kanały i widok na Belfort Brugia, Belgia

Brugia. Randka, frytki i zabytki

Dlaczego Brugia? Ponieważ to piękne, średniowieczne miasteczko świetnie nadaje się na randkę. Do uczczenia jakiegoś ważnego kroku lub świętowania. Rocznicy, lub po prostu każdego dnia z ukochaną osobą. To miasto na długie spacery, chodzenie za rękę, wspólne błądzenie po wąskich uliczkach, jedzenie gofrów, opalanie się w parku i dotykanie rękami ścian. To po prostu piękne miejsce, w którym warto przeżyć piękne chwile. Ktokolwiek obejrzał film „In Bruges” i za bohaterami filmy twierdzi, że tam nic nie ma, grubo się myli!

img_6536

img_1468

Nasza randka zaczęła się nietypowo, bo rano. W piątek po pracy przylecieliśmy do Charleroi i późno, bo po północy dotarliśmy autobusem do Brugii. O tej porze miasto było opustoszałe. Nie było na nich najmniejszego śladu życia. Brugia zapada w głęboki sen. Nie ma imprez, nie ma gwarnych barów i knajpek tętniących życiem w samym środku nocy. Jest cisza, spokój i ciemność. Po dotarciu do hostelu nie było więc co robić, tylko spać. O poranku Brugia nieśmiało powraca do życia. Ponieważ oprócz romantycznego nastroju, nieodłącznym elementem randki jest jedzenie, ruszamy w poszukiwaniu śniadania. Nie musimy wiele szukać. Po krótkim spacerze mniejszymi i większymi, szybko zapełniającymi się ludźmi, ulicami, trafiamy na sobotni market na Het Zand.

img_1467

img_6531

Oprócz chińskich klapków, kolorowych, plastikowych zabawek, torebek MK, pseudo-skórzanych butów i innych, wątpliwej jakości „skarbów”, na targu roi się wręcz od stoisk z jedzeniem. Ponieważ Brugia to już prawie Holandia, w oczy rzucają się przede wszystkim sery. W powietrzu unosi się powalający zapach goudy. Do tego stoiska rybne z maatjesharing – boskim holenderskim śledziem, którego łapie się za ogonek, macza w posiekanej cebulce i pakuje wprost do buzi. Gdzieś obok jest też Francja, więc w powietrzu unosi się zapach świeżego pieczywa, ot zwykłe bułeczki a pachną jak jakiś pszenny skarb. Chce się ich nabrać całą siatę. I te terriny, salcesony, szynki w galarecie. Delikatne mięso w przejrzystej galaretce z aromatycznymi ziołami. Jeszcze tylko gorąca, pachnąca kawa, znajdujemy sobie przytulny murek niedaleko i możemy mieć pierwszą odsłonę naszej randki.

img_6539

img_6553

Po śniadaniu ruszamy na spacer. Postanawiamy obejść owalną starówkę zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zaczynając właśnie od Het Zand. Łatwo powiedzieć. Brugia od samego początku nas oszukuje. Topografia miasta wydaje się oczywista i bardzo prosta. A jednak, labirynt uliczek, alejek, przejść, bram, mostków i zakamarków sprawia, że momentalnie się gubimy. Poruszanie się z mapą przestaje mieć jakikolwiek sens. Poddajemy się i odstawiamy mapę, Google i inne wspomagacze. Po prostu dajemy się ponieść urokliwym uliczkom. Mniej więcej poruszamy się we właściwym kierunku. Mijamy piękne stare, ceglane domki z kolorowymi okiennicami i doniczkami pełnymi pachnących kwiatów. Nagle nie wiadomo jak i skąd przed domami wyrastają bujne malwy. Momentami wydaje się, że spacerujemy pomiędzy domkami z pierników.

