Widok na Cecerleg Tsetserleg ze wzgórza Bulgan Uul, Arkhangai, Mongolia

Cecerleg. Krótka przerwa w podróży

Noc jak z filmu grozy. Zatrzymaliśmy się w środku nocy, nie wiadomo gdzie, dookoła ciemność. Kilka kroków od auta przepaść z huczącą gdzieś w dole rzeką Chuluut. Przez całą noc dochodziło nas ujadanie psów. Nie wiem już kiedy psy naprawdę szczekały, a kiedy mi się śniły. Takie warunki nie sprzyjają spaniu. Wstaję więc skoro świt. Jest zimno, szaro i ponuro. Nad nami ciężkie ołowiane chmury. Ciszę smętnego poranka przerywa stado krów przeprawiające się przez rzekę. – Ale jak, skoro jesteśmy nad przepaścią!? – otwieram namiot, rozglądam się po okolicy i prawie zataczam ze śmiechu. To „straszliwe urwisko” ma jakieś półtora metra głębokości, a ta „czarna przeraźliwie rwąca” woda sięga krowom do kolan. Oto jak wariują ludzkie zmysły w nocy, zmęczone i przestraszone.

Dolina rzeki Chuluut w Mongolii

Biwakowanie w Mongolii - Dolina rzeki Chuluut

Korzystam z bliskości rzeki i myję wszystko co jest w samochodzie. Po całodziennej jeździe, standardowo wszystko jest brudne. Jemy śniadanie i ruszamy dalej. Ula wyraźnie nie jest w formie. W sumie to nic dziwnego, jesteśmy oboje zmęczeni i niewyspani. Oczywiście żadnego mostu nigdzie tu nie ma. W świetle dnia odnajdujemy więc jakieś ślady i ruszamy na zachód wzdłuż rzeki i ciągnącej się w oddali drogi asfaltowej. Na maps.me oczywiście tej drogi nie ma, ale cały czas przybliżamy się do asfaltu. Widoki są przepiękne. Ogromna dolina otoczona ze wszystkich stron górami. Pośrodku wije się rzeka. Jej starorzecze jest soczyście zielone. Porośnięte krzakami i drzewami. To nowość.

Jazda doliną rzeki Chuluut Mongolia

Dolina rzeki Chuluut - Mongolia

Do tej pory jedyna roślinność, jaką widzieliśmy w Mongolii to trawa, ewentualnie sięgające kolan krzewy. Tutaj natura zaczyna sobie poczynać coraz odważniej. Krzaki są coraz wyższe i stopniowo zamieniają się w drzewa. Nie wiadomo kiedy zmienił się klimat. Ze stepów wjechaliśmy w góry. Jest chłodno, momentami wręcz zimno. Chłód potęguje spora wilgotność w powietrzu. Czuć, że jesteśmy na jakichś półtora tysiąca metrów nad poziomem morza. Po kilkunastu kilometrach jazdy przez pastwiska widzimy jakieś zabudowania i most! Prawie skaczę z radości. Kiedy wjeżdżamy na asfalt, niemal go całuję. Nareszcie! Tymczasem Ula wyraźnie czuje się coraz gorzej. Próbuje spać, jest zmęczona i blada. Sprawdzam mapę i postanawiamy jechać do Cecerleg (Tsetserleg) – stolicy ajmaku – tam muszą mieć kable do iPhone’a. Potem dopiero możemy myśleć o jeździe dalej. Zawijamy więc na wschód i mkniemy po asfalcie. Slalomem mijamy dziury, wyboje i koleiny. Kilka razy znika również asfalt, ale po godzinie jesteśmy już w Cecerleg.

