Mur Berliński - muzeum

Berlin. Zawsze za mało

Berlin to nie Barcelona. To nie Rzym. Nie ma tu powalającej architektury, śródziemnomorskiego klimatu, przepięknych zabytków. Berlin to klimat. Dla mnie to miasto to takie ogromne warszawskie Bielany. Powojenne kamienice. Wszystko w miarę czyste. Do tego, to wszystko przesiąknięte wschodnim klimatem. Wschodem Europy ale i Bliskim Wschodem. Zawsze chętnie tu wpadamy. Chociaż na weekend. W zasadzie mam pewien niedosyt, bo zawsze przyjeżdżamy tu na dzień-dwa. Zawsze jest za mało czasu aby wszystko zejść, zobaczyć, poszwędać się. Berlin zwiedzamy sobie na raty. Tak pewnie będzie i tym razem.

Alexanderplatz Berlin

Tydzień przed świętami to średni czas na wizytę w Berlinie. Nie rozpieszcza pogoda, na ulicach tłumy walące do sklepów, które wyjątkowo otwarte są w niedzielę. Jest jednak plus – jarmarki świąteczne. Klimat świąt czuć w zasadzie wszędzie, nawet koło centrów handlowych. Oczywiście epicentrum tego Babilonu jest Alexanderplatz. Tu jest pełno sklepów, tu jest największy jarmark w Berlinie. I tam właśnie jedziemy z naszego ulubionego Charlottenburga po inauguracyjnym curry wurst. Na miejscu tłumy ludzi. Dzikie tłumy. Pełno stoisk ze wszystkim – od zabawek z Chin przez torebki i paski z Turcji aż po świece i ozdoby świąteczne. Pomiędzy tymi wszystkimi budkami dosłownie przelewa się rzeka ludzi. Aż średnio przyjemnie się tu chodzi. A tak cieszyliśmy się na te „jarmarki”

Currywurst w Berlinie

Jarmark świąteczny na Alexanderplatz

Nas interesuje oczywiście część z jedzeniem. Zaczyna się. Stoiska z curry wurstem, opiekanymi ziemniaczkami, golonkami, kapustą, do tego rozgrzewający Glühwein czy zimniutkie niemieckie piwo. W tłumie przemyka od czasu do czasu mobilny hot-dog czyli gość niosący na plecach cały stragan serwujący bułkę z parówką. Wszystko wygląda to tak pysznie, że trudno się na cokolwiek zdecydować. Te góry kiełbas, sterty frytek… Nieee… tak naprawdę to nie tak, że nie możemy się zdecydować. Wiemy już gdzie pójdziemy na kolację i nic nie zmieni naszej decyzji.

Jarmarki świąteczne w Berlinie

Zmęczeni po przeciskaniu się przez otępiałe przedświąteczne tłumy i zmarznięci po jarmarku, trafiamy do Hofbräu Berlin. Ula bierze mnie do typowej niemieckiej knajpy. Z typowym niemieckim jedzeniem i typowym niemieckim klimatem. Coś co trudno pojąć i trudno ocenić. Na pewno trzeba to przeżyć. Ogromna sala z kolumnami i łukami, przypominająca coś pomiędzy piwnicą a bawarską gospodą. Długie drewniane stoły. Nie ma dwójek – tutaj się socjalizuje! Do tego scena z niemiecką muzyką biesiadną i parkiet pełen tańczących ludzi.

Hofbräu Berlin czyli typowa niemiecka knajpa

Hofbräu Berlin Golonka

Zamawiamy ogromne piwo, równie ogromna golonkę i sznycel z sałatką ziemniaczaną. Obok nas starsza para sączy piwo. Zaczyna się impreza. Za to właśnie szanuję Niemców. Zerowe poczucie obciachu pozwala im się dobrze bawić. Zespół o aparycji nie porównywalnej z niczym innym co znam i widziałem. I muzyka… mam wrażenie, że w porównaniu z niemiecką muzyką biesiadną, nasze disco-polo, nawet w najbardziej nonszalanckim wykonaniu jest kulturą wysoką. Niby jedno od drugiego niczym się zbytnio nie różni a jednak. To pewnie przez język. Niemiecki robi swoje. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo nóżka sama przytupuje a refren wwierca się w głowę. Ludzie tańczą, cieszą się, jest impreza. Obciachowa czy nie – kwestia gustu. Jedno jest pewne – taka biesiada to jest właśnie doświadczanie Niemiec!

Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma

Sobota kończy się szybko. Jest zimno, jest już jasne, że nie będzie dużo chodzenia. W niedzielę po południu jedziemy na Breitscheidplatz. Interesuje nas Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma, zniszczony przy oblężeniu Berlina pod koniec II Wojny Światowej, nigdy nie odbudowany. Obok zabezpieczonej „skorupy” kościoła postawiono nowy, który można określić krótko – kościół psychodelicznego techno-Jezusa. Przedziwna ciemna bryła – graniastosłup na podstawi ośmiokąta. Wygląda jak zbudowana z luksferów z elementami niebieskich witraży z potłuczonego szkła. Wnętrze jest jeszcze bardziej niesamowite.

Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma - nowa część

Tu atmosferę robi niebieskie światło dnia wpadające do środka przez te wszystkie witraże. Na środku sali ogromny Jezus sprawiający wrażenie lewitującego nad czymś co pełni funkcję ołtarza. Abstrakcyjność tego miejsca jest dla mnie tak duża, że trudno mi to skojarzyć z kościołem jaki znam. Tu nie ma przepychu, nie cieknie złoto. Nie ma gnuśności i ponurych ludzi. Tu jest życie, radość wynikająca z wiary. Kobieta prowadząca obrządek. Po Niemiecku.

Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma jarmark świąteczny

Wychodzimy na zewnątrz. Naokoło kościoła – w zasadzie dwóch kościołów: starego i nowego – rozciąga się kolejny jarmark świąteczny. Ten jest przyjemny, klimatyczny, kameralny. Dopiero się rozkręca. Alejki są jeszcze puste, od czasu do czasu widać sunących ludzi. Stragany są kolorowe, pełne życia. Kiełbaski dopiero co wjeżdżają na ruszt, wino się podgrzewa i przyciąga już słodkawym korzennym zapachem, właściciele zaczynają rozwieszać zdobione pierniczki i kolorowe cukierki na choinki. Miasto wokół jest szare i ponure a tu panuje ciepła, żółtawa aura. Tutaj czuć świąteczny klimat. Słychać też polski – część straganów jest prowadzona przez naszych krajan.

Jarmark świąteczny przy Kościele Pamięci Cesarza Wilhelma

jarmark bożonarodzeniowy w Berlinie

kręcimy się pomiędzy straganami, zaglądam do garnków z kapustą, wąchamy wino parujące delikatnie z termosów, oglądamy zdobione pierniczki i łakocie. Oddychamy słodkim powietrzem przesiąkniętym zapachem migdałów prażonych z karmelem. Jest ciepło, jest domowo. Jest świąteczne. To tutaj właśnie, poza godzinami szczytu, kiedy jarmark dopiero budzi się do życia – odkrywamy tą atmosferę. Nie wiemy jeszcze, że trzydzieści godzin później szaleniec wjedzie właśnie w tą alejkę 40-tonową ciężarówką, zabije 12 osób i rani ponad 50. Grunt to nie być w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie.

Stacja Metra Berlin

Z Charlottenburga jedziemy zobaczyć Checkpoint Charlie. Pomimo, że byłem w Berlinie już cztery razy, nigdy nie udało mi się tu dotrzeć. Teraz nie zważając na mróz chcemy nadrobić przegapione atrakcje. Przy okazji robimy sobie krótki spacer po ulicach Berlina. Utwierdzamy się w przekonaniu, że ta część miasta to nie jest perełka europejskiej architektury. Są inne, ładniejsze dzielnice Berlina. Mam problem z tym miastem. Zawsze byłem u kogoś i na dobrą sprawę trudno mi powiedzieć gdzie już byłem a gdzie jeszcze nie, które części miasta już widziałem, gdzie jeszcze powinienem pojechać. Trudno mi to wszystko umieścić na mapie. Mój Berlin to chaos, odkrywanie po kawałeczku. Musimy tu chyba przyjechać na kilka dni z mocnym przygotowaniem w postaci przewodnika.

Checkpoint Charlie stragany

Checkpoint Charlie - tablica pamiatkowa

Checkpoint Charlie to typowa komercja. Sam osławiony historyczny posterunek graniczny pomiędzy amerykańską i radziecką strefą okupacyjną jest zasłonięty przez wielką choinkę i otoczony tłumem turystów. Turyści chcą oczywiście zrobić zdjęcie budki ale także sobie, np. w czapce radzieckiego żołnierza, niemieckiego policjanta. Obok pana ubranego w mundur amerykańskiego żołnierza. Wszystko OK, nie zgadzają się jedynie szczegóły – widać, że mundury kompletowane były na bazarze. Zresztą można taki skompletować samemu – proszę bardzo. Naokoło pełno jest straganów z matrioszkami – a na nich pierwsi sekretarze, Putin a nawet już Trump – flagami ZSRR i NRD, furażerkami, orderami Lenina, futrzanymi czapami, mundurami Armii Czerwonej czy starymi maskami gazowymi. Nic nie oddaje klimatu tego miejsca lepiej niż neon KFC wiszący nad tablicą „Checkpoint Charlie”. Uciekamy stąd czym prędzej przed mrozem i komercją.

Checkpoint Charlie

podział berlina na strefy okupacyjne

Miejscem, wartym uwagi jest wystawa dotycząca historii muru berlińskiego. Za każdym razem nie mogę pojąć jak coś takiego mogło w ogóle powstać i być utrzymywane przez tyle lat. Czysta abstrakcja. Tablice z listami ofiar prób przedostania się, bardziej optymistyczne – udane ucieczki, plany muru, stare zdjęcia, w tym to chyba najbardziej znane – żołnierza, który w ostatniej chwili ucieka podczas budowy zasieków oddzielających Berlin Wschodni od Zachodniego. Za każdym razem gdy je widzę, dostaję gęsiej skórki, przechodzi mnie dreszcz, zaczynam sobie wyobrażać co czuli ludzie decydujący się na ucieczkę. Jakich dramatycznych wyborów często dokonywali. Próba wyobrażenia sobie tego teraz, z naszej perspektywy jest zupełnie bez sensu. Nie żyliśmy tam, nie mamy pojęcia o tym życiu. A to było przecież 50 lat temu. 100 km od naszej zachodniej granicy.

