Bergamo, Citta Alta

Bergamo. Przerwa w jesieni

Bergamo jakoś wcześniej nie było dla nas celem podróży samym w sobie. Zawsze służyło jako przesiadka, krótki przystanek, zawsze było na chwilę, na moment i lecieliśmy dalej. No bo to przecież super węzeł, baza Ryanaira i Wizzaira. Samo Bergamo istnieje raczej w świadomości podróżujących jako doklejka do nazwy Mediolan. Nic więcej. Jakiż to straszny błąd. Już podczas naszych przesiadek urzekło nas to przepiękne miasto dumnie osadzone u podnóża Alp. Rozlewające  się pomiędzy wzgórzami Lombardii. Momentami przypominające klimaty z „Imienia Róży” Umberto Eco. Po prostu przyciągające.

Udało się w tym roku. Prawie przypadkiem. Postanowiłem zabrać Ulę na pizzę. A wiadomo, że nie ma lepszej pizzy niż we Włoszech. Oczywiście to kwestia składników, w końcu tam są najlepsze, ale przede wszystkim to kwestia psychiki. TAM wszystko smakuje inaczej. Bo jest TAM. Bo  jemy na kraciastym obrusie, koniecznie widelcem i nożem, bo popijamy stołowym winem, wdychamy włoskie powietrze, bo idąc na tą pizzę widzimy Włochy, czujemy je i wdychamy. Włochy nas wypełniają. Dlatego warto to zrobić TAM.

Szybka jednodniówka. Wszystko było OK, do momentu kiedy Ula nie wylądowała w gipsie. Chwila strachu, ale okazało się, że damy radę. Udało się na Majorce i w Barcelonie w zeszłym tygodniu, uda się i tym razem. Sytuacja jest dynamiczna – zamiast gipsowej szyny teraz jest pełen gips – cięższy i jeszcze mniej wygodny. Jesteśmy w końcu bogatsi o nowe doświadczenia. W Barcelonie z kulami strasznie się umęczyliśmy, więc do Bergamo bierzemy pożyczony wózek inwalidzki. Don’t stop me now!

Baliśmy się trochę. Na lotnisku jest sporo zamieszania już z samymi kulami, ale obsługa zarówno warszawskiego Chopina jak i bergamskiego Orio al Serio spisały się na medal, a obsługa Wizzaira dała nam miejsca w pierwszym rzędzie – za free. Po przetestowaniu kilku linii regularnych i nisko-kosztowych, stwierdzamy, że to właśnie Wizz jest najlepszą opcją przy podróży z kulami.

Lecimy na jednodniówkę w Bergamo, tanie loty linią Wizzair i Ryanair pomagają

Podróż jak to podróż – przed 7:00 rano, głównie śpimy myśląc o pysznej włoskiej kawie, która postawi nas na nogi. Budzi nas przepiękny widok Alp schodzących stopniowo i zanurzających się w leniwym puchu chmur, gdzieniegdzie poprzecinanych wyrastającymi z nich pojedynczymi wzgórzami i górami. Samolot szybko zanurza się w chmurach i lądujemy w kompletnym  mleku. Zanim podjedzie rampa dla niepełnosprawnych i przedostaniemy się przed lotnisko, mgła akurat opada. Autobusem miejskim sprawnie dostajemy się do miasta. Mijamy małe wąskie uliczki z jednorodzinnymi domami, starymi rezydencjami, gęsto poupychane smarty i inne małe samochodziki. Jedne przy drugich – słowem typowe północne Włochy.

Bergamo - widok na przepiękne Citta Alta

Dopiero gdy wjeżdżamy do centrum, ukazuje nam się prawdziwa perełka Bergamo – Citta Alta – czyli dosłownie „górne miasto” – miejscowa starówka, otoczona ogromnymi murami obronnymi z XVI wieku. Wygląda jak twierdza, otoczona rządkiem równiutkich drzew. Piękna, dumna, w samym środku miasta, osadzona w nim niczym korona. Autobus przecina szerokie ulice dolnego miasta i zaczyna powoli się wspinać pod górę. Kręci wąskimi uliczkami, silnik wyje i powoli przenosi pojazd przez wąziutką kamienną bramę. Jesteśmy na górze. Jeszcze kilka zakrętów i nagle znajdujemy się na drodze jadącej wzdłuż murów. Wysiadamy na  chybił trafił, kiedy tylko widzimy kawałek zieleni i ławki, z których można podziwiać miasto.

