na szczycie punktu widokowego Chocolate Hills, Bohol

Bohol. Łzy olbrzyma

Moim ostatnim przystankiem filipińskiej odysei jest Bohol. Początkowo planowałem pobyt na Siquijor, ale po kilku dniach spędzonych na Palawanie – zarówno na wodzie jak i lądzie – postanowiłem spędzić trochę czasu z dala od plaży. Tak dla higieny myśli i wspomnień. W końcu życie to nie tylko plaża. Dostanie się na Bohol z El Nido to cała odyseja. Autobus do Puerto Princessa. Dłuugi spacer w upale przez miasto. Lot do Cebu. Naciągana jazda taksówką z lotniska (nie znoszę lotniskowych taksówek) i prom do Tagbilaran. Na szczęście wszystko ułożyło się idealni, co do minuty i po 15 godzinach w podróży, legnę na miękkim łóżku hostelu.

Port w mieście Tagbilaran - stolicy wyspy Bohol

Tagbilaran niestety nie grzeszy pięknem. To zwykłe portowe miasto – największe na wyspie. Centrum administracyjne, a więc urzędy, sklepy, usługi. Mi służy jako baza wypadowa w głąb wyspy. Dla mnie Tagbilaran to supermarket, w którym mogę zrobić zakupy bez turystycznego haraczu (np. piwo kosztuje 24 PHP – tyle ile na kapslu, a nie 40 PHP jak na Palawanie). Tutaj też udaje mi się znaleźć motor. Cena jest naprawdę niezła. Za 700 PHP dostaję na 2 dni przepiękną – tym razem czerwoniutką – Hondę XRM. Motor, mimo że na mnie za mały, rozkochał mnie w sobie bez reszty. Wypożyczający Mario jest stąd, więc nie ma żadnych ostrzeżeń. Do kierownicy motory przywiązany jest jedynie różaniec. Ma mnie chronić. Takie ubezpieczenie to ja rozumiem!

Moja Honda XRM z najlepszym ubezpieczeniem na świecie - różańcem i obrazkiem matki boskiej, Bohol

zaraz za Tagbilaran zaczynają się piękne plaże, najwięcej jest ich na Pangalo

Jadę więc na wschód wzdłuż wybrzeża. Mój cel to oczywiście Chocolate Hills – atrakcja numer 1 wyspy. To dziesiątki małych zaokrąglonych pagórków rozsianych po całym wnętrzu wyspy. Pochodzenie kształtu wzgórz jest – jak wiele rzeczy na Filipinach – cały czas niewyjaśnione. Jest wiele teorii naukowych na ten temat. Najbardziej wiarygodną wg mieszkańców wyspy jest ta mówiąca, że wzgórza to łzy olbrzyma. No nie wiem…. Z kolei nazwa – chocolate – pochodzi od tego, że w porze suchej, porastająca je trawa wysycha i wzgórza wyglądają jakby były z czekolady. Jestem u schyłku pory deszczowej, więc mnie raczej ten widok ominie. Tak czy siak, wzgórza mnie zaintrygowały od kiedy tylko się o nich dowiedziałem.

deszcz na Bohol to nic dziwnego, chwila ulewy i znowu słońce

Zanim jednak dotrę do wzgórz, czeka mnie kilka przystanków. Pierwszy po paru kilometrach wymuszony nagła ulewą. To niesamowite jak zmienia się tu pogoda. W jednej chwili słońce. Nagle wjeżdżam w chmurę i deszcz jest tak silny, że po chwili jazdy jestem idealnie mokry. W ciągu tych dwóch dni wyrobił mi się odruch wypatrywania wiat przystankowych i innych zadaszonych miejsc przy drodze. Odnotowuje każde miejsce, w którym można się ukryć przed ulewą. W przekonaniu, że dobrze kombinuje od razu utwierdzają mnie miejscowi cykliści, którzy chowają się razem ze mną pod wiatą. Twardziele jadący w ulewie w płaszczach, sztormiakach czy folii, to jednak rzadki widok.

malownicza rzeka Looboc przepływająca przez Bohol

jadę na motorze wgłąb wyspy Bohol, w kierunku chocolate hills

Po dosłownie kilku minutach ulewy, znowu wychodzi słońce. Jadę więc dalej. W Loay odbijam w głąb wyspy, teraz droga prowadzi poprzez kolejne wioski, pola ryżowe. Mijam Loboc i wjeżdżam do innego świata. Jest tu coraz ciemniej, las coraz gęstszy, drzewa coraz wyższe. Momentami droga biegnie wzdłuż przepięknej rzeki Loboc. Jej zielona woda odcięta jest od otaczającej dżungli jedynie cienkimi paseczkami rdzawego brzegu. Rzeka znika. Droga pnie się stopniowo do góry. Zwęża się. Co i raz natrafiam na pojedyncze domki niemal pochłonięte przez rosnące wszędzie bananowce.

dzieci w przydrożnej wiosce gdzieś za Loboc i Loay. Bohol jest wspaniały

W jednej z takich wiosek wpadam na grupkę dzieciaków. Standardowo krzyczą i machają dymiącymi kawałkami bambusa. Są kolorowe i radosne. Zatrzymuje się. Maluchy są ciekawe mojej torby, okularów, wszystkiego co odróżnia mnie od mieszkańca wyspy. Onieśmiela je nieco mój wzrost. Chętnie pozują do zdjęć. Wręcz chcą, żeby je fotografować. Na koniec jeden z nich mówi nieśmiało – give me money – tonem wręcz przepraszającym, ściszonym. To jedyne słowa jakie znają po angielsku. To bardzo smutne, że ktoś ich tego nauczył. Równie smutne jest to, że ktoś im te pieniądze najwyraźniej daje utwierdzając ich od małego w przekonaniu, że tak się je zdobywa. Ja ich nie będę psuł pieniędzmi. Ale trochę słodyczy? Nigdy nie zaszkodzi.

Loboc Man-made forest, za Loay przed Chocolate Hills. Bohol

Jadę dalej w kierunku Bilar i momentalnie znajduje się w ogromnym lesie liściastym. Drzewa rosną wzdłuż drogi. Równiutki, w rządkach, jakby je ktoś sadził z linijką. Man-Made Forest to właśnie sztucznie posadzony las, składający się wyłącznie z drzew mahoniowca. Las jest tak inny, niepodobny do tego co go otacza, że mam wrażenie jakbym nagle przeniósł się w jakieś inne miejsce. Naokoło gęste, tropikalne lasy pełne wszystkiego – od palm i bananowców, przez pnącza i drzewa o dziwnych, kosmicznych kształtach. Jasno, pełno słońca. W lesie mahoniowym uderza monotonia i półmrok, który tworzą strzeliste, rozłożyste drzewa.

pola ryżowe po drodze do Chocolate Hills, Bohol

Wreszcie las się kończy i wyjeżdżam na płaskowyż pokryty ryżowymi polami. Znowu zanosi się na deszcz, więc odruchowo szukam schronienia. Pogoda tutaj jest kapryśna. Kiedy wydaje się, że za sekundę spadnie deszcz, nagle wychodzi słońce. Kolejny raz się udaje. Wreszcie docieram do Chocolate Hills. Nagle z boku za zalanymi polami ryżowymi wyrastają charakterystyczne pagórki. Wyglądają jak odwrócone miseczki pokryte trawą. Mi przypominają wręcz wielkie zielone świąteczne nóżki w galarecie. Mniej spostrzegawczych w Chocolate Hills wita wielki znak rozpostarty nad drogą. Jestem u celu. No prawie, bo oczywiście chce wjechać na górę i podziwiać panoramę wzgórz.

