Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - kopalnia

Barentsburg. Kawałeczek Rosji

Rano jest zimno. Jak zwykle. Ale pogoda nas rozpieszcza. Niskie, gęste chmury, które w nocy pląsały po zatoce, podniosły się. Teraz wyglądają jak ogromne kolumny podtrzymujące nieboskłon. Widać błękitne niebo, ptaki radośnie skrzeczą, jakieś kaczkowate wesoło kwaczą. Piękny poranek. To będzie równie piękny dzień. Powoli wstajemy i się zbierają. Mimochodem budzimy sąsiednią grupę. Zamieniamy parę słów. Chłopaki pływali przez kilka tygodni żaglówką wokół Spitsbergenu, teraz zrobili sobie kilkudniowy trekking. Po wysłuchaniu kilku ich opowieści stwierdzamy, że nic tu nie widzieliśmy i Spitsbergen jest zdecydowanie do powtórzenia. Umawiamy się na wieczór. Barentsburg, ciepły hotelowy bar, rozgrzewające drinki, pogaduchy… a tymczasem w drogę!

Colesbukta - Kapp Laila - na trasie trekkingu po spitsbergenie

droga z Kapp Laila do Barentsburga trekking po spitsbergenie

bagno na drodze z Kapp Laila do Barentsburga trekking po spitsbergenie

Ruszamy w stronę Barnetsburga. Zapowiada się spokojny dzień. Droga prosta, wzdłuż wybrzeża, żadnych poziomic, delt, płaskowyżów, po prostu monotonny, 20-kilometrowy marsz. Oczywiście tak nam się tylko wydaje. Zaczynamy szlakiem dla skuterów śnieżnych oznaczonych delikatnymi śladami odciśniętymi na rudawej trawie i długimi tyczkami powbijanymi co i raz w ziemię. Wygląda to jak niewyraźna polna droga. Tyle że… zamiast pola jest bagno. Powtarza się wczorajszy scenariusz. Trasa szybko wkracza na podmokłe pola, jedne tylko nasiąknięte wodą, drugie zwyczajnie zalane. Soczysto zielone łaty świadczą o tym, że właśnie w tym miejscu stoi woda.

Zatoka Colesbukta - droga z Kapp Laila do Barentsburga trekking po spitsbergenie

widok na Kapp Laila i Colesbukta - droga do Barentsburga trekking po spitsbergenie

Bagna pojawiają się i znikają. Nagle ni stąd ni zowąd, droga znowu prowadzi po ubitej, dość suchej ziemi. I zaraz kolejna łąka i kolejne bagno. Mijamy kolejne pagórki, wzgórza, schodzimy do miniaturowych wąwozów. Wbrew fizyce na dole jest sucho a na pochyłych zboczach zbiera się woda. Mimo że droga jest prosta, ciągłe wchodzenie i podchodzenie pod górę, skakanie, okrążanie zalanych łąk, szukanie przejścia lub zwyczajne brodzenie w bagnie, okazują się dość męczące. Częste postoje wynagradza nam widok. Patrząc do tyłu, widzimy praktycznie całą trasę jaką przebyliśmy w ciągu ostatnich dwóch dni: zatoka Colesbukta, dalej zarys tunelu kolejowego do Grumant, płaskowyż aż po wejście do Adventfjorden, nad którym leży Longyearbyen. Cały nasz wysiłek, godziny marszu, prawie 40 km, możemy teraz zobaczyć na jednym obrazku.

okolice Barentsburga trekking po spitsbergenie

widok na Colesbukta po drodze z Kapp Laila do Barentsburga trekking po spitsbergenie

Mijamy kolejne strumienie. Na szczęście tu rzeka oznacza mały strumień, który można przeskoczyć lub czmychać z kamienia na kamień, bez konieczności ściągania butów. Jedyna niedogodność – wszystkie te strumienie znajdują się w kanionach przecinających nasza trasę w poprzek. Przestajemy już liczyć zejścia i wejścia. Z daleka droga wygląda na prostą jak stół. Przeszkody pojawiają się nagle, w ostatniej chwili. W pewnej chwili z przerażeniem stwierdzamy, że niedaleko przed nami na trawie pasie się coś dużego i grubego w szaro-jasnym kolorze. Wszyscy widzimy niedźwiedzia. Od razu cicho padają komendy – Lornetka! Mamy to przećwiczone. – Flary! – w tym czasie przeładowuje Mausera i mam w zanadrzu cztery naboje Full Metal Jacket – takie na słonia. Przyglądamy się przez lornetkę jasnemu cielsku, wypiętemu do nas zadem, pochylonemu nad trawą. Kiedy podnosi głowę i widzimy poroże renifera, wszyscy wzdychamy z ulgą. Temperatura podniosła się nam momentalnie, teraz dochodzimy do siebie. Fałszywy alarm. Na szczęście.

przekraczanie rzeki to nieodłaczny element trekkingu na Spitsbergenie

Przeprawa przez rzekę w Hollendarbukta po drodze do Barentsburga trekking po spitsbergenie

Po paru godzinach marszu docieramy do większej rzeki. Kolejna delta rzeki. Na szczęście nie szukamy długo miejsca, w którym można ją przekroczyć. Wygląda groźnie, jest dużo błota i spore rozlewisko, ale wszystko daje się przejść tylko raz ściągając buty. Chyba nie da się przyzwyczaić do tego uczucia, kiedy noga zanurza się w lodowatej wodzie. Niepewne kroki po ostrych kamieniach rozrzuconych na dnie, woda w kolorze kawy z mlekiem. Przeraźliwie zimna. Mimo to, to niesamowite uczucie i siedząc na drugim brzegu i susząc nogi, zakładając buty, cieszymy się jak dzieci, że znowu mogliśmy to zrobić.

szlak z Kapp Laila do Barentsburga trekking po spitsbergenie

trekking na spitsbergenie oznacza wypożyczenie broni do obrony przed niedźwiedziami polarnymi

przedmieścia Barentsburga trekking po spitsbergenie

Ostatnia prosta. Zakładamy buty i lecimy dalej. Znowu pojawia się coraz wyraźniejszy szlak – można by powiedzieć – droga – gdyby nie fakt, że co i raz spada do coraz głębszych wąwozów i wspina się z powrotem na górę po coraz bardziej stromych zboczach. Zatrzymujemy się w jednym z zagłębień, żeby pozbyć się nadmiaru amunicji, z którą nie będziemy i tak mieli co zrobić. Zostawiamy sobie tylko amunicję na słonie, której lepiej nie marnować, bo jest koszmarnie droga. Cały ołów zostawiamy w jakiejś starej skrzynce, która teraz podziurawiona wygląda jak strzęp drzazg. W końcu za którymś z kolei naprawdę dużym już wąwozem dostrzegamy zabudowania Barentsburga.

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - przedmieścia

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - droga do miasta

W zasadzie to jeszcze nie sam Barentsburg a pobliski helipad znajdujący się na skraju Grontfjorden. Stąd do miasta jest jeszcze ponad 5km. Nareszcie jest droga. Mijamy pierwsze zabudowania. W oczy rzuca się bylejakość, tymczasowość i prowizorka. Budynki, a w zasadzie chałupy, kontenery, szopy a może coś jeszcze innego, sklecone są ze wszystkiego co było pod ręką. Pozbijane z blachy, jakiś drzwi od Kamaza, folii, desek i resztek palet. Sterczą z nich powyginane anteny, przed nimi dziurawe krzesła, stare fotele, szkielety starych mebli. Tu nie ma już mdłej skandynawskiej nudy. Tu zaczyna się słowiańska zaradność i pomysłowość a zarazem bylejakość i kompletna brzydota. Tu niedokończony budynek, tam jakaś maszyna się zepsuła i tak już została zżerana przez rdzę. Wszędzie jakiś złom, deski, śmieci nie ma, zwiał je silny wiatr. Jeżeli coś się rozpadło, to nikt tego nie rusza, bo po co. Stoi tam gdzie stało, aż samo zniknie. W tych warunkach poleży jeszcze jakieś setki lat.

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - wejście do miasta

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - krajobraz industrialny

Teraz droga do miasta jest naprawdę prosta. Żeby nie było łatwo, na koniec pogoda przestaje nas rozpieszczać. Zaczyna wiać silny wiatr. Zbiera się deszcz, który oszczędzał nas przez 3 dni i bezlitośnie zacina. Momentalnie jesteśmy cali mokrzy. Idziemy jak przemoczone kukły, zmęczeni, przemarznięci, mamy dość po 3 dniach marszu. Widać zabudowania w oddali. Kontury kopalni, jakieś kominy, bliżej pojawiają się najpierw ceglane, potem kolorowe domy z trudem przebijające się przez otaczające je szare powietrze. W końcu docieramy do znaku „Barentsburg„! Jesteśmy u kresu naszej podróży. Udało się. Przeszliśmy prawie 60 km cali i zdrowi.

