Caye Caulker, Belize

Caye Caulker. Mój prywatny raj

Po Tikál długo nie mogłem zasnąć. Ale o 4:30 pobudka i autobus do Belize City. Jest kilka opcji, żeby się tam dostać z Flores. Można kombinować jadąc mikrobusami z Santa Elena do Melchor de Mencos na granicy Gwatemali i Belize, przekroczyć granicę pieszo, wziąć taxi do pobliskiego Benque Viejo del Carmen, skąd jeżdżą autobusy do Belize City. Sporo zachodu i praktycznie żadna oszczędność w tą stronę. W Hostelu można było kupić za Q100 bezpośredni przejazd do przystani taksówek w Belize City. Sztukowanie zdecydowanie opłaca się z powrotem.

Po co w ogóle jechać do Belize??? Wystarczy wpisać ten krótki wyraz w Google i kliknąć na obrazki. Więcej nie trzeba chyba mówić. Turkusowa woda. Złoty piasek. Zielone palmy. Kokosy. Rafa koralowa. Słońce. To po prostu przepiękne miejsce. Jedno z tych, które trzeba w życiu zobaczyć. Skoro jestem tak blisko, czemu nie? To już Karaiby. W Gwatemali nie ma takich plaż, nie ma takich widoków. Jest pięknie, ale dlaczego się ograniczać. No to może Cancún? Ta fabryka wakacji dla amerykańskich turystów jest trochę za daleko. Żeby się tam dostać i tak trzeba najpierw pojechać do Belize.

img_9541

Autobus podjeżdża spóźniony o ponad pół godziny ale w końcu rusza. Ranna przejażdżka przez skąpaną we mgle dżunglę jest naprawdę niesamowita. Widoki za oknem w połączeniu z niedospaniem łączą się w niesamowite doświadczenie. Wszystko się zlewało, rozmywało. Nie wiem, może spałem i to mi się wszystko śniło. Raczej pół-jawa, pół-sen. Stan idealny w tamtym momencie. Jadąc w kierunku granicy, bus się stopniowo wypełnia turystami. Wsiada sześćdziesięcioparoletni Australijczyk, który rzucił wszystko i postanowił, że będzie podróżował. Co dalej. Czy to ważne? Miał ze sobą tylko jedną torbę. Nie chciał mówić o swojej przeszłości. Uciekał. Przed tym co było. Wszystko skreślił. W tym wieku. Oczy miałem jak pięciozłotówki. Wsiada para Chilijczyków – jest już ciasno. Ona naburmuszona, że nie mogą siedzieć obok siebie. Bo tłok. Bo mało miejsca. On skonsternowany jej humorami. W busie są 22 miejsca, tyleż samo osób i sterta bagaży.

img_6828

O 7:00 granica. Do busa wpadają cinkciarze oferujący walutę po „dobrym” kursie. Oczywiście zdzierają, ale jeżeli komuś zależy na gotówce, to lepiej kupić dolary tutaj niż po stronie belizejskiej – tam zdzierają jeszcze bardziej. Granice przekraczam na piechotę z bagażem, autobus czeka z drugiej strony. Przy kontroli paszportowej, pogranicznicy gwatemalscy domagają się od turystów opłaty Q20 za opuszczenie kraju. Nie ma przepisu, który do tego zobowiązuje, ale wszyscy grzecznie płacą. Można się kłócić, ale odpuszczam, za kilka dni chce tu wrócić, więc lepiej nie mieć żadnych problemów na granicy. Taki napiwek dla urzędnika. Paragonów nie dają.

