Widok na Busan z góry Geumjeong - kolejka linowa Geumgang Park, Busan - Pusan, Korea Południowa

Busan. Najpiękniejsze miasto Korei

Busan miał być dla nas krótkim przystankiem w podróży po Korei. Plan był prosty: przylatujemy z wyspy Jeju, jemy coś, robimy spacer po mieście, oglądamy świątynie, może jeszcze jakieś zakupy i jedziemy dalej. W końcu po co siedzieć pośród betonu, szkła i stali? Nie jestem szczególnym fanem miast, zwłaszcza tych dużych. A Busan jest duży. To drugie największe miasto w Korei – żyje tu ponad 4 mln mieszkańców. Już od pierwszej chwili, kiedy wysiadamy z metra w Seomyeon – sercu miasta – wiem, że spędzimy tu więcej czasu. Busan urzeka od pierwszego wejrzenia. Ulice tak żywe i tak kolorowe, że krok automatycznie przyspiesza, serce zaczyna bić szybciej tym dziwnym busańskim rytmem. Na twarzy pojawia się uśmiech. Miasto obejmuje nas i przytula. Jesteśmy u siebie. Zaczyna przepełniać nas to niewytłumaczalne uczucie. Kiedy odnajdujesz się doskonale w miejscu, w którym jesteś po raz pierwszy. Po prostu, od razu je czujesz. Tak zadziałał na nas Busan.

Seomyeon - centralna dzielnica Busan -Pusan, Korea Południowa
Bibimbap - kuchnia koreańska w swej najlepszej odsłonie, restauracja w Busan -Pusan, Korea Południowa

Busan. Zwiedanie miasta

Uliczne bazary, mnóstwo straganów porozstawianych pośrodku uliczek, niezliczone neony i szyldy poprzyczepiane do budynków tworzą wąskie kolorowe kaniony. Tłumy uśmiechniętych ludzi na ulicach, auta, klaksony, miejska wrzawa, szum, głośne rozmowy, muzyka wydobywająca się z aut, z domów – bicie serca wielkiego miasta. Piękne miejsce! Wszyscy zdają się być na ulicach. Na kawie, papierosie, na lunchu. Na zalanych słońcem skwerkach, na murkach siedzą ludzie. Czekają na jedzenie lub już jedzą. W końcu pora obiadowa. Wszędzie dookoła knajpki. Gimbap, bibimbap, bulgogi, te wszystkie kolory, zapachy i smaki. Aż cieknie ślinka. Wybieramy lokal, w którym dostajemy pyszny obiad. Bibimbap, pierożki mandu i nieśmiertelne kiszonki w formie banchan, czyli koreańskich przystawek. Do tego cienka zielona herbata. Koreańska kuchnia była dla nas wielką niewiadomą. Po kilku dniach w Korei, jesteśmy w niej szczerze zakochani.

Dzielnica Nampo dong Busan -Pusan, Korea Południowa
Pomnik, Dzielnica Nampo dong Busan -Pusan, Korea Południowa

Po obiedzie ruszamy na południe, do dzielnicy Nampo-dong, znanej przede wszystkim z organizowanego tu co roku festiwalu filmowego – Pusan International Film Festival (PIFF) i tysięcy sklepów, w których dostać można niemal wszystko. Nas interesuje druga, ta mniej znana strona Busan. To właśnie na południu miasta znajdują się pamiątki po straszliwych czasach wojny koreańskiej.W 1950 roku Busan był ostatnim bastionem wolności w Korei, reszta półwyspu była już zajęta przez komunistów z północy. Szukamy pamiątek tych czasów. Symboli tej ostatniego kawałeczka Republiki Korei. Ze stacji Jungang wskakujemy w plątaninę małych, ale niezwykle czystych i zadbanych uliczek. Zamiast szarego brudnego asfaltu pod nogami mamy estetyczną kostkę. Estetyczne wzory, proste ale zachwycające mozaiki, tak piękne w swojej zwyczajności. Połączenie tej dalekowschodniej egzotyki z czystością i estetyką.

