Piękna Wyspa Namiseom, Chuncheon, Korea Południowa

Chuncheon. Wojna, kurczaki i mydlane opery

W Chuncheon dotarło do mnie, że to już jesień. Rześki, leniwy poranek w mieście. O siódmej rano nie dzieje się kompletnie nic. Miasto jakby opuszczone. Zdaję sobie sprawę, że jest sobota. Miasto jeszcze śpi po szaleństwie piątkowej nocy. Niezupełnie. Kiedy dojechaliśmy do Chuncheon wczoraj późnym wieczorem, wszystko było już pozamykane. O 22:00 miasto już spało, może z wyjątkiem grