Batumi. Miłość pośród kiczu

Wracamy na Kaukaz zaledwie dwa tygodnie po naszym powrocie z Armenii. Naszym celem jest Batumi. Jednak nasz pierwszy kontakt z Gruzją to Kutaisi. Upał, duszne wilgotne powietrze, które zdaje się przyklejać do wnętrza płuc i sprawia, że ciężko się oddycha. Słychać donośny rechot żab z pobliskiego stawu. Przed lotniskiem rząd policjantów, którzy niczym podczas zamieszek oddzielają wychodzących z terminala pasażerów od grupki taksówkarzy, przekrzykujących się i nawołujących do nowo przybyłych. Oddzielają spokój i zmęczenie podróżą od kaukaskiego żywiołu. Sami policjanci zresztą nie przypominają niczym tych z sąsiedniej Armenii czy innych republik. Wyglądają jakby żywcem wyciągnięci z ulic Nowego Jorku. Amerykańskie też są ich auta. Wyglądają tu jak z innej bajki, otoczeni Kaukazem.

Droga do Batumi to koszmar. Luksusowy Mercedes ze skórzanymi siedzeniami zabiera nas bardzo sprawnie. Niemal od razu jednak, kierowca raczy nas koszmarną muzyką – zapętloną mieszanką kolorowego, zachodniego popu, która kaleczy uszy. Dobrowolnie i świadomie głuchniemy i skupiamy się na tym co za oknami. A przed nami otwiera swe podwoje Gruzja. W soczystej zieleni toną przepiękne, stare drewniane domki. Z tarasami, zewnętrznymi schodami, parterowe, piętrowe, to za siatką to za drewnianymi płotkami. Domy niemal pochłania winorośl, w ogródkach uśmiechają się drzewa i krzewy owocowe, gdzieniegdzie prześwitują schludne grządki warzywników. Świeżość, słońce, radość – to właśnie widać z okien!

Stopniowo te sielskie widoki przechodzą płynnie w sen. Powoli odpływamy po dość męczącej podróży. Jedynym więc dowodem, że nasze wspomnienia nie są tylko pięknym snem, są coraz bardziej rozmazane i przekrzywione zdjęcia w telefonie. Kiedy się budzę, krajobraz zupełnie się zmienia. Skończyły się zielone pagórki, zaczynają się nadmorskie – równie zielone – góry. Zjeżdżamy w dół w pofałdowane mieszane lasy. Poukładane jakby warstwami coraz dalej i dalej, giną stopniowo w świeżej nadmorskiej mgiełce. Co i raz odsłania się przepiękny widok na morze i migoczące w oddali Batumi. Droga kręci, schodzi w dół, to znowu do góry, w końcu zjeżdżamy nad samo morze i ostatni odcinek pokonujemy przy samej wodzie, w cieniu cyprysów. Wtedy właśnie stolica Adżarii pokazuje się w całej swojej krasie. Abstrakcyjne sylwetki budynków na skraju zatoczki przecinają niebo. Z dala przypomina to raczej gigantyczną półkę z porozrzucanymi tu i ówdzie wymyślnymi zabawkami.

Koniec jazdy, wysiadamy w samym centrum. W zasadzie to przypomina ono wielki plac budowy, pomiędzy hotelami i kasynami. Nad nami dziwaczna wieża hotelu Le Meridien z diabelskim młynem wciśniętym w jej sylwetkę, przed nami kopnięty budynek hotelu Radisson Blu. Zaraz obok stare sowieckie niskie bloki, małe szare domki z łuszczącą się farbą i okropnymi zardzewiałymi balkonami. Jeszcze kawałek dalej niemal wiktoriańskie wille, pałace z wieżyczkami niczym w Madrycie czy Paryżu. STOP! Co się tutaj dzieje? Gdzie my jesteśmy? To miasto od samego początku przytłacza swoją niekonsekwencją, eklektyzmem, jakimś niezdecydowaniem. Jest tu wszystko, naraz, obok siebie, wciśnięte, dostawione, doklejone. Zmysły dosłownie wariują, czujemy się trochę zdezorientowani. Postanawiamy więc nieco ochłonąć przy śniadaniu.