wjazd do Cecerleg czyli Tsetserleg od zachodu, Mongolia

Cecerleg Tsetserleg - stolica ajmaku Arkhangai Mongolia

Miasto zaskakuje swoim rozmiarem. To chyba największe miasto, na jakie trafiliśmy od wyjazdu z Ułan Bator. Mimo rozmiarów, od razu wydaje się bardzo przyjemne. Rozlewa się na wzgórzach pomiędzy skałami. Rzędy domków z kolorowymi dachami zamkniętymi razem z gerami w szachownicy płotów sprawiają wrażenie porządku i ładu. Docieramy do centrum i znajdujemy bazar. Ula śpi więc, zostawiam ją w aucie i lecę do sklepu szukać kabli. Dostaję je w pierwszym stoisku z elektroniką. W końcu to stolica ajmaku. Na wszelki wypadek, kupuję od razu dwa. Od tej pory będziemy je uważnie obserwować. Kiedy zadowolony wracam do auta, Ula prawie nieprzytomna. Nie kontaktuje, boli ją brzuch, ma nudności. Zatrucie pokarmowe. A więc przystanek. Kręcimy się po okolicy i szukam jakiegoś noclegu. W takim stanie dalsza jazda to samobójstwo.

Ulice Cecerleg Tsetserleg - ajmak Arkhangai Mongolia

Nie ma nigdzie wifi, znajduję więc na mapie opisywany w Lonely Planet Fairfield Guesthouse. Pensjonat w stylu europejskim, więc spanie w łóżkach, nie w gerze, ciepło, bieżąca woda, pościel. Do tego na dole piekarnia, a w niej włoska kawa, sałatka cezar i chilli con carne. A więc chyba ostatnie miejsce, jakie chcieliśmy odwiedzić w Mongolii. Ale teraz tego potrzebujemy. Pensjonatu, nie chili con carne. Zanoszę Ulę do pokoju a sam zaczynam poszukiwania apteki i lekarza. Jestem w stałym kontakcie z bratem Uli, który w Polsce próbuje skontaktować się z ubezpieczycielem. Cały czas krążę po mieście, pomiędzy hotelem a sklepami w poszukiwaniu czegoś, co Ula będzie mogła wypić lub zjeść. Bezskutecznie, znalezienie czegoś „lekkiego” – czyt. bez baraniny lub mleka – w Mongolii graniczy z cudem. Pozostaje kisiel i herbata. Niestety to okazuje się za mało. Ubezpieczyciel zawodzi i przez cały dzień „sprawdza” gdzie możemy się zgłosić do lekarza. Jest sobota a ogromna firma nie może się skontaktować ze swoim przedstawicielem w Mongolii. Rano, po nieprzespanej nocy, kiedy Uli grozi konkretne odwodnienie, wzywamy karetkę.

Tłumaczenie z polskiego na mongolski przy pomocy Google Translate pomogło nam się dogadać z lekarzem

Przyjeżdża po jakichś dwóch godzinach i po oględzinach jedziemy z Ulą do szpitala. Mongolska służba zdrowia nie jest czymś, czego każdy podróżnik chciałby doświadczyć, ale nie jest tak źle jakby się mogło wydawać. Największym wyzwaniem okazuje się wytłumaczenie lekarzom, co się stało. Objawy, co jak, od kiedy i tak dalej. Trochę pomaga super miła pani z hotelu, ale w końcu i ona nie jest w stanie tłumaczyć z angielskiego. Odpalam więc tłumacza Google i tłumaczę na mongolski bezpośrednio z polskiego, pokazując lekarzom ekran telefonu. Ci zaczynają się śmiać, bo oczywiście tłumaczenie nie jest idealne i zapewne widzą bzdury. To nieco rozluźnia atmosferę. Diagnoza: silne zatrucie pokarmowe. Pierwsze pytanie lekarza: czy jedliśmy jajka. Tak, ale oboje. Widocznie pech trafił na Ulę. Zdaję sobie sprawę, że dbając o jedzenie i higienę podczas dość trudnych warunków biwakowych, popełniliśmy kardynalny błąd. Pomimo, że większość jedzenia wzięliśmy ze sobą z Polski, tu kupiliśmy najbardziej ryzykowne – jajka! Brawo my.