Schody 40 stopni, dzielnica Nampo dong Busan -Pusan, Korea Południowa
motocykl Dzielnica Nampo dong Busan -Pusan, Korea Południowa

Trafiamy na pomniki poświęcone czasom wojny. Szczególnie powtarza się jeden, często zapominany aspekt – rozbite rodziny i uchodźców. Docieramy pod 40-step stairway czyli schody 40 stopni. To tu w czasie wojny poszukiwali się ludzie, których rozdzieliła granica pomiędzy komunizmem a wolnym światem. W kraju pozbawionym jakiejkolwiek komunikacji, te małe niepozorne schody prowadzące do dworca były czymś na wzór Piccadilly Circus. To tu odnajdywały się rozbite rodziny, ludzie padali sobie w ramiona ze łzami w oczach, inni cały czas czekali. Schody były pomnikiem nadziei. Dziś ludzie też tu sobie siedzą, czekają na znajomych, rozmawiają, pykają w coś na telefonie, robią zdjęcia. Tylko czasy się zmieniły. Na szczęście. Ludzie zdają się już nie pamiętać tego co było. Wszystko zapisane jest w kamieniu.

Busan Tower, symbol miasta - dzielnica Nampo dong - Pusan, Korea Południowa
Panorama miasta z Busan Tower, Nampo dong - Pusan, Korea Południowa
Panorama miasta z Busan Tower - Pusan, Korea Południowa

Kawałek dalej wspinamy się pod górę stromymi schodami do parku Yongdusan. W końcu docieramy do Busan Tower – 120-metrowej wieży obserwacyjnej. Jej charakterystyczne zwieńczenie wzorowane było na baldachimie pagody Dabotap ze świątyni Bulguksa w Gyeongju. Zbudowana została w 1973 jako… wieża widokowa. Nie pełni żadnych innych funkcji. Ma tylko zachwycać panoramą Busan. I bawić. Świadczy o tym oferta w kasie biletowej. Oprócz normalnego wstępu są jeszcze pakiety obejmujące wstęp do jakichś parków rozrywki, popcorn oraz piwo i burgery w pobliskiej restauracji, która wygląda jak stara koreańska pagoda. Z góry widok faktycznie zachwyca. Bloki wypełniające szczelnie doliny pomiędzy górami pokrytymi soczysto zielonym lasem. Zupełnie nie czuć tu tej drapieżności betonu, stali i szkła, ekspansji miasta. We wszystkim jest ta lekkość. Nawet w statkach stojących na morzu, w mostach. Dopiero stąd widać to tak dokładnie. Busan to harmonia. Miasto, morze i góry. Splecione ze sobą niczym węże. To ogromne miasto powstałe z natury, a nie wbrew niej. Doskonale do niej dopasowane i z nią współgrające. To bardziej piękny ogród, w którym mieszkają ludzie.

Główna ulica handlowa Gwangbok-ro, dzielnica Nampo-dong, Busan, Pusan, Korea Południowa
Ulica handlowa Gwangbok-ro, dzielnica Nampo-dong, Busan, Pusan, Korea Południowa

Zostawiamy za sobą popcorn i pozostałe atrakcje Busan Tower i zjeżdżamy tasiemcem ruchomych schodów na Gwangbok-ro. To ulica handlowa będąca sercem dzielnicy Nampo-dong. To tu przez 18 godzin na dobę przelewają się nieprzebrane tłumy, to tu znajdują się restauracje, usługi i sklepy ze wszystkim. Ciuchy, kosmetyki, jedzenie, meble, biżuteria, buty, sex shopy, rzeczy niepotrzebne w stylu Kakao Friends i dużo dużo więcej. Gdyby ktoś jednak nie znalazł tego czego szuka (albo nawet nie szuka), z pomocą przychodzą bazary w bocznych alejkach odchodzących od Gwangbok-ro. Największy z nich to Gukje z setkami maleńkich stoisk, na których można dostać wszystko od skóry aż po koreańskie bębenki. Oprócz tego oczywiście nieśmiertelna chińska tandeta. Pobliski Jagalchi market to z kolei największy targ rybny w Korei. Wystarczy, że przeszliśmy obok i już wiemy, że wrócimy tu na kolację.