img_6558

img_6569

W końcu docieramy do jednego z kanałów opływających starówkę. Idziemy wzdłuż wody. Z jednej strony brzegu ciągnie się kamienny trakt, poprzecinany drzewami. Chodzą po nim piesi, od czasu do czasu przemykają rowery. Po drugiej stronie, aż do samej wody schodzą mury kilkusetletnich kamienic. Co chwila, nad kanałem zwisają bujne zielone krzewy, kwiaty i drzewa. Przepiękne ogrody wyłaniające się zza murów. Nad samą wodą. Zupełnie jakby pod nimi nie było głębokiego kanału ze zgniłozieloną wodą. Jakby mieszkańcy sobie z tego nic nie robili. Maleńkie oazy w kamiennym, średniowiecznym mieście. Każdy z tych ogródków to maleńki azyl, w którym można usiąść sobie na leżaku, poczytać książkę, posłuchać śpiewu ptaków i chyba się zapomnieć. Mur i woda odcinają od zgiełku miasta. Zresztą, jakiego zgiełku. Jedyne co tu słychać to kroki przechodniów i dzwonki rowerów!

img_6579

img_6582

Kanały zaczynają się rozgałęziać, gubimy drogę. Wody jest coraz więcej, uliczki zaczynają krążyć, zawijać. Idziemy za barkami wypchanymi po brzegi turystami, które co chwila przepływają po kanałach. Wszystkie one płyną z centrum – okolic ratusza, aby więc do niego trafić, idziemy w przeciwnym kierunku niż napierający turyści. Ludzi jest coraz więcej, robi się coraz gwarniej. Tymczasem miasteczko się nie zmienia. Woda w kanale nadal sobie stoi. Z murów przedziera się zieleń ogrodów i bluszczu. Pojawiają się przepiękne, kamienne mosty. Chodzimy nimi w kółko, drepczemy po kamiennych trotuarach, pomiędzy klonami, powoli wchodzimy w coraz większy tłum turystów. W końcu wygląda na to, że znajdujemy się w centrum. To stąd ruszają wycieczki barkami. To tu stoją kolejki Amerykanów, Chińczyków i Niemców.

img_6590

img_6597

img_6606

Tłum jak to tłum. Normalnie by mnie uwierał, ale dzisiaj… nic nie jest mi w stanie zepsuć randki. Stajemy przy brzegu i patrzymy na pocztówkowy widok na Belfort – chyba najbardziej charakterystyczne i najczęściej fotografowane ujęcie z Brugii. Teraz, ze względu na zachmurzone niebo, nie w pełni swoich możliwości, ale nie poddajemy się – mamy cały weekend. Aby uniknąć tłumów i zaznać choć trochę wytchnienia, uciekamy do spostrzeżonego po drugiej stronie wody pubu. To Beer Wall – bar, w którym dostępnych jest kilkaset rodzajów belgijskiego piwa. Można spróbować dosłownie wszystkiego: od pszenicznych blondów przez aromatyczne owocowe krieki aż po mocne, pachnące piwnicą trapisty. Bar ma przepiękny ogródek, w którym udaje nam się znaleźć stolik w cieniu ogromnej topoli. Zapominamy zupełnie o otaczających nas tłumach, siedzimy wygodnie, popijamy przepyszne belgijskie piwa, patrzymy na rzekę, tłumy przewalających się po drugiej stronie turystów, rozmawiamy o niczym.

img_6618

img_6623

Po jakimś czasie postanawiamy ruszyć dalej. Nogi niosą nas dalej zgodnie z ruchem wskazówek zegara, chociaż takiego lekko pijanego, bo znowu gubimy się i nasz szlak przypomina raczej trasę muchy owocówki niż piechura. Idąc wzdłuż kanałów, mijamy muzeum sztuki, zabytkowy średniowieczny szpital i imponujący kościół Onze Lieve Vrouwekerk. Każdy krok to podróż w czasoprzestrzenie, wdepnięcie w czarną dziurę. Każdy pasażyk, furtka, brama, uliczka, przenoszą nas w zupełnie inne miejsce. Trudno się tu odnaleźć, nawet mi. Byłem tu dwa lata temu i próbuje sobie przypomnieć dokąd iść, ale nie mogę. Brugia to bajkowy labirynt z cegły, kamienia, kanałów, drzew, okien, drzwi i kwiatów.