Mur Berliński - muzeum

Następny przystanek na trasie naszej wycieczki to miejsce, do którego zawsze wracamy podczas każdej wizyty w Berlinie. Zawsze jemy coś dobrego, coś miejscowego. W Berlinie oznacza to oczywiście curry wurst, golonkę i piwo. Tak, ale także i kebab. To tu jest najlepszy. Lepszy niż w Turcji. A jeżeli kebab to jest jedno miejsce – Mustafa’s Gemüse Kebap na Kreutzbergu. To niepozorna budka przy wyjściu z metra. Przed budką ciągnie się kolejka. Zazwyczaj na 40 minut do godziny. Niezależnie od pogody. Deszcz, wiatr, śnieg, ziąb czy upał. Ludzie zawsze tu stoją i czekają.

Mustafas gemuse kebab Berlin - praca wre

A tymczasem w budce odbywa się radosny rytuał przygotowania kebabów. Praca pali się w rękach, a pot cieknie trzem chłopakom z czoła. Z wprawą nakładają po kolei sosy, układają warzywa i mięso, następnie świeże zioła i ser feta, po czym zwijają kebaba w piękną srebrną tubę. Wszystko przy akompaniamencie skocznej arabskiej muzyki.

Mustafas gemuse kebab Berlin

Jak zwykle jest kolejka na jakąś godzinę. Ale mamy już opracowany plan działania. Sznureczek ludzi kończy się nieopodal Curry 36 – bodaj najlepszej w Berlinie sieci z curry wurstem. Więc bierzemy sobie kiełbaskę na frytach tonącą w aromatycznym sosie curry domowej roboty, do tego szklaneczkę Glühweina oraz piwo z pobliskiego sklepu. Teraz możemy stać nawet godzinę. Kolejka idzie powoli, bo każdy kebab to małe dzieło sztuki. Wurst jest tak dobry, że pochłaniamy go niemal w jednej chwili. Niezła przystawka. Pozostaje czekać na danie główne.

Mustafas gemuse kebab - najlepszy kebab w Berlinie

Po 40 minutach docieramy na początek kolejki. Zamawiamy nasze wyczekane dostajemy nasze wyczekane jedzenie i patrzymy jak jest przygotowane krok po kroku. Nie wiem jak oni potrafią tak pracować kiedy ktoś patrzy im na ręce. A patrzy każdy, bo widok jest przepiękny. Po kolei składana jest ta cudowna mieszanka. W końcu dostajemy srebrne wielkie batony do rąk, z radością je odwijamy i zatapiamy zęby w ukochanym kebabie. Schowani pod małą plandeką obok budki, osłonięci przed deszczem i zimnym wiatrem jemy, popijając pysznym niemieckim piwem. Tu zwyczajnie trzeba przyjechać i to zjeść. To jest Berlin.

Brama Brandenburska Berlin

Reichstag Berlin

Na koniec, po idealnym obiedzie jedziemy jeszcze do samego centrum Berlina. Przynajmniej dla nas. Bo słyszałem od rodowitego Berlińczyka, że stolica Niemiec nie posiada jako takiego centrum. Dla nas to Brama Brandenburska i Reichstag. Tu chyba trzeba przyjść, zrobić sobie zdjęcie. Nie wiem dlaczego, ja po prostu lubię tu być i na nie popatrzeć. Towarzyszą nam tłumy, pomimo wzmagającego mrozu. Ula jeszcze o kuli. To już chyba ostatni wyjazd, na którym niedomaga. Powoli spacerujemy ulicą, przechodzimy przez bramę, idziemy do parku, w kierunku Reichstagu. Zapomnieliśmy zamówić sobie bilety na zwiedzanie. Następnym razem.

Nasza wycieczka do Berlina

Znowu mam to poczucie, że mało co tu widziałem, nie zdążyłem odkryć tego miejsca. Berlin znowu mi uciekł. A więc następnym razem. Pewnie latem. Tak na pewno tu jeszcze przyjedziemy zobaczyć to, tamto. Spacerować trzymając się za ręce, biegać w deszczu, odkrywać nowe miejsca, zaułki, murale, kamienice, knajpy. Chodzić pod estakadami, wylegiwać się w parkach pod radzieckimi pomnikami, uciekać przed strażnikami pilnującymi starych radzieckich czołgów. Na pewno musimy tu wrócić, żebym mógł uporządkować sobie Berlin w głowie, stworzyć moją mapę tego miejsca. Mam nadzieje, że do tego czasu Berlin nie ucieknie, nie pogrąży się w strachu przed szaleńcami, pozostanie takim samym wyluzowanym, klimatycznym, trochę nierozgarniętym i nieogarniętym miastem. Berlinie poczekaj na mnie!

Berlin, Niemcy