Najwyższy pomnik Lenina w Azji Centralnej - Chodżent, Tadżykistan

Chodżent. Lenin na jedwabnym szlaku

Czysta, wykrochmalona pościel. Woda. Bieżąca woda. Do tego ciepła. W nieograniczonej ilości. Na każde zawołanie. Normalna toaleta. I jeszcze prąd w gniazdkach. Cały czas, bez przerwy. I wifi. Duszanbe to cywilizacja. Po dziesięciu dniach spędzonych w Pamirze, jawi się jako najwyższe stadium rozwoju cywilizacji. Ale też męczy. Szum samochodów, hałas, zapach spalin i ludzie, wszędzie dużo ludzi. Duże miasto. Zostawiam co cięższe i cieplejsze rzeczy w depozycie, zabieram parę drobiazgów i uciekam na północ. Mój cel to Chodżent. Zamarzyło mi się pokręcić po ulicach jednej z perełek Jedwabnego Szlaku.

Boczne uliczki Duszanbe przypominają wieś - Tadżykistan

Poza głośnymi głównymi arteriami Duszanbe jak Ajni, istnieje inny, świat. Wystarczy przejść jedną alejkę. Przemykam wąskimi ulicami pomiędzy domami z altankami porośniętymi winoroślą. Jest jak na wsi. Gdyby nie poszarpany asfalt, warkocze kabli elektrycznych i pełzające tu i ówdzie rury centralnego ogrzewania, można by pomyśleć, że to jakaś wioska w Gruzji. I jeszcze to cudowne słońce. Jednak skwar w mieście to co innego. Tu od wszystkiego bije żar – od rozgrzanych murów, od ciemnego asfaltu. Ciężko o cień. Drzewa i wijąca winorośl są odgrodzone płotami. W Wachanie można by po prostu schronić się pod drzewem. Tu od cienia wędrowca odgradza święte prawo własności. Tu – w mieście, które przez 32 nosiło nazwę Stalinabad – na cześć wodza ZSRR walczącego z wszelkim przejawem własności i indywidualizmu.

ulice Duszanbe - skrzyżowanie Ajni i Rudaki - Tadżykistan

Od głównych ulic nie da się jednak uciec. Ląduję na jednym z głównych skrzyżowań w Duszanbe – Ajni i Rudaki. Miasto robi wrażenie. Jest tu niezwykle zielono. Drzewa przytłaczają pozostałości stalinowskiego gotyku, zdają się je pochłaniać. Dziesiątki skulonych ogrodniczek pielęgnuje tysiące róż rozsianych po placach i skwerach. Pięknie pachną. Odurzająco. Są jak narkotyk. Trudno przejść obok nich obojętnie. Nie zatrzymać się, nie dotknąć delikatnych różowych płatków, nie pochylić się, nie powąchać. Miasto jest zaskakująco czyste i ładne. Tadżykistan jest najbiedniejszą spośród byłych republik ZSRR, tymczasem w porównaniu z sąsiednim Kirgistanem, stolica wypada rewelacyjnie. Główna ulica – Rudaki to zacieniona aleja, po środku której na ławkach siedzą ludzie w garniturach ze smartfonami. Z czystych, przeszklonych przystanków odjeżdżają autobusy, w których jest wifi a za przejazd płaci się specjalną kartą. Pozornie, wszystko jest na zachodnią modłę, wystarczy jednak przyjrzeć się nieco bliżej i już wiemy, że jesteśmy w starej dobrej Azji Centralnej.

ulice Duszanbe - Rudaki - Tadżykistan

W tych nowoczesnych autobusach z kartami i czytnikami magnetycznymi, oprócz kierowcy jeździ chłopak, który pobiera opłatę za przejazd. W gotówce. Nikt tu nie słyszał o biletach czy jakiejś karcie. Z otwartych drzwi nadjeżdżającego autobusu wołaniem zachęca ludzi do wsiadania. To samo przy odjeżdżaniu. Podchodzi do każdego nowego pasażera i inkasuje należność 1,20 somoni, wydając reszty z ogromnego pliku pieniędzy, który ma przy sobie. Zupełnie jak w marszrutce! Tylko na większą skalę. Tak samo jak o karcie, nikt tez nie słyszał o wifi w autobusach. Ale naklejka wygląda ładnie. Zaraz za autobusem jeżdżą auta, których kierowcy podjeżdżając do przystanku zwalniają, trąbią i pokazują jakieś cyfry – na karteczkach lub palcami – jest jedynka, trójka, ósemka. To odpowiednik autobusów – pokazują, na jakiej trasie jadą, zabierają przy okazji pasażerów za tą samą cenę, co autobus. Gdyby ktoś wolał wygodnego opla zamiast ciasnego autobusu.

Cementzawod - dworzec w Duszanbe, stąd odjeżdżają taksówki do Chodżentu - Tadżykistan

Łapię autobus 3 i jadę na północ, niemal na przedmieścia Duszanbe do fabryki cementu – Cementzawod. Naprzeciwko znajduję się dworzec, z którego odchodzą marszrutki i auta do Chodżentu. Już od wyjścia z autobusu wpadam w wir przekrzykujących się kierowców. Krzyczą jeden przez drugiego – Pajdżekent! Chodżent! Istarawszan! Pandżakent! Chodżent! Istarawszan! – i tak w kółko. Trudno cokolwiek zrobić. Robię najlepsze, co mogę w tej sytuacji zrobić. Uciekam od nich wszystkich na bok, przystaję i spokojnie oceniam sytuację. Co, jak, u kogo. Patrzę gdzie jest w miarę zapełnione auto, lub stoi grupka osób czekających na kolejnego współpasażera. Wybieram kierowcę, podchodzę i ustalam cenę. W tym czasie obskakuje nas reszta i próbuje mnie „odbić” – Sto somoni – kwota ustalona. Zupełnie nie wiem, po co pytam, kiedy ruszamy. Pada odpowiedź – Sczast’ – Teraz pozostaje mi cierpliwie czekać. Obserwuję jak kierowcy polują na kolejnych pasażerów wysiadających z autobusów.

Droga Duszanbe Chodżent - Góry Fańskie - Tadżykistan

Przepiękna Droga Duszanbe Chodżent - Góry Fańskie - Tadżykistan

Po pół godzinie jedziemy 30-letnią Vectrą w gazie. Zaraz za miastem droga wznosi się ku widocznym jeszcze ze stolicy, ośnieżonym szczytom. Po pół godziny przeciskamy się wąską nitką asfaltu przyklejoną do gołych skał Gór Fańskich. Kierowca nie oszczędza silnika. Ani moich nerwów. Wyprzedzanie pod górę, na trzeciego, klakson, dziury. Do tego sznury powolnie ciągnących pod górę, przeładowanych chińskich ciężarówek. Niedotlenione silniki wyją agonalnie pchając ogromne cielska do góry. Wraki na poboczach świadczą o tym, że nie każdemu się udaje pokonać trasę. Widoki za oknem są powalające. Góry przypominają Alpy – nie ma tu już wyschniętych na popiół zboczy Pamiru. Bogactwo wody sprawia, że góry porastają soczyście zielone krzewy. Do tego cały czas jest tu sporo śniegu, który przepięknie kontrastuje z idealnie błękitnym niebem. Powietrze robi się rzadsze i coraz bardziej świeże. Znowu góry! Dawno się nie widzieliśmy.

Tunel Anzob - Droga Duszanbe Chodżent - Góry Fańskie - Tadżykistan

Po jakiś 80 kilometrach zaczyna się koszmar. Wjeżdżamy do tunelu Anzob. Liczący ponad 5 kilometrów, nazywany jest tunelem śmierci. Zbudowany w 2006 roku przez Irańczyków za bagatela 4 miliardy dolarów miał ułatwić mieszkańcom Tadżykistanu życie, a przynajmniej połączyć dwa największe miasta w kraju. Wcześniej, aby dostać się z Duszanbe do Chodżentu trzeba było jechać przez Uzbekistan, z którym stosunki są od upadku ZSRR nie najlepsze, jechać przez przełęcz Anzob – drogą czynną jedynie kilka miesięcy w roku, nieustannie zagrożoną lawinami i osuwiskami, lub lecieć samolotem. W 2015 roku w końcu skończono budowę tuneli. Skończono to za dużo powiedziane. Zresztą trasę otwarto już w 2006 roku. Od tego czasu niezbyt wiele się zmieniło. Jest drożna, ale jej stan jest dramatyczny. Przede wszystkim działa tylko jedna, wąska, dwupasmowa nitka. Musi wystarczyć dla ruchu dwukierunkowego.