Od samego początku, pierwszego kroku Belize odurza, dotyka, jakoś uzależnia. Gdy tylko wychodzę z terminala granicznego, już czuje, że ten kraj będzie moim prywatnym rajem. Niby nic się nie zmieniło, 100 metrów za mną jest cały czas Gwatemala. A jednak. Sama flaga Belize sprawia, że zaczynam się szczerzyć. Do tego ciepło. Upał. A jest 8:00 rano. 10 minut wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Albo nagle z nieba zaczął się lać żar. Belize. Tak się zaczyna przygoda w raju.

img_9691

Kierowca autobusu wrzuca plecaki na dach autobusu, żeby w środku zrobić trochę miejsca. To dobry pomysł, bo przynajmniej da się oddychać. Dalej i tak będziemy jechać z otwartymi drzwiami. Tak gorąco! Czekamy na resztę pasażerów – najwięcej problemów miała naburmuszona Chilijka z chłopakiem – pokazywanie humorów urzędnikom na granicy to nigdy nie jest dobry pomysł. Do busa wpada naganiacz z San Pedro Belize Express Water Taxi. Zdziwiłem się, bo nic nie sprzedawał, tylko dawał ulotki ze zniżką a do tego opowiadał, tłumaczył, wyjaśniał, radził. Przez pół godziny mówił jak się dostać na wyspy, jak do Cancún w Meksyku. Jest jeden autobus dziennie, odjeżdża wieczorem, rano jest w Cancún, bilety sprzedają na dworcu dopiero od 17:00 danego dnia. Gość rozdał też mapki Belize. Warto go posłuchać.

img_9517

Jedziemy dalej. Widoki za oknem przepiękne. Najpierw trochę dżungli, miasteczka, malownicze mosty wysoko nad płynącą gdzieś w dole rzeką. Potem płasko, coraz bardziej przerzedzone i niższe drzewa. Trawa. Upał niesamowity, jedziemy z otwartymi drzwiami, żeby było choć trochę czym oddychać. Droga się wydłuża, bo trafiamy na… Tour de Belize. Kilka razy musimy się zatrzymać i czekać w zabójczym upale na poboczu w kolumnie aut. Po prostu nie mogę sobie wyobrazić jak mijający nas rowerzyści mogą wytrzymać na rowerze przy takim żarze lejącym się z nieba. Po drodze mijamy Belize City – stolicę – miasto zupełnie nijakie. Jak większość miasteczek po drodze. A jednak jest inaczej niż w Gwatemali. Nie ma już hiszpańskich napisów – wszędzie są angielskie! Wszystko niby to samo, ale jednak jakieś inne. Wydaje się jakieś czystsze, spokojniejsze, bliższe cywilizacji. Oprócz Indian i Latynosów, pojawia się coraz więcej czarnoskórych. Magia miejsca udziela mi się cały czas. Wjazd do Belize City mnie po prostu rozbroił. Do miasta prowadzi droga, która dosłownie przechodzi przez cmentarz, nie dość że po obu stronach drogi rozciągają się mogiły, to jeszcze na pasie i wysepce pomiędzy jezdniami widać krypty i groby. Miasto jest gorące, gwarne, zakorkowane, pełne ludzi.

img_6839
Autobus dociera o 10:15 do przystani. Zaraz obok biuro Caye Caulker Water Taxi – drugiej firmy oferującej przewóz na wyspy – czyli tam, dokąd się udaję. Ceny mają w zasadzie takie same – żeby wybrać klientów tej drugiej firmie naganiacza z granicy, dają takie same ceny jak te z kuponami. Idzie się dogadać. Mój kierunek do Caye Caulker i Ambergris Caye. Za bilety Belize City – Caye Caulker – San Pedro – Belize City zapłaciłem 36 BZD. Z cenami w Belize jest łatwo. Jeden dolar to pół dolara amerykańskiego. Kurs jest sztywny. Praktyka jest taka, że wszystkie ceny, wszędzie muszą być podawane w dolarach bezlizejskich, wiec nie ma co się dopytywać w jakich, tylko po prostu płacić. Zdarzają się cwaniaki, którzy jak coś sprzedają, kiedy przychodzi do płacenia, mówią, że to w amerykańskich dolarach. Przyjeżdżający tu Amerykanie ich trochę rozpuścili.

