Pałac Parlamentu - wcześniej Pałac Ludu czyli fantasmagoria Ceausescu

Bukareszt. Paryż wschodu zaorany przez komunę

Bukareszt zaczął się w piątek wieczorem, wraz z wybiciem ostatniego „klapnięcia” laptopa. Zamykam go aż do poniedziałku. Spodnie w kancik, złożone, koszula, buty, wszystko ląduje na dnie torby. Wyciągam shorty, T-shirt i trampki. Teraz czas zażyć miasta. Miejsca, w którym jestem pierwszy raz. Drugi dzień, a nie miałem okazji zobaczyć nic oprócz hotelu i biura. Bukareszt czekał na mnie od jakiegoś czasu. Nigdy nie był po drodze. Zawsze coś wypadało. Raz już miałem nawet bilety, ale lot został odwołany. Teraz nareszcie mam szansę. Jeden dzień w Buka!

Stare miasto, Bukareszt, Rumunia

Stare miasto w Bukareszcie - stolicy Rumunii

Instynktownie zaczynam od starówki. W każdym mieście stare miasto to TO miejsce, które mówi wszystko, a przynajmniej powinno. Cofa nas w czasie, pozwala zrozumieć co, jak, kiedy i dlaczego. Nie wiem dlaczego, ale jako centrum miasta wyznaczyłem sobie Piata Unirii. Pewnie dlatego, że to stacja metra najbliżej starówki. Wychodząc z metra spodziewam się wejść w świat starych kamienic, wąskich uliczek, zabytków, niesamowitego klimatu i magii. Tak jak to jest w Paryżu, Rzymie czy Barcelonie. Tymczasem dostaję orzeźwiającego plaskacza. Po wyjściu trafiam na centrum handlowe, ogólny miszmasz, brzydkie, zaniedbane bloki i miasto oszpecone wszędobylskimi reklamami. Do starówki trzeba się przebić przez rząd szpetnych komunistycznych bloków.

Cerkiew Starego Dworu – najstarsza jaka się zachowała w Bukareszcie

Mijam bloki i wchodzę w inny świat. Tutaj zaczynają się stare kamienice i kameralne uliczki. Klimat niesamowitości i magię psują trochę setki knajp z ogródkami, kebaby i sklepy świecące różnokolorowymi szyldami. Punktem startowym jest Cerkiew Starego Dworu – najstarsza jaka się uchowała w Bukareszcie. Oprócz zwiedzających, otacza ją tłum żebrzących Romów. Cała starówka tętni życiem, wszędzie rzeka ludzi. Trudno się chodzi, trzeba się przeciskać przez prące tłumy. W końcu to piątek wieczorem, prawie wakacje, ale liczba turystów jest naprawdę zaskakująca. Uciekam z głównych ulic. Mniejsze dają wytchnienie, można w nich błądzić, znaleźć stare rozpadające się kamienice, po chwili przechodzące w piękne odrestaurowane pałace.

Cerkiew Stavropoleus - najpiękniejsza w Bukareszcie, w samym sercu starego miasta

Tłumy na ulicach są męczące. Jest gwarno, głośno. Wystarczy jednak skręcić w małe zaułki aby wejść do innego świata. Nawet niekoniecznie małe. Kiedy schodzę z jednej z głównych ulic starówki, nagle cały gwar zostawiam za sobą. Jest cicho, zupełnie jakbym nagle znalazł się w innym świecie. Przypadkiem trafiam na przepiękną małą cerkiew ukrytą pośród bloków i kwitnących drzew. słuchać tylko stukot butów krzątającego się popa oraz jakieś ściszone tajemnicze głosy dwóch starszych kobiet ubranych na czarno, które sprzątały mały dziedziniec cerkwi. Jest już zamknięta, ale wiem, że wrócę tu jutro. Przepiękne kolumny i mauretańskie arkady, cisza i spokój bijące od tego miejsca napełniają jakąś niesamowitą energią. Potem dowiem się, że to Cerkiew Stavropoleus – najpiękniejsza w mieście.

Secesyjny Palatul CEC na starym mieście w Bukareszcie, Rumunia

neoklasycystyczny budynek Muzeul National de Istorie a Romaniei - czyli muzeum narodowe historii rumunii. Perełki Bukaresztu

Parę kroków dalej trafiam na dwa niesamowite budynki. Secesyjny Palatul CEC i neoklasycystyczny Muzeul National de Istorie a Romaniei powalają mnie na kolana. Pierwszy to jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Bukareszcie. Bije po oczach i dosłownie miażdży swoim majestatem. Mogę tak stać i patrzeć godzinami, zachwycając się szczegółami. Za nim wznosi się, zupełnie od czapy, jakiś okropny nowoczesny biurowiec, w stylu „stać mnie ale nie mam gustu”. To znamienne dla Bukaresztu – przepiękna historia obok kompletnego bezguścia i architektonicznego kiczu. Po przeciwnej stronie ulicy Muzeum – aż nie chce mi się wierzyć, że ten budynek kiedyś był pocztą. Zalany pomarańczowo-różowym światłem zachodzącego słońca, na tle idealnie błękitnego nieba, zamienia się w nieziemski pałac.

oglądam mecz otwarica euro 2016 rumunia-francja, razem z rumunami w Modelier

Modelier czyli guzik, to hipsterski bar w Bukareszcie

Kiedy tak chłonę architekturę starówki – to połączenie piękna, reklam, szyldów, magii, kiczu i nieumiejętnej renowacji – dzwoni Dana, znajoma Rumunka. – Gdzie jesteś? – Na starówce. – Za 20 minut na stacji Aviatorilor. Jedziemy na mecz! – rzuca szybko i się rozłącza. Nie ma czasu na myślenie. Wsiadam w metro i jestem na czas. Wsiadamy w auto i kręcimy ulicami Bukaresztu. Jedziemy na drugi koniec miasta. Lądujemy w Modelier – barze urządzonym w starym domu z podwórzem. Nie ma tu turystów jak na starówce. Są za to werandy z wijącymi się paprociami, mnóstwo pokoi, drewniane schody, skrzypiące podłogi, mosiężne klamki. Stary baśniowy dom. Jak w podwarszawskim Konstancinie. Właśnie tak wyobrażałem sobie miejsce akcji „Szatana z siódmej klasy”. W ogrodzie na ścianie sąsiedniego budynku, wyświetlany jest pierwszy mecz Euro 2016: Francja – Rumunia. Oglądanie go z Rumunami to czysta przyjemność. I to jeszcze w takim miejscu!

Pałac Parlamentu widziany z Piata Unirii, Bukareszt Rumunia

Snu dużo nie było, ale cóż „wstawać zwiedzać”. Szkoda czasu. znowu Piata Unirii. Brzydota tego miejsca niezmiennie mnie zaskakuje. Ogromna przestrzeń, wszędzie asfalt i beton. Dla równowagi drzewa. I fontanny. Dziesiątki fontann, przelewających tysiące litrów wody. Otoczone basenami z mozaikami, rzeźbami. Robi wrażenie. Raczej wielkością i rozmachem niż urodą. Plac przecina liczący ponad 3 km Bulwar Unirii, prowadzący do Pałacu Parlamentu. Plac, bulwar i pałac to trzy z genialnych pomysłów wielkiego budowniczego socjalizmu w Rumunii – Nicolae Ceausescu. Żeby je zbudować, zrównano z ziemią prawie połowę starówki, wyburzono dziesiątki cerkwi, klasztorów i synagog oraz setki przepięknych starych kamienic. Rozmach. Liczy się rozmach. On go miał.