Widok na Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa
Panorama Busan i Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa
okolice Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa

Gamcheon Cultural Village

Idziemy cały czas na zachód. Droga zaczyna się wspinać pod górę, a przed nami pojawiają się rozrzucone po wzgórzach kolorowe domy. Widok zupełnie niekoreański. Nie ma tu drapaczy chmur ani mrówkowców. Widok ma w sobie coś z faveli w Rio czy dzielnicy Bo-Kaap z Cape Town. Miasto zamienia się tu w kolorową mozaikę pokrywającą góry. Wczesnowieczorne niebo doskonale podkreśla pastelowe kolory. Domy stają się bardziej zwyczajne, mniejsze, wąskie, z drobnymi furtkami, powykrzywianymi antenami na dachach. Nad ulicami plączą się czarne pajęczyny kabli, tylko gdzieniegdzie uplecione w warkocze. Elegancko ubrane tłumy na ulicach zastępują starsze panie. Zazwyczaj siedzą w kółeczku i czyszczą całe worki papryczek chilli. Taka wioska w środku miasta. Z doliny, znad morza weszliśmy w góry. Patrząc dookoła przypominam sobie to, co kiedyś przeczytałem, że różnice pomiędzy ludźmi nie wynikają z tego, że jedni żyją na północy inni na południu, nad morzem czy w głębi lądu, ale właśnie z tego na jakiej wysokości żyją. Faktycznie, tutaj góra i dół to kompletnie inne światy.

Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa
Sztuka miejska w Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa
sztuka w Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa

W końcu, po pół godzinie krążenia po uliczkach i wspinania się, docieramy do naszego celu – Gamcheon Cultural Village. Wioska, która powstała na zboczach góry Cheon-ma to żywa historia. Panuje to wiejska atmosfera, ludzie żyją obok siebie i ze sobą, pomagają sobie, współpracują i dbają o tradycje. To wzorcowy przykład lokalnej społeczności. Nawet domy zostały tu zaprojektowane i postawione w modelu schodkowym, aby nikt nie zasłaniał widoku na dolinę sąsiadowi. Kolorowe budynki przywodzą faktycznie na myśl favele, ale są o niebo bardziej zadbane. Zawsze żyło się tu biednie, Gamcheon stopniowo popadał w ruinę, ale w 2009 roku został odrestaurowany rękami studentów. Pojawiły się kolorowe ściany, murale, malowane schody, rzeźby i instalacje. Efekt jest wręcz powalający.

Wata cukrowa, Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa
Buciki z papieru - Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa

Wsiąkamy w ten wspaniały świat momentalnie. Pierwsze kroki są niepewne, bo Gamcheon z wierzchu przypomina nieco turystyczną wydmuszkę. Sklepiki, galeryjki, jakieś nonszalanckie instalacje. Zaczyna wręcz trącić jakimś nieudolnym new age. Na szczęście, to wrażenie szybko mija. Pewnych rzeczy nie da się udawać. Te fantazyjnie pomalowane domki, rzeźby, murale… to wszystko udany przeszczep. Przyjął się. Mieszkańcy go zaakceptowali i chyba nawet pokochali, bo miejsce zdaje się kwitnąć. Ta naturalna niechlujność, swojskość, bez cienia pretensji. Budynki we wszystkich kolorach tęczy, wąskie uliczki, strome schodki i sztuka miejska. Gamcheon to Macchu Picchu Busanu. Piękno Gamcheon to przede wszystkim szczegóły. Małe, kolorowe okna. Wąskie, niskie drzwi. Te wszystkie knajpki, sklepiki, papierowe ozdoby, maleńkie buciki na straganach. Wszytko tu wygląda jak dzieła sztuki. Tu nawet stoisko z watą cukrową bardziej przypomina warsztat rzemieślniczy niż kiczowaty stragan.

Widok na Gamcheon Cultural Village o zmroku - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa
zachód słońca w Gamcheon Cultural Village - dzielnica Busan - Pusan, Korea Południowa

Trafiamy na niewielki taras widokowy, z którego rozpościera się widok na całą dolinę wyściełaną mozaiką kolorowych ścian, dachów i świateł, które stają się coraz piękniejsze pod ciemniejącym niebem. Na tarasie tysiące kolorowych serc. Tyle obietnic. Tyle słów zaklętych w kawałki plastiku. Przytwierdzone do barierki stalową linką, kłódką. Usłyszałem kiedyś, że to banał. A mnie zawsze rozczula kiedy ludzie to robią. To takie piękne. I takie okrutne. Jakby chcieli zamknąć swoją miłość na kłódkę, zatrzasnąć ją, przykuć do balustrady, zakląć, unieruchomić w cudzej rzeczywistości. Wyeliminować wszystkie miłości przyszłe i przeszłe. I tak sobie te wszystkie miłości powiewają na wietrze, mokną, marzną, blakną, łuszczą się rdzewieją… no życie po prostu. A za tym wszystkim przepiękne wczesnowieczorne niebo i tysiące światełek migających pomiędzy kolorowymi dachami. W takich momentach czas zwalnia, zatrzymuje się. Na chwilę. A może na dłużej… Piękne miejsce.