img_6842

Rozkład mi sprzyja. Wszystko zgrywa się idealnie, kupuje bilet i od razu mam łódkę do mojego raju, którego już się domyślam, ale jeszcze nie wiem na pewno, że to właśnie on. Taksówka wodna, to dość szybka łódź, mieszcząca ok. 50 osób. Wszyscy siedzą, wiec jest dobrze. Pod pokładem, bo na górze straszne słońce, żar i do tego wieje i chlapie. A więc płyniemy zamknięci jak szproty w blaszanej puszcze. Byłem głodny, więc kiedy tylko się rozsiadłem zacząłem jeść przygotowana wcześniej kanapkę. To nie był dobry pomysł. Rzucało, miotało, szarpało. Trudno było trafić kanapką do ust. Odpuszczam i resztę drogi na przyklejony do plastikowej szyby patrzyłem na przepiękne laguny z lasami namorzynowymi unoszące się nad szafirową wodą. Chwilę tylko widać oddalające się brzydkie Belize City. Dalej widoki powalające. Te kolory. Jak na pocztówkach. Nawet ładniejsze! Poczułem się jakbym patrzył na świat przez Photoshopa. Światło! Wszystko po prostu tonie w słońcu. Doświetlone. Kolory soczyste, mocne, wyraźne. Dosłownie wwiercają się w oczy. Wszystko to hipnotyzuje. A to nawet nie jest początek mojego Belize. To tylko widok za oknem łódki. Płyniemy ok 40 minut.

img_6850

Kiedy dobijamy do molo na Caye Caulker, po prostu nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Że takie miejsce istnieje. Wszyscy wysiadają, zabierają swoje torby i gdzieś lecą. Już ich nie ma. Ja jestem zwyczajnie oszołomiony. Dosłownie szumi mi w głowie. Czuje się jako po kilku kolejkach czegoś mocnego. Caye Caulker nokautuje. Słońce. Palmy pochylone nad brzegiem. Dużo palm, wyglądają jak ogromne krzaki. Kolorowe domki. Różowe, żółte, czerwone, fioletowe. Do tego masa łódek. Wszystkie równiutko stoją przy brzegu, jakby tylko czekały na znak żeby wypłynąć. Szafirowa woda. Po prostu siedzę na molo i patrzę. Naokoło znowu harmider. Ludzie pakują się na łódkę płynącą do San Pedro. A ja zwyczajnie siedzę. Dotykam rękami pomostu. Drapię drewno. I patrzę na to przecudne miejsce. Boję się tam wejść, żeby nie stracić tego idealnego wrażenia. Widzę coś co jest rajem na ziemi. Nie widziałem chyba w życiu piękniejszej pocztówki.

img_9532
Do tej pory, ze wszystkimi takimi miejscami miałem jeden problem. Przygotowując się do podróży, planując ją, oglądałem co jak wygląda i budowałem w sobie pewne oczekiwania. Co do miejsca. Zdjęcia Hawajów, Borneo, Florydy, malezyjskich wysp Tioman, Perhentian czy Langkawi – wszystko to karmi nas idealnymi obrazkami i sprawia, że naprawdę spodziewamy się zobaczyć raj na Ziemi. Tymczasem okazuje się, ze Hawaje to faktycznie piękne miejsce, ale to przede wszystkim miejsce gdzie żyją ludzie – jeżdżą śmieciarki, w ulicach są dziury, na skrzyżowaniach spotyka się żebraków, obskurne stacje benzynowe itd. Po przyjeździe w takiej miejsce, oprócz zachwytu czuje się też trochę zawód. Że to nie jest idealny obrazek. Z Caye Caulker miało być podobnie.

img_9553

Więc schodzę na ląd. W poszukiwaniu noclegu. Trafiam na Yuma’s Hostel. Przy samym molo. Napisałem do nich dzień wcześniej ale nie odpisali. Tabliczka. No vacancy. Wchodzę, pytam, pani w średnim wieku z nieprzyjemnym niemieckim akcentem odpowiada, że nie ma miejsc i nie będzie. Proszę o hasło do wifi, żeby znaleźć coś innego, pani odmawia. Średnio miłe miejsce. W sumie przy samym molo, jest więc dość tłoczno. Poszukam czegoś innego. Idę cały czas jak pijany wzdłuż plaży na południe chłonąc wszystko naokoło. Nie zwracam nawet uwagi na żar i ciężki plecak. Upał łagodzi wiatr, a ciężar – przepiękne widoki. Ścieżka wzdłuż plaży. Kokosy leżące pod palmami. Co jakiś czas, amerykańscy turyści się na nie rzucają z entuzjazmem, próbując je otworzyć. Niestety – bez maczety nie da rady. A ja w końcu nie kupiłem sobie maczety w Gwatemali. Eeeh… kosztowała Q30 (12 zł). Teraz by się przydała!