img_6628

W końcu docieramy do maleńkiego placyku Walplein. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy głodni. W zasadzie to chyba małe kłamstewko, ponieważ my zawsze jesteśmy głodni. Gdziekolwiek jedziemy, zawsze jemy. Chłoniemy miejsca nie tylko oczami i uszami, ale przede wszystkim ustami. Przez żołądek do serca. A Belgia na naszej kulinarnej liście zajmuje miejsce szczególne. Najlepsza „leka” przekąska to oczywiście belgijskie frytki z piwem malinowym. Koniecznie jedzone na słońcu, w parku, nie w żadnej restauracji! Bierzemy więc frytki, piwo, mijamy kolejne alejki, uliczki i szeregi domków i docieramy do pobliskiego parku Minnewater. Tam rozkładamy się przy jednym ze stolików do gry w szachy i pałaszujemy gorące jeszcze fryty z majonezem, popijane boskim owocowym piwem. Bez tego nie ma Belgii.

img_6635

Obserwujemy kolejne grupki turystów próbujące robić sobie to samo zdjęcie – w locie skacząc nad rabatkami kolorowych kwiatów. Śmiejemy się z nich, bo za każdym razem, kolejnym grupom się to nie udaje. Nikt chyba nie wpadł na to aby robić zdjęcia seriami. W sumie nas to nie obchodzi, zajmujemy się sobą. W końcu mamy randkę. Tym czasem wychodzi słońce. To chyba prawda, że uśmiechy potrafią rozwiać chmury. Po zachmurzonym niebie nie ma już śladu. Teraz, rządzi pyszny błękit na którym stopniowo zanikają delikatne blade baranki.

img_6654

img_6650

Z parku idziemy powoli do Begijnhof. To zbiór przepięknych, zabytkowych domów zbudowanych w półkolu. Bielone ściany domów pamiętają XII stulecie, kiedy to biskup z Liege, założył tu komunę dla niezamężnych kobiet i wdów, aby żyły bliżej Boga. Dziwna historia, ale miejsce jest przepiękne. Duży plac porośnięty wiązami, otoczony domami z białymi murkami, zza których eksplodowały bujne ogrody. To miejsce sprawia wrażenie, jakby czas się zatrzymał, lub chociaż płynął wolniej. Wystarczy wejść za któryś murek, aby przenieść się do świata tajemniczego ogrodu – utonąć w przepięknych, odurzających kwiatach. To niesamowite, że w miejscu tak obleganym przez turystów jak Begijnhof, można znaleźć takie zaciszne zakątki jak te.

img_6658

img_1633

img_6660

Wracamy po woli w stronę centrum. Po drodze łapie nas zapach odurzających belgijskich gofrów. To nie to samo co nasze nadmorskie gnioty na proszku do pieczenia z bitą śmietaną w sprayu. Te gofry to dzieło sztuki. Pyszne, twardsze ciasto na drożdżach z zatopionymi grubymi kawałkami cukru. Wszystko to pieczone na gofrownicy smarowanej stopionym cukrem. Zapach jest absolutnie powalający. Nie ma łatwo. Aby trafić na świeżego gofra, a nie leżącego od jakiegoś czasu i tylko podgrzanego, chodzimy od okienka do okienka i szukamy. Wąchamy, oglądamy, pytamy. W Brugii większość gofrów jest odgrzewana, ale koniec końców ich smak wynagradza wszystko. Belgijskie gofry to po prostu poezja. Tak piękna i pyszna, że ze wzruszenia chce się płakać. Poza tym, czy jest coś lepszego na randkę niż „gofer” z bita śmietaną i truskawkami?

img_6665

img_6666

Zajadając gofry, wracamy do centrum. W zasadzie to nie wiemy dokąd idziemy. Znowu dajemy się ponieść uliczkom, mostkom, przejściom, ogródkom, pasażykom. Po prostu idziemy przed siebie, kręcimy, błądzimy, poznajemy nowe zakątki. Niektóre okna to bramy do innego świata. W jednym z nich pojawia się starsza pani, ubrana w lokalny stary strój, robiąca tradycyjne brugijskie koronki. Sposób w jaki radziła sobie z tym abstrakcyjnym sprzętem jest nie do opisania. Nie dowierzając w to co widzieliśmy, idziemy dalej. Co i raz trafiamy na znajome budynki: kościół, szpital, Belfort, uliczka lub mostek, którymi już szliśmy, albo nam się tak wydaje. A może wcale nas tu jeszcze nie było. Tego nie wiemy. Wiemy, że to miasteczko jest piękne i chcemy daje chodzić, snuć się, odkrywać je. To jest dobry plan na randkę. Na nasze święto – kolejny dzień razem, kolejny wyjazd. Nieważne co, ważne, że razem.