Busan nocą - Pusan, Korea Południowa
Ulica handlowa Gwangbok-ro wieczorem, dzielnica Nampo-dong, Busan, Pusan, Korea Południowa

Z Gamcheon ruszamy w dół, z powrotem do Nampo-dong. Po ciemku snujemy się małymi, krętymi uliczkami. Kiedy wydaje nam się, że nie zmieści się tu nawet jedno auto, jak na zamówienie przemyka autobus nr 2 jeżdżący ze stacji metra Toseong-dong do Gamcheon. Jeżeli ktoś szuka naprawdę mocnych wrażeń to warto się przejechać właśnie tym busem. Ulice są głuche, ciche, puste i ciemne, ale ani przez chwile nie mamy poczucia, że jest tu nieprzyjemnie czy niebezpiecznie. Na dole, wraz z zapadnięciem mroku gwarne ulice Gwankbok-ro zamieniają się w prawdziwy wulkan. Masy ludzi chodzące od sklepu do sklepu, cały kwartał ulic skąpany w oślepiającym, zimnym świetle neonów. Muzyka lecąca z głośników ustawionych wprost na ulicy. Góry kolorowych skarpetek na straganach. Parujące gary i grille, setki zapachów. Szaleństwo dla zmysłów.

stragany z rybami na Jagalchi Market w dzielnicy Nampo-dong - Busan, Pusan Korea Południowa
owoce morza na Jagalchi Market w dzielnicy Nampo-dong - Busan, Pusan Korea Południowa

Jagalchi market

Idziemy na Jagalchi market. Mając w głowie wspomnienia po tokijskim Tsukiji, boję się, że jak to rybny targ, jest czynny jedynie wcześnie rano. Niespodzianka, bazar rozlewa się na alejki dookoła dużej hali. Wszystkie stragany wyglądają na otwarte. Oświetlone bladym światłem jarzeniówek, w za ladami drzemią sprzedawcy, w pojemnikach wiją się ryby. Różne kształty, wielkość, kolory. Do tego ślimaki, skorupiaki, glony, wszystko co oferuje morze. Podłużne, okrągłe, w muszli lub bez, gładkie lub z jakimiś dziwacznymi czułkami. Niesamowite zwierzęta i jak je wszystkie zjeść. Spacer tu to jak zajęcia z teorii ewolucji gatunków. Akurat ten rozdział o organizmach zamieszkujących oceany, szykujących się powoli do wyjścia na ląd. Dziesiątki stworzeń, których nazw nie znamy, mało tego, o sporej części z nich nie mieliśmy nawet pojęcia, że istnieją! Wygląda na to, że w Korei wszystko co pochodzi z morza, nadaje się do jedzenia. Zapewne na surowo.

jedzenie na Jagalchi Market w dzielnicy Nampo-dong - Busan, Pusan Korea Południowa
Hoe - koreańskie sashimi na Jagalchi Market w dzielnicy Nampo-dong - Busan, Pusan Korea Południowa

Hala po środku okazuje się jedną wielką restauracją. Stara dobra zasada: wybierasz co chcesz zjeść, pani albo pan, przygotowują ci i podają wszystko na świeżo. Po krótkim rozpoznaniu siadamy w jednej z knajpek. W zasadzie wszystko to jedna knajpa – po prostu za każde kilka stolików odpowiada kto inny. Jako że jesteśmy na największym targu rybnym w Korei, wybieramy talerz hoe czyli koreańskiego sashimi. Kiedy przychodzi, ze smakiem pochłaniamy go tak jak potrafimy – czyli pałeczkami, z odrobiną sosu sojowego i wasabi. Pani, która nam przyniosła jedzenie w końcu rozbawiona na migi tłumaczy jak je się hoe. Otóż nie jak sashimi w Japonii. Rybę zawija się w liść pachnotki, doprawia pastą ssamjang, dymką, czosnkiem i ziarnem sezamu. Siedzimy więc, zawijamy, zajadamy i chłoniemy gwar dookoła. Całe rodziny siedzące przy stołach zastawionych dziwacznymi daniami, butelkami po piwie i tymi tajemniczymi zielonymi buteleczkami z przezroczystym napojem, zapewne alkoholowym. Cokolwiek to jest, obiecujemy sobie, że musimy tego spróbować.