wejście na punkt widokowy, z którego doskonale widać chocolate hills. Bohol

Najpopularniejszy (chociaż nie jedyny) punkt obserwacyjny znajduje się na wzgórzu parę kilometrów przez Carmen. Nietrudno tam trafić. Wszystkie znaki na „Chocolate Hills” kierują właśnie tu. Na miejscu trzeba uiścić opłatę wjazdową (obowiązuje także pieszych) i można wjechać na wzgórze. Na końcu drogi czeka parking, restauracja, sklep z pamiątkami i oczywiście punkt widokowy, na który tak czekałem. Tutaj dopiero zaczyna się wyprawa na górę. Po przejściu przez wielki wydrążony konar służący za bramę, rozpoczyna się mordercza wspinaczka po najdziwniejszych i najbardziej męczących schodach na jakie natrafiłem w życiu. Stopnie są tak płaskie i tak krótkie, że każdy – niezależnie czy po nich wchodzi czy schodzi – wygląda jakby walczył o życie. Lepiej by chyba było, gdyby tych schodów w ogóle tu nie było.

jedni mówią, że to kamienie rzucane przez olbrzymy, inni, że to łzy olbrzyma - jedno jest pewne - Chocolate Hills są przepiękne! to chyba największa atrakcja filipinskiej wyspy Bohol

Widok z góry pozwala zapomnieć o wszelkich niewygodach związanych z dostaniem się tutaj. Zarówno mordęgę dla tyłka jaką jest jeżdżenie motorem po nierównych drogach i dróżkach Boholo, jak i wspinaczkę po schodach. Przestrzeń. To pierwsze co przychodzi na myśl, kiedy wspominam to miejsce. Niesamowita, niezmierzona przestrzeń. Tak wielka, że aż przerażająca. Tu można się nabawić lęku przestrzeni. Czuje się jak w jakiś wysokich górach. Jakbym stał na czubku Ziemi. Wokół zaokrąglone pagórki, gęsto porośnięte świeżo-zieloną trawą. Jeden przy drugim nieśmiało kiełkują ponad dżunglą. Jak gigantyczne zielone bąble, które zaraz pękną. Do tego niesamowity spektakl sił natury. Doskonale widać jak w różnych miejscach wyspy pada deszcz, świeci słońce i na odwrót. Tak w kółko.

na szczycie punktu widokowego Chocolate Hills, Bohol

Widok z tego miejsca jest naprawdę niesamowity. Jedynym minusem tarasu jest jego opłakany stan. Zardzewiałe rusztowanie, jakiś płot, wystające deski i żerdzie. Lata świetności ma już dawno za sobą. W permanentnym stanie remontu, zapewne od wielu lat. Nie da się nawet zrobić ładnego zdjęcia bez desek, metalowego szkieletu, starego plastikowego krzesła. Nie ma szans na piękny pocztówkowy obrazek. Z drugiej strony to właśnie te detale nadają temu miejscu wyjątkowości. Podkreślają jego naturalność i autentyczność. Tu nie ma tapety. Tu jest natura. Skaleczona przez człowieka, ale przywracająca swoje porządki. To jest piękno tego miejsca. Dla mnie Chocolate Hills to właśnie ten widoczek – Samotna palma smagana wiatrem otoczona starym metalowym szkieletem.

droga do chocolate hills, Bohol

dworzec autobusowy w Carmen - w samym środku wyspy Bohol. To punkt przesiadkowy do Chocolate Hills

Dziś chcę się pokręcić się po Chocolate Hills. Jest już popołudnie a jak nawet nie wiem gdzie będę spał. Cały mój dobytek – torbę podręczną mam przy sobie. Żadnych zobowiązań. Nie muszę nigdzie jechać, nigdzie wracać. Nie mam określonego celu. Jadę więc dalej przez Carmen. To małe miasteczko na samym środku wyspy. Takie lokalne centrum wszechświata. Kilka przecznic, targ, dworzec autobusowy i kilka stacji benzynowych. Upał, zgiełk, hałas i wszechobecny smród spalin. Niestety.

w samym środku wyspy Bohol złapał mnie deszcz, w drodze z Chocolate Hills

Kieruję się na zachód, w kierunku Sagbayan i dzikiej, mniej rozwiniętej części Chocolate Hills. Tam są wzgórza, z których rozciąga się świetny widok na okolicę i podobno łatwo można na nie wejść lub wjechać. Moja wycieczka kończy się nagle kiedy najwyraźniej wjeżdżam w wielką szara chmurę. Ulewa spada z taką siła i tak nagle, że nie mam żadnych szans na znalezienie jakiegokolwiek suchego fragmentu mojego ciała. Podobnie z rzeczami. Wszystko mokre. Nie pomaga fakt, że w pół minuty byłem już pod wiatą jakiegoś przystanku. Spędzam tam jakieś pół godziny czytając wszystkie ogłoszenia o pracy dla pokojówek na bliskim wschodzie.