img_9549

Docieram do końca ścieżki do Ignacio’s Beach Cabins. Kiedy widzę to miejsce, dosłownie zwala mnie z nóg. To jest widok jak z pocztówki. Przepiękne kolorowe domki na palach, przy samym brzegu. Każdy z mini tarasem i hamakiem. W środku prosto, skromnie, nie ma ciepłej wody, ale i tak idealnie. Gadam z właścicielem, prosi o godzinę, żeby sprawdzić dostępność domków. Proponuje mi zimnego Belikina (lokalne piwo ważone przez anglików) i zaprasza na hamak. E tam hamak! Będzie jeszcze okazja. Rzucam plecak i lecę moczyć nogi. Siadam na brzegu i patrzę na niekończącą się szafirową powierzchnie. Dalej na wodzie stoją zakotwiczone jachty. Nie jakiś białe, błyszczące, nowobogackie mydelniczki, tylko przepiękne, klasyczne, czasem nawet drewniane łodzie.

img_9583

Cały brzeg jest dosłownie usiany ogromnymi muszlami małży (conch – nie wiem jak to się dokładnie tłumaczy). Leżą tego całe sterty, jak gruz czy śmieci często spotykane u nas w lasach. Dlaczego zwróciłem na nie uwagę? Kiedy byłem mały, od zawsze mieliśmy taką muszlę w domu – kiedyś, w latach ‘80 bogaty kolega brata pojechał z rodzicami na Kubę i chyba stamtąd przywiózł. To był amulet, magiczny rekwizyt. Pamiętam jak ją po cichu chwytałem z biblioteczki, zabierałem do pokoju u przykładałem do ucha. W muszlach słychać przecież szum morza. To była dla mnie jeden z najcenniejszych rekwizyt w domu. Teraz widzę setki tych muszli leżących na plaży jak śmieci. Caye Caulker nokautuje po raz kolejny.

img_6867

Jest domek, ale nie przy plaży. Widok na krzaki mnie nie interesuje. Może jutro. Sprawdzę. Idę szukać dalej. Tym niemniej, miejsce z całego serca polecam. Leżenie w hamaku z widokiem na morze. Cudo! I tylko 50 BZD za noc. Przechodzę z plecakiem prawie całą wyspę. Jest malutka, długa i wąska. Z 2km długości, ok 50 m szerokości. Na miejscu wszystko czego potrzeba. Sklepy, knajpki, stragany z owocami. Ceny – o wiele wyższe niż w Gwatemali, trochę drogo, bo to wyspa. Trudno. Warto. Klimat mocno backpackerski. Sami lokalsi, Chińczycy prowadzący sklepy i turyści. Ale ci lepsi. Nie Ci hotelowi – nie ma tu ani jednego hotelu, żadnych basenów, wykwintnych restauracji, nic z tego. Tylko kwatery, pokoje gościnne, ze cztery hostele, jeden bankomat, poczta, piekarnia, kilka sklepów. Nie ma samochodów, po ulicach jeżdżą tylko rowery i meleksy. Co za miejsce. Małe, piękne, ciepłe, przyjazne, MOJE! Moje miejsce.

img_9554

Magia Caye Caulker mnie zachwyca. Po dwóch godzinach pobytu tu, wiem, ze mógłbym tu osiąść na starość. Chodzę, szukam, szperam, próbuję zniszczyć ten mit Belize, który gdzieś sobie zbudowałem w głowie przed przyjazdem tutaj. I nie mogę. Wszystko co tu widzę mnie zachwyca. Stare pordzewiałe rowery – piękne. Obdrapane rudery – piękne. Dziury w ulicy – potykam się ale i jestem szczęśliwy. Bezpańskie psy – lepsze, bo tutejsze. Może jutro otrzeźwieje. Znajduje nocleg w Bella’s Backpackers. Wiedziałem, że to to, kiedy na podwórku drogę przecięła mi ogromna iguana.