Świątynia Haedong Yonggungsa - przedmieścia Busan, Pusan, Korea Południowa
Pagoda w klasztorze Haedong Yonggungsa - przedmieścia Busan, Pusan, Korea Południowa

Okolice Busan. Świątynia Haedong Yonggungsa

Nazajutrz ruszamy do świątyni Haedong Yonggungsa. Droga dłuży się niemiłosiernie. Najpierw metro, potem przesiadka w kolejkę podmiejską, potem na piechotę przez pola, jakieś parkingi, pustawe centrum handlowe, wzdłuż pustych ulic, potem jeszcze przez las i po prawie dwóch godzinach od wyjścia z hoteli, jesteśmy na miejscu. Buddyjski kompleks świątynny Haedong Yonggungsa został wybudowany bezpośrednio nad brzegiem morza w 1376 roku, zniszczony podczas inwazji przez Japończyków, został odbudowany dopiero w latach ’70 XX wieku. Jego położenie – nad samym morzem, pośród gęstych lasów zaważyło na popularności. Niestety, nie wiadomo skąd, pod świątynią pojawiają się prawdziwe dzikie tłumy. Nie wiem ile autokarów ich tu przywiozło, ale nagle odnajdujemy się w kolejce pielgrzymów i turystów.

Wnętrze świątyni Haedong Yonggungsa - przedmieścia Busan, Pusan, Korea Południowa
figurki mnichów Świątynia Haedong Yonggungsa - przedmieścia Busan, Pusan, Korea Południowa

Niestety buddyzm w połączeniu z tłumem tworzy tu zabójcze połączenie. Najpierw odwiedzający chcą mieć zdjęcie z jedną z 12 figur przedstawiających znaki zodiaku. Każdy przepycha się przez każdego. Potem przychodzi czas na schody. Tradycyjne w buddyzmie 108 stopni symbolizujących 108 cierpień okazuje się przeszkodą dla wielu nie do przebycia. Co chwila się blokuje, ludzie się popychają, przepychają, wyprzedzają, szturchają. Momentami robi się naprawdę nieprzyjemnie. Później sadzawka, do której odwiedzający wrzucają monety, aby spełniły się ich życzenia. Zupełnie przypadkiem, wszyscy zatrzymują się na środku wąskiego mostka. Staramy się uciec od tłumów, wchodzimy do zakamarków, przeciskamy się i z trudem udaje nam się złapać choć chwilę ciszy i spokoju. Bez ludzi, krzyków i tłumów można kontemplować piękno tego miejsca. Architekci i budowniczy Haedong Yonggungsa naprawdę wiedzieli co robią. Świątynia zbudowana jest na klifach, o które rozbijają się fale wzburzonego morza. Akurat lekko wieje, a niebo spowijają ciężkie stalowe chmury. Wręcz baśniowy obraz.

Ogród Świątyni Haedong Yonggungsa - przedmieścia Busan, Pusan, Korea Południowa
Świątynia Haedong Yonggungsa nad morzem - przedmieścia Busan, Pusan, Korea Południowa

Dawno nie widziałem tak pięknie surowej i niepokojącej natury. Czy można wymarzyć sobie lepsze warunki, podkreślające jeszcze bardziej dramatyzm tego miejsca? Do tego te szczegóły – piękne kolory, maleńkie figurki mnichów i buddy porozstawiane po całej okolicy, poukrywane pomiędzy żywopłotami, krzakami, poustawiane na kamieniach. Wyglądają jak jakaś miniaturowa armia krasnali z Amelii, które pozują tu do zdjęcia. Niesamowity klimat! Obok zatłoczonego miasta, na bajecznie pięknym wybrzeżu, pośród pięknych zielonych lasów ukryta jest świątynia Haedong Yonggungsa. Niestety jest tak samo zatłoczona jak miasto. Pośród głośnych tłumów ginie niestety atmosfera i mistycyzm tego miejsca. A szkoda, bo jest tak niesamowicie piękne. Trzeba tak bardzo walczyć o te skrawki magii wyrywane przez tłumy. Głośne, przepychające się, rozlewające się po każdym zakątku świątyni. Tak bardzo warto zacisnąć zęby, uzbroić się w cierpliwość i spróbować. Dla tego miejsca. Dla siebie.