Widok na Bergamo z Citta Alta - starego miasta

Mijamy łanie ubranych ludzi wyprowadzających swoje równie ładne, przystrzyżone pieski w ubrankach. Ludzie patrzą na nas i się uśmiechają. idziemy do samej krawędzi Citta Alta. Opieramy się o murek. No to jesteśmy! Rześki słoneczny poranek. Miasto spowite jest jeszcze w resztkach delikatnej porannej mgiełki. Nie wiem czy to smog, czy wilgoć, ale sprawia niesamowite, magiczne wrażenie. Labirynt pięknych, zadbanych, kształtnych domów i kamienic. Żadnych byle jakich, brzydkich biurowców i zimnych, surowych wieżowców. Wszystko w tym samym – włoskim stylu. Piękne z definicji. Ponad zygzakowate kształty miasta co i raz w niebo strzelają wieże kościołów. Akurat jest 9:00 rano,  nad miastem rozciąga się miarowe, przytłumione bicie kilku, kilkunastu dzwonów. Nie wiem ilu, bo dodatkowo powiela je echo. Otaczają nas, biją nierówno, są surowe, chwilami wręcz kłują w uszy, niektóre rzężą. Po prostu stoimy, patrzymy i słuchamy. Coś niesamowitego.

jedna z magicznych uliczek Citta Alta w Bergamo

Piazza Vechcia - centralny punkt Citta Alta w Bergamo

Po dłuższej chwili, cały czas w pół-śnie, porannie nieprzytomni, zanurzamy się w wąskie kamienne uliczki Citta Alta w poszukiwaniu kawy. Pcham wózek po kamiennych uliczkach, kręcimy, zawracamy, omijamy wyboje, ostrożnie przeciskamy się przez wąskie kamienne bramy,  mijamy podwórka, strome schody i zejścia. W końcu odnajdujemy się na Piazza Vecchia. To centrum starego miasta, serce Bergamo. Nieduży plac otoczony renesansowymi budynkami z mnóstwem schodów, krużganków, tarasów i okien. jest i oczywiście wieża. Wszystko w odcieniach piaskowca i ognistej cegły.

typowe śniadanie we Włoszech - ciastka i kawa - koniecznie cappucino. My bierzemy espresso

Leniwy poranek. Promienie porannego słońca powoli wdzierają się na plac. Gołębię snujące się po kamiennych płytach, coraz częściej zrywają się, uciekając przed kolejnymi ludźmi pojawiającymi się na placu. Siadamy na wymarzoną kawę. Po chwili na stół wjeżdżają dwa aromatyczne espresso. To herezja, bo Włosi do śniadania piją cappuccino. Espresso dopiero po południu. Nieważne, dla nas ta gęsty, czarny życiodajny płyn jest wszystkim czego pragnęliśmy. Do tego kęs słodkiego ciastka. Nie ważne jakie, byle włoskie. Słodkie niczym ulep, ale wyborne. Siedzimy tak sobie odganiając co i raz gołębie próbujące wyżebrać co nieco z naszego śniadania. Patrzymy jak na placu krzątają się ludzie, jak kelner uwija się z zamówieniami, jak Bergamo powoli budzi się do życia. Wiemy, że to nie będzie dzień chodzenia, intensywnego zwiedzania, kręcenia się i błądzenia, ale już mamy Włochy jakie kochamy. Piękne stare miasto, pyszna kawa i ciastko. DO tego wystawiamy buzie i chciwie łapiemy promienie słońca. W domu jest właśnie jakieś 15 stopni mniej.

latanie z gipsem i wózkiem inwalidzkim to jedno, zwiedzanie to zupełnie inna sprawa. trudniejsza. Szczególnie w Bergamo

Po kawie znowu zanurzamy się w labiryncie uliczek, skwerów i placyków. Znowu pcham wózek, jeździmy po kamiennych ulicach, oglądając średniowieczne rezydencje mieszczan, siedziby urzędów, kościoły i inne podobne. Te wszędobylskie okiennice – to element, który już sam w sobie przenosi nas daleko, daleko. To kwintesencja Włoch. Ich piękno zamknięte w takim niepozornym dodatku. Do tego magiczne stare latarnie zawieszone na kablach rozciągniętych nad ulicami. Tu nie ma szpetnych betonowych słupów ani metalowych pordzewiałych kikutów. Wszystko jest dopieszczone, idealnie zaprojektowane, piękne.