img_9562

Dom w północnej części wyspy. Zwykły hostel, prowadzony przez amerykańską parę, która olała swój amerykański sen i przyjechała do Belize żyć swoim belizejskim snem. 25 BZD za noc. Nie ma ciepłej wody, ale przy takim upale jest zupełnie nie potrzebna. Taras, hamak, wspólna kuchnia, gdzie można siedzieć, gadać, grać w planszówki. Własny pomost i wyjście na zachodni brzeg wyspy – kajaki i rowery za free. Do plaży głównej minuta z buta. No nie może być tak idealnie. Coś musi być tu nie tak!

img_9535
W hostelu poznaję Siri – Dunkę, która nie wygląda zupełnie jak Dunka (nie ma niebieskich oczu i aryjsko jasnego blond). Oferuje się, że mi pokaże wyspę, jest już tu kilka dni, akurat chciała gdzieś pochodzić, więc idziemy razem. W jakieś trzy godziny obchodzimy prawie cała wyspę. Przedzieramy się przez namorzynowe mokradła, zalane pola, krzaki, czyjeś podwórka, uciekamy przed psami, otrzepujemy się z pajęczyn. Na wieczór wypływamy w kanoe z namorzynów po zachodniej części wyspy, żeby obejrzeć zachód słońca. Siri sama się bała płynąć kanoe, są tu dość silne prądy, a jedna osoba i jedno wiosło w takiej sytuacji to kiepska sprawa. Rozwalamy się w kanoe, jemy papaye i plujemy tymi śmiesznymi kulkowatymi pestkami – kto dalej.

img_6903

Opowiada mi o swojej podróży po Ameryce Środkowej. Przyciągam takich ludzi. Kolejna świruska, która sama jeździ po trzecim świecie. Ucieka? Nie. Po prostu Dania jest nudna i chciała się rozerwać, więc przyjechała tutaj z plecakiem i małym białym laptopem. Na jak długo? Nie wie. Jest tu już 3 miesiące. Panama, Kostaryka, Nikaragua, Salwador, Gwatemala, Belize, potem Meksyk. A potem może z powrotem. Bogaci Duńczycy – dlaczego nie.

Dzień pierwszy w raju. Nic mi nie zepsuło mojego idealnego obrazka.Wszystko jest tak jak powinno być.

img_6894

Jedyny minus jaki potrafię znaleźć w Caye Caulker to upał. Nawet w nocy. Duszno, gorąco. Spanie bez wiatraka jest niemożliwe. Jest tak gorąco, że nawet rano nie przeszkadza mi brak ciepłej wody. Woda jest naturalnie ciepła od rur. Wstałem specjalnie o 5:00 rano, żeby pobiegać. Z bieganiem tutaj miałem dwa problemy: brak miejsca – wyspa jest tak mała, że zrobienie na niej 10 km oznacza bieganie w kółko, oraz właśnie upał – o 7:30 stawał się już nie do zniesienia. Udało mi się zrobić 7 km. Miałem też okazję biegać po pasie startowym CC, bo przed 7:00 nic tam jeszcze nie latało i „lotnisko” a raczej właśnie – pas startowy – był jeszcze nieczynny. Przebiegając obok posterunku policji, przeczytałem wypisane na murze lokalne przepisy drogowe.

img_7058

img_6889

Szybkie śniadanie – sami robimy jajecznice – ze wszystkim co tylko zdołaliśmy kupić poprzedniego dnia. Pomidory, papryka, cebula, ryba! Najlepsza. Chciałem koniecznie popłynąć na snorkeling. Wszystkie biura w „mieście” oferują te same „4-godzinne” wycieczki. Codziennie o 10:00 i 14:00. Za 60-70 BZD, de facto 1 godzina snorkelingu, woda, owoce, sprzęt. Siri mówi, że to bullshit (ten duński akcent!). Mam szczęście, bo wczoraj znalazła gościa, który organizuje takie wycieczki. Za 90 BZD, ale max 4 osoby (a nie do 12 jak w biurach), jest więcej czasu, więcej uwagi od przewodnika i w ogóle fajniej. Co mi szkodzi. Jedziemy. Okazuje się, ze nie ma więcej chętnych, więc płyniemy tylko we dwoje. Najpierw rafa. Belize szczyci się tym, że ma podobno druga po australijskiej największą i najpiękniejszą rafę na świecie. Chyba nie w tym miejscu. Jest OK, ale głowy nie urywa.

