nabrzeże Victoria & Alfred w Cape Town, Kapsztad, RPA

Cape Town. Dwa światy

W kolejnej podróży znalazłem się jakby niespodziewanie. Jeszcze chwile temu byłem w biurze, klepałem coś w excelu, spotykałem się z mądrymi ludźmi. Nagle wyszedłem uzbrojony w podręczny plecaczek. Pięć lotnisk, krótkie, dogodne przesiadki i jestem w Cape Town. Z zimnej, deszczowej Warszawy, znalazłem się w upale kraju przylądkowego. Podróż do RPA nie oszukuje. Tu nie ma jet-laga. Jest tylko 1 godzina różnicy. Czuje się jakbym po prostu poszedł spać i obudził się w innym, cieplejszym świecie.

tzw. Townships czyli czarne dzielnice biedy rozsiane po całym Cape Town, RPA

Pierwszy obraz, który na długo pozostanie w moich wspomnieniach to morze szałasów, chatek i ruder skleconych na szybko, z czegokolwiek co było pod ręką. Blacha falista, dykta, folia – wszystko to kiedyś kolorowe, teraz pokryte warstwą brudu, nędzy i beznadziei mieszkańców. To osławione townships otaczające wszystkie miasta RPA. To czarne getta z czasów apartheidu, które po upadku tego chorego systemu zaczęły się rozrastać w niekontrolowanym tempie pod naporem ludzi migrujących z prowincji do miast w poszukiwaniu lepszego życia. Różnią się nazwami, ale wszystkie mają cechy wspólne: szarość, nędza, strach, brzydota i wszechogarniająca, bijąca od nich beznadzieja. To strasznie dołujący widok.

centrum Cape Town, czyli Kapsztadu, RPA

W miarę zbliżania się do miasta, zaraz za ciągnącymi się wzdłuż autostrady slumsami pojawiają się domy jednorodzinne, osiedla willowe z basenami i stawami, pola golfowe. To tak mają wyglądać przedmieścia. Takie jakie znam z USA, Australii, południowej Europy. Po przedmieściach zaczyna się miasto. Cały tu także wszystko wygląda znajomo. Południowy anglosaski klimat. W mieście czuje się bezpiecznie, to co widziałem po drodze wydaje mi się jakąś marą czymś nierzeczywistym. Tego nie było. Cape Town wita mnie zwyczajnym codziennym zgiełkiem, korkami i niesamowitym upałem. 31 stopni pod koniec stycznia to luksus, który właśnie sobie zafundowałem.

Victoria & Alfred Waterfront w dzielnicy Greenpoint, Kapsztad, RPA

Pierwszym miejscem, do którego trafiam jest Victoria & Alfred Waterfront, czyli stary port zaadoptowany komercyjnie – centrum handlowe, hotele, restauracje, statki wycieczkowe. Raj dla turystów. Mnie przywiódł tu raczej głód i potrzeba wymiany pieniędzy. A, że z hostelu było bliżej niż do centrum… Gwarne nabrzeże pełne ludzi wydaje się idealnym miejscem na zwieńczenia dnia i nocy spędzonych w podróży. Zaskoczyło mnie ciepło i niesamowity klimat jaki bije od tego miejsca. Jedno z tych, do których chce się wracać. Przede wszystkim nabrzeże wygrywa widokiem. Rozpościerająca się panorama Cape Town ze wznoszącą się nad nim Górą Stołową to typowa pocztówka. Sama góra jest imponująca, ale najpiękniejsze jest to co robią z nią chmury. Gęsty biały puch okalający płaski szczyt góry – nazywany jest przez mieszkańców – obrusem – a jakże.