po chwili upału znowu słońce, Bohol

Nie zapowiada się aby deszcz miał przejść. Podejmuję więc dramatyczną decyzję o powrocie tam gdzie jest słońce. Po minucie jazdy w deszczu, cały mokry, z powrotem jestem na słońcu. Mam nadzieję szybko wyschnąć w słońcu. Jak na złość robi się chłodniej i jazda staje się mało przyjemna. To pierwszy raz na Filipinach kiedy jest mi chłodno. Zaciskam zęby i wracam na wybrzeże, aż do Loay w poszukiwaniu noclegu. Naturalnie chce się zatrzymać gdzieś nad morzem. Piasek, palmy, szum fal. Do tego przywykłem przez 5 dni na Palawanie. Docieram do mostu zaraz za Loay. Zatrzymuje się, żeby spojrzeć na rzekę.

barki na przepięknej rzece Loboc. Zachód słońca na moście w Loay. Bohol, Filipiny

W pomarańczowym świetle zniżającego się słońca leniwa senna rzeka. Na niej leniwie, niemal niezauważenie kołyszą się połączone barki. Na co dzień przewożą hordy turystów aż do wioski Loboc. Na pokładzie gra muzyka, ludzie siedzą przy stołach, jedzą piją, co jakiś czas wyglądając za burtę. Niektóre z łodzi mają dziwne kształty – jedna z nich to gigantyczny żółw. Na co dzień tak kiczowate, o tej porze i w tym miejscu – spokojnie zacumowane – tworzą piękny obraz. Chwila parzenia na rzekę i już wiem, że chce spać gdzieś nad nią a nie nad morzem. Tylko gdzie tu znaleźć nocleg nad samym brzegiem.

przepiękna rzeka Loboc płynie przez Bohol pośród gęstej dżungli

Wsiadam na motor i czym prędzej wracam w głąb wyspy. Wszystkie znaki prowadza do Loboc Tourist Village z resortami i restauracjami z białymi obrusami. To sobie daruje. Na początku wsi coś mnie tknęło. Pod wpływem impulsu skręciłem nagle w mała dróżkę gdzieś za stacją benzynową. Od razu okazało się to dobrym pomysłem. Nagle znalazłem się przy rzece. Droga ciągnęła się wzdłuż wody. Po jakimś kilometrze docieram do przepięknego gospodarstwa z idealnymi wprost chatkami z bambusa i palmowej plecionki, pokrytych palmową strzechą. Kiedy przez myśl przechodzi mi, że to właśnie tu chciałbym dzisiaj spać, dostrzegam znak Fox & The Firefly Cottages. Jestem w niebie.

Fox & The Firefly Cottages w Loboc, na przeciwko głośnego Tourist Village, super nocleg na Bohol

pływający pomoc na rzece Loboc - jedna z najlepszych strakcji hostelu. Bohol

Wchodzę i pytam o miejsca. Łóżko w dormie kosztuje 250 PHP. Nie ma wielu gości, wiec mam całą chatkę dla siebie. Wszystko z bambusa i drewna. Wszystko ręcznie robione. Piętrowe łóżka z moskitierą, naturalnie wentylowane. Prysznic i toaleta odkryte, z widokiem na dżunglę. Z radości aż chce mi się tupać. Najlepsze jednak czeka na mnie nad rzeką. Duży bambusowy pomost unoszący się nad zielenią rzeki Loboc. Gruba lina zwisająca nad wodą z rozłożystego drzewa. Można z niej skakać do rzeki. A obok tego wszystkiego – nad samą wodą prześliczny hamak. Nad samą rzeką. Rozciągnięty tak aby można było kołysać się bezpośrednio nad wodą. Absolutny hit!