img_6919

Jeżeli chodzi o rafę koralową, w zasadzie to trudno mi dogodzić. Pierwsza i w zasadzie najpiękniejsza jaką widziałem była… w Egipcie – w Marsa Alam. Zaraz przy hotelu. Była przecudna! Morze czerwone ma dla mnie najpiękniejszą rafę świecie. Nie pobiły jej: Floryda, Hawaje, Borneo. Nie pobiło jej też Belize. Australia jeszcze przede mną. W każdym razie, wycieczka zdecydowanie warta swojej ceny.

img_6944

Druga atrakcją była tzw. Shark Ray Valley – miejsce, w którym roi się od 1-2 metrowych rekinów (nurse sharks) i płaszczek. Nie są to może żarłacze ludojady, ale robią wrażenie. Szczególnie kiedy stoi się wśród 10 rekinów pływających wokoło. Podobnie płaszczki. Są duże, piękne, niesamowite. Tak inne od wszystkiego co znamy. Patrząc na nie, zastanawiałem się jak powstał taki ewolucyjny psikus. W wodzie spędzamy ładnych parę godzin. Siedzimy aż skóra staje się pomarszczona i biała. Wychodzimy na łódkę tylko, żeby się nasmarować kremem i napić wody pakowanej tutaj w 100 ml torebki, w których odgryza się rożek i wysysa z nich wodę. To dwie najważniejsze rzeczy tutaj: woda i krem z filtrem – min. 30 SPF. Inaczej marny koniec.

img_7048

Kiedy mieliśmy wracać, nasz kapitan Ninja (taką miał ksywę) oznajmił, że coś się zepsuło w silniku. Zaczął coś tam grzebać, nie chciał pomocy, wiec mieliśmy ekstra dwie godziny na opalanie. Dobrze się złożyło, w Caye Caulker nie za bardzo jest gdzie się opalać. Plaż jest w zasadzie mało, a to co jest to de facto przetrzebione namorzyny i średnio jest gdzie się położyć i poleżeć. Przy okazji konsumujemy przepyszne schłodzone owoce: mango, papaje, arbuza i banany. Niebo w gębie! Do przyjazdu tutaj uważałem, ze papaja to byle jaka, mączysta, miękka, słodkawa marchewka. Jakże bardzo się myliłem. To co tu rośnie (dokładnie na stałym lądzie, w CC nic nie rośnie) to ambrozja. Po lokalnym mango – numer dwa. Ex aequo z tutejszymi bananami.

img_9569
Łapiemy localsa, który jeździ rowerem z przyczepionym kufrem i sprzedaje kurczaka z ryżem, krokiety z małży, ryby i cośtam jeszcze. Bierzemy na obiad wszystkiego po trochu, siadamy na pomoście i próbujemy. Popijamy piwem, które można tu dostać wszędzie i jakimś sztucznym sokiem, który dostaliśmy do obiadu.

img_9539
Po sjeście w hamakach, czytaniu Lonely Planet i planowaniu dalszej podróży idziemy na rowery. Hostelowe rowery to stare, zdezelowane, hipstersko-rastafariańskie wehikuły czasu i przestrzeni. Kierownica latała do przodu i do tyłu, koła scentrowane, zostawiały wężykowate szlaczki na drodze, siodełka to jakieś strzępy z wystającymi sprężynami. W gorszym stanie być nie mogły. I tak jest idealne!

