Canon del Sumidero - wysokość ścian sięga 1200 metrów - Chiapas, Meksyk

Chiapas. Góry, marimba i kakao

Tak powinno się zaczynać każdy nowy rok. Budzi nas delikatny szum fal i poranne słońce wdzierające się tuż pod gęstą palmową strzechą, pomiędzy drewnianymi żaluzjami. Świeże, cały czas rześkie powietrze, cudownie ciepłe światło. Prosto z łóżka wychodzę na plażę. Te kilka kroków przenosi mnie w jeszcze piękniejszy sielankowy świat. To miejsce daje poczucie, że ma się już wszystko i niczego więcej nie potrzeba. Kiedy spaceruję po plaży brodząc w orzeźwiającej wodzie, wypełnia mnie uczucie spełnienia. Obrazy uspokajają, wyciszają. Delikatna mgiełka unosząca się nad wodą nadaje temu wszystkiemu jakiegoś nierzeczywistego charakteru. A może ja jeszcze śpię… Dawno nie byłem w tak spokojnym, rozleniwiającym miejscu. Trudno opisać to, co Oaxaca robi z duszą. Trochę szkoda, że dziś wyjeżdżamy. Przed nami długa droga do Chiapas.

Poranek na plaży San Augustinillo - wybrzeże Oaxaca, Meksyk

Śniadanie noworoczne z widokiem na morze - San Augustinillo - wybrzeże Oaxaca, Meksyk

Nasz wyjazd trochę się opóźnia. Jeszcze tylko śniadanie. Siadamy na leżakach na plaży pośród wijących się, soczyście zielonych pnączy, w cieniu palm. Popijając aromatyczną mocną kawę i zajadając świeże owoce rozkoszujemy się widokiem. Znowu nic się nie chce. Ponoć to miejsce tak ma, ludzie przyjeżdżają tu na dzień-dwa a zostają całymi tygodniami. Oaxaca ich pochłania, wciąga i nie chce wypuścić. Stają się zakładnikami tego piękna, spokoju, ciszy. Odnajdują to, czego nawet nie szukali, bo nie wiedzieli, że takie coś istnieje. Naprawdę dużo samozaparcia kosztuje nas ruszenie w drogę. Przed wyjazdem właścicielka hotelu, usłyszawszy, że wybieramy się do Chiapas, daje nam jeszcze garść dobrych porad – Ruszajcie jak najszybciej, aby przed zmrokiem dotrzeć do Tuxtla Gutierrez. Zatankujcie tutaj i nie zatrzymujcie się nigdzie po drodze, to niebezpieczne! – na pytanie, co konkretnie jest niebezpieczne, odpowiada, że mogą nas napaść, okraść a nawet zabić, a na policję nie mamy co liczyć, należy jej wręcz unikać Nikt, nawet miejscowi, nie jeżdżą tu po zmroku. Jest niebezpiecznie.

droga z Oaaxca do Chiapas - pożary lasów - Meksyk

Droga okazuje się całkiem przyjemna. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów prowadzi pośród nadmorskich suchych lasów. Co chwila mijamy znaki ostrzegające przed panterami przechodzącymi przez drogę. Niestety, czy może na szczęście na żadną nie trafiamy. Przez jezdnie przechodzą tylko niezdarne, egzotycznie i prehistorycznie wyglądające iguany. Po wąskiej drodze jak szalone pędzą samochody. Znowu wyprzedzanie na wariata, trąbienie. Meksyk. Nagle powietrze spowija gęsta biała mgła, która dość szybko okazuje się być dymem. Wjeżdżamy na tereny, po których szaleją pożary. Niekontrolowane wypalanie łąk pustoszy konkretnie tutejsze lasy. W końcu odjeżdżamy od morza i suniemy przez coraz wyżej położone równiny. Drogę znaczą ogromne turbiny wiatrowe.

Santiago Niltepec - w drodze z Oaxaca do Chiapas - Meksyk

Po południu, niemal dokładnie w połowie drogi, dość zmęczeni i głodni postanawiamy się zatrzymać, gdzieś w wiosce Santiago Niltepec. Jest i comida, czyli jedzenie. Zbita z desek szopa, wiszące na suficie łańcuchy z kijów baseballowych, dziesiątki butelek z domowej roboty mezcalem, cerata na stołach i starsza pani przy kuchni. – Menu? – nikt tu nigdy o tym nie słyszał. Pani wymienia dwa dania, które dziś są w ofercie, bierzemy oba. Jakiś kurczak, ryż, tortille, oczywiście fasola, do tego ziemniaki. Dobre i tanie. Cały czas trochę się boimy, bo przecież mieliśmy się nie zatrzymywać. Nigdy nic nie wiadomo. Tymczasem z rzadka przechodzący obok ludzie uśmiechają się, machają. Okolica faktycznie wygląda biednie, ale nie niebezpieczne. Bieda, skromność zawsze budzą strach. Ale czy automatycznie ktoś biedny jest zły? Czy może to my „bogaci” tak sobie tłumaczymy świat, żeby jak najbardziej odciąć się od tych innych. Budujemy wokół siebie mur, od środka pomalowany na złoto, a z zewnątrz wysadzany potłuczonym szkłem i zwieńczony drutem kolczastym.

Górska droga w stanie Chiapas - Meksyk

Opustoszała droga w stanie Chiapas - Meksyk

Podobnie jest z Chiapas, który ma dość złą opinię wśród przyjezdnych, ale i samych Meksykanów. Jest tu niebezpieczne i większość złych wiadomości, które do nas dochodzą z Meksyku, jest właśnie stąd. Staramy się nie dać ponieść wyobraźni, ale już sam wjazd do stanu Chiapas jest jakiś złowieszczy. Krajobraz się zmienia, zaczynają się góry, na drogach jest kompletnie pusto, niebo spowijają ciężkie szare chmury, a do tego powoli zaczyna zmierzchać. Mijamy jakieś wioski, ale w ogóle nie widać tu ludzi. Jakby wszyscy się zabarykadowali w swoich domach. Nie widać w ogóle żadnych oznak życia. Zjeżdżamy z gór i kiedy za nami słońce zaczyna się chować za górami. Niebo wydaje się płonąć niesamowitym, przepięknym żarem. Na długiej drodze powoli mija nas stary zdezelowany skrzypiący pick-up. Kierowcą w kapeluszu, z wąsem wpatruje się w nas pustym wzrokiem. Aż przechodzą nas ciarki. Jak w jakimś horrorze. Pędzimy na złamanie karku, aby jeszcze przed zmierzchem zdążyć do Tuxtla Gutierrez. Kto wie, co tu się może stać!

Stragany z jedzeniem koło Parque de Marimba - chicharrones - Tuxtla Gutierrez, Chiapas Meksyk

Stragany z jedzeniem koło Parque de Marimba - kukurydza - Tuxtla Gutierrez, Chiapas Meksyk

Do miasta docieramy grubo po zmroku. Na szczęście ostatni odcinek to dość uczęszczana autostrada, więc unikamy dyskomfortu przebijania się przez góry po ciemku wąskimi, krętymi drożynami pokiereszowanymi przez surowe górskie warunki. Tuxtla Gutierrez jest ogromne. Światła miasta rozlewają się po całej dolinie wypełniając szczelnie każdą wolną przestrzeń. Ulice w centrum tętnią życiem, pełne samochodów i ludzi. Zostawiamy rzeczy w hotelu, samochód zatrzaskujemy za ogromną ciężką bramą w jednej z małych ciemnych uliczek obok i ruszamy do pobliskiego centrum coś zjeść. Trafiamy na kipiący energią Parque de Marimba. Setki ludzi spacerujących, jakieś pary tańczące do marimby, przedstawienia, dzieciaki latające z balonikami, ozdoby świąteczne. Wygląda to jak piknik rodzinny, tyle że w nocy. Dookoła dziesiątki straganów z jedzeniem. Właściciele naganiają, zachęcają. Najlepiej jednak działa to, w jaki sposób przygotowują swoje specjalności. Chicharrones – czyli chrupki ze świńskiej skóry, kukurydza, tamale, tacos. Wszystko tak piękne i smaczne, że nie wiemy, na co się zdecydować, więc po prostu próbujemy wszystkiego po kolei. Do tego zimne piwo i spacer po tym kipiącym energią miejscu. Strachy na lachy! Chiapas przywitał nas radością, ciepłem, pysznym jedzeniem.