Fish & chips na nabrzeżu Victoria & Alfred Waterfront, Cape Town, RPA

Widok z tych hipnotyzujących. Można tak sobie siedzieć i patrzeć na ten niesamowity spektakl natury godzinami. styrany podróżą, to właśnie zrobiłem. Zamówiłem fish & chips w pobliskiej budzie, znalazłem ławkę, skubałem rybę i chłonąłem otoczenie. Magiczny spektakl góry i chmur uzupełniała morska bryza, od czasu do czasu zakłócana zapachem fok, które na kei zaraz pode mną rozłożyły się i leniuchowały. To akurat nie jest najlepsze doznanie podczas jedzenia. Nadmorski gwar, nawoływania sprzedawców wycieczek „sunset cruise”, „helicopter ride” ustępowały co i raz występom kilkunastoosobowego zespołu ulicznego, który śpiewał i tańczył dla turystów.

victoria & alfred Waterfront, Cape Town czyli Kapsztad, RPA

Robię sobie krótki spacer po nabrzeżu. Całość wydaje się kompaktowa, ale liczne zakamarki, mosty, dróżki, schody i stopnie sprawiają, że można tu spędzić naprawdę sporo czasu spacerując. Zdecydowanie warto, bo oprócz sklepów i restauracji miejsce to kryje wiele ciekawych szczegółów. Na pobliskim Noble Square trafiam na pomniki czterech południowoafrykańskich noblistów – Luthuli, Tutu, de Klerka i oczywiście Mandeli – wszystkie z nieproporcjonalnymi, dziwnie dużymi głowami. Co i raz trafiam na ponure pamiątki po apartheidzie. Największa z nich – Jetty I, z którego odpływały statki na Robben Island – wyspę więzienie na której swój wyrok odbywał Nelson Mandela. To nie są raczej miejsca, które chce się oglądać. Historia RPA jest zwyczajnie zła, mało wakacyjna. Jakby dla kontrastu, po nabrzeżu rozsiane są liczne kolorowe wiktoriańskie budynki. Pomiędzy natrafiam na leniwie wylegujące się foki. W samym środku portu, otoczona budowami hoteli i biurowców, znajduje się stocznia remontowa z suchymi dokami, w których stoją stare statki. Wygląda to jak cmentarzysko statków w środku miasta.

zachód słońca w Victoria & Alfred Waterfront, Kapsztad, RPA

Spacer po nabrzeżu jest tak emocjonujący, że zupełnie zapominam o zmęczeniu. Chce zajrzeć wszędzie, wszystko zobaczyć. Moją uwagę przyciągają najmniejsze detale. Wszystko jest interesujące, nowe, zaskakujące. Czuję się jak dziecko w parku rozrywki. Do tego niesamowita Góra Stołowa patrząca leniwie z góry na całe miasto. Dosłownie straciłem poczucie czasu. Ocknąłem się kiedy wieczór zaczął coraz bardziej zdecydowanie dawać o sobie znać . Teraz sceneria zmieniła się. Cała okolicę zalał róż zachodzącego słońca. W krótkiej chwili zrobiło się ciemno. Do hostelu miałem jakiś kilometr. Kiedy tylko wyszedłem z nabrzeża, nagle otoczyła mnie pustka.

mur i drut kolczasty pod napięciem - w ten sposób mieszkańcy Cape Town ochraniają swoje domy, Kapsztad, RPA

Miasto było zupełnie puste. Jakby wyludnione. Głucha cisza i ciemność. Każdy szmer wiatru i szelest liści wywoływał nieprzyjemny dreszcz. Chwilami było tylko widać jakieś cienie przemykające gdzieś w oddali. Nagle zniknęły nawet samochody. Od razu przypomniało mi się to co widziałem parę godzin temu na przedmieściach i to co czytałem o RPA – napady, morderstwa, fala przemocy. Zdałem sobie sprawę, że tamtego dziennego Cape Town już nie ma. Nagle wszyscy ludzie pochowali się w swoich pięknych domach, otoczonych 3-metrowym murem z kolcami i drutami pod napięciem. A ja zostałem sam na ulicy. O mało nie dostaję zawału kiedy idąc sam ciemną ulicą dosłownie potykam się o leżącego bezdomnego. W życiu się tak nie wystraszyłem, mimo że on nawet nie zwrócił na mnie uwagi. To te chwile kiedy sam nie wiesz czy bardziej boisz się pustki niż napotkanych osób. Koszmarna droga skończyła się po kilkunastu – najdłuższych chyba w moim życiu – minutach, kiedy bezpiecznie siedziałem w hostelu, za bramą na kod, murem i zasiekami pod napięciem. Tak to jest RPA.