Głowny Bazar w Cecerleg Tsetserleg - kupić można tu wszystko. Mongolia Arkhangai

Po kilku kroplówkach jest lepiej. Piękny słoneczny dzień spędzamy w szpitalu w Cecerleg. Wychodzimy po południu, Ula ma leżeć i odpoczywać, a ja wykupić jej lekarstwa. Jest niedziela, ale w Mongolii praktycznie wszystkie sklepy są otwarte. Kiedy Ula śpi po wzięciu leków, ja postanawiam coś w końcu zjeść. Oczywiście pierwsze kroki kieruję na bazar. Nie wiem czy to przez zmęczenie, czy spięcie, nie jest tak jak zwykle. Zazwyczaj już na wejściu na bazar zachowuję się jak w transie. Wszystkiego muszę powąchać, dotknąć, dokładnie obejrzeć. Tu jakoś trudno mi cokolwiek znaleźć. Wszystko wydaje się nie takie. Fakt, że mało tu świeżych warzyw, pięknie poukładanych w kształtne piramidki. Tu rządzą słodycze – przeważnie z Chin, ale są nawet „Bon o bon” z Argentyny! Oprócz tego mięso, w większości niewyględne. Do tego plastik i chemia. Nawet moja ukochana część każdego bazaru – nabiał – nie sprawia tyle radości co zwykle.

Stoisko z nabiałem na bazarze w Cecerleg, Tsetserleg - prowincja Arkhangai, Mongolia

To chyba jednak nie moje samopoczucie. Wschodnioeuropejskie i kaukaskie bazary w kwestiach nabiału są absolutnie nie do pobicia: Wilno, Ryga, Lwów, Moskwa, Kiszyniów, Tiraspol, Erywań, Batumi… Wszędzie tam unosi się odurzająco piękna woń mleka, masła, serów. Im dalej na wschód, tym zapach bardziej się zmienia. O ile w Azji centralnej – w Ałmatach, Biszkeku czy Oszu – można jeszcze trafić na świeży nabiał, o tyle tu w zasadzie nie istnieje coś takiego. Dramatyczną reputację kulinarną Mongolia zyskała między innymi właśnie dzięki nabiałowi. Oprócz herbaty zaprawianej słonym mlekiem i zjełczałego masła jest jeszcze aaruul. Obok borcu – pociętego w płaty, wysuszonego mięsa – to podstawa kuchni mongolskiej. Mongolski twaróg. Placki zrobione z wysuszonego na słońcu zsiadłego mleka. Krowiego, koziego, owczego lub pomieszanego. Różnią się wielkością, kolorem, kształtem i smakiem, w zależności od regionu. Aaruul jest praktycznie niezniszczalny, wysuszony może leżeć i leżeć. W smaku słodko-kwaśny, bardzo intensywny i mleczny, wykręcający usta. Zapach, jaki unosi się na stoisku z nabiałem to właśnie aaruul do potęgi. Jakby ktoś kiedyś zalał całą halę mlekiem i zamknął na całe, upalne lato…

Jedzenie na bazarze w Cecerleg, Mongolia to jedna wielka niespodzianka

Chuuszuur czyli Khuushuur - jedno z firmowych dań mongolskich

Jakoś chyba nie mam dziś szczęścia do bazaru. Siadam w jednym z barów i z menu, wybieram coś najdroższego, kompletnie nie mając pojęcia, co dostanę. Postanowiłem zrobić sobie niespodziankę. I chyba mi się udaje. Na stół wjeżdżają zimne udka z kurczaka smażone na głębokim oleju, jakieś surówki oraz ryż ułożony w „gwiazdki” z kropeczkami keczupu na wierzchu. Rozczuliło mnie to, ale było kompletnie niezjadliwe, więc musiałem dojeść w drodze do hotelu. Niewinne okienko, kuchnia, w której serwuje się tylko dwa dania: buuz i chuuszur. Pierwsze to pampuchy z mięsem robione na parze, drugie to pierożki z tym samym mięsem, smażone na głębokim oleju. O tym, że to TO miejsce świadczą panie, które nie rozumieją żadnego języka poza mongolskim, brak jakiegokolwiek menu oraz wielki kawał przepięknej baraniny, z którego kroją mięso, po czym nadziewają nim placki, które wjeżdżają od razu do gara z olejem. Bez wahania pokazuję na dwa ociekające tłuszczem chuuszury i zachwycony pochłaniam je aż mi się uszy trzęsą.

Muzeum ajmaku południowochangajskiego Arkhangai w Cecerleg, Tsetserleg - Mongolia

świątynia Galdan Zuu Cecerleg, Tsetserleg - Arkhangai Mongolia

Ula czuje się coraz lepiej, ale wciąż leży i odpoczywa. Postanawiam więc pospacerować po okolicy. Korci mnie szczególnie świątynia Galdan Zuu z wielkim posągiem Buddy oraz wznoszące się za nią wzgórze Bulgan Uul. Góruje dumnie nad całym miastem, na jego skałach znajdują się buddyjskie inskrypcje. Po drodze mijam muzeum ajmaku północnochangajskiego (Arkhangai). Mieści się we wspaniale odrestaurowanym kompleksie świątynnym Zayain Gegeenii Süm, zbudowanym w 1586 roku, który cudem uniknął zniszczenia podczas stalinowskich czystek lat trzydziestych. Korci mnie, żeby wejść, ale niestety jest już za późno. Muzea w Mongolii zamykają się około 17:00. Mogę jedynie pokręcić się uliczkami naokoło świątyni. Podziwiam więc przepiękne zdobienia, dachówki, drewniane ganki i ruszam na wzgórze.

wejście do świątyni Galdan Zuu w mieście Cecerleg, Tsetserleg w prowincji Arkhangai, Mongolia

Swiątynia Galdan Zuu i wzgórze Bulgan Uul w mieście Cecerleg, Tsetserleg w prowincji Arkhangai, Mongolia

Wejście do świątyni prowadzi długimi schodami pod górę. Po drodze mijam pagody, dzwony. Buddyzm zachwyca mnóstwem detali, kształtów, kolorów. Wszystko jest tu przemyślane a jednocześnie ujmuje swoim wyszukaniem i rozmachem. Mijam Buddę spoglądającego na miasto i idę pod budynek świątyni. Kiedy i ta okazuje się z zamknięta, rusza pod górę – na wzgórze. Początkowo idę ścieżką, która wkrótce znika gdzieś pod skałami. Ciekawi mnie ogromna ilość kruków krążących gdzieś po drodze pomiędzy skałami. Kiedy podchodzę bliżej, oprócz nich, dostrzegam kilkanaście sokołów krążących w pobliżu. Okazuje się, że z tyłu za świątynią znajduje się ovoo. I to chyba dość często odwiedzane. Oprócz kamieni, wstążek z modlitwami, naokoło leży dużo butelek powódce oraz dziesiątki bochenków chleba, nad którymi krążą kruki, gołębi i inne ptaszyska. Nad tym wszystkim sokoły.

Sokół w drodze na wzgórze Bulgan Uul w Cecerleg, Tsetserleg Arkhangai, Mongolia

Dalej nie ma już żadnej drogi. Przecież ktoś tam musiał wejść i namalować inskrypcje na skale. Postanawiam więc podejść jeszcze kawałeczek. Hop siup, jeden kamień, drugi, kolejny. Tylko żeby złapać lepszą perspektywę miasta. Następny i następny. Jakaś szczelina, muszę się cofnąć, naokoło, tu się złapać, tam przytrzymać, to o krzak, tam zaprzeć. Jeszcze kawałek, do tego obrazka. Tamten kamień. – O! Tamta chorągiewka i już – okłamuję sam siebie. I jeszcze kawałek, hop, siup! W końcu wdrapuje się w trampkach na samą górę. Odwracam się a pode mną przepiękny widok na Cecerleg rozłożony w rozległej dolinie, wzgórza naprzeciwko i góry gdzieś w oddali.

Widok na Cecerleg Tsetserleg ze wzgórza Bulgan Uul, Arkhangai, Mongolia

Widok na ulice Cecerleg Tsetserleg ze wzgórza Bulgan Uul, Arkhangai, Mongolia

Siadam na skale i chłonę okolicę. Jest cieplutko. Z dołu dochodzi stłumiony lekki miejski zgiełk. To nie do wiary, ale bardziej słychać jednak ludzi niż pojedyncze samochody. Dzieciaki grające w piłkę, śmiejących się ludzi. Mam wrażenie, jakbym miał mikrofon kierunkowy. Gdzie nie spojrzę, stamtąd dochodzą inne odgłosy. Nad tym wszystkim ćwierkają wesoło ptaki, brzęczą muchy. Jakby to górskie powietrze przenosiło dźwięk lepiej niż gdzie indziej. Do tego widok. Miasto złożone z siatki ulic, wzdłuż których rozciągnięte są kolejne podwórka. Otoczone ze wszystkich stron drewnianym płotem sprawiają wrażenie małych grodów warownych. I te różnokolorowe dachy. Schodzą ze mnie nerwy ostatnich dwóch dni. Latanie po szpitalu, lekarzach, aptekach. Mimo całego tego wariactwa, właśnie dzięki tej chwili – kiedy siedzę tu na górze i patrzę na spokojne miasteczko – Cecerleg zapisze się jakoś wyjątkowo w moich wspomnieniach.

Konie na stepie w okolicach Tsetserleg - Mongolia

Droga z Tsetserleg na północ do Erdenmandal - Mongolia

Na drugi dzień Ula czuje się dobrze. Wszystko jak ręką odjął. Musi tylko być na lekkiej diecie. W Mongolii oznacza to, że ma przerąbane. W zasadzie jedyne, co może jeść to precelki i kisiel i słoiczki dla niemowlaków, o które akurat też łatwo nie jest. Znajduje jeszcze jakąś suszoną zupę dla dzieci. Musi wystarczyć. Przed odjazdem, trzeba jeszcze wymienić pieniądze, bo nieoczekiwany nocleg i szpital nieco nadwyrężyły nasze finanse. Prawie godzinna kolejka w banku i jesteśmy gotowi. Nasz cel to jezioro Chubsuguł (Khövsgöl Nuur) – mniejszy brat Bajkału, położony zaledwie 100 kilometrów od niego. Ruszamy na zachód asfaltem, potem zjeżdżamy z niego na północ i kierujemy się na przełaj, przez góry i doliny aż do kolejnej głównej drogi w kraju, biegnącej równolegle jakieś 150 kilometrów na północ.

podróż-przez-bezdroża-Mongolii-okolice-Erdenmandal

Góry w okolicy Rashant, ajmak Khovsgol, Mongolia

Mijamy rozległe łąki, po których pędzą stada przepięknych koni. Pasterze gnają jaki, owce i kozy. Wokół gerów rozsianych po dolinach, powoli toczy się życie. Wokół leżących przy drodze resztek owcy ucztują sępy. Te paskudne, padlinożerne tchórze zawsze kojarzyły mi się z pustynią. W zasadzie otoczenie zamienia się z powrotem w pustynię. Robi się coraz bardziej gorąco i sucho. Zatrzymujemy się przy rozklekotanym Priusie. Auto wypakowane po brzegi. Trzech starszych panów: Jeden kompletnie pijany śpi na trawie, dwóch nerwowo stara się odpalić auto. Próbujemy się dogadać, tłumaczą, że samochód umarł. Odpalam, wszystko miga i świeci się na czerwono, pojawiają się napisy po japońsku. A jak! Najpopularniejsze auto w Mongolii to właśnie Toyota Prius – sprowadzana z Japonii. Jest ich pełno i są wszędzie: w miastach, na pustyni, w górach, stepach. Dosłownie wszędzie. Proponuję, ze zabierzemy ich do najbliższego miasteczka, żeby wezwali pomoc. Na szczęście korzysta tylko dwóch trzeźwych. Ten pijany śpi dalej. Pewnie ma pilnować auta. Docieramy do miasteczka Erdenmandal. Znowu niemiłosiernie rozjeżdżone, kolorowe dachy, wiatr, pustka. Kolejna zapomniana przez boga osada pośrodku niczego. Zostawiamy panów, którzy bardzo wylewnie nam dziękują i jedziemy dalej.