Widok na Tuxtla Gutierrez - stan Chiapas, Meksyk

Następnego dnia rano wjeżdżamy na górę wznoszącą się nad miastem od północy. Droga wije się stromo najpierw pomiędzy domami, potem drzewami aż w końcu wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń, z której rozciąga się boski widok na całą dolinę i rozlewające się w niej Tuxtla Gutierrez. Ponad półmilionowe miasto, stolica stanu Chiapas wydaje się nie mieć końca. Domy szczelnie wypełniają całą przestrzeń pomiędzy górami. Z góry słychać przytłumiony miejski gwar. Szum aut, klaksony, hałas dobiegający z placów budowy. Dźwięki miasta. Po chwili, kiedy jesteśmy na szczycie wzniesienia i przejeżdżamy na jego drugą stronę, wszystko to znika jak palcem odjął. Wjeżdżamy w gęsty las, który spowijają chmury. Co chwila wjeżdżamy w białą niczym mleko mgłę.

Canon del Sumidero - przepiękny kanion - Mirador la Coyota - Chiapas, Meksyk

Pierwszy zjazd. Mirador la Coyota – punkt widokowy kojota. Kilkaset metrów pod nami zaczyna się przepiękny przełom rzeki Grijalva, czyli Canon del Sumidero, zwany po polsku po prostu – Kanion Sumidero. Szeroka rzeka, porośnięta po obu stronach gęstą dżunglą wrzyna się pomiędzy wysokie skały kanionu. Na początku przełomu skały wznoszą się powoli, stopniowo, by po kilku kilometrach sięgać ponad kilometr ponad taflę wody. Ogromne przestrzenie zachwycają. Rzeki płynącej w dole niemal w ogóle nie słychać. Jedyne dźwięki to trzeszczący w uszach wiatr i odgłosy wielkich ptaków krążących nad kanionem – sępy, orły, sokoły – ogromne drapieżniki pilnujące swojego terytorium.

Canon del Sumidero - przepiękny kanion - Mirador la Roblar - Chiapas, Meksyk

W drodze wzdłuż kanionu, do kolejnego Mirador el Roblar, czyli punktu widokowego złodziei, pogoda coraz bardziej się psuje. Jest coraz więcej chmur i przeprawa przez las zamienia się w jakąś marę senną. Znaki ostrzegające przed panterami wzmagają jeszcze nasz niepokój. Do punktu widokowego prowadzi szlak przez gęsty las. Wilgotne gorące powietrze robi się coraz bardziej świeże w miarę jak zbliżamy się do krawędzi kanionu. Niestety chmury zasłaniają widok. Płynąca w dole rzeka odsłania się co i raz na chwilę. Z gęstych chmur wyłaniają się ogromne sylwetki drapieżnych ptaków. Widok zachwyca i przeraża jednocześnie. Kiedy na naszych rękach pojawia się gęsia skórka, ruszamy dalej przez spowity mgłą, gęsty tropikalny las, do kolejnych punktów widokowych, a nuż szczęście się do nas uśmiechnie i chmury rozwieje wiatr.