bulwar Unirii - rumuńskie pola elizejskie - najdłuższa ulica Bukaresztu

Idę wzdłuż bulwarem Unirii w stronę pałacu. Mijam kolejne dziesiątki fontann. Według założenia, ulica miała dorównywać, a nawet przebić Pola Elizejskie. Udało się tylko pod względem długości. Kwestie estetyki – biorąc pod uwagę architekturę sąsiednich bloków – lepiej pominąć milczeniem. Rozmach placu i bulwaru jest jednak niczym w porównaniu z postawionym przez Ceausescu Pałacem. Ludu… bo tak się nazywał. Z ludem miał tyle wspólnego, że to dzięki niemu go postawił. 20 tys robotników pracowało tu na 3 zmiany przez 5 lat. Budynek jest tak ogromny, że trudno go objąć wzrokiem stojąc daleko przed nim. To drugi, po Pentagonie, największy budynek na świecie. Żeby złapać go w kadr, trzeba zrobić zdjęcie panoramiczne.

Pałac Parlamentu - wcześniej Pałac Ludu czyli fantasmagoria Ceausescu
To moja perełka. Nie wiem jak długo marzyłem, żeby zobaczyć to coś. Ten wrzód na ciele tego przepięknego kiedyś miasta. Pomnik okropnego tyrana, który ciemiężył ten naród przez 22 lata. Teraz budynek jest bolesnym wspomnieniem. Przypomina o czasach cierpienia. Z drugiej strony, Rumuni urządzili w nim Parlament, chyba na złość pamięci o dyktatorze. W miejscu, które stworzył dla umocnienia swojej dyktatury teraz urzęduje demokratycznie wybrany parlament. Ironia historii. Chyba nawet większą jest fakt, że naprzeciwko budynku odbywają się w Bukareszcie koncerty. Dosłownie kilka dni wcześniej z widokiem na pałac Ceausescu grało tu Maroon 5. Ot zgniły kapitalizm. Dyktator przewraca się w grobie. Historia sobie z niego zadrwiła.

na tyłach pałacu ludu znajduje się teraz muzeum sztuki współczesnej, Bukareszt, Rumunia

tyły pałacu parlamentu to po prostu pola, krzaki i nieużytki, aż trudno uwierzyć, że to centrum Bukaresztu - stolicy Rumunii

O ile z przodu budynek wygląda naprawdę majestatycznie, to w miarę zbliżania się do niego widać jaką jest wydmuszką. Na tyłach znajduje się muzeum sztuki współczesnej. Po minięciu ochrony, idzie się do niego niemal przez zaniedbane krzaki, po starym podziurawionym chodniku. Przypomina to raczej opuszczone pola i działki, z porozrzucanymi rurami i śmieciami. Drzewa i krzaki wdzierają się tu niemal do budynku. Nie dziwne, budynek jest niedokończony. Nie ma na to pieniędzy. Skończyła się dyktatura, to nie ma nonszalancji. Zostały wyszczerbione schody, sterty gruzu i pożerające pałac krzaczory. To jedno miejsce mówi tyle o historii tego miasta i kraju. Tych ludzi. Pozwala zrozumieć ich bolesna historię. Próbuję chodzić naokoło, zobaczyć jak najwięcej, jednak wzdłuż budynku – co by nie było – parlamentu, jest ochrona, która uniemożliwia obcym „kręcenie się”. Wracam więc pod front budynku i sterczę jakieś kilkadziesiąt minut pośród mknących aut i zachwycam się tym cudem rumuńskiego komunizmu.

jeden z bloków postawionych dla nomenklatury Ceausescu przy bulwarze Unirii, Bukareszt, Rumunia

w samym centrum, zaraz za komunistycznymi blokami można znaleźć stare małe domki - jak na wsi. Bukareszt, Rumunia

Cerkwie pochowane pomiędzy surowymi blokami komunistycznymi, Bukareszt, Rumunia

Dosłownie 100 metrów od Pałacu Parlamentu, wchodzę w inny świat. Odcięty szczelnie od głównej ulicy długimi blokami w stylu południowego socjalizmu. To znaczy również szpetnymi ale jednak nieco innymi niż nasze. Tak samo szarymi, zaniedbanymi i betonowymi. Bardziej jednak bezkształtnymi, nieregularnymi, jakby awangardowymi. Za tym dziwnym tworem, roztacza się inny świat. Małe uliczki, stare zaniedbane domy i kamienice. Zupełnie jakbym przeniósł się w czasie i przestrzeni. Z komunistycznej metropolii w orwellowskim stylu, do XIX wiecznego Bukaresztu. Brakuje tylko gazowych latarni, żydowskich sklepików i furmanek. Za chwilę znowu blokowiska – to oznacza, że zbliżam się do którejś z głównych ulic. Blokowiska miały odcinać ten zaścianek i historię od pięknego socjalistycznego świata. Gdzieś pomiędzy blokami dostrzegam wciśniętą cerkiew. Jej kolory kontrastują z ponurymi blokami, którym życia dodają jedynie klimatyzatory na parapetach.

Cerkiew Księżniczki Balasy, Bukareszt, Rumunia

Cerkiew Księżniczki Balasy, Bukareszt, Rumunia
Idę dalej skrajem tego świata zamaskowanego przez socjalistyczne molochy. Docieram do tonącej w zieleni Cerkwi Księżniczki Balasy. Zupełnie przypadkiem, bo jest doskonale odcięta od centrum. Najpierw beton, potem drzewa. Te drzewa nadają cerkwi magii. Idąc pod nimi, poczułem znajomy, dawno nie spotykany zapach, który tak bardzo przypomniał mi dzieciństwo. Kiedy zerwał się lekki wiatr, nagle zaczęły na mnie spadać delikatne szaro-różowe owoce. Prawie białe, niemal szkliste. Morwa! Przedziwny owoc, o specyficznym, nieoczywistym smaku, dla mnie wyjątkowym. Nie wiem dlaczego niepopularny, dla m nie smak dzieciństwa – zbierania owoców spod ogromnych drzew rosnących na pobliskim osiedlu.

morwy rosną w Bukareszcie na każdym kroku, dzięki słońcu  są słodkie i przepyszne, Rumunia

W jednej chwili odżywają wspomnienia. Kiedy chodzę naokoło cerkwi i podziwiam malowniczość tego miejsca, bezwiednie zatrzymuję się pod nisko zwisającymi gałęziami i odruchowo zrywam moje wspomnienia. Specyficzny smak, miękkość, słodycz w połączeniu z lekką goryczką, eksplozja smaku w ustach. Dzięki temu przedziwnemu wspomnieniu ta przepiękna cerkiew tonąca w drzewach morwowych, to jedno z najciekawszych miejsc w Bukareszcie. Tyc które zostaną w mojej głowie i sercu na długo. To jeden z obrazów, które kolekcjonuje. Piękne miejsce, odcięte od zgiełku centrum wysokimi blokami, delikatny szum wiatru i smak morwy.

to nie cerkwie wciskano pomiedzy bloki, a własnie lokami szczelnie obudowywano cerkwie. Komunistyczny Bukareszt Rumunia

centrum bukaresztu, kolejne cerkwie, rumunia

Wracam w kierunku starówki i idę na północ do Uniwersytetu. Po drodze mijam kilka cerkwi. Zadziwia mnie ilość cerkwi w tym mieście. Są wszędzie, jak kościoły w Wilnie czy meczety w Stambule. Z jedną różnicą, tu ich nie widać. Wszystkie szczelnie poukrywane pomiędzy blokowiskami lub gęstymi drzewami. W socjalizmie miało nie być boga ani cerkwi. Jest sobota, więc niemal w każdej są śluby. Muzyka i tłumy czekające na młodych pozwalają w ogóle odnaleźć kościoły. Inaczej jakby ich nie było. Po prostu ich nie widać. Są w tym drugim świecie. Za blokami. W świecie gdzie żyją szarzy ludzie, tym który nie nadawał się w komunizmie aby go pokazywać. Miał być ukryty, zamaskowany, niewidoczny. Ale to właśnie w tym świecie jest życie. W betonowych bulwarach go nie ma. Tam nawet fontanny jakby płakały.

przepiękne stare kamienice, Bukareszt, Rumunia

szpetne, komunistyczne gmaszyska, Bukareszt, Rumunia

malownicze i urokliwe stare domy Bukareszt, Rumunia

Docieram do Piata Universitatii i nie wiem nawet dlaczego, zamiast tam gdzie wszyscy – na Plata Revolutiei – poszedłem w druga stronę. Może miałem dość głośnego centrum, ciągłych klaksonów i szalonych kierowców, tłumów turystów i szablonowego zwiedzania. Chciałem odsapnąć. Trafiłem do dzielnicy pełnej starych kamienic, pomieszanych ze szpetnymi komunałkami. Przepiękne budynki rodem z Paryża czy Madrytu, kute balkony, kopuły, wieżyczki, odrestaurowane płaskorzeźby i witraże, dbałość o każdy detal. Obok okropne betonowe bloki – brudne, niedokończone, już obdrapane i zniszczone. Na starych budynkach szyldy, parasole Coca-Cola. Kebab w dwustuletniej kamienicy – czemu nie? Nie potrafię pojąć, jak można szpecić tak piękne budynki tandetnymi, kolorowymi szyldami.

małe uliczkiwypenione słońcem i stare domy i kamienice, Bukareszt, Rumunia

kamienice = perełki architektury, Bukareszt, Rumunia

Odbijam w małą uliczkę, potem następną i następną. Zgubiłem się. Zamiast na drogę, patrzę naokoło. Każda kolejny dom to coś pięknego. Kolejne kamienice zachwycają swoim klimatem, kunsztownymi projektami, lekko trącone przez czas. Zaniedbane, ale ten stan dodaje im szlachetności. To jak stara, brudna zakurzona beczka, w której skrywa się kilkudziesięcioletnie wino. Stały tu i czekały aż je odkryję. To dziwne, ale to miejsce przypomina mi skąpane w słońcu ulice Buenos Aires. Tak samo widać tu ślady dawnej świetności. Przepiękna architektura rodem z Paryża nadgryziona przez czas.

secesyjen domy i ogrody, Bukareszt, Rumunia

magiczne ogrody w bukareszcie, Rumunia

Dalej zaczynają się domy otoczone ogrodami. Niesamowite, perełki z secesyjnymi wstawkami. Widać, że ktoś kto je budował miał i gust i pieniądze. Zapomniane, toną w zieleni, otoczone drzewami i pochłaniane przez winorośl i pnącza. Gdzieś za domem, za ogródkiem widać tylko strzelający w niebo nowy budynek lub budowę. Nowe versus stare. Zaglądam przez płoty, staję na murkach, jak wścibski sąsiad, chcę zobaczyć czy ktoś w tych domach mieszka, jak, co robi. To jest dla mnie jak park rozrywki. Jak muzeum. Każda kolejna posesja skrywa coraz to nowe tajemnice. Uwielbiam gubić się w takich miejscach. Zresztą, czy zgubienie zamierzone jest prawdziwe. I jeżeli wcale nie chce się odnaleźć i wracać do betonowego centrum „odrestaurowanego” przez komunistycznego wizjonera.

ulica Victoriei - główna ulica Bukaresztu, Rumunia

Wracam do centrum i idę wzdłuż Victoriei – pierwszej i chyba najważniejszej ulicy w Bukareszcie. To takie Krakowskie Przedmieście: odrestaurowane kamienice, drogie sklepy i restauracje, słowem wizytówka stolicy. Na pewno miło tu przyjechać i przejść się tą ulicą. Jednak nie do końca da się cieszyć jej pięknem, bo czuć, że całość to raczej odrestaurowana fasada. Do tego ładne kamienice przemieszane są z dyskusyjnymi jeżeli chodzi o urodę nowoczesnymi budynkami. Dziwna mieszanka, bardzo charakterystyczna dla Bukaresztu.