Jargalantyn Am - Kamienie Jeleni - czyli deerstones - w Dolinie Khannui Valley - Mongolia

Jargalantyn Am - Kamienie Jeleni - deerstones - w Dolinie Khannui Valley - Mongolia

Kilkanaście kilometrów dalej rozpoczyna się dolina Khannui (Khannui Valley) – jedno z najciekawszych miejsc w Mongolii, odwiedzane sporadycznie, bo leży z dala od głównych szlaków. Tak się złożyło, że nam jest jak najbardziej po drodze. Zatrzymujemy się przy Jargalantyn Am – pozostałościach XIV-wiecznych ruin kompleksu wykorzystywanego w jakichś prastarych rytuałach. Oprócz dziesiątek ovoo – kopców modlitewnych z kamieni, znajdują się tu kopce ułożone z końskich czaszek. Pośród ruin odnaleziono 24 kamieni jeleni (deerstones). Tym samym Jargalantyn Am jest jednym z największych ich skupisk w Środkowej Azji. Kręcimy się pomiędzy kupkami gruzu i oglądamy kolejne przepięknie zdobione obeliski skalne. Znowu muzeum na świeżym powietrzu, gdzie można do woli DOTYKAĆ tych kamieni, jakbyśmy się chcieli uwiązać w czasoprzestrzeni. Przekonać, że one naprawdę tutaj są, istnieją, czekały na nas te 700 lat. Tak łatwo przeoczyć to miejsce. Przeczytałem o nim zupełnie przypadkiem, maleńką wzmiankę w Lonely Planet, gdzieś w ramce. Tymczasem, mamy przed sobą prawdziwy skarb. I możemy się nim cieszyć bez żadnych ograniczeń.

Góry na granicy prowincji Khovsgol i Arkhangai Mongolia

Ovoo w górach na granicy prowincji Khovsgol i Arkhangai Mongolia

Dalej droga wspina się w góry. Robi się coraz zimniej i ciemniej. Naokoło zielono. Pojawiają się drzewa – piękne, soczyście zielone syberyjskie świerki. Mijamy kolejne ovoo z kamieni i kopce z końskich czaszek. Na górze zaczyna nawet padać deszcz. Inny świat. Zjazd z góry to wąska, poorana korzeniami droga przez gęsty las. Widok drzew kłuje w oczy. Po prawie dwóch tygodniach przerwy, wydają się tak nierzeczywiste i nienaturalne. Nie na miejscu, zupełnie jakby ktoś je tu powtykał od tak. Nie trwa to jednak długo. Zaraz za lasem, wyjeżdżamy na sawannę! Prawie… sucha dolina porośnięta trawą i wyschniętymi krzakami. Od czasu do czasu kępki drzew niczym oazy. W oddali przepiękne, dotychczas niespotykane góry. Suche, skaliste zbocza upstrzone pojedynczymi krzakami. Bardziej przypominają Kalifornię czy Arizonę niż środkową Mongolię. A dopiero co byliśmy na pustyni, w stepie, w górach.

Dalkhayn Dugang - przejazd przez rzekę Selenga - ajmak Khovsgol Mongolia

Dalkhayn Dugang - dolina nad rzeką Selenga - ajmak Khovsgol Mongolia

Dojeżdżamy do głównej drogi. Ostatnia prosta. Gdzieś za oazą drzew jest rzeka, na niej most. Kiedy podjeżdżamy do samej rzeki – rwącej, szerokiej i zapewne głębokiej – i stajemy na przybrzeżnych kamieniach, doznajemy bolesnego deja vu. Patrzymy na mapę – Tu miał być most! – Na maps.me jest zaznaczony. Drogi nie ma. Kręcimy się naokoło w poszukiwaniu przejazdu – może to zaznaczony bród – szukamy miejsca. Znowu przychodzi mi do głowy na ułamek sekundy ta głupia myśl – Forsujemy rzekę czy nie…? – Na szczęście ulatuje tak szybko jak się pojawiła. Wracamy, sprawdzamy rzekę, objeżdżamy mijane wcześniej domki letniskowe i pasterskie – są puste. Widzimy w oddali auto jadące od strony rzeki. Ruszamy za nim w pogoń, aby dopytać o most. Kiedy doganiamy go i jedziemy machając mapą, trąbiąc i pokazując, żeby się zatrzymał, ten zaczyna uciekać. Gonimy go tak przez chwilę, w końcu odpuszczamy zrezygnowani.