hamac wprost nad rzeką - takie rzeczy tylko w Loboc na wyspie Bohol

Gramolę się dość niezdarnie do hamaka i dosłownie się do niego przyklejam. Schodzę tylko na chwilę, żeby skoczyć do miasta coś zjeść. Akurat robię to między 18:00 a 20:00 – dwóch godzin, w których nad rzeką bezlitośnie tną komary. Wieczorem nie ma po nich śladu. Więc leżę w hamaku i oddycham płynącą pode mną rzeką. Delikatny szum wody i otaczającego ją lasu słodko mnie obezwładniają i usypiają. Jest rześko, ale jednocześnie ciepło. W zasadzie mógłbym tu spać. Co prawie mi się udaje. Prawie. Nagle zaczyna łupać. Myślałem, że to sen. Niestety. Zapętlony kawałek Pitbulla „Fireball” młócony w kółko, na cały regulator. Kilkadziesiąt razy. Nie wiem za jakie grzechy. To z naprzeciwka z Loboc Tourist Village. Umpa umpa aż do wieczora. Za każdym razem, kiedy wspominam przepiękną rzekę i hamak, w głowie huczy mi ten straszny kawałek. Najgorzej.

Loboc Tourist Village - hałaśliwa turystyczna enklawa w środku sennego miasteczka pośrodku wyspy Bohol

Wstaję z samego rana i znów idę nad rzekę. Do hamaka. Rześki poranek z widokiem na leniwą rzekę. Cisza, gorąca kawa zaparzona jeszcze z własnych zapasów. Plujka, ze śrutem, ale i tak lepsza niż 3w1 w saszetkach, które można kupić na Filipinach. Cienki ulep z mlekiem w proszku. Własna kawa smakuje najlepiej. Kubek parzy w dłonie. Ekwilibrystyka z gorącą kawą ha hamaku to chyba nie jest najlepszy pomysł, ale nie myślałem o tym. Liczy się tylko widok. Poranek nad Loboc. Każdemu życzę takich spokojnych poranków, w które powoli, stopniowo wybudzamy się ze snu. Dochodzimy do siebie, a piękne otoczenie działa znieczulająco.

Jeepney w centrum Loboc. Tym się podrużuje po wyspie Bohol

jedzenie na Filipinach - asado, chorizo i kiepski ryż, Loboc, Bohol

Śniadanie jem w miasteczku. Przy głównym rynku jest kilka knajpek, w których od rana właściciele rozpalają ogień i grillują kurczaka, wieprzowinę i ryby. Trochę mi zajęło przyzwyczajenie się do ciężkich, tłustych i słodkich śniadań – jak zresztą do całej filipińskiej diety. To przede wszystkim ryż i mięso w sosach. W każdej możliwej konfiguracji. Jedno jest charakterystyczne – wszystko jest przesadnie słodkie. Nawet mięso. Najciekawszym doświadczeniem było słodkie chorizo. Ono nawet nie przypomina chorizo, tylko czerwony warkocz mięsnych kulek.

Tarsier COnservation Area czyli rezerwat wyraków - to zwierzę charakterystyczne dla filipińskiej wyspy Bohol

Dzisiaj jadę do Sierra Bullones. Prowadzi tam malownicza droga przecinająca łańcuch górski, ciągnąca się od Carmen w centrum wyspy aż do Jagna na wybrzeżu. Dojeżdżam parę kilometrów za wioskę, kiedy moją uwagę przykuwa znak „Tarsier Conservation Centre” a obok wystrugane przedziwne zwierzę. Tutaj w mojej głowie rodzi się pytanie „co to jest tarsier”. Wygląda znajomo. Taki miniaturowy lori, a może lemur. Ogromne oczy. Wygląda jak mały diabeł. Bez wahania zjeżdżam do centrum, kupuje bilet i idę krótką ścieżką pośród mrocznej dżungli i chmary komarów. Na trasie jest kilka punktów, w których można obserwować owe tarsiery a dokładniej – wyraki. Wyrak upiór – tak po polsku nazywa się to zwierzę. Ponieważ nie miałem ze sobą lustrzanki, moje fotki wyszły żałośnie. Wrzucam więc zdjęcie z Flickra (z licencją https://www.flickr.com/photos/yeowatzup/2052878890).