koreańskie jedzenie Busan, Pusan, Korea Południowa

Kiedy wracamy do Busan, puste ulice i centrum handlowe są już pełne ludzi. Gdzieś po drodze, pomiędzy jedną przesiadką a drugą jesteśmy głodni. W okolicy Dongnae Station trafiamy do jakiejś restauracji na piętrze. Miejsce zwyczajne, proste, bez żadnego nadęcia. Nie ma nawet menu, jedynie koreańskie napisy na ścianie. Żadnych obrazków, tylko kobieta i jej córka na otwartej kuchni. Po kilku próbach tłumaczenia na migi co chcielibyśmy zjeść, córka wyjmuje telefon i pokazuje nam obrazki. Nie mamy pojęcia co to i jak się nazywa, ale pasuje nam. Ludzie zaczynają się nami interesować, uśmiechać, coś mówić. A my siedzimy jak dwójka kosmitów i zajadamy jakąś zupę, makaron a w prezencie dostajemy jeszcze… schabowego w tempurze. Kiedy kończymy, pani za pośrednictwem tłumacza w komórce pyta nas czy smakowało. Kiedy odpowiadamy, że pyszne, widzę radość na jej twarzy. Lubie kiedy dobro spotyka dobro. Miłe pytanie, nagradzane jest miłą odpowiedzią. Wszystko to naturalne i tak zwyczajnie dobre. Tak powinno być zawsze i wszędzie.

dzielnica Oncheonjang - Busan, Pusan, Korea Południowa
Restauracja dongnae byeljang - dongnae villa - w dzielnicy Oncheonjang - Busan, Pusan, Korea Południowa

Park Geumgang i twierdza Geumjeong

Wysiadamy w dzielnicy Oncheonjang i zanurzamy się w labirynt małych uliczek schowany za ścianą wysokich wieżowców wyrastających równiutko wzdłuż głównej ulicy. Nie dochodzi tu miejski zgiełk a po ulicy zamiast aut hula lekki wiatr. Pośrodku kwartału trafiamy na przepiękną rezydencję ukrytą pośród wspaniałych ogrodów. Zza bramy w eleganckim murze dostrzegliśmy piękny stary drewniany dom w stylu japońskim. Przechodzimy obok strażnika udając naiwnych turystów, ten ma nas na oku, ale nie przegania. Przepiękna architektura przywodzi na myśl perełki Kioto, do tego gęsty park otulający rezydencję. Okazuje się, że trafiliśmy do Dongnae Byeljang (Dongnae Villa)  – dawnego ekskluzywnego hotelu dla japońskich przyjezdnych, w którym w 1924 roku spał sam cesarz Japonii. Powstał na miejscu słynnych gorących źródeł. W czasie wojny koreańskiej urzędowali tu Amerykanie i władze Korei. Po wojnie otwarto tu luksusową restaurację Dongnae Byeljang. Teraz na szczęście zamknięta, dlatego możemy przynajmniej z zewnątrz obejrzeć ten piękny budynek, o którym milczą wszelkie przewodniki. Nie ma go nawet na Google Maps. To chyba jedno z tych miejsc, które trzeba odkryć samemu.