Nie ma tu żadnego odprowadzania wody, więc droga wiecznie jest zalana. Woda zalewa gigantyczne dziury tworząc pułapki. Nie ma wentylacji, więc w tunelu unosi się toksyczna gęsta chmura spalin i pyłu. Jazda z otwartym oknem to samobójstwo. Korek w tunelu oznacza śmierć przez zaczadzenie. Kierowca opowiada historie o ludziach uwięzionych w tunelu, którzy się udusili. W końcu nie ma tu oświetlenia, więc jesteśmy zdani na plamy reflektorów kierowców nadciągających z naprzeciwka. Jeżeli tylko używają świateł. Kierowcy jeżdżący przez tunel Anzob igrają ze śmiercią w każdym monecie. Na porządku dziennym jest tu szaleńcze wyprzedzanie, spychanie innych aut na bok i nagłe zmiany pasa ruchu – okazuje się, że ktoś omija dziurę, leżący betonowy kloc lub druty zbrojeniowe wystające ze ściany. Nie wiadomo, co jest pod wodą, nie wiadomo, co jest po bokach, nie wiadomo, co czeka przed nami. Dla motocyklistów i rowerzystów tunel Anzob to samobójstwo. Wielu unika tego odcinka, wybierając drogę przez góry, inni przejeżdżają go autem. Nam się udaje. Po kilku minutach jazdy w ciemności, znowu oślepiają mnie promienie słońca odbijane przez ośnieżone górskie szczyty, a w ustach pozostaje nieprzyjemny smak spalin.

Droga Duszanbe Chodżent przez Góry Fańskie - Tadżykistan

Za tunelem jeszcze wyższe góry, kolejne ośnieżone szczyty i przełęcze. Zagaduje mnie chłopak, który jedzie razem ze mną z tyłu. Na imię ma Firdaws i pochodzi z Istarawszanu. Ludzie w Tadżykistanie wykazują niesamowity głód kontaktu z przyjezdnymi. Są niezwykle otwarci, ciekawi i wykorzystują każdą okazję, żeby porozmawiać po angielsku. Nie chcą mówić po rosyjsku chcą szlifować właśnie angielski. Opowiada mi o swojej rodzinie, pyta czy jestem żonaty i ile mam dzieci. Sam ma 28 lat, żonę i trójkę maluchów. Dziwi się, że w wieku 35 lat nie mam żony ani dzieci. Opowiadam o podróżach, o tym, że przywiodła mnie tu ciekawość, chciałem zobaczyć jak ludzie tu żyją, o moich spostrzeżeniach i refleksjach. Firdaws tłumaczy starszej kobiecie, która siedzi pomiędzy nami. Ta odpowiada a Firdaws tłumaczy – Mówi, że jesteś dobrym człowiekiem – Nie wiem dlaczego, ale bardzo mnie to wzruszyło. Usłyszeć to od kobiety, która siedzi i obserwuje, słucha obcego języka, nie rozumie słów, ale czuje. Fakt, że poczuła właśnie to, jest dla mnie niezwykle wzruszający. Spojrzała na mnie z łagodnym uśmiechem starszej, mądrej osoby a ja poczułem się taki malutki. To chyba najwspanialszy komplement, jaki w życiu dostałem. Jakoś podświadomie wierzę. Czuje, że akurat ona się zna na ludziach. Potrafi ich czytać.

stragan z owocami i kurutem - Droga Duszanbe Chodżent przez Góry Fańskie

Zatrzymujemy się gdzieś na przełęczy, przy przydrożnym straganie. Właściciel od razu zaczyna zachwalać suszone morele, prażone pestki moreli i kurut. Firdaws kupuje kurut żeby mnie poczęstować. Nie przepadam za tym środkowo-azjatyckim przysmakiem, ale biorę kolejne słone i mocno mleczne kulki. Po godzinie wspólnej jazdy, przez Istarawszanem czujemy się jak starzy znajomi, jakbyśmy wiedzieli już o sobie niemal wszystko. Firdaws proponuje, żebym zatrzymał się u niego – z jego rodzicami, żoną i dziećmi. – Pokażę ci okolicę, poznasz moją rodzinę – zachęca. Ze szczerym bólem serca odmawiam, zostały mi zaledwie 3 dni, a plany mam ambitne. Obiecujemy sobie, że następnym razem przyjadę i poznam jego rodzinę. Pasażerowie stopniowo znikają. W końcu zostaję sam z kierowcą. Dojeżdżamy do zatłoczonego i głośnego rynku w Istarawszan, wysiada i coś załatwia z mężczyznami stojącymi przy starym oplu. Wraca i mówi, że on wraca do Duszanbe a oni zabiorą mnie do Chodżentu. No jasne, nie będzie przecież jechał dalej na pusto, więc zostawia mnie tutejszym kierowcom. Nie mam wyboru. To oznacza jeszcze trochę czekania, aż zapełni się kolejna taksówka. Nie przejmuje się tym wcale i rozglądam się po okolicy. Nie pytam nawet ile to może potrwać, zostawiam plecak i robię tylko zdjęcie mojej taksówki, żebym pamiętał, jakiego auta mam później szukać.