Canon del Sumidero - przepiękny kanion w stanie Chiapas, Meksyk

Canon del Sumidero - przepiękny kanion w Chiapas, Meksyk

Canon del Sumidero - panorama kanionu w stanie Chiapas, Meksyk

Docieramy w końcu do końca drogi. Ostatni, największy punkt widokowy nazywa się po prostu Mirador Cañon del Sumidero. Za sporym parkingiem jest barek, toalety i wieża obserwacyjna, która w środku przypomina mały bazarek. Wszędzie, dookoła przeszklonych ścian stoiska z pamiątkami. Jak zwykle jest tu wszystko: krzyże, koraliki, indiańskie gwizdki, figurki Jezusa, Predatora, jakieś suszone owoce, kawa, kakao, słowem wszystko, co może zainteresować zwiedzających. Idziemy na górę i przyklejeni do szyby podziwiamy piękny przełom. Kanion Sumidero zakręca w tym miejscu tworząc, tzw. gęsią szyjkę. Rzeka płynie ponad 800 metrów poniżej nas. Tafle ciemnozielonej wody przecinają maleńkie łodzie zostawiając za sobą szerokie białe smugi. Żółtawe, niemal pionowe ściany kanionu pokrywa gęsta, soczyście zielona roślinność. Jakby tropikalne korzenie były silniejsze niż grawitacja, fizyka nie miała tu znaczenia. Pomiędzy ścianami i ponad kanionem szybują piękne ogromne ptaki. Kilkadziesiąt metrów wyżej niebo szczelnie zamykają ciężkie stalowe chmury. Poruszają się szybko i miarowo. Od patrzenia w górę można dostać zawrotów głowy. Z głębi kanionu podnosi się tylko rzadka mgiełka. Łaskawie możemy cieszyć się boskim widokiem przełomu. Jest majestatyczny, cichy, przepiękny.

Canon del Sumidero - rejs łodzią z Chiapa de Orzo - Chiapas, Meksyk

Kiedy wracamy do Tuxtla Gutierrez, pogoda jakby się poprawiała. Zza ciężkich chmur wyłaniają się pojedyncze plamy błękitnego nieba. Przejeżdżamy przez zatłoczone już miasto i po paru kilometrach docieramy do Chiapa de Corzo, gdzie rzeka Grijalva wpływa w góry tworząc Kanion Sumidero. Podążamy za znakami na embarcadero cahuare i już po chwili w kolejce kilkudziesięciu osób czekamy na łódkę, która zabierze nas na wycieczkę w głąb kanionu. Mamy szczęście przed nami są same wielodzietne rodziny i grupy a my jesteśmy jedyną parą – akurat usilnie poszukiwaną, bo w łodzi, która ma zaraz odpływać akurat zostały dwa wolne miejsca. Wskakujemy w kapoki i po chwili łódź jest już na rzece i zmierza w głąb kanionu.

Canon del Sumidero - krokodyl rejs łodzią z Chiapa de Orzo - Chiapas, Meksyk

Canon del Sumidero - krokodyl w wodzie - rejs łodzią z Chiapa de Orzo - Chiapas, Meksyk

Na początku rzeka przecina gęstą dżunglę porastającą dość płaskie przedgórze. Dżungla wchodzi do rzeki, przypomina wręcz lasy namorzynowe. Gęste, ciemne, nieprzeniknione i przerażające swoją dzikością. Przewodnik pokazuje nam kolejne okazy egzotycznych ptaków: śnieżnobiałe czaple brodzące w mętnych wodach rzeki, maleńkie, kolorowe zimorodki, kormorany, kruczoczarne i sępy. W pewnym momencie zwalnia i pokazuje kruczoczarnego czubacza. Kiedy tak oglądamy ptaki, nagle przewodnik wskazuje na drugą stronę łodzi, gdzie blisko brzegu pojawiają się dwa spore krokodyle – jeden leniwie leży swoim cielskiem na brzegu, drugi wystawia rozdziawioną paszczę ponad wodę. Krokodyle są dla mnie czymś niepojętym. Żyjące dinozaury, zwierzęta, które nie zmieniły się od setek milionów lat. Organizmy doskonałe – strawią wszystko, pod wodą mogą przetrzymać nawet mrozy. A teraz możemy je sobie oglądać.