przepiękna Basilica di Santa Maria Maggiore w Citta Alta Bergamo

Pomiędzy kamienicami wyrastają ogromne kościoły i bazyliki. Trafiamy na przepiękną Santa Maria Maggiore. Nie możemy wejść do środka, ale możemy przynajmniej pooglądać ją z zewnątrz. Jej piękne mozaiki, rzeźby,  rzeźbienia, płaskorzeźby, kolumny, łuki, krużganki… zawsze zastanawiam się jak 500 lat temu, w czasach dłuta i młotka można było stworzyć coś takiego. Ludzie są wspaniali. Niestety coraz trudniej cieszyć się pięknem bazyliki, ponieważ zewsząd zaczynają napierać grupy wycieczkowe. Wylewają się ze wszystkich bram i uliczek. Plac przed kościołem zapełnia się. Piękne mozaiki na kamiennych płytach znikają zadeptane przez tłumy turystów. Czas na nas.

zatłoczona ulica Citta Alta w Bergamo

podwórka i maleńkie uliczki Bergami, Citta Alta

Znowu dajemy nura w wąskie uliczki wijące się pomiędzy eleganckimi kamienicami. Budynki jakby rosły, momentami czujemy się niczym na dnie ciemnego wąwozu. Jesteśmy w jakimś baśniowym labiryncie. Klimat zmienia się co chwila. Momentami czuję się jak w „Mieście zaginionych dzieci”, by po chwili odnajdywać się niemal w „Pachnidle”. Uliczki małe i duże, bliskość ścian i murów, w których zapisana jest historia tego miejsca. Idąc tu chce się ich dotykać, jakby dzięki temu można było zobaczyć, usłyszeć, poczuć dzieje tego miejsca. Gdzieś pomiędzy tymi budynkami i murami, zupełnie nagle pojawiają się co i raz maleńkie placyki, z murkami, ławeczkami i cały czas zielonymi drzewami. Tu jesień jeszcze nie zawitała.

pizza - największa atrakcja Bergamo i nie tylko

W pewnym momencie, zupełnie nieświadomie, nasze myśli zaczynają się kręcić wokół jedzenia. Nie musimy sobie nawet o tym mówić, po prostu to czujemy i każde wie doskonale, że drugie czuje to samo. Kierujemy się w stronę Piazza Vecchia. Zaraz obok jest Il Fornaio – pizzeria sprzedająca to cudo cięte nożyczkami – na wagę, we wszelkich możliwych wariacjach. W środku oczywiście wariujemy. To, to, to i jeszcze to. I kawałek tego. Kończy się na naszej ulubionej – z karczochami i szynką, oraz boskok słonej z kaparami i anchois. Wracamy na Piazza Vechcia, siadamy na schodkach gmaszyska Biblioteca Civil i zajadamy pizzę.

Piazza Vecchia znowu - tym razem jemy pizze. Bergam, Włochy

To właśnie po to między innymi tu przyjechaliśmy. Znowu plac, pizza, słońce, uśmiech. Zajadając pyszności patrzymy na ludzi: jak idąc żywo gestykulują, jak ładnie są ubrani – eleganccy panowie w koszulach i swetrach. Jak zwariowane beagle uporczywie skacze próbując wyrwać pizzę swojemu właścicielowi, który właśnie rozmawia z napotkaną znajomą. Do tego radosny gwar, od czasu do czasu bicie dzwonów i ogarniające wszystko ciepłe słońce. To miasto jest uśmiechnięte, przyjazne. To miasto cieszy się samym sobą, nami. To miasto to radość wszelakiego istnienia. Ma się wrażenie, że to takie małe centrum wszechświata.

ulice Citta Alta Bergamo

kolejny placyk i kolejna mała knajpka, Bergamo, Citta Alta, Włochy

I znowu siup w uliczki. Tym razem zapuszczamy się trochę dalej, idziemy w stronę murów Citta Alta. Po drodze oczywiście musimy się zatrzymać na łyk aromatycznej włoskiej kawy. Teraz jest przecież pora na espresso – jest po południu. Kiedy siadamy przy maleńkim Piazza Mercado Delle Scarpe, znowu ogrania nas leń. Tak chcemy bardzo chodzić, zaglądać we wszystkie zakamarki, niuchać – z drugiej strony jesteśmy mocno ograniczeni kontuzją Uli. Do tego jeszcze, zdajemy sobie sprawę, że będąc tu we Włoszech, samym szczęściem jest dla nas nawet takie siedzenie, wdychanie tego powietrza, picie kawy, obserwowanie. To jakiś dziwny wymiar poznawania, gdzie zamiast biegać, oglądać, zwiedzać, siadamy i chłoniemy, jakby Włochy same w nas wchodziły. To niesamowite uczucie.