Seapoint w Cape Town czyli piękne nabrzeże Kapsztadu, RPA

Rano sam nie wiedziałem, czy to wszystko było prawdą czy mi się przyśniło. Wstaję o 6:00 i idę się przebiec po Greenpoint i promenadzie Sea Point, zanim upał stanie się nieznośny. Cape Town w dzień to inny świat. Szczególnie tu – w najbogatszej części miasta. Tu oprócz piękna otoczenia, przebija beztroska luksus pierwszego świata – apartamentowce z widokiem na morze, równiutko przycięta trawa, odkryte baseny, place zabaw, trawniki, kwietniki, wszystko bardzo dobrze utrzymane. Do tego wysportowani biali, piękni ludzie o aryjskich rysach na zmianę z mniej już pięknymi o typowo anglosaskiej aparycji. Zastanawiam się gdzie ja jestem? Nie widać czarnych, biedy, beznadziei. Czuję się jak na przedmieściach Sydney lub w Malibu.

Clifton, przepiękna nadmorska dzielnica Kapsztadu, Cape Town, RPA

Docieram do Clifton, zatrzymuję się na punkcie widokowym i podziwiam panoramę. To jeden z tych widoków, które potrafią się wryć w pamięć na długo. Pasmo Gór Stołowych – tak zwane 12 Apostołów – ciągnące się nad oceanem. Do tego chmury otaczające i przykrywające płaskowyż. Chmury to coś co podkreśla piękno tego miejsca, dodaje mu magii i niesamowitości. Przestrzeń i energia tego miejsca robią niesamowite wrażenie. Można tu po prostu siedzieć i patrzeć. Do tego ta przyjemna morska wilgoć w powietrzu. Mgiełka, która sprawia, że wszystko co widzę wydaje się być jakimś snem. Aż muszę się uszczypnąć, żeby sprawdzić czy jeszcze nie śpię. Taki widok ładuje energią na cały dzień. To właśnie po to tu przyjechałem.

mury i drut kolczasty pod napięciem, Cape Town, RPA

Plan na dziś jest prosty. Miasto. Od środka, z góry, z perspektywy podróżnika, nie turysty. Czyli jak zwykle – wleźć wszędzie, zobaczyć jak najwięcej. Na początek perspektywa, czyli widok z góry. W Cape Town są dwie opcje, w zasadzie trzy: Góra Stołowa, Lions Head oraz Signal Hill. Wybieram to ostatnie. Bo wydaje się najbliżej i najłatwiej osiągalne. Idę do centrum. Wybieram mniejsze uliczki. Szybko dociera do mnie, że to co widziałem wczoraj to smutna prawda. Cape Town to miasto, w którym luksus pierwszego świata jest otoczony nędza trzeciego. Luksus ten zdaje się nie zauważać biedy i bronić przed nią. Ogradzać murem zakończonym ostrymi kolcami ze stali lub tłuczonego szkła. Odcinać drutami pod napięciem, zza których wystają przepiękne frangipani. Cape Town to żywy obraz panicznego strachu luksusu i bogactwa przed nędzą. To złota klatka. Więzienie, w którym zamykają się potomkowie apartheidu. Przed swoją przeszłością i swoimi sąsiadami.

w drodze na Signal Hill, Cape Town, Kapsztad, RPA

Próbuje znaleźć informacje jak dostać się na Signal Hill, ale wszyscy mówią o długiej drodze naokoło. Do tego potrzebny jest samochód. To dziwne, bo wzgórze dosłownie wyrasta w środku miasta. Nie ma podobno pieszych szlaków. Zniechęcony więc odkładam wspinaczkę na później i idę do Bo Kaap – jednej z najbardziej znanych dzielnic Cape Town, której wizytówką są przepiękne kolorowe domki. Po drodze zauważam jednak kilka ścieżek na wzgórzu, wiec bez wahania idę w górę sprawdzić – a może jednak się da wejść na skróty. Ponad linią domów jest już tylko trawa z pojedynczymi drzewami. Wszędzie porozrzucane śmieci. Ale w trawie, między odpadkami widać wyraźnie ścieżki, których używają miejscowi. Chodzą, bo nie mają samochodów. Wszędzie muszą dotrzeć pieszo.