Oczywiście, dobrze wiemy co zjemy. W zasadzie trochę po to tu przyjechaliśmy. Żeby jeść. A więc zaczynamy. Miejsce znajdujemy zupełnie przypadkiem. Szukamy jak zwykle tej jednej restauracji – ładne miejsce, żadnych turystów itp. itd. w Batumi ciężko o takie bez angielskiego menu i kotletów z piersi kurczaka. Karawan wydaje się być wszystkim co turyści omijają – raczej niewyględna, bez menu po angielsku, w środku Gruzini. Zamawiamy więc ogromne adżarskie chaczapuri, talerz zieleniny i ogromne niczym sakiewki chinkali wypełnione przepysznym mięsem i istną ambrozją – piekielnie gorącym kolendrowym bulionem. Do tego przepyszny ser sulgumi i jeszcze ciepły chleb. Chwilo trwaj! Zapominamy o naszym szoku estetycznym i oddajemy się przyjemności jedzenia pysznych rzeczy.

Po posiłku, wyruszamy dalej w podróż tonącymi w słońcu kolorowymi uliczkami Batumi w poszukiwaniu marszrutki. Po kilkunastu minutach, w końcu dostajemy się do naszej kwatery gdzieś na obrzeżach miasta. Dom sklecony ze wszystkiego co się dało, za brzydkim betonowoszarym murem, pomalowana stara, metalowa brama, na zewnątrz pranie na sznurkach, jakieś graty w ogródku. We wszystkim tym ma dużo uroku,bo tonie w zieleni. Naokoło rosną piękne, soczyste drzewa i krzewy z przepięknymi podobnymi do róż kwiatami. Wnętrze jest typowo kaukaskie – to co już widzieliśmy w Armenii. Bogato – dużo złota, czerni, marmuru, pstrokatych wzorów, kryształów, słowem wszystkiego co przy odrobinie gustu, w małych ilościach i przede wszystkim – nie łączone ze sobą – miałoby jakąś szansę być ładne. Tutaj niestety jest wszystko naraz , w dużych ilościach. Efekt – wnętrzarski kaukaski design. Grunt to nie siedzieć za długo w środku.

Ruszamy więc pozwiedzać miasto. Dokładnie jego nadmorską część. Przeciskamy się przez zatłoczoną, duszącą od spalin wylotówkę prowadzącą do pobliskiej granicy z Turcją. Idziemy nad morze. Wzdłuż ulicy niezdarnie pną się w górę stare sowieckie bloki. Starym obdrapanym elewacjom kolorytu nadaje suszące się niemal na każdym balkonie pranie. Pomiędzy starymi blokami ni stąd ni zowąd pojawiają się zupełnie nowe wieżowce, będące miniaturką czegoś pomiędzy Chinami a Dubajem. Im bliżej morza, tym więcej nowego budownictwa, więcej fantazji i nonszalancji architektów, przed którymi postawiono zapewne proste zadanie: ma być dużo wszystkiego.

Docieramy w końcu na nadmorską promenadę. Przede wszystkim rzuca się w oczy to, ze jesteśmy przed sezonem. Chodniki są poryte – w trakcie remontu, na wierzchu walają się jakieś kable, betoniarki, panowie z łopatami snują się w upale. To akurat przyjemne, bo nie ma tłumów. W zasadzie nie ma prawie nikogo. Puste kamieniste plaże zapraszają aby przejść się po bosko chrzęszczących, przyjemnie rozgrzanych kamieniach. Można sobie usiąść i słuchając głuchego szumu maleńkich fal, po prostu patrzeć w morze. Coś jak na polskim wybrzeżu poza sezonem, tyle tylko, że jakieś 15 stopni cieplej. Na plaży można siedzieć i siedzieć, pozwalając aby lekki witrzyk przyjemnie rozwiewał włosy. Pustawa plaża z opuszczonymi budkami ratowników sprawia naprawdę niesamowite wrażenie. Niestety kiedyś trzeba ruszyć dalej. Wracamy więc na deptak.