img_6682

img_6690

Błądząc po uliczkach, docieramy w końcu do Markt – głównego rynku miasta. To takie małe centrum tego magicznego, średniowiecznego świata. To tu znajdują się największe, najwspanialsze, najbogatsze i najpiękniej zdobione budynki, m.in. pochodzący z XIII wieku Belfort. Na rynku tłumy i gwar. Jak to na starym mieście, nieważne czy to w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu – to samo. Dużo knajp, ogródki, parasole, kiepskie jedzenie, głośno, tłoczno. Wszyscy robią zdjęcia, krzyczą. Ktoś sprzedaje jakieś wisiorki, inny torby MK. Słychać tętent kopyt – to krążące wokół dorożki. Jadący nimi ludzie wyglądają dziwnie ponuro, jakby przejażdżka za kilkadziesiąt Euro była dla nich karą. Ukojeniem są otaczające plac budynki – piękne, dumnie spoglądające na nas ze wszystkich stron. Są naprawdę śliczne i bardzo zadbane. To jeden z najpiękniejszych rynków jakie widziałem.

img_6702

Po dłuższej chwili uciekamy z Marktu na pobliski Burg – mniejszy plac, przed starym ratuszem miejskim. Trochę schowany za budynkami, bardziej kameralny i przyjemny. To właśnie tutaj, można zrobić to co jest tak charakterystyczne dla Belgii, co kojarzy się ze starówką, weekendem, miłym spędzaniem czasu. Zwyczajnie usiąść sobie na kamiennym placu, ot tak, tu gdzie stoimy, wyciągnąć piwo, porozmawiać, patrzeć na około, posłuchać starego kataryniarza, popatrzeć na siebie, po prostu porandkować. Bez nadęcia, bez niepotrzebnego przerostu formy nad treścią. Po prostu być dla siebie w pięknym miejscu. To lubię w naszym życiu. W ogóle lubię nasze życie. Nasze podróże. Za ten autentyzm. Za swobodę. Za wspólne odkrywanie. Za radość z takich małych, wydawałoby się głupich rzeczy. Bo „gofer” i frytki potrafią sprawić tyle radości co homar i szampan. A Foie gras może być nie na białym obrusie i porcelanie, ale na trawie, bo lubimy pikniki. I właśnie takim piknikiem, na kamieniach pod ratuszem kończy się pierwszy dzień naszej randki w Brugii. Oczywiście dużo szybciej niż chcieliśmy.

img_6722

img_6725

img_6738

Niedzielny, słoneczny poranek w Brugii. Znowu opustoszałe ulice. Miasto jeszcze dobrze się nie wybudziło ze snu. Promienie słońca padają pod małym kątem nadając czerwonym, ceglanym budynkom jeszcze bardziej ognistej barwy. Przepięknie wyglądają na tle super-błękitnego nieba. Tłumy turystów jeszcze śpią, nie ma gwaru, jest cisza, spokój. Ulicami zamiast ludzi i rowerów hula wiatr i słońce. To doskonały czas na spacer. Zabieramy z hostelu zapasy i idziemy zjeść śniadanie na pustawym jeszcze rynku. Wracamy nad kanały, siadamy na murku i podziwiamy Brugię taką jak na pocztówkach. Poranne słońce delikatnie liże nas po polikach.

img_6745

img_6757

img_6764

W końcu decydujemy się na wejście na Belfort. Oznacza to wydatek 10 Euro na bilet i stanie prawie godzinę w kolejce. Potem jeszcze wspinaczka po wąskich, zakręconych, klaustrofobicznych schodach na szczyt wieży. Mijamy wystawy, kolejne poziomy z dzwonami i całą machinerią grającą kilka razy dziennie. Warto. Na samej górze roztacza się przepiękna panorama Brugii. Widzimy całe miasto. Ceglano-rude dachówki średniowiecznych domków i kamienic, ogrody poukrywane gdzieś za murami, kanały przecinające starówkę nikomu nieznaną chyba siecią. Planty otaczające stare miasto, z masywnymi bramami. Do tego dostrzegamy kilka ogromnych wiatraków, nieśmiało sobie stojących gdzieś na obrzeżach miasta. Oczywiście to będzie nasz następny przystanek.