Most na rzece Selenga - nie było go na mapie i w GPS, ale był na rzece. Ajmak Khovsgol, Mongolia

Kiedy ja jestem już wykończony ciągłym podskakiwaniem na wybojach i szukaniem po krzakach mostu, Ula spokojnie proponuje, aby pojechać dalej, tam gdzie prowadzi jakaś ślepa – jak wskazuje mapa – drożynka. – Tam są słupy elektryczne, więc może być most – kręcimy się i skaczemy po wybojach, po chwili docieramy do nowiutkiego mostu. Wygląda jakby dopiero co został oddany. Pośrodku niczego, w krzakach. Jedyny betonowy obiekt w promieniu wielu kilometrów. Wjeżdża się i zjeżdża z niego podziurawioną, nawet nie szutrową drogą. Na maps.me przelatujemy po wodzie niczym Jezus. Mongolii po prostu chyba nie da się zakląć w podziałkach, poziomicach, kreskach, kropkach i plamach. Nie da się przenieść jej na mapy. Mongolia to stepy, konie, nomadzi, WOLNOŚĆ. Ten kraj zawsze wymknie się od wszelkich prób zaszufladkowania.

Pagoda w Tosontsengel czyli Tsengel - północna Mongolia po drodze do jeziora Chubsuguł Khovsgol

Po drugiej stronie rzeki, wraca suchy step. Po krótkiej chwili jesteśmy już na drodze asfaltowej. Najmilsza niespodzianka wyjazdu. Nie spodziewaliśmy się, że droga będzie utwardzona. To znacznie przyspieszy nasza podróż. Jedziemy na zachód, mijamy miasteczko Tosoncengel (Tosontsengel), do którego zjeżdżamy tylko na chwilę, aby obejrzeć nową pagodę. W świetle powoli zachodzącego słońca miasteczko wydaje się kolorowe, żywe. Nie jest duże i trudno powiedzieć, aby cokolwiek się tu działo, ale sam fakt, że prowadzi do niego asfaltowa droga, to wygrana na loterii. Jedziemy nią dalej na zachód aż do jeziora Achimag (Achimag nuur). Jest przepięknie. W ogromnej tafli wody odbijają się przepiękne trawiaste wzgórza. Wszędzie naokoło wypasają się ogromne stada owiec. Próbujemy znaleźć miejsce na nocleg, podjeżdżamy w górę, to zjeżdżamy w dół ale straszliwie wieje i jak na Mongolię, straszny tu ruch – mamy w zasięgu wzroku co najmniej 3 gery.

Pierwszy nocleg w drzewach - na wzgórzu nad jeziorem Achimag, północna Mongolia - po drodze do Moron

Nocleg nad jeziorem Achimag, północna Mongolia - po drodze do Moron

Kawałek dalej wzdłuż drogi dostrzegamy łagodne wzgórza porośnięte rzadkim lasem. Odbijamy na pola, mijamy stada owiec i pniemy się w górę po łagodnym zboczu. Okazuje się, że pod trawą są rzędy gigantycznych rowów, jakby ziemia była tu zaorana jakimś gigantycznym pługiem. Auto skacze jak na sprężynach, lata wszystko, nawet przy jeździe 5 km/h. W końcu docieramy do skraju lasu. Znajdujemy jakiś w miarę płaski kawałek ziemi i rozbijamy się na środku ścieżki. Nie spodziewamy się, aby ktokolwiek tędy jeździł. Jedyny ruch w okolicy to krowy wracające pod wieczór z pastwiska. Namiot jest pomiędzy drzewami, więc panuje w nim przepiękny świerkowy zapach. Miło znowu być wśród drzew. Robi się chłodno, więc ubieramy się i przy gorącej herbacie siadamy i patrzymy jak wzgórza na zachodzie stopniowo pochłania pomarańczowa potem różowa łuna. W końcu całą okolicę ogarnia zmrok a my gramolimy się do namiotu i zasypiamy pośród odurzającego aromatu iglaków.

Gdzieś nad jeziorem Achimag, północna Mongolia