tarsier czyli wyrak upiór - obok chocolate hills wizytówka Bohol

Dziwaczność tego stworzenia przebija nawet oryginalność jego nazwy. To połączenie nietoperza, sowy i żaby. Inaczej nie potrafię tego opisać. Do tego jest zaskakująco mały. Cały dorosły okaz mieści się na dłoni. Przy pierwszym kontakcie jestem zaskoczony, bo w gąszczu bambusowych liści wprost trudno dostrzec wyraka. Pewnie dlatego pracownicy je po prostu układają na wyznaczonych gałęziach tak, aby odwiedzający mogli je obejrzeć. Wydaje się to słabe, ale dowiedziałem się, że jeszcze 2 lata temu, można było wziąć takiego wyraka na ręce, pogłaskać i zrobić sobie z nim zdjęcia. To niestety źle kończyło się dla zwierzaków. Te małe cuda umierały z powodu stresu. Jestem zachwycony. To jedno z najbardziej zaskakujących zwierząt jakie widziałem. Jest po prostu absolutnie nie z tej Ziemi. I odkryłem je zupełnie przypadkiem. Kiedyś gdzieś mi coś takiego minęło w jakichś książkach, ale nie sądziłem, że natknę się na nie tutaj – na Boholu.

bohol to przede wszystkim chocolate hills

Zachwycony jadę dalej do Sierra Bullones. Za Carmen wjeżdżam dosłownie pomiędzy wzgórza Chocolate Hills. Po wzgórzach zaczynają się lasy. Znowu masa bananowców, papai, różnego rodzaju palm i innych drzew. Wegetacja jest tu bardzo bujna. Widać, że często pada. Samo Sierra Bullones to kolejne małe miasteczko z nieduża siatką ulic i hiszpańskim kościołem w centrum. Mijam je i odbijam nad pobliskie jezioro. W Lonely Planet przeczytałem, że warto nadrobić kawałek aby zobaczyć malownicze jezioro i tarasowe uprawy ryżu w pobliżu. Właściciel hostelu powiedział mi, że był tu już dwa razy i nie znalazł tarasów. Postanawiam podjąć wyzwanie.

sierra bulones - sztuczne jezioro, Bohol

Samo jezioro to nic szczególnego. Sztuczny zbiornik wodny powstał przy budowie pobliskiej mini-zapory. Jest miejsce z altanką, pomostem i widokiem na jezioro, ale jak dla mnie za dużo tu betonu. W pochmurny dzień, nie robi na mnie w ogóle wrażenia. Tarasy dostrzegam po chwili. Po drugiej stronie jeziora ciągną się praktycznie na całej jego długości. Wspinają się pod leniwe wzgórza Sierra Bullones na horyzoncie. Docieram do pobliskiego Pilar.

pola ryżowe w pobliżu Sierra Bullones, Bohol

Postanawiam odbić w pierwszą lepszą dróżkę w kierunku tarasów. Jadę długo po nierównym, błotnistym terenie. Mijam pola, na początku płaskie, potem nieużytki, plantacje bananów, w końcu widzę pola ryżowe. W większości zalane. Ale nie widzę żadnych tarasów. Przynajmniej nie tych dużych, rozległych. Tu poletka są małe, więc i tarasy są mini. Tym niemniej tworzą ładne wzory. Dzięki nim pola wyglądają jak szlaczki. Są nieregularne, zakręcają.

dzieci we wsi gdzies w pobliżu Sierra Bullones, Bohol

droga wewnątrz Bohol, gdzieś po drodze z Sierra Bullones

Docieram do wioski. Nie wiem jak się nazywa. To pewnie nawet nie wioska, ale jakieś siedlisko. Kilkanaście domów wzdłuż drogi i na końcu szkoła. Duża jak na to miejsce. Chyba chodzą tu dzieci z całej okolicy. A mi się wydawało, że jestem na końcu świata. W wiosce, po drodze znowu dzieciaki. Bawią się przy drodze. Stara opona od motoru i kij. Jak ja dawno nie widziałem dzieci puszczających koła. To niesamowite jak najprostsze rzeczy potrafią dostarczyć tyle radości. Tu dzieciaki nie mają klocków LEGO, lalek i tabletów. Tu bawią się tym, co same sobie zrobią. Tu mogą być kim chcą. Ogranicza ich tylko wyobraźnia. Nie ma problemów w stylu „nie mam najnowszego modelu”. Przypominają mi się czasy kiedy z patyka można było zrobić wszystko od karabinu aż po konia. A klocki LEGO – jakiekolwiek – były nawet poza sferą marzeń.