Istarawszan - wszystkie auta to Ople - Droga Duszanbe Chodżent - Tadżykistan

Po pół godzinie ruszamy starą zdezelowaną Szafirom. Północny Tadżykistan to królestwo Opli. Jeżeli ktoś się kiedyś zastanawiał, co stało się ze wszystkimi starymi Astrami i Zafirami, to tu znajdzie odpowiedź. Jeżdżą w Tadżykistanie. Na ulicach Istarawszan można znaleźć wyłącznie te dwa modele. Dosłownie. Innych aut tu zwyczajnie nie widać. We wszystkich kolorach, opcjach nadwozia i wyposażenia. Wszystkie tak samo zmęczone, zakurzone i zdezelowane. Niedrogie w utrzymaniu i dobre, bo niemieckie. Przyjechały z Europy – często kupione u nas w Polsce – aby dokonać tu swojego żywota. Po godzinie jazdy, jesteśmy w Chodżencie. Wysiadam przed gwarnym skupiskiem aut i krzyczących mężczyzn – czymś, co pełni tu rolę dworca. Próbuję znaleźć jakąś marszrutkę do centrum. Od razu podchodzi do mnie młody chłopak i zagaduje. Pyta czy pomóc, po czym pomaga znaleźć marszrutkę o odpowiednim numerze i tłumaczy kierowcy, dokąd chcę jechać.

Chodżent - po Jedwabnym Szlaku pozostało tu jedynie wspomnienie - Tadżykistan

Zostawiam graty w hostelu i ruszam na miasto. Snuję się po prospekcie Ismoili Somoni, kiedy zaczepia mnie Mani. Znowu angielski. Jakby każdy przybysz z zachodu był native speakerem. Dwudziestolatek chce pomóc, prowadzi mnie na bazar, pokazuje wszystko po drodze, tłumaczy. Przy okazji opowiada o sobie, jak studiował turystykę w Monachium, o tym, że na jesieni jedzie pracować na Słowację – w hotelu. Niesamowite jak każdy tu zasmakowawszy zachodu, za wszelką cenę chce stąd uciec. Każdy młody marzy, żeby wyjechać z Tadżykistanu. Żeby zarabiać, normalnie żyć. Robi wszystko, żeby nastąpiło to jak najszybciej. To po to szlifowanie języka, wyrabianie znajomości. Tu nie dziwi pytanie – Możesz mi załatwić jakąś pracę u siebie w Polsce – Z drugiej strony starsi tak bardzo pragną, aby ich dzieci zostały, były razem z nimi, ze swoimi dziećmi tutaj, na ziemi swoich przodków.

Chodżent - ponure blokowisko - kolorów dodaje prezydent Emomali Rahmon - Tadżykistan

Wzdłuż ulicy rosną kilkupiętrowe, ponure bloki mieszkalne jeszcze z czasów ZSRR. Ich fasady to paleta wszelkich odcieni szarego i burego. Bije od nich beznadzieja i przygnębienie. Jedynym kolorowym, żywym akcentem są ogromne plakaty z prezydentem Emomali Rahmonem i jego mądrościami. Obok bloków wyrastają budynki postawione w ostatnich dwudziestu latach. Bezkształtne, kostropate, pstrokate, brzydkie. Pawilony handlowe z plastikowymi oknami i drzwiami we wszystkich możliwych kolorach. Wyglądają jak jacyś zmutowani potomkowie komunistycznych blokiszczy. Jakby ta pstrokacizna, ten kicz miały wynagradzać ponurość ich przodków. Do tego szare bryły stalinowskich gmachów. Wszystkie te kolumny, portyki, cały ten kamień, mające sławić wszystkim dookoła potęgę Imperium. Wygląda to jak jakaś kuriozalna karykatura, koślawa mutacja swoich starożytnych pierwowzorów, które przywędrowały na te ziemie wraz z Aleksandrem Wielkim. Gdzie jest ten Orient?