Canon del Sumidero - wrota kanionu - Chiapas, Meksyk

Ściany kanionu zaczynają szybko rosnąć a my nareszcie wpływamy pomiędzy wielkie skalne imadło. Robi się coraz węziej, ciemniej i chłodniej. W końcu przed nami ukazuje się brama skalna, która przypomina nieco Argonath z Władcy Pierścieni. Po środku przesmyku dumnie krąży orzeł. To jest widok tak piękny, że znalazł się nawet w godle stanu Chiapas. To miejsce, ten obraz, to wizytówka całego regionu. Powala na kolana, zachwyca, dominuje. Spomiędzy skał wypływają kolejne łodzie, my na falach przemy do przodu, w głąb kanionu. Z dołu ściany skalne wydają się jakieś przeraźliwie czarne. Nie widać już na nich tej zieleni. Skały strzelają prawie kilometr do góry. Zaraz nad nimi rusza się szara mozaika nieba. Szeroki do tej pory kanion zamienia się w dość wąski tunel. Wydaje się jakby te skały i ciężkie chmury gdzieś tam hen wysoko naciskały na nas i wgniatały w ziemię. Takie urojone ciśnienie.

Canon del Sumidero - rejs łodzią - kapliczka i śmieci - Chiapas, Meksyk

Canon del Sumidero - rejs łodzią - christmass tree czyli choinka - Chiapas, Meksyk

Niebo niemal kompletnie spowijają ciężkie chmury, wpływamy dalej, w głąb coraz ciemniejszego kanionu. Dopływamy do skał w prawej ścianie wąwozu. Wpływamy w małą niszę, w której ze skał nad wodą wyrasta krótka stalowa drabinka prowadząca do posągu Maryjki z typowym dla krajów latynoskich złotym „pióropuszem”. Taka mała kapliczka. Szkoda tylko, że pod Maryjką pływa plama śmieci – jakaś płachta, folie, nakrętki, butelki, torebki. Znowu sfera sacrum i profanum razem szczepione w żelaznym uścisku. Kawałek dalej na pionowej ścianie kanionu przewodnik pokazuje nam christmas tree, czyli choinkę – dziwaczną formację z mchów i roślin wyglądającą jak świąteczne drzewko. W rzeczywistości to piękny mikro-wodospad, z którego kapią tysiące kropel. Kiedy podpływamy bliżej, słychać delikatny plusk kropel niesiony nad powierzchnią wody i odbijany przez echo.

Canon del Sumidero - zbiornik retencyjny Manuel Moreno Torres, znany jako Chicoasén - Chiapas, Meksyk

Canon del Sumidero - zbiornik retencyjny Chicoasén - Chiapas, Meksyk

Płyniemy dalej pomiędzy oddalającymi się od siebie ścianami kanionu. Wody jest coraz więcej, zaczyna coraz bardziej wiać. W końcu ściany się rozstępują i wypływamy na jezioro Chicoasen. Powstało ono w latach ’70 ubiegłego wieku wraz z budową 261-metrpwej zapory hydroelektrowni Manuel Moreno Torres. Przedzieramy się przez smagane wiatrem, wzburzone wody i dopływamy aż do samej zapory. Zwalniamy niedaleko brzegu przy szeregu białych bojek. Momentalnie podpływa do nas druga łódka i po chwili jesteśmy już szczepieni burtami. Sternicy witają się wylewnie, po czym panowie z sąsiedniej łódki zaczynają sprzedawać napoje, owoce, popcorn, kukurydzę, tortille, chipsy, słowem wszystko, co można chrupać, skubać, podjadać, popijać. Stoimy tak ponad pół godziny.