pola ryżowe w Sierra Bullones, Bohol

sierra bullones - przepiekne tarasy pól ryżowych na filipinskiej wyspie bohol

Znalazłszy moje tarasy ryżowe i wspomnienie dzieciństwa przy okazji, jadę dalej. Droga idzie delikatnie pod górę. Mijam już dziesiątki kolejnych pól i poletek ryżowych, w różnym stadium rozwoju. Wszystkie oczywiście z tarasami. Dziesiątki wzorów. Esy, floresy, linie, fale. Jestem coraz wyżej. W kolejnych wioskach na drodze rozłożone suszy się zboże lub łupiny kokosów. Całe pasy i tak wąskiej jezdni pokryte są białą lub żółtą masą. Z daleka wygląda to jak świecący dywan. Zastanawiam się jak szybko zwijają to kiedy zerwie się nagła ulewa i jak chronią zboże przed wszędobylskimi, wścibskimi kurami.

jadąc na motorze przez Bohol

kokosy suszące się przy drodze, Sierra Bullones, Bohol, Filipiny

W końcu jestem na szczycie łańcucha Sierra Bullones. Góry to może za dużo powiedziane – maja po kilkaset metrów, ale widok robi wrażenie. W oddali za lekką mgiełką wilgoci kryje się sine morze. Do niego kilka kilometrów zielonych wzgórz i gór, pokrytych gęstym lasem palmowym. Tu już czuć świeżą bryzę od morza. Zza chmur wyłania się nieśmiało słońce. Nagle znowu zmienia się pogoda. Mam wrażenie, że będąc gdzieś na górze, słońce się do mnie uśmiecha i wychodzi. Jakby chciało mnie wynagrodzić za to, że mi się chce. Pewnie, że mi się chce. Każdy kolejny dzień jest dla mnie nie tyle nagrodą co po prostu następstwem moich decyzji. Czasem odważnych, czasem szalonych lub po prostu głupich. Ale zawsze jest ciekawie. I nigdy nie żałuję swoich decyzji.

droga z Sierra Bullones do Jagna na wybrzeżu wyspy Bohol

Jagna - wybrzeże Bohol, piękne plaże, tylko nieco zaśmiecone

Robi się późno, więc wracam do Loboc. Jeszcze tylko szybki wypad na targ. Po całym dniu wprost umieram z głodu. Postanawiam, nadrobić owocowe zaległości. Kupuje wszystko co wpada mi w ręce. Chcę spróbować wszystkiego czego do tej pory nie próbowałem – z różnych powodów – a to nie miałem okazji, a to odkładałem, a to śmo, a to owo. Soczysty, wyglądający niczym kasztany rambutan, dziwny kosmiczny mangostan, w końcu durian – kremowa, śmierdząca bomba cholesterolowa. Do tego jeszcze słodkie jak miód zielone i czerwone mango, papaja i boskie bananki. Najlepsze te małe, niekształtne i poplamione. Wszystko to w hamaku nad rzeką. Bez komarów. Idealnie. Do czasu kiedy znowu ktoś nie odpala „Fireball”… Czas spać.

owoce na filipinach: mango, papaja, mangostan, rambutan i oczywiście durian, Bohol