Plac Panszanbe Panjshanbe - medresa na przeciwko bazaru - Chodżent Tadżykistan

Plac Panszanbe Panjshanbe – meczet i mauzoleum Szejka Muslihaddina - Chodżent Tadżykistan

Mani zostawia mnie na placu przed bazarem Panszanbe (Panjshanbe). Jeżeli gdzieś w Chodżencie pozostało wspomnienie po Jedwabnym Szlaku to chyba właśnie tu. Stoję na rozległym, wyłożonym kamieniem placu, przede mną meczet i XIV-wieczne mauzoleum Szejka Muslihaddina – miejsce pielgrzymek wiernych. Przed meczetem stoi XIX-wieczny ponad 20-metrowy minaret z cegieł wypalanych z gliny. Obok nowe budynki medres. Przepiękne niebieskie i zielonkawe kopuły odbijają promienie popołudniowego słońca. Wokół nich latają gołębie. Za budowlami wznoszą się pustynne góry. Obrazek jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Mam swój Orient. Po podejściu do medresy okazuje się, że budynki są dopiero co postawione, że to makieta. Historia Tadżyków odradza się na nowo. Powoli kiełkuje, przebija się przez grubą warstwę komunistycznego gruzu. Spod ruin imperium, całego tego stalinowskiego gotyku wyrasta coś, co definiuje tych ludzi. Określa a co przez lata było tłumione przez władzę Kraju Rad.

Bazar Panszanbe Panjshanbe – serce Azji Środkowej - Chodżent Tadżykistan

Bazar Panszanbe Panjshanbe – wnętrze - Chodżent Tadżykistan

To właśnie bazar Panszanbe (Panjshanbe) – żywiołowy, gwarny, kolorowy i pachnący świeżo pieczonym chlebem non, dziesiątkami przypraw i świeżymi owocami bazar. Gdyby nie on, Chodżent byłby kolejnym sowieckim miastem bez duszy, które równie dobrze mogłoby być położone nad Dnieprem, Wołgą czy Obem. Wciśnięty w komunistyczne gmaszysko aż kipi energią, wprost je rozsadza. Panszanbe rozrasta się, puchnie, pączkuje. Kolejne stragany pojawiają się jak kolejne komórki budujące ogromny organizm. Pojawiają się na kolejnych ulicach i uliczkach, przejmują je. Bazar pochłania Chodżent. W ogromnej hali setki stoisk ze wszystkim. Najpiękniejsze jest oczywiście jedzenie. Przechodzę kolejnymi alejkami i oglądam rzeźników wprawnie oprawiających baraninę.

Bazar Panszanbe Panjshanbe – handel - Chodżent Tadżykistan

RC Cola - bazar Panszanbe czyli Panjshanbe - Chodżent, Tadżykistan

Dalej białe góry kurutu i reszta nabiału. Świeżutkie warzywa, które przed wdzierającym się z zewnątrz upałem chroni cienka warstwa wody, którą sprzedawcy zraszają co chwila swój towar. Wszystkie te pięknie niedoskonałe zapiaszczone marchewki, ponuro-szare rzepy ze zwiędniętą nacią. Zielenina, która mimo upału dzielnie się trzyma i odurza przechodzących zapachem mięty, kolendry, pietruszki i kopru. Dalej owoce: pędy rabarbaru idealnie przechodzące z mocnego różu w bladą zieleń, delikatne i morele o jedwabistej skórce, ich odurzający zapach unosi się nad owocami ułożonymi na drewnianych tacach. W końcu specjalność całego regiony, czyli tut – morwa, która rozkochała mnie od pierwszego wejrzenia. Przepięknie błyszczące miękkie jagody przypominające szyszki. Trupioblade lub granatowo-czarne. Pyszne, słodkie i śmiesznie tanie. Są wszędzie, w dużych miskach, przykryte świeżymi liśćmi. Nie zastanawiam się nawet chwili, tylko kupuję po garści morwy czarnej i białej. Do tego kilka moreli i podjadam je co i raz przechadzając pomiędzy straganami.

Bazar Panszanbe Panjshanbe – suszone owoce - Chodżent Tadżykistan

Bazar Panszanbe Panjshanbe – tut czyli morwa - Chodżent Tadżykistan

Wchodzę do części z bakaliami. Tutaj rządzi morela. Przemykam pomiędzy górami suszonych owoców. Małe duże, żółte, pomarańczowe, z pestką i bez. Te batkeńskie, te z Uzbekistanu, te stąd, te stamtąd. Myślałem, że morele to morele. Tutaj wszystko jest inne. Zaraz za nimi duże orzechy przypominające niełuskane migdały. Pokryte jakimś białym proszkiem. Oglądam, dotykam, wącham, pani sprzedająca się uśmiecha się i mówi, żebym spróbował. Nie wiem jak się do tego zabrać, łupina jest koszmarnie twarda, więc pani z uśmiechem pokazuje, co i jak. Nożykiem otwiera łupinę, w której jest mała pestka. O intensywnym, nieco migdałowym smaku, ze znaną mi już nutą. Pani tłumaczy i pokazuje – okazuje się, że to prażone pestki… moreli. Ten biały pył to popiół, w którym były palone. Zmieszany z solą, zamienia odpadek przy wyrobie suszonych moreli w smaczną przekąskę. Dalej są inne orzechy, migdały, rodzynki. Wszystko na tym bazarze jest piękne!