img_1419

Kiedy tak stoimy i oglądamy panoramę Brugii, w pewnym momencie rozlegają się ponad nami i wokół nas donośne dźwięki dzwonów. Jesteśmy w samym środku orkiestry dziesiątek dzwonów i dzwoneczków wygrywających kilkanaście razy w ciągu dnia określone utwory – według ustalonego wcześniej repertuaru. Nie znam melodii, ale stojąc niemal w chmurach, pośrodku tych dźwięków można poczuć się naprawdę niecodziennie. Ogromny hałas, z jednej strony ogłusza, z drugiej przeszywa jakimś niesamowitym dreszczem. Jedno z tych doświadczeń trudnych do jednoznacznego określenia. To z typu – co to było? Przychodzi nagle i zostawia gdzieś w środku ślad. Jaki? Chyba nie wiadomo, dopóki się tego nie powtórzy.

img_6784

img_6773

Po zejściu z Belfort, jeszcze z lekkim szumem w uszach, po koncercie dzwonów, idziemy szukać wiatraków. Idziemy uliczkami, wzdłuż jakiegoś kanału. lewo, prawo, lewo, znowu lewo, mijamy kolejne kanały, piękne starsze i te nieco już młodsze domki, kościoły, pozamykane sklepiki, bary, hostele. W końcu docieramy do kanału otaczającego stare miasto. Wzdłuż niego ciągnie się mały park i ścieżka dla rowerów i pieszych. Idziemy tym razem przeciwnie do kierunku wskazówek zegara. Ku memu zaskoczeniu, szybko docieramy do wiatraka. Niby nic w nim specjalnego – ot zwykły stary wiatrak – a jednak sprawia nam tyle radochy. Bo chcieliśmy zobaczyć stary drewniany wiatrak. Na tle błękitnego nieba. Bo tam z góry wyglądał tak ładnie schowany za tymi wszystkimi domkami. Bo można go teraz dotknąć. No i zawsze jest wymówka, żeby razem gdzieś sobie pospacerować. Chociaż nie, my nie potrzebujemy wymówek. Razem możemy iść choćby do Biedronki.

img_6791

img_6795

Wracając z wiatraków gdzieś do centrum, po raz kolejny to robimy. Zapominamy o kierunkach, mapie, celu. Po prostu pozwalamy aby poniosła nas Brugia. Gubimy się w gąszczu uliczek. Niby nawigujemy, niby kierujemy się w stronę centrum, ale tak naprawdę nie wiemy dokąd idziemy i gdzie dojdziemy. Cel mamy jasny – jedzenie oczywiście. Chcemy dotrzeć gdzieś w okolice Walplein i zjeść – w końcu – jak na randkę przystało – w restauracji. I jak na Belgię przystało: mule z frytkami.

img_6801

Ale jeszcze nie teraz. Na razie się gubimy. Przypadkiem trafiamy w jakiś ogródek. Mała brama prowadząca za bielony wapnem murek. Za nią magiczny ogród. Przepiękny, tajemniczy, pomiędzy dwoma szeregami maleńkich, niemal zabawkowych, domków. Jedno z tych miejsc, które odkrywamy zawsze przypadkiem, na chwilę, po czym zapominamy gdzie było. Inny świat. Na szczęście w Brugii jest takich dużo, wystarczy zejść z ubitego turystycznego szlaku, zaryzykować, skręcić w uliczkę, zajść w bramę, zgubić się. Zgubić! To jest podstawa zwiedzania Brugii i nie tylko. Tak. Znajdźcie powód – nieważne jaki – rocznica znajomości, pierwszej kanapki z ogórkiem, ślub, zaręczyny, cokolwiek. Najlepszym powodem jest chociażby świętowanie kolejnego weekendu razem. Jedźcie na randkę do Brugii, idźcie w miasto trzymając się za ręce, zjedzcie gofra, wejdźcie komuś do ogródka, powąchajcie kwiaty, zgubcie się! To jest życie.

img_1451

Brugia, Belgia