Ostatni dzień na Filipinach spędzam w Dumaguete. Stąd wracam do Manili, ale mam tu jeszcze jedną rzecz do załatwienia. Kulinarne wyzwanie. Praktycznie większość dnia spędzam na nabrzeżu, spacerując wzdłuż promenady i poszukując dobrego jedzenia. Dzisiaj tylko jem i piję. Idąc promenadą natrafiam na rodzinę czyszczącą dopiero co złowione jeżowce. Taśma produkcyjna: tata rozcina jeżowca i oczyszcza z kolców, syn wylewa z niego wodę i czyści, mama wyciąga do słoika pomarańczowe jadalne wnętrzności. To niesamowite, że tak drogie u nas rarytasy, tu wyławiane są przez ludzi, którzy zarabiają w ten sposób grosze, które pozwalają im przeżyć. Tak, tu bieda jest inna. Mniej tu beznadziei i bezradności. Tu każdy może znaleźć jedzenie. I to jakie. U nas jeżowce jada się w najdroższych restauracjach.

nabrzeże Dumaguete, Filipiny

rybacy czyszczący jeżowce na nabrzeżu w Dumaguete, Filipiny

W polowaniu na jedzenie docieram na targ. Tam kupuję to co od samego początku mnie tu pociągało. Moja słodka nagroda – sticky rice. Słodkie, kleiste ciasto ryżowe z kokosem, słodzone cukrem palmowym i gotowane na parze w liściu bananowca. Tak proste a zarazem tak idealne. Sam widok zwiniętych „cukiereczków” sticky rice cieszy serce. Cieplutkie, aromatyczne, rozpływające się w ustach. To zdecydowanie jedna z najlepszych przekąsek – tu chyba najlepsze jakie jadłem w całej Azji. Drugim przysmakiem prosto z bazaru jest longan – małe żółte kulki na patyku. Lekka skorupka przypomina tą od melona. Jest cienka i pęka przy przyciśnięciu strzelając słodkim sokiem. W smaku owoc przypomina połączeniu liczi i pomelo. To niesamowita uczta dla zmysłów. Świeży, słodki, idealny. Dla mnie udany debiut – zakończony miłością od pierwszego ugryzienia.

sticky rice, czlyi miejscowy przysmak - lepki słodki ryż z mlekiem kokosowym, gotowany na prze w liściu bananowca. Coś pysznego. Dumaguete, Filipiny

Longan - cudowny owoc, odkrycie mojego wyjazdu na Filipiny - zerwany prosto z drzewa, jeszcze chodziły po nim mrówki. Obłędnie pyszny, pożywny i zdrowy. Dumaguete, Filipiny

Ukoronowaniem mojej całej odysei – przede wszystkim kulinarnej – jest jednak inne danie. Bardzo typowe  dla Filipin. Należące do pierwszej dziesiątki najbardziej rozpoznawalnych dań świata. I najbardziej obrzydliwych. Balut według definicji to danie przejściowe: nabiałowo-mięsne i ma postać gotowanego jajka kurzego, wewnątrz którego znajduje się w pełni uformowany zarodek ptaka, którego spożywa się w całości – wraz z kośćmi, dziobem itd. Tyle o definicji. Ciekawość wygrała. Wieczór, promenada, rzędy straganów z jedzeniem,. Wszystkie serwują to samo. Wszyscy to tu jedzą. Dopijam ćwiartkę Tanduay Rum dla kurażu, dla pewności pytam jedzących czy ro smaczne. – No pewnie – odpowiadają dojadając jajko.

Balut czyli kulinarny hardcore. Embrion kurzy ugotowany w jajku, podawany z solą i octem, Dumaguete, Filipiny

OK nie ma wymówek, jem balut czyli kurzy embrion ugotowany jeszcze w jajku - na twardo - z odrobiną octu i solą, Dumaguete, Filipiny

A więc zamawiam. Jajko, sól, ocet. Jem zgodnie z zasadą: rozbijamy dużą końcówkę jajka o stół, wypijamy przez dziurkę lekki bulion, potem obieramy, solimy, skrapiamy octem i jemy. Wygląda jak dopiero co wykluty obcy. Ale alkohol robi swoje. Smakuje jak jajko na twardo. W zasadzie samo żółtko, bo zamiast białka jest już embrion. Trochę krwiste. Nie czuć kości, piór czy dzioba. Ciekawe doświadczenie, ale go nie powtórzę. Przynajmniej wiem, że nie będę sobie mówił, że mogłem spróbować a tego nie zrobiłem. Mogę wracać!

Dumaguete, Filipiny