Bazar Panszanbe Panjshanbe – lagman - tradycyjne danie w Azji Centralnej - Chodżent Tadżykistan

Kręcąc się po Panszanbe zdaję sobie sprawę, że od rana nie jadłem nic poza kilkoma kulkami kurutu od Firdawsa i morwami. Przysiadam w bazarowej stołówce nad drewnianym talerzem z lagmanem – klasyczną „śmieciówką” – zupą ze wszystkim i jeszcze z makaronem. Uwielbiam próbować jej w różnych miejscach. Za każdym razem jest inna, z innymi składnikami, zawsze pyszna. Siedzę tak i znad drewnianego talerza obserwuję bazarowe życie. Nawet patrzenie ta handel produktami tak zwyczajnymi i nudnymi jak cebula czy ziemniaki, tutaj przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Targowanie się, ustalanie ceny, negocjacje, oglądanie towaru, ta magia, celebra, cały ten rytuał kupna-sprzedaży. Coś, co u nas już zginęło, co bezduszne supermarkety nam zabrały. To jest cena, jaką płacimy za wygodę i czas. Samo słowo „zakupy” – jest kompletnie odczłowieczone. Nie ma w tym słowie miejsca na ludzi. Jest tylko suchy fakt. Mówiąc „idę na zakupy” nie myślimy o człowieku, tylko właśnie o „zakupach”. My u siebie chodzimy na zakupy. Tutaj się kupuje i sprzedaje. Ludzie. Człowiek sprzedaje i człowiek kupuje. Ludzie, kontakt, rytuał, więź. Coś, na co my już nie mamy czasu.

Park zwycięstwa - Chodżent, Tadżykistan

Po wyjściu z bazaru, przysiadam nieopodal, przy fontannie w mikroskopijnym parku zwycięstwa otaczającym pomnik memoriał Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jak nazywano w ZSRR Drugą Wojnę Światową. Zajadam pełne słońca, pachnące morele i słodkie morwy. Przede mną dzieciaki bawią się beztrosko przy fontannach. Ganiają się, polewają, słowem – mają beztroskie dzieciństwo. Za mną, dwie dziewczynki w mundurkach pionierów stoją wyprostowane jak struny przy pomniku ozdobionymi kwiatami. Słaniają się od słońca, ale trwają. Za kilka dni 9 Maja – Dzień Zwycięstwa. Wszystkie byłe republiki ZSRR, z wyjątkiem Bałtyków ogarnia nostalgiczny szał. Wielka Wojna Ojczyźniana i zwycięstwo nad Faszyzmem to świętość. Niesamowite, że w krajach wyzwolonych spod sowieckiego jarzma cały czas świętuję się wydarzenie, które w swojej istocie jest tak bardzo sowieckie. Barbarzyńskie, okrutne, bezmyślne, okupione milionami ofiar wielkie kłamstwo. I te dzieci…

Pomnik Rudakiego - Ismoili Somoni - Chodżent, Tadżykistan

Pomnik poety Rudakiego - Ismoili Somoni - Chodżent, Tadżykistan

Wracam na prospekt Ismoili Somoni. Niedaleko mojego hotelu – przy skrzyżowaniu z Kamoli Chudżandi prospekt zamienia się w konkretną aleję. Pojawił się nawet mały park. Kiedyś straszyły tu kamienne szkaradztwa upamiętniające wojowników o ustanowienie władzy sowieckiej w Chodżencie. Teraz, kiedy powiał wiatr zmian i Tadżycy chcą być przede wszystkim Tadżykami a nie sowietami, kamienne sowieckie pomniki przesunięto. Dziś rozsiadł się tu rozmarzony Chudżandi – poeta perski – od którego imienia pochodzi nazwa miasta Chodżent (Khujand). Znad książki spogląda w stronę przepięknych gór zamykających miasto od północnego zachodu. Na jego twarzy stopniowo pojawiają się promienie zachodzącego słońca. Zalewa go boskie światło Fergany. Tak doskonale widać, że Historia sama wybiera, co jest piękne i warte ludzkiej pamięci. Nieopodal, cień zapomnienia spowija kamienną tablicę z gwiazdą i szare popiersia komunistycznych herosów. Nie jestem fanem burzenia pomników i modelowania historii. Dziedzictwo, to dziedzictwo, jakie by nie było. Dlatego dobrze, że te pomniki zostały. Ale historia nie oszczędza. Nie daje taryfy ulgowej. Z komunizmem wygrała poezja.