rejs przez Kanion Sumidero - Chiapas, Meksyk

Wygląda na to, że utknęliśmy tu. Panowie czekają chyba aż pasażerowie kupią odpowiednią ilość przekąsek i napojów. Tak się robi biznes w Meksyku. Kiedy robi się naprawdę zimno od wiatru i ludzie zaczynają marudzić. Obwoźny bufet się odczepia i odpływa. Tymczasem nasz silnik nie chce odpalić. Przez kolejne 15 minut panowie coś reperują, dłubią aż w końcu ruszamy w chmurze spalin z powrotem do kanionu. Ciemny, osłonięty od wiatru tunel kanionu wydaje się wybawieniem. Z każda minutą robi się coraz cieplej, chmury stają się coraz delikatniejsze a na nasze zmarznięte od wiatru twarze wraca czucie. Zostawiamy w tyle zimne srogie pionowe ściany i wkraczamy w coraz bardziej zieloną i ciepłą tropikalną krainę. Kiedy dopływamy do Chiapa de Corzo, z nieba znowu leje się żar.

droga z Tuxtla Gutierrez do San Christobal de las casas - stan Chiapas - Meksyk

Prostesty na drodze w stanie Chiapas - Meksyk

Z Chiapa de Corzo ruszamy w górę do pobliskiego San Christobal de las Casas. Dwupasmowa autostrada się zwęża a droga zaczyna się wić i wspinać pod górę. Przed nami pojawia się mgła. W pewnym momencie wjeżdżamy w chmury. Jedziemy w mleku, powolnym sznureczkiem aut. Przed nami coraz wolniej jedzie psychodeliczny pick-up niknący co chwila we mgle. W końcu się z zatrzymuje. Nie wiemy czy zaraz ktoś z niego nie wysiądzie z maczetą. Zła sława stanu Chiapas chyba za bardzo nam się udziela. Nic się nie dzieje. Stoimy i czekamy. Na szczęście za nami też zatrzymuje się samochód, potem następny. – Przynajmniej napadną nas przy świadkach – myślimy. Okazuje się jednak, że stoimy w korku na górskiej drodze pośrodku chmur. Co się dzieje dowiadujemy się kilka minut później, kiedy z mgły na przeciwnym pasie wyłaniają się setki ludzi wymachujących zielonymi sztandarami, maszerujących po całym pasie jezdni. Wygląda to jak jakaś armia zjaw przybywających z zaświatów. Strajk!? Pośrodku gór? Może rozzłoszczeni mieszkańcy maszerują na stolicę stanu rozprawić się z urzędnikami. Na szczęście maszerujący zdają się nie zwracać na nas uwagi i po paru minutach możemy kontynuować jazdę.

Ulice San Cristobal-de las Casas Chiapas Meksyk

Wąskie uliczki San Cristobal-de las Casas Chiapas Meksyk

Późnym popołudniem docieramy do San Cristobal de las Casas. Przepiękne stare kolonialne miasteczko położone pomiędzy górami porośniętymi gęstymi lasami sosnowymi. Wysokość robi swoje – na ponad 2500 metrów n.p.m jest już konkretnie zimno. Wszyscy są w kurtkach. Wąskie kamienne uliczki falują góra-dół, góra-dół. Ledwo się przeciskamy obok zaparkowanych aut. Nie pomaga nawet apokaliptyczna organizacja ruchu – niemal wszystkie ulice są tu jednokierunkowe. Zostawiamy samochód i idziemy się zgubić pośród tych pięknych domów, murków, bram. Błądzimy po labiryncie tych pięknych uliczek i nie możemy się nacieszyć malowniczym otoczeniem.