Piata Revolutiei czyli Plac Rewolucji, sam środek Bukaresztu, Rumunia, biblioteka uniwersytecka

Piata Revolutiei - pomnik ofiar powstania przeciwko ceausescu

Piata Revolutiei znajduje się Pałac Królewski. Zupełnie nieprzykuwający oka. Na tyle, że zdałem sobie sprawę, że nie zrobiłem mu nawet jednego zdjęcia. Większą uwagę poświęca się stojącemu naprzeciwko budynkowi biblioteki, który jest niemym świadkiem wydarzeń z grudnia 1989 roku. W ogóle plac to dla mnie przygnębiające miejsce. Z drugiej strony to miejsce przepełnione nadzieją. To tu sponiewierani ludzie powiedzieli dość i rozpoczęli rewolucję, która obaliła krwawego tyrana. To tu Securitate strzelało do ludzi, to tu ludzie chowali się za czołgami wojska, które odmówiło strzelania do bezbronnych. To tu naród nędzarzy powstał z kolan. Te wydarzenia upamiętnia pomnik z listą ofiar walk sprzed 27 lat. Wokół pomnika na deskorolkach jeżdżą nastolatki. Na pobliskich ławkach siedzi reszta, popija piwo i zagryza chipsy. Historia.

Ateneum w Bukareszcie, Rumunia

Kręcę się po placu a ponieważ jest już dość późno i przeszedłem po mieście już jakieś 30 km, rozglądam się za miejscem, w którym można usiąść i odsapnąć. Najbardziej przekonywająca wydaje się trawa przed Rumuńskim Ateneum. Rozkładam się na trawie i od razu podbiega do mnie cyganka, która zapewne chce mi powróżyć z banknotu o największym nominale jaki mam w portfelu. Jest wytrwała, do tego stopnia, ze muszę kilkukrotnie zmieniać miejsce. W końcu daje za wygraną, bo na horyzoncie pojawiają się dwie młode Azjatki, wiec idzie do nich. Ja czytam o Rumunii i tym co się tutaj działo w ‘89 roku. O kilkudniowej wojnie domowej. O helikopterach i snajperach Securitate strzelających do wojska i cywilów walczących ramie w ramie przeciwko reżimowi. O rannych wożonych taksówkami do szpitali. o sekretnych tunelach pod miastem. Włos się na głowie jeży.

Pałac Cantacuzino w stylu naśladującym francuski barok, Bukareszt, Rumunia

Po jakimś czasie idę dalej, chcę zobaczyć jeszcze Pałac Cantacuzino w stylu naśladującym francuski barok. Budynek jest absolutnie przepiękny. Przyklejony do płotu patrzę na niego i nie mogę się napatrzeć. Pozwala mi zapomnieć o tym co przeczytałem. Odciąć się od historii najnowszej i przeskoczyć do tej pięknej i lekkiej, pełnej wspaniałych budynków, bogatych kupców. Tylko taką historię chciałby mieć każdy naród i każde miasto.

Placinta - danie rumuńskie

Mi nie daje spokoju ta historia z ostatnich 70 lat. Komunizm, który spustoszył Rumunie, rzucił ludzi na kolana, zadrwił z nich i uczynił nędzarzami. Wszystko co piękne zrównał z ziemią, żeby zastawić szpetnym socrealizmem lub zamaskował, przykrył pustymi, smutnymi blokowiskami. Trochę przygnębiony wracam na Piata Unirii. Siadam w parku pod drzewami sumaku. Zajadam przepyszną placinte z serem i rodzynkami. Popijam zimne rumuńskie piwo Ciuc, którego sama nazwa sprawia, że się uśmiecham. Naokoło mnie życie. Ludzie leżą na trawie, śmieją się, rozmawiają, grają w piłkę, żyją! Komunizm przegrał, człowiek powstał z kolan. Wygrał.

Bukareszt jest kolorowy, trzeba tylko dobrze poszukać

pędziłem tu zaledwie jeden dzień. Przyleciałem mając solidną wiedzę o tym kraju i jego historii. Jeden dzień w Bukareszcie i zdałem sobie sprawę, że w sumie to nic nie wiem. I nic tu nie rozumiem. Ale zrozumiem, bo przyjadę tu jeszcze i będę czytał o tym kraju i ludziach. I to jest piękne. W końcu podróże kształcą.

 

Bukareszt, Rumunia