Muzeum regionu sogdyjskiego - fort Chodżent - Tadżykistan

Teatr Kamoli Chudżandi - Chodżent, Tadżykistan

Nieopodal trafiam na Fort Chodżent. To w zasadzie replika fortu z XIII stulecia, który kompletnie zrównali z ziemią Mongołowie pod wodzą Czyngis Chana. Makieta jest tak ładna, że aż nierzeczywista, ale świetnie oddaje charakter twierdzy. W środku mieści się muzeum regionu sogdyjskiego, niestety jak na złość, właśnie się zamyka. Mogę więc obejrzeć fort z zewnątrz. Obok rozłożył się park z balonikami, watą cukrową, samochodzikami i wrzeszczącymi dziećmi. Jakby tego było mało – na przeciwko jest fontanna z figurą z brązu przedstawiającą perską muzę a za nią budynek Teatru Kamoli Chudżandi. Budynek to jakaś dziwna, wręcz niepokojąca hybryda stalinowskiego gotyku z motywami perskimi. Miszmasz architektoniczny, jaki tu panuje jest wprost nie do pojęcia. Z niedowierzaniem trafiam jeszcze na pomnik wilczycy karmiącej dwóch niemowlaków.

Chodżent - rzeka Syr-daria - Tadżykistan

Chodżent - rzeka Syr-daria most - Tadżykistan

W końcu docieram nad rzekę. Tu płynie Syr-daria. Razem z Amu Darią oddzielającą Tadżykistan od Afganistanu, stanowią serce Azji Środkowej – żywią ją, poją, dają zarobek, chronią, lub wystawiają na śmiertelne niebezpieczeństwo. W tej części świata wszystko zależało od tych dwóch rzek. Jest zaskakująca nieduża jak na taką rzekę-legendę. A dalej, w dół rzeki, stopniowo robi się jeszcze węższa. Na skutek bezmyślnej eksploatacji z czasów ZSRR, rzeka jest dosłownie szabrowana z wody. Kanałami odprowadzana jest do nawadniania pól bawełny, z których słynie Uzbekistan. W efekcie nie zasila jeziora Aralskiego, które można zobaczyć już tylko na starych mapach. Na tych nowszych jest już tylko kilka niebieskich plamek. To wszystko. Jezioro Aralskie praktycznie przestało istnieć. Wody Syr-darii są zadziwiająco czyste. Krystalicznie czyste płyną z gór Tienszanu oddalonych o kilkaset kilometrów i najwidoczniej pola Fergany jeszcze nie zdążyły jej pobrudzić.

droga do najwyższego pomnika Lenina w Azji Centralnej - Chodżent, Tadżykistan

Przechodzę na drugi brzeg mostem z pędzącymi autami. Przemykam jak wariat pomiędzy nimi, żeby robić zdjęcia z obu stron mostu. Kierowcy trąbią na mnie zdziwieni. Faktycznie, zapomniałem trochę jak tu się jeździ. Nikt przy zdrowych zmysłach by tutaj tak nie robił. Auta pędzą i ani myślą się zatrzymywać, przepuszczać pieszego. Szczególnie na środku mostu, bo i po co. Po drugiej stronie przechodzę przez pola, jakieś stare magazyny na tyłach kompleksu sportowego. Potem są jakieś działki i zarośnięte krzakami blokowiska. Miejsce zapomniane przez boga. Dalej gdzieś za transformatorownią i myjnią trafiam w końcu do celu – najwyższego, bo aż 22-metrowego pomnika Lenina w Azji Centralnej.

Najwyższy pomnik Lenina w Azji Centralnej - Chodżent, Tadżykistan

Historia sama wybiera. Kiedyś Lenin był patronem miasta – w końcu do 1992 roku Chodżent nosił nazwę Leninabad. Jego pomnik stał przy głównej alei, noszącej oczywiście jego imię. Teraz aleja nosi imię Ismoili Somoni – słynnego emira z perskiej dynastii Samanidów, który zjednoczył wszystkie okoliczne ziemie i tym samym został kimś w rodzaju tadżyckiego Mieszka I. To Ismoili Somoni spogląda teraz na Chodżent z wysokiego cokołu, na którym niegdyś stał wielki wódz rewolucji. Teraz Lenin, w swoim nieco kosmicznym anturażu, wygląda jak jakiś karykaturalny rewolucyjny golem pozbijany z kawałków ocynkowanej blachy. Jakiś taki zapomniany, zupełnie nie przypomina Włodzimierza Ilicza. Wydaje się jakby tam z wysoka zaczepiał bawiące się dookoła dzieci – Pssst! Chłopaki… Chcecie szerzyć komunizm?

