zaledwie kilkaset metrów, zrywa się burza piaskowa. Wiatr porywa tumany beżowo-rudego gryzącego pyłu. Trudno oddychać, nie ma czym zasłonić oczu. W jednej chwili ulice się wyludniają. Ludzie chowają się gdzie mogą. Zanim dobiegamy do auta, całe nasze mycie idzie na nic. Jesteśmy znowu cali w drobnym piaszczystym pyle. A tyle czekaliśmy na kąpiel. Tak się z niej cieszyliśmy. Znowu nasze plany i Mongolia, która w jednej chwili je przekreśla. Po chwili oczywiście wszystko się uspokaja i możemy jechać dalej. Kierujemy się z miasta na północ. Jest późno, chcemy się tylko oddalić od Bajanchongor i rozbić gdziekolwiek.

Miasto znika w jednej chwili. Przed nami znowu wiją się tasiemki wyjeżdżonych śladów. Przecinają dolinę wzdłuż i wszerz. Znowu trzeba szukać drogi na mapie. Przepiękna, zielona dolina otoczona jest ze wszystkich stron równie pięknymi, pofałdowanymi wzgórzami. Znowu natura. W trawie buszują maleńkie myszki. Ponad nami latają dostojnie ogromne orły. Powoli zapada zmierzch. Odjeżdżamy kilkanaście kilometrów od miasta i pośrodku dużej doliny zjeżdżamy ze szlaku w pole. Przejeżdżamy pod zbocze pomiędzy dwa wzgórza, znajdujemy zaciszne miejsce, dyskretne, ze świetnym widokiem na otoczenie.

Kiedy rozbijamy namiot, dociera do nas odurzający zapach ziół, coś jakby dzika lawenda, niezwykle intensywna. Nie mam pojęcia co to, ale chodzę w kółko jak narkoman i wdycham. Wszędzie słychać cykady, nieopodal wypasają się leniwie konie, które co chwila zmieniają miejsce. Wygląda to jakby znikały w jednym punkcie i niepostrzeżenie pojawiały się w drugim. Pod nogami, pośród kęp trawy i krzaków biegają myszki. Siedzimy sobie patrząc na zmierzch w tej przepięknej dolinie i upajamy się zapachem dzikich ziół. Kolejny piękny dzień. Pełen emocji, przygód i wspaniałych ludzi. Przez moment chcemy planować kolejne dni, ale przypominamy sobie, że to przecież nie my tu mamy plan na Mongolię, tylko ona na nas.

Gdzieś pośród wzgórz, w przepięknym mongolskim stepie