Widok na Busan z góry Geumjeong - kolejka linowa Geumgang Park, Busan - Pusan, Korea Południowa
Widok na miasto z góry Geumjeong - kolejka linowa Geumgang Park, Busan - Pusan, Korea Południowa

Docieramy do parku Geumgang i wsiadamy do kolejki linowej (Geumgang Park cable car), która wjeżdża na górę Geumjeong. Kiedy tylko wagonik unosi się ponad linię gęstych drzew, widok dosłownie zapiera nam dech w piersiach. Ogromne miasto w dolinach pomiędzy zielonymi górami. Wypełnia je szczelnie niczym jakaś dziwaczna szklano-betonowo-stalowa masa. Równo i wszędzie. Prawo naczyń połączonych w naturze. Symbioza natury i człowieka. Czysta harmonia. Miasto wygląda jakby było integralną częścią otoczenia. Wagonik wznosi się a ja nie śmiem nawet nic powiedzieć. Kocham góry. Mam też słabość do wieżowców. Tutaj bloki chyba trochę próbują naśladować góry. Pną się ku niebu tak pięknie, tak majestatycznie, niczym gołe ściany szczytów. To chyba taka współczesna wersja marzeń Ikara. Skoro już potrafimy latać, to czemu nie mieszkać pośród chmur? W Busan są i góry i wieżowce. Tutaj, to miasto pnie się po zboczach gór.

Twierdza Geumjeong - Geumgang Park, Busan - Pusan, Korea Południowa
Brama południowa, twierdza Geumjeong - Geumgang Park, Busan - Pusan, Korea Południowa

Wysiadamy pośród gęstych drzew porastających wzgórza. Dość wąskie błotniste ścieżki prowadzą do ruin fortecy Geumjeong. Co i raz spośród drzew przebija bajecznie piękny widok na dolinę i rozlewające się w niej miasto. Szlak wije się pod górę i przecina z dziesiątkami innych ścieżek. Po kilkunastu minutach lądujemy pod południową bramą fortecy. Okazuje się, że z warowni pozostało jedynie 17 km murów obronnych i właśnie cztery bramy. Wciśnięte samotnie pomiędzy drzewa sprawiają niesamowite wrażenie. Cofają o kilkaset lat w czasy dynastii Silla – takich koreańskich Piastów – która tu urzędowała. Obok bramy znajdujemy małą ścieżkę wijącą się w gęstym lesie wzdłuż zbocza. Chcemy nią dotrzeć do świątyni Seokbulsa. W przewodniku znajduje enigmatyczną informację, że idzie się prosto ścieżką przez las aż do drugiej, która schodzi w dół zbocza. Więc ruszamy!

Widok na Busan z góry Geumjeong - Geumgang Park, Busan - Pusan, Korea Południowa

Świątynia Seokbulsa

Odpalam maps.me, na której jest zaznaczony szlak. Okazuje się jednak, że idziemy innym, którego nawet nie ma na mapie. Ten moment, kiedy mówię – Przecież już niedaleko, już za daleko, żeby zawracać, bez sensu… – nie wiem czy przekonuję bardziej siebie samego czy Ulę. Droga coraz bardziej zarasta krzakami i drzewami. Co chwila wchodzę twarzą w pajęczyny, w które na wysokości dwóch metrów przecież nikt w Korei nie ma prawa wejść. Brniemy więc dalej przez krzaki, pajęczyny, coraz bardziej zabłoconą ścieżkę, mijamy jakieś rzeczki, wspinamy, się schodzimy. Idziemy w szmaciakach, więc aż przeklinamy ten głupi pomysł. Do tego zaczyna powoli zmierzchać. Cóż, mapa mówi, że już niedługo, jeszcze trochę. Trudy wynagradzają boskie widoki na dolinę. To Busan z kompletnie innej strony. To miasto naprawdę otacza góry. Te góry naprawdę wyrastają pośrodku miasta! Busan to nie jest po prostu miasto. To miasto i góry razem. Schodząc w dół, na końcu trafiamy na bardzo strome zejście po skałach. Mamy trochę dość. Nie byliśmy przygotowani na trekking. Gorzej byłoby tu tylko przyjść w japonkach. W końcu wychodzimy na drogę przed samą świątynią Seokbulsa.