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - centrum

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - cerkiew

Wkraczamy do innego świata. Barentsburg to kawałek Rosji w środku Arktyki. Wszystko tu należy do spółki węglowe Arktikugol. Na pierwszy rzut oka wygląda to na normalne miasto, ale to prywatny firmowy folwark. Jest tu hotel, dom kultury, restauracje, niby wszystko normalnie, ale wszystkim rządzi firma. W sklepie nie da się nic kupić – mogą tylko miejscowi, za kupony. Samochody nie mają tablic rejestracyjnych, tylko firmowe naklejki. Ludzie – 300 osób ściągniętych z całej Rosji – pracują tu na dwuletnich kontraktach. Rysy twarzy zdradzają Tatarów, Kirgizów, Kałmuków, Rosjan nawet mieszkańców dalekiej Syberii. Nie ma tu policji. Wszędzie tylko znaczki z logo Arktikugol. Dziwne.

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - domy

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - szkoła

Ale jeszcze dziwniejsze jest samo miasto. To jakiś paranoiczny twór, tak bardzo nie pasujący do tego miejsca. O ile stare rozpadające się drewniane chałupy jakoś dobrze się komponują z otoczeniem. Nawiązują do starych czasów, klimatów górniczych i myśliwskich – to z czego zawsze słynęła ta ziemia. O tyle nowo postawione kolorowe, ciapate, pstrokate, wzorzyste budynki są jakąś naroślą na pseudo miejskiej tkance Barentsburga. Są jak ludzkie ucho wyhodowane na ciele szczura laboratoryjnego. Jak przeszczep, który nie chce się przyjąć. Zwyczajnie tu nie pasują. Nie tworzą razem z otoczeniem jedności. Nie mamy siły na zwiedzanie, mokrzy i zmarznięci lądujemy w hostelu Pomor. Nazwa świetnie oddaje nasz stan. Euforia wywołana nowiutkim hotelem z ikeowskim wykończeniem, gorącym prysznicem i miękkim łóżkiem nie ma końca. Zostawiamy karabin w sejfie i po krótkiej drzemce odpoczynku lecimy do restauracji hotelu Barentsburg na spotkanie z Kamilem i jego grupą, którzy dopiero co zawitali do miasteczka.

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - bloki mieszkalne

Po miejscowym piwie zagryzanym pielmieni z kwaśną śmietaną, szybko zaczyna szumieć w głowie. Nareszcie jest ciepło, sucho i miękko. Kiedy opowiadamy o naszym pobycie w Grumant, oczy chłopaków są jak pięciozłotówki. – Nikt tam nie chodzi – słyszymy. Okazuje się, że w biurze gubernatora Svalbardu ostrzegają wszystkich, że cały teren wokół skażony jest bąblownicą. Nie mieliśmy o tym pojęcia, a panowie nawet nie dotykali ziemi. W tamtym rejonie odpoczywali oparci na kijach trekkingowych i ominęli dolinę szerokim łukiem. Cóż, ich strata, niewiedza jest błogosławieństwem. Okazało się też, że chyba odkryliśmy nowy szlak na dojście do kolejki – brzegiem, poniżej klifu, podczas odpływu – o tym sposobie też nikt nie słyszał. – Jesteście hardkorami! – słyszymy. Chyba trochę tak. Jeszcze podczas rozmowy zapisuje się przez Internet do lekarza na odrobaczanie. Bąblownica to nie przelewki.

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - bar w hotelu
W międzyczasie dzwoni telefon. Dziewczyna z biura, które ma nas jutro zabrać statkiem na trasie Barentsburg – Longyearbyen i potem do Piramidy. Mówi, że niestety, ale jest za mało ludzi chętnych na jutrzejszy rejs i nie przypłyną, a my możemy wrócić innym kursem, który będzie wieczorem. To oznacza, że nasze plany zwiedzania Piramidy. właśnie bierze w łeb, bo nie zdążymy tam popłynąć. Mówię, że jak nie przypłyną, zrezygnujemy z wycieczki, dziewczyna konsultuje się z kapitanem i mięknie. Nam zależy na transporcie i wycieczce, jej na zarobieniu kasy. Po rozmowie z chłopakami, przekonujemy trzech z nich, żeby popłynęli z nami rano. Kiedy oddzwaniam do dziewczyny i mówię, że załatwiliśmy jej trzy osoby ekstra jest rozczulona i super zadowolona, że szukałem kogoś, żeby zapełnić rejs i że w ogóle oddzwaniam. Wszyscy jesteśmy uspokojeni. Na stół wjeżdża kostarykański rum Flor de Cana, wspierany lokalnym piwem. Jesteśmy kompletnie zmęczeni, więc impreza nie trwa długo. Padamy jak muchy.

Barentsburg, Spitsbergen