To już zupełnie inny poziom abstrakcji. Wzdłuż deptaka rozciąga się chyba największy zbiór osobliwości architektonicznych jaki widzieliśmy. Spacer tędy to jak podróż w czasie i przestrzeni. Tylko, że ten czas i ta przestrzeń posuwają się tu bardzo nieliniowo. Tworzą esy floresy, ósemki, szlaczki, mieszają się i nie wiadomo już gdzie jesteśmy. Mijamy koloseum, w którym jest hotel, zaraz za nim w górę s trzelają nowoczesne wieżowce przypominające hotel z The Strip w Las Vegas. Kawałek dalej starogrecka świątynia – dokładnie tak wyobrażałem sobie Partenon z czasów swej świetności. Nieopodal budynek do złudzenia przypominający biały dom, tyle, że do góry nogami – jakby wbity w ziemię. Dalej budynek Casino Campione, który przypomina coś pomiędzy elementem izraelskiego „białego miasta” a budynkiem MoMA w Nowym Jorku. Zaraz obok wieża w stylu kolonialnym, jakby żywcem wyjęta z któregoś z miast Imperium Brytyjskiego. Wszystko to oczywiście atrapy, w środku restauracje, hotele, kasyna.

Naokoło powstają nowiutkie wieżowce ze szkła i stali, wszystkie o niesamowitych, wyszukanych kształtach – wypukłe, wklęsłe, z otworami w środku swojej bryły, szpiczaste, obłe, kanciaste. Dalej ogromny wieżopodobny socrealistyczny kolos przerobiony na hotel Sheraton. Po drodze mijamy coś jakby podróbkę rzeźb Gaudiego – stwory z kolorowej mozaiki. Stoją dosłownie przez budynkami w stylu rosyjskim XVIII wieku – jakby żywcem przeniesione z Petersburga. Czego tu nie ma… Batumi jest konsekwentne w swojej niekonsekwencji. Wygląda jakby nie było tu absolutnie żadnego planu, żadnej myśli przewodniej. Liczy się fantazja i pieniądze. Wszystko to jest mocno dezorientujące, ale spacer promenadą obfituje przynajmniej w emocje. Nie możemy się wprost nadziwić skąd to wszystko tu się wzięło.

Zmęczeni słońcem schodzimy z deptaka i chowamy się w cieniu ślicznych, delikatnych drzewek rosnących wzdłuż kolorowych bulwarów Batumi. Przechodzimy przez parki z fontannami, oczka wodne i stawy, które przynoszą ukojenie bijącym od nich lekkim orzeźwiającym chłodem. Tu wraca już trochę spokój i zmysły przestają tak wariować. Stare gruzinskie domki i kamienice przemieszane z tymi lepiej zachowanymi sowieckimi. Gdzieniegdzie powtykane te nowsze, z lat ’90. znajdujemy także secesyjne perełki z pięknymi zdobionymi fasadami i wieżyczkami, ale nie wiemy już czy to oryginalne, czy dopiero co postawione. Mimo że nadal trudno tu mówić o jakimś stylu, wygląda to bardziej naturalnie, niż sztuczna niczym makieta promenada. Widać, że ludzie już przywykli do specyficznego stylu batumskiego i jakoś w nim funkcjonują.

Kolejne architektoniczne fantasmagorie prowadzą nas do Placu Europejskiego, przy którym dzieciaki w upale bawią się przy ruchomych fontannach. Stąd znowu wsiąkamy w małe uliczki Batumi i błądzimy pomiędzy ładniejszymi już i bardziej spójnymi budynkami. Zbliżamy się do krańca zatoczki nad, którą leży miasto. To tu kończy się promenada idąca gdzieś nad morzem, tu prowadzą wszystkie drogi z miasta. Kiedy wychodzimy z uliczek, przed nami rozpościera się pole… co prawda skoszone i dość zadbane, ale pole. To dziwny widok w miejscu, w którym każdą wolną przestrzeń pożerają dźwigi i metalowe rusztowania, gdzie tyle się buduje. Tu, w najładniejszym chyba i zapewne najdroższym miejscu w mieście, jest pusto. I dobrze, szkoda by ten kawałek był zalany betonem. Po trawie latają radośnie psy, ludzie spacerują wydeptanymi ścieżkami. Przynajmniej można złapać nad wodą oddech, odsapnąć od wszędobylskiego betonu.