Cape Town - widok na miasto ze wzgórza Signal Hill, Kapsztad, RPA

Jestem coraz wyżej. Docieram, zupełnie przypadkiem, do kolejnej drogi, dalej wzdłuż niej i jestem przy Lions Battery. To stara jednostka wojskowa w połowie wzgórza, która słynie z tego, że od jakichś dwustu lat, codziennie o w południe oddawana jest stąd salwa armatnia. Koniec drogi. Ślepa uliczka. Pytam obsługę o Signal Hill, pokazują na drogę po której suną autokary, mówią, że trzeba jechać naokoło. No nie wierzę. Zaryzykuję i idę na skróty.

Table mountain - czyli Góry Stołowe, Kapsztad, RPA

Zawsze jest jakiś skrót. Przy ogrodzeniu znajduję coś co przypomina ścieżkę, dość stromą ale zawsze coś. Idę wzdłuż drutu kolczastego uważając, żeby się nie pociąć. Znajduję ścieżkę a potem wyraźną dróżkę. Nawigacja w RPA – to że czegoś nie ma na mapie, nie znaczy, że nie istnieje. jak na złość, im wyżej wchodzę, pojawia się coraz więcej chmur, które nadciągając od morza, zatrzymują się na wzgórzach i zaczynają przez nie dosłownie przelewać. Moją uwagę przyciąga spektakl w oddali. Masa chmur otulająca rząd Gór Stołowych. Powolny ruch gęstej masy, niewzruszone skały. zazwyczaj chmury oznaczają koniec zabawy, deszcz i kiepską pogodę. Tu są czymś najpiękniejszym. Czymś co ożywia krajobraz, nadaje mu magii. Góry Stołowe otulone chmurami to TEN widok.

Widok na Cape Town i dzielnicę Green point, Kapsztad, RPA

W końcu docieram na szczyt Signal Hill. Nie ma rzeczy niemożliwych. Zawsze jest jakaś droga, nawet kiedy wszyscy mówią, że jej nie ma. Na tym polega przygoda. Na odkrywaniu, na poznawaniu, na podążaniu tam gdzie inni nie idą. Turyści – holenderscy i angielscy emeryci – wylewający się z autokarów patrzą na mnie jak na zjawę, kiedy dosłownie wychodzę z chmur na szczycie wzgórza. Udało się. Jestem na górze. Ale chmury przelewające się znad oceanu zasłaniają wszystko. Mimo wszystko miło się ochłodzić w przyjemnie chłodnej wilgotnej chmurze po wspinaczce w upale na dole.

drut kolczasty - nieodłączny element południowoafrykańskiego krajobrazu miejskiego, Kapsztad, RPA

Z powrotem wybieram jeszcze inną drogę. Po prostu ścinam w dół przez wąziutką ścieżkę w trawie w nadziei, że nie trafię nagle na jakieś urwisko. W końcu dokądś musi prowadzić. W miarę schodzenia w dół, odsłania się z powrotem widok na Cape Town. Przyjemne miasto rozlane pomiędzy morzem a Górami Stołowymi. Z daleka widać tylko ślady sukcesu – biurowce ze stali i szkła błyszczące w oddali, port i kontenerowce, nowiutki stadion wybudowany na mistrzostwa. Nie widać haniebnej historii – Robben Island ginie gdzieś w chmurach. Z daleka nie widać nędzy, przemocy i beznadziei. Docieram do ogrodzenia bazy Lions Battery. Drut kolczasty otaczający pozostałości jednostki. Tu się zatrzymuję i patrzę na miasto. Przez zardzewiałe zasieki. Przede mną stadion i luksusowa dzielnica Greenpoint. Patrzę i ten obraz to najlepszy symbol Cape Town. Tylko, że nie znajdę go na żadnej pocztówce.

salwa z Lion's Battery na Signal Hill - jak codzień w południe. Cape Town, Kapsztad, RPA

Przez dziurę w zasiekach, wzdłuż zrujnowanych zabudowań bazy – licznymi schodami, korytarzami, bunkrami – docieram do działa Lions Battery akurat tuż przed południem. Akurat na salwę. Salwa sama w sobie to nic specjalnego. Przeraźliwy huk, dużo dymu, potem przytłumiony pisk w uszach. Dochodzę do siebie. A więc jest południe, czas ruszyć w miasto.