Spacer ulicami San Cristobal de las Casas - Chiapas, Meksyk

Widok na San Cristobal de las Casas Chiapas Meksyk

San Cristobal de las Casas to perełka stanu Chiapas. Magnes przyciągający przyjezdnych, głównie z USA i reszty tzw. zachodniego świata. To niestety odbija się na tym, co miasto ma do zaoferowania. W starych kolonialnych domkach zagnieździły się sklepy z pamiątkami, butiki i galerie z drogimi ubraniami i sztuką. Co chwila trafiamy na biura podróży oferujące wycieczki do Palenque, Cancun, czy pobliskiej Gwatemali czy Belize. Bez problemu można się stąd dostać nad jezioro Atitlan, do Antigua, Tikal, a nawet na Caye Caulker. Bardzo zła jest też oferta gastronomiczna. Trudno tu o bezpretensjonalne miejsca z prostym meksykańskim jedzeniem. Jest za to sushi, pizza, są nawet steki z Argentyny. Trafiamy na jedno wydawałoby się „zwyczajne” miejsce, ale okazuje się wielkim nieporozumieniem, typową jednostrzałową pułapką na turystów: drogą i niesmaczną – przecież i tak tu nigdy nie wrócą.

Płynna czekolada pita na rozgrzewkę - San Christobal de las Casas, Chiapas, Meksyk

San Cristobal de las Casas - Chiapas, Meksyk

W promieniach zachodzącego słońca San Christobal de las Casas wygląda jeszcze piękniej. Ponad ulicami rozciągnięte są chorągiewki w kolorach flagi meksykańskiej, które powiewają delikatnie na wietrze. Na rozgrzewkę, w kawiarni Cacao Nativa kupujemy gorącą czekoladę. Grubo mielone gorzkie ziarna kakaowca zalane gorącym mlekiem i odrobiną wody. Dosłodzone dla smaku. Czuć w nim wyraźnie ziemisty smak kakaowca, jego cierpkość, moc. Smak Meksyku. Cudownie rozgrzewający smak, bo wieczór robi się już chłodny. Miasteczko przypomina mi Antigua w Gwatemali, tyle, że wszystko jest tu o wiele bardziej zadbane i czystsze. Tylko jedna rzecz się powtarza. Indianki żebrzące na każdym rogu, sprzedające gumy do żucia, jakieś niepotrzebne rzeczy lub pledy i poncho w jaskrawych kolorach. Niestety tutaj bieda jest domeną Indian, którym ciężko odnaleźć się narzuconym przez Zachód porządku świata. Wypychani ze swojej ziemi, popychani coraz większym tempem życia nie dają razy, poddają się, przegrywają.

Iglesia de Guadelupe - San Cristobal de las Casas - Chiapas, Meksyk

To strasznie dołujący widok. Gorzka pigułka do przełknięcia. To jest cena, jaką płacą tu ludzie za to, że my ludzie z bogatego, białego świata – tego, który w naszym mniemaniu wygrał wyścig cywilizacyjny – możemy przyjechać. Tak bardzo chciałbym im pomóc. Odmienić ich los. Kupić od nich coś niepotrzebnego. Żeby mieli. Z drugiej strony jałmużna nie załatwia sprawy, gorzej, wpędza tych ludzi w uwłaczającą spiralę zależności od drugiego człowieka. Nad Chiapas zapada zmrok. Wspinamy się po długich schodach do kościoła Iglesia de Guadalupe. Siadamy pod zamkniętą na cztery spusty bramą a przed nami spod powiewających chorągiewek wyłania się nocna panorama San Christobal de las Casas. Morze ciepłych migających światełek porozrzucanych pomiędzy czerniejącymi konturami surowych gór. Gdzieś wysoko świeci księżyc w pełni. Miasto przypomina rozrzucony żar ogniska. Tysiące małych żarzących się węgielków, pulsujących gdzieś w dali. Przechodzi mnie dreszcz, na rękach wyskakuje gęsia skórka. To nie chłód, to to miejsce.

San Christobal de las Casas, Chiapas