Kręcimy się po nieco wyludnionej jeszcze przed sezonem promenadzie. Wokół nas fikuśne, wymyślne kształty hoteli batumskiego „downtown”. Z pobliskiego diabelskiego młyna spoglądają na nas malutkie ludzkie punkciki, które zapragnęły obejrzeć miasto podczas zachodu słońca. Na samej promenadzie powoli budzą się do życia kafejki, lodziarnie i restauracje. Ludzie spacerują, nie widać tu jeszcze dzikich tłumów wczasowiczów, nie ma wakacyjnej gorączki. Jest spokojnie, miło, pozasezonowo. Coraz bardziej ogniste promienie słońca odbijają się w szczycie Alphabet Tower, przypominającą gigantyczne golfowe tee z jeszcze większą piłeczką golfową gotową do pierwszego uderzenia.

Nieopodal trafiamy na statuę miłości. Postawiona w 2010 roku, niemal od razu przechrzczoną na „Ali i Nino” na cześć bohaterów powieści o tym samym tytule autorstwa Kurbana Saida (właściwie Lwa Noussimbauma), napisanej w 1937 roku. Książka to oczywiście historia nieszczęśliwej miłości gruzińskiej księżniczki i azerskiego chłopaka, o którą walczą pomimo różnic kulturowych i którą ostatecznie depcze inwazja Sowietów na Kaukaz. Pomnik to dwie 8-metrowe rzeźby, przedstawiające mężczyznę i kobietę. Niby nic szczególnego, a jednak. Trafiamy akurat o 19:00, kiedy zaczyna się codzienny ruch instalacji. Początkowo oddalone, skierowane plecami do siebie postaci, zaczynają się obracać i zbliżać do siebie. Po kilku minutach powolnego ruchu zatapiają się w uścisku, rzeźby zaczynają się przenikać, coraz mocniej łącząc się w jedną całość. Po czym przechodzą przez siebie, oddalają i zastygają w bezruchu na kolejne godziny.

To najbardziej niepozorna rzecz, na jaką trafiłem w Batumi. Słyszałem o rzeźbie, ale nie spodziewałem się, że potrafi wywrzeć tak niesamowite wrażenie. Powolny ruch postaci, ich zaciskający się uścisk są absolutnie piękne. Kiedy obserwowaliśmy w milczeniu jak w promieniach zachodzącego słońca Ali i Nino stawali się jednym, stopniowo zatapiali się w sobie, aż przeszedł mnie dreszcz. Widok elektryzujący, wzruszający, łapiący za serce, po prostu przepiękny! Nie widziałem rzeźby, która tak doskonale oddawałaby miłość pomiędzy dwiema osobami, bliskość, intymność. Spektakl doprawdy hipnotyzujący. Patrząc na niego chciałoby się zatrzymać mechanizm, aby dwójka na zawsze pozostała w objęciach, tymczasem po połączeniu, nieubłaganie oddalają się od siebie. Warto przyjechać do Batumi chociażby po to aby poczuć ten niesamowity dreszcz, patrząc na tą miłość pośród kiczu, w promieniach zachodzącego słońca.

Wydaje się, że nie tylko nasz urzekła na te 10 minut niesamowita rzeźba. Wokół Ali i Nino zebrał się tłumek, który w ciszy, jak zahipnotyzowany patrzył na spektakl. Ciszę i jakieś niewytłumaczalne napięcie zakłócał jedynie lekki wiatr. Takie sobie 10 minut na nieszczęśliwą miłość. Po zakończonym spektaklu postaci czekają aby nazajutrz o zachodzie słońca powtórzyć swój uścisk, tymczasem Batumi wraca do życia. Ludzie znowu spacerują powoli w kierunku zachodzącego słońca, znowu jest gwar i jakaś wczesnowieczorna radość. Batumi szykuje się zapewne na kolejną żywiołową noc, my tymczasem zmęczeni uciekamy do naszego domku na przedmieściach, za płotkiem, w cieniu drzew, aby zyskać energię na kolejny dzień w Batumi.

Batumi, Gruzja

Książki o Gruzji:

„Toast za przodków”, Wojciech Górecki

„Dobre miejsce do umierania”, Wojciech Jagielski

„Imperium”, Ryszard Kapuściński

„Abchazja”, Wojciech Górecki

„Wszystkie wojny Lary”, Wojciech Jagielski

„Gaumardżos!”, Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller

„Gruziński smak” Vaho Babunashvili, Radek Polak

„Stories I stole”, Wendell Steavenson