Bo Kaap - kultowa dzielnica Kapsztadu, pełna kolorowych domków, Cape Town, RPA

Bo Kaap widać już z góry, schodząc ze wzgórza. Oczywiście omijam ciągnące się jak makaron ulice i wybieram skróty wytyczone przez miejscowych. Brodząc wśród śmieci i gruzu porozrzucanych w trawie, docieram do miasta. Co ciekawe, śmieci, które w Cape Town można znaleźć dosłownie wszędzie, to beznadziejne odpadki, z którymi nie da się już absolutnie nic zrobić. wszystko jest idealnie przejrzane i posegregowane. Nie można tu znaleźć dosłownie niczego, czego nie dałoby się w jakikolwiek sposób wykorzystać, przerobić czy przetworzyć. Nic się tu nie marnuje. Wszystko jest wprowadzane z powrotem do obiegu. Kiedy tylko ktoś coś wyrzuci, natychmiast znajdzie się ktoś kto to przejrzy, przerzuci i wybierze wszystko co może być w jakikolwiek sposób użyteczne. To sprawia, ze pozostałe śmieci wyglądają jeszcze bardziej ponuro.

bo kaap - kolorowe bajeczne domki, pocztówka z Cape Town, Kapsztad, RPA
Ten ponury nastrój mija w momencie wkroczenia do Bo Kaap. To w zasadzie nie dzielnica, ale kilka ulic, domami w cukierkowych kolorach. Intensywność barw i kontrast pomiędzy nimi sprawiają, że ta część miasta naprawdę wydaje się tętnić życiem i radością. Domki są co prawda ściśnięte jeden przy drugim, ale pomiędzy ulicami znajduje małe pasaże i przejścia za którymi ukryte są ogrody, kolejne domy i uliczki. Upał, leniwa atmosfera tego miejsca, kolory i detale sprawiają, że zwyczajnie miło jest tu być. Usiąść na krawężniku, popatrzeć na domy. Zajrzeć przez uchylone drzwi, zobaczyć co się dzieje w domu. Jak ktoś sprząta, gotuje, czy po prostu siedzi oglądając telewizję. Chciałoby się tu błądzić uliczkami, zatracić się w tym miejscu. Problem w tym, że jest takie małe… Tak czy siak, magia kolorów robi swoje.

Long Street czyli najbardziej turystyczne miejsce w Cape Town - pełne backpackerów, hosteli i barów, Kapsztad, RPA

Long Street - Cape Town - prędzej czy później, każdy tu trafi, Kapsztad, RPA

Z Bo Kaap trafiam na Long Street. To tu zazwyczaj trafiają wszyscy odwiedzający Cape Town. „Serce miasta” można przeczytać w przewodnikach. Jedyne w czym przewodnik się nie myli to duża ilość naprawdę malowniczych wiktoriańskich domów ze zdobionymi balustradami i fajnym klimatem. Większość została przerobiona na hostele, knajpy, kluby lub sklepy. Nie wiem czego tu ludzie szukają. Jedyne co można znaleźć to sporo złodziei, żebraków i naciągaczy. Będąc tu zaledwie pół godziny, byłem zaczepiany ponad 15 razy. Scenariusz zawsze ten sam, nie chcą pieniędzy – bo tych nikt nie daje – tylko jedzenie z pobliskiego sklepu. Podobno to plaga i dobry sposób na życie. Granie na czyichś uczuciach w ten sposób jest dla mnie strasznie słabe.

Long Street to serce miasta Cape Twon, Kapsztad, RPA

Oprócz naciągaczy Long Street daje również lekcję przetrwania i uświadamia problemy z jakimi zmaga się miasto. Wszystko jest okratowane. Na każdym piętrze. Wszędzie wejście na kod, tabliczki informujące, żeby ZAWSZE zamykać za sobą drzwi. Praktycznie każdy sklep ma okratowaną bramkę lub śluzę otwieraną każdorazowo przez sprzedawcę, żeby nikt nie mógł czegoś ukraść i wybiec. Na ulicy wszędzie są znaki przypominające aby nigdy NICZEGO nie zostawiać w aucie. Na szybach sklepów naklejki mówiące aby nie dawać żebrakom pieniędzy ani niczego nie kupować. Spacer tą ulicą wprawia w psychozę, w której zdają się żyć zamożni mieszkańcy Cape Town – i zapewne całego RPA. Czy słusznie, jeszcze tego nie wiem, ale na pewno mi się to udziela.