opuszczone wesołe miasteczko w pobliżu pomnika Lenina - Chodżent, Tadżykistan

owce w opuszczonym wesołym miasteczku w pobliżu pomnika Lenina - Chodżent, Tadżykistan

Dzieciaki nie zaprzątają sobie Leninem głowy. Dookoła są ciekawsze rzeczy do roboty. Albo były. Włodzimierz Ilicz stoi w kilka kroków od starego, opuszczonego wesołego miasteczka. Wszędzie straszą pordzewiałe szkielety samochodzików, huśtawek. Obdrapane stragany wystawiają już tylko wspomnienia dawnej świetności, przykryte kurzem czasu. Wygląda to przerażająco, jak z jakiegoś horroru. Okazuje się jednak, że park działa. Kilka z atrakcji – między innymi duży bujany statek, jakieś dmuchane zjeżdżalnie, samochodziki jeżdżące po szynach i naprawdę stara, przerażająca wyglądem karuzela cały czas działają. Dzieciaki krzyczą zachwycone na huśtawkach, milczące z zachwytu kręcą się na karuzeli kurczowo trzymając rączek, zagryzają jakieś przekąski i popijają napojami o fosforyzujących kolorach. Zaraz obok, pośród wysokiej, niekoszonej trawy, pasą się owce. Chyba nie o taką rewolucję walczył Włodzimierz Ilicz. Znowu historia wygrała.

Pomnik Ismoili Somoni - Chodżent Tadżykistan

Chodżent, hotel Leninabad - relikt ZSRR - Tadżykistan

Kiedy wracam, Chodżent po upalnym dniu zaczyna odżywać. Ludzie wychodzą na ulicę, pojawiają się małe ruszty, na których lądują dziesiątki szaszłyków. Przechodzę przez chmury aromatycznego dymu o zapachu pieczonej baraniny. Kupuję zimny i niezwykle słodki kwas chlebowy i przysiadam pod pomnikiem Ismoili Somoni, tam gdzie kiedyś stał Lenin. System podświetlanych na różne kolory fontann zaczyna działać. Z głośników leci jakaś tadżycka muzyka. Z tej łupaniny słyszę tylko przewijające się „Toczikiston„. To chyba jakiś seans patriotyczny. Dookoła ludzie po prostu siedzą z lodami i patrzą na podświetlane w rytm muzyki fontanny. Równie dobrze na cokole mogłaby stać myszka miki.

Zachód słońca - rzeka Syr-daria - Chodżent, Tadżykistan

Idę przez most. Zatrzymuję się na środku i patrzę na płynącą wodę. Od zachodu, za górami tlą się jeszcze płomienie zachodzącego słońca. Chodżent powoli pochłania wieczorna szaruga, zza której nadciągają już ciemności. Zza drzew wystaje szpetna figura hotelu „Leninabad”. Zdaję sobie sprawę, że przez ten kilka dni tak bardzo odwykłem od miasta. Już wiem, że jutro wracam w góry. Uciekam z Chodżentu. Nie znalazłem tu Jedwabnego Szlaku, średniowiecznych karawanserajów, zabytkowych meczetów i medres. Nie wiem, czy te w ogóle jeszcze istnieją. Zobaczyłem typowe miasto posowieckie otrzepujące się ze swojej przeszłości, powracające do swojej środkowoazjatyckiej duszy. W tym wszystkim jest jakieś piękno. Nieoczywiste i nie łatwe do odnalezienia, ale wystarczy tu przyjechać, poszwędać się po ulicach, wejść na bazar, dać się zaczepić, porozmawiać z ludźmi, zjeść lepioszkę, zagryźć boskimi morelami o jedwabistej skórce i soczystymi morwami. Wtedy dostaniemy Chodżent. Nie ten, którego szukamy. Lepszy, bo ten prawdziwy.

Chodżent, Tadżykistan

Książki o Tadżykistanie:

Erika Fatland. Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Ludwika Włodek. Wystarczy przejść przez rzekę

Jacek Hugo Bader. W rajskiej dolinie wśród zielska

Krzysztof Samborski. Zjadłem Marco Polo

Marcin Sawicki. Morze Światła. Opowieści Tadżyckie

Marta Owczarek, Bartek Skowroński. Pod Stopami Słońca. Motocyklami po Bezdrożach Azji

Szukasz noclegów?

Zarejestruj się, żeby dostać zniżkę:

50 PLN na pierwszą rezerwację na booking.com

100 PLN na pierwszą rezerwację na airbnb

Po prostu kliknij, zarejestruj się i rezerwuj.