img_7067

Kręcimy się po wyspie, podskakując na dziurawych drogach. Mijamy dzieci w mundurkach wracające ze szkoły, przecinamy jakieś zalane pola. Jedziemy do ukrytej części wyspy – tu nie trafiają turyści. Tu nie ma kwater. Tu już nie jeżdżą meleksy (na całej wyspie nie ma samochodów, jeżdżą tylko meleksy). Tu mieszkają localsi. Rudery z blachy falistej, wywieszone pranie, psy na łańcuchach, śmieci, umorusane dzieci na ulicy. I tak jest pięknie. Znajdujemy sklep, kupujemy sobie po Fancie w ogromnej szklanej butelce – jak dzieci – siadamy na ramach rowerów, patrzymy na rudery i pijemy. Nie sądziłem, że taka głupota może komuś sprawić tyle radochy co mi. A jednak! Czerwona Fanta smakuje jak nasza Hellenka, nic szczególnego, ale liczy się rytuał i obraz, który pozostał w głowie.

img_7081

Wracając idziemy na mały shopping. Siri jutro płynie do Belize City, ja do San Pedro. Trzeba więc zaopatrzyć się w pamiątki. Standardowo poluje na pocztówki. Po raz kolejny stwierdzam, że na żywo to miejsce wygląda lepiej niż na pocztówkach. Siri pokazuje mi lokalne dżemy: z papai, z mango, z bananów, jakaś masa kokosowa do pieczywa. Chcę wszystko. Będzie ciężko w plecaku. Ale co tam. Siri bierze tylko jeden – przed nią jeszcze długa droga, nie dotrwa do domu. Będzie na jutro do śniadania. Bierzemy jeszcze po magnesie z etykietą Belikina, którego razem trochę wysączyliśmy: w hamaku, na pomoście, w kanoe, na łodzi, na piachu, brodząc w namorzynach. Pod wieczór lecimy do Lazy Lizard – baru dla lokalnych „piratów” na północnym końcu wyspy. Ma być ceremonialny „ostatni wspólny Belikin” – przynajmniej tutaj, kto wie kiedy i gdzie się jeszcze spotkamy. Wieczór mija szybko.

img_7060

W knajpie robi się strasznie głośno. Schodzą się localsi. Karaibskie karaoke. Połączenie reagge i rapu. Dziwne. Idziemy na plażę. Strasznie wieje, wiec siadamy na pobliskim boisku do kosza. Trybuny osłaniają nas od wiatru, można spokojnie dokończyć kolejnego „ostatniego Belikina” i pogapić się w gwiazdy. Bezchmurne niebo w nocy jest tutaj obłędne. Kolejny dzień w raju. Nic, absolutnie nic nie zepsuło mi mojego wyobrażenia o Caye Caulker. Wyspa okazała się jeszcze piękniejsza niż myślałem. Wszystko było bardziej kolorowe, bardziej intensywne niż to czego się spodziewałem. Po prostu idealne. Mile mnie to zaskoczyło, bo nie ma rzeczy idealnych, i tak jak z ludźmi – jak coś jest piękne, zazwyczaj jest puste w środku.

img_6911
Co do ludzi. Nie żebym był fanem Mrożka, ale kiedyś w liście do Lema trafnie wyróżnił dwie grupy ludzi: „po jednych zostaje Ci nuda i jakby zakalec w głowie, a po innych Ci żwawiej i świat jakiś ciekawszy i godzien uwagi”. Na wyjeździe spotykałem tylko tych drugich. Zdałem sobie też sprawę z jednego – na każdego poznanego w życiu „zakalca”, przypada co najmniej dwójka takich żwawych i ciekawych. To właściwe proporcje.

Caye Caulker to mój prywatny raj. Przesycony wspomnieniami i obrazami, które zabieram ze sobą do domu, ale nigdy nie będę ich w stanie nikomu opowiedzieć i wytłumaczyć. To wspomnienia i obrazy wyspy kolorów, uśmiechów i ciepła. Po prostu trzeba tu przyjechać, żeby się przekonać samemu. Nie ważne czy uciekasz, czy szukasz. Tutaj zgubisz to co chcesz zostawić daleko za sobą i znajdziesz to czego zawsze szukałeś.

Caye Caulker, Belize