Plac Green Market, niedaleko Long Street w samym sercu Cape Town, Kapsztad, RPA

Wydaje się, ze wystarczy tylko zejść z Long Street a robi się przyjemniej. To jednak pozory, wszędzie w centrum, kręci się dużo podejrzanych typków i naciągaczy. Bywa po prostu nieprzyjemnie. Najlepiej nie zwracać uwagi, nie wdawać się w dyskusję. Chwilę wytchnienia znajduje na Green Market. Nieduży bazarek z pamiątkami otoczony ze wszystkich stron wysokimi kamienicami robi naprawdę super wrażenie. Wśród budynków znajduję przepiękne secesyjne perełki.

Ratusz miejski w Kapsztadzie, Cape Twon, RPA

Chcę czym prędzej uciec z centrum, wiec idę w kierunku twierdzy Castle of Good Hope. Droga prowadzi wzdłuż imponującego ratusza. Naprawdę jest na co popatrzeć. W miarę oddalania się od centrum można odetchnąć. Niestety zabudowa jest tu zdecydowanie niższa i rzadsza a ulice szersze, co przekłada się na temperaturę. Wychodzę na zwyczajną patelnię. Praktycznie nie ma cienia. Nie ma gdzie się schować. Nie ma dokąd uciec przed palącym słońcem.

castle of good hope czyli holenderski fort - tu zaczął się Kapsztad, teraz to jedna z atrakcji Cape Town, RPA

Zbudowany przez Holendrów zamek na planie gwiazdy wydaje się idealnym schronieniem. Chcę też poznać jego historię, mój entuzjazm studzi jednak pani w środku, informując, ze właśnie jest remont i wymieniając co jest aktualnie niedostępne dla zwiedzających. Odpuszczam więc wejście, znajduje miejsce na murach obronnych otaczających starą twierdze, rozkładam się i jedząc obiad podziwiam miasto. Twierdza okazuje się świetnym punktem do oglądania miasta. z jednej strony widać całe centrum z Signal Hill w tle, z drugiej Górę Stołową jak zwykle tonąca w chmurach.

panorama miasta widziana z castle of good hope, Kapsztad, RPA

Kolejnym przystankiem jest District Six. To kolejne żywe wspomnienie czasów apartheidu. Dzielnica, która tętniła życiem aż do lat ’70 kiedy to decyzją władz, ponad 60 tysięcy mieszkańców zostało wysiedlonych a cała dzielnica zrównana z ziemią. Na części terenów postawiono tu miejscową politechnikę, trochę domów, a reszta jeszcze po dziś dzień stoi pusta. Dlaczego? Tego chyba nikt nie wie. Jedno jest pewne. To miejsce pamięta. Ci ludzie też. Teraz dystrykt nazywa się Zonnebloem i mimo smutnej historii, razem z pobliskim The Fringe tworzy jedne z najciekawszych miejsc na mapie miasta.

district six i Nelson Mandel wszędzie. Kapsztad, Cape Town, RPA

The Fringe wraz z pobliskim Zonnebloem czyli District six to jedne z najciekawszych miejsc w Kapsztadzie, Cape Town, RPA

Podobno to właśnie dzięki tej części miasta Cape Town uzyskał tytuł Design Capital 2014. Faktycznie, jeżeli chodzi o design, jest to serce miasta. Kiedyś wyludnione, po części post industrialne tereny, przemieszane ze stara zabudową. We wszystko to tchnięte jakby nowe życie. Kolory, murale, nietuzinkowa architektura, butiki, studia… Ludzie rozstawiający jakieś instalacje. Tutaj nawet cukiernia to przemalowany wiktoriański budynek. Kosmos, ale można tu jakby odetchnąć. To miła, ciepła i przyjazna przestrzeń na mapie Cape Town. Tutaj nie czuć psychozy centrum, mimo że po bliższym przyjrzeniu tez widać wszędzie kraty, druty, prąd i zasieki. Nie widać tu naciągaczy. W końcu, nie widać tu kłującej w oczy nędzy. Na pewno warto było tutaj przyjść.