świątynia Seokbulsa, Busan, Pusan Korea Południowa
Widok na Busan, świątynia Seokbulsa, Busan, Pusan Korea Południowa

Na pierwszy rzut oka świątynia wygląda jak kilka domów wciśniętych gdzieś pomiędzy pionowe skały i las. Jakiś mur, prosta brama, farba olejna, deski i beton. Nic szczególnego. Magia dzieje się w środku. Seokbulsa to kamień. Podnoszę głowę, a nade mną miasto wykute w skale. Serpentyny schodów, jaskinie, mury, nisze, nawy posągi. Wszystko okraszone wijącymi się roślinami i płonącymi świecami. To jedno z tych miejsc, które zapierają dech w piersiach. W których jedyny odgłos jaki można z siebie wydać to – woooow… – przeciągnięte do granic możliwości. Westchnięcie płynące prosto z serca. Potem można się zwyczajnie zamknąć i karmić zmysły. Poddać się tej wspanialej sile piękna. Miażdżącej ciszy. Prostej doskonałości i doskonałej prostocie. Miejscu, które onieśmiela i zniewala. Swoją pełnością, czymś co trudno określić, ale co doskonale czuć. To to uczucie, którego nie trzeba nazywać. Jakby nazwane miało zniknąć. Może to jest czysta duchowość. Rzecz z definicji niematerialna, nienazwana. Może to właśnie po to budowane są takie miejsca. W sumie słowo „budowanie” jest trochę nie na miejscu. Tego typu miejsca się „tworzy”. A raczej są tworzone. Przynajmniej tu, sam człowiek nie miał ostatniego słowa. I jeszcze aura otaczająca to miejsce. Wieczorny spokój dnia powoli układającego się do snu. Miasto wystające spomiędzy wzgórz, pochłaniane przez wieczorną mgiełkę. To miejsce to piękno w swym najczystszym braku postaci.

Płaskorzeźby świątynia Seokbulsa, Busan, Pusan Korea Południowa
Jaskinia świątynia Seokbulsa, Busan, Pusan Korea Południowa

Wychodzimy kiedy dozorca zaczyna się kręcić i dawać nam wprost do zrozumienia, że już zamyka. Szkoda. Według przewodnika Seokbulsa powinna być czynna do 19:00, a jest kilka minut przed 18:00. Mieliśmy szczęście. Niestety nie da się powiedzieć tego o parze Nowozelandczyków, którzy cali ociekający potem właśnie kończą długą wspinaczkę drogą pnącą się do świątyni. Nie mamy im serca powiedzieć, że właśnie zamknęli im świątynie przed nosem. Może lepiej, żeby nie wiedzieli co tracą. Ruszamy w dół stromą drogą wyłożoną betonowymi płytami. Okazuje się, że tędy można podjechać pod samą świątynię autem. Nasza trasa była przynajmniej ciekawsza! No i schodziliśmy w dół zamiast się wspinać. Przynajmniej przez większość czasu. Las stopniowo się przerzedza i zamienia w miasto. Droga, do której mieliśmy dojść według mapy okazuje się tunelem pod górą. Po godzinie docieramy w końcu do stacji metra Mandeok. Jesteśmy po drugiej stronie góry, w innej dolinie niż ta, w której zaczęliśmy wspinaczkę. Na drugim końcu miasta! To takie dziwne uczucie. Góra jest jak jakiś teleport.

Pierożki mandu - na straganie pod Jagalchi Market w dzielnicy Nampo-dong - Busan, Pusan Korea Południowa
Lampiony, świątynia Seokbulsa, Busan, Pusan Korea Południowa

Ten dzień trwał tak długo. Ciągnie się jeszcze bardziej. Zmęczeni i głodni jedziemy prawie godzinę do hotelu. Musimy jeszcze zabrać bagaż i pojechać do drugiego. Busan lubi płatać figle. Hotel zaznaczony na mapie o kilka kroków od przystanku, okazuje się być na wysokim klifie, do którego trzeba iść naokoło ponad kilometr. Pod górę. Z plecakiem i po ciemku. Ale to Busan. Marsz rekompensują widoki na miasto oświetlone tysiącami świateł i neonów. Jeszcze tylko kolacja. Przysiadamy przy stoisku pani i pochłaniamy ze smakiem pierożki mandu. Potem takoyaki, krewetki, jeszcze coś małego na deser. Jakbyśmy chcieli napchać żołądki tym miastem, zachować jego smak na jak najdłużej. Busan miał być tylko postojem po drodze, okazał się przepięknym miejscem, pełnym życia, magii, harmonii z naturą, doskonałym połączeniem tradycji i nowoczesności. Zwyczajnie będzie nam Busan brakować. Tak bardzo warto było się tu zatrzymać. Zupełnie przez przypadek. Lubię takie przypadki.

Busan, Korea