Bergamo - widok z Citta Alta

W końcu docieramy do murów. Teraz jest już większy ruch. Wracamy na naszą ławeczkę Widok na miasto jest przepiękny. Znowu to estetyczne niskie miasto stopniowo znikające w lekkiej mgiełce. Teraz możemy je oglądać w promieniach powoli zachodzącego słońca. Bije od niego jakiś spokój i radość. Znowu siedzimy i patrzymy co dzieje się wokół nas, patrzymy na siebie, na miasto, uśmiechamy się, rozmawiamy. Kolejna fajna randka. Zamiast białych obrusów ławeczka w Bergamo. Tak bardzo warto przyjechać tu na randkę. Nie trzeba nic a nic robić. Wystarczy tu być. I to jest właśnie fajne.

Bergamo - brama do Citta Alta - starego miasta

Kiedy słońce zaczyna już się na dobre zniżać, a nasze cienie robią się coraz dłuższe, zbieramy się powoli na dół. Schodzimy z tej średniowiecznej loży Bergamo do nowszego „niskiego” miasta. Przechodzimy przez starą kamienną bramę i odwracamy się jeszcze, żeby zobaczyć Citta Alta w całej swej okazałości. W promieniach zachodzącego słońca miasto płonie. Nagle drzewa, które jeszcze rano wydawały się soczyście zielone, teraz są złote. Idzie jesień, o której choć na jeden dzień udało nam się zapomnieć. Niestety Bergamo też to czeka. Na szczęście to przepiękna złota jesień.

Panorama Bergamo widziana z Citta Alta, Włochy

Kiedy w końcu schodzimy na dół – błądząc po krętych, brukowych uliczkach – robi się już ciemno. Żeby nasza randka była taką podręcznikową randką, musi być element kulinarny. Szukamy więc miejsca na kolacje. Tu pojawia się problem. Większość restauracji – w zasadzie niemal wszystkie – otwierają się dopiero po 19:00. Tak jest we Włoszech. Nie mamy tyle czasu, bo o 21:00 mamy samolot. Po kręceniu się po mieście i długich poszukiwaniach na chyłkiem złapanym wi-fi, trafiamy na Osteria Risi.co. miejsce specjalizujące się w Risotto. Ja niezbyt za nim przepadam, Ula wręcz przeciwnie. Czego się nie robi z miłości. Wybór okazuje się strzałem w dziesiątkę! Ula  ma swoje risotto, ja ravioli skąpane w maśle, ricotcie, z pancettą i chrupiącą paloną szałwią na wierzchu.

na zakończenie dnia - przepyszne risotto w osteria risi.co w Bergamo

Znowu siedzimy, jemy, śmiejemy się i rozmawiamy. Randka. W tym idealnym randkowym miejscu. Kolejny wyjazd, krótki ale niezwykle intensywny, bogaty w przeżycia, smaki, zapachy, powodujący szybsze bicie serca, gęsią skórkę i podnoszące się włoski na przedramieniu. Po raz kolejny – nie bez przeszkód. Trudno jest przemieszczać się w gipsie i z wózkiem. Nie wszędzie da się wjechać , trzeba kombinować, objeżdżać, zawracać, omijać. Dla przeciętnego człowieka to trudne do pojęcia – jak trudne mogą być zwykłe czynności. Jedno jest pewne – nie ma się co poddawać przez takie głupoty. Wszystko można zrobić, wystarczy tylko chcieć. Z chęci płynie siła! No i z miłości. Dlatego trzeba ją pielęgnować. Nie trzeba – ale warto – wybrać się na randkę – najlepiej do Włoch, na pizzę. A jeżeli Włochy to dlaczego nie do przepięknego Bergamo?

 

Bergamo, Włochy