Sea Point czyli nadmorska promenada Cape Town, Kapsztad, RPA
Na wieczór wróciłem tam, gdzie zacząłem ten dzień – na promenadę Sea Point. To był długi dzień. przeszedłem prawie 50 kilometrów po Cape Town. Ale nie to mnie zmęczyło. Patrząc na biegnących wysportowanych ludzi ubranych w nowiutkie stroje Nike, na przejeżdżające Bentleye, na ekskluzywne apartamenty z obłędnym widokiem na morze, zdałem sobie sprawę co znajduje się za górą. Kilkanaście kilometrów. A jednak wszechświat dalej. Bieda, beznadzieja, przemoc i niesprawiedliwość. Stąd tego nie widać. Zasłaniają to góry. Tu widać luksus pierwszego świata. Zastanawiam się gdzie jest sprawiedliwość. Jak do tego doszło. Jak obok siebie mogą współistnieć dwa tak skrajnie różne światy.

wzburzone morze na sea point, Cape Town, Kapsztad, RPA

RPA jest pod tym względem naprawdę straszne. Mimo że nie jest najbiedniejszym krajem Afryki, to jednak tu nędza tak bardzo kłuje w oczy. Dlaczego? Bo zaraz obok bieda miast, śniętych ludzi, tępo chodzących wzdłuż autostrady i przebierających śmieci, przemykają Ferrari, Bentleye i Astony. Tutaj dopiero człowiek zdaje sobie co to jest bieda. Tutaj widać kontrast. To strasznie męczące psychicznie. Podobno dla każdego pierwsza wizyta w RPA jest szokiem. Tak też było w moim przypadku. Spacer po Cape Town, z jednej strony uświadomił mi ile mam. Jak wielkim jestem szczęściarzem, że mam to co mam. Z drugiej strony zaczęło mnie dręczyć pytanie. Jak tu ludzie mogą cieszyć się swoimi pieniędzmi, otoczeni tłumem nędzarzy??? Mam wrażenie, że w tym momencie wkurzenie tym stanem rzeczy wykazuje tylko ja i Atlantyk ciskając w promenadę konkretnymi falami moczącymi co i raz to biegaczy to naiwniaków próbujących robić im zdjęcia – w tym we mnie.

Savanna Dry - mój ulubiony Cydr, pity przy zachodzie słońca w Cape Town, Kapsztad, RPA

Rozważania nad kolejną butelką przepysznego cydru Savanna Dry, niestety nie doprowadziły mnie do pocieszających wniosków. Pierwsze dwa dni w RPA trochę mnie zdołowały. To jest trudny kraj do odkrywania. Przyroda jest naprawdę piękna i to na niej oczywiście chce się skupić, ale nie mogę zapomnieć o ciężkiej historii, o latach negatywnej selekcji, które odcisnęły na czarnych mieszkańcach Afryki masakryczne piętno. Mam wrażenie, że Ci ludzie cały czas z tego wychodzą, leczą swoje rany – nie materialne, ale przede wszystkim psychiczne. Tak jak u nas starsze pokolenie cały czas uczy się co to jest kapitalizm i demokracja, tak tu, to samo pokolenie uczy się co to znaczy być człowiekiem. A biali afrykanerzy żyją jak gdyby nigdy nic w swoich złotych klatkach z basenami, otoczonymi murami, zasiekami i drutami pod napięciem.

Widok na ocean południowy, gdzies tam jest Antarktyda, Kapsztad, RPA

Dziwny to kraj. Pojawia się więc pytanie: czy i po co tu przyjeżdżać. TAK, koniecznie przyjechać i zobaczyć. Przy okazji, żyć tak i robić wszystko, aby nigdy więcej nie powtórzyło się to co miało tu miejsce kilkadziesiąt lat temu.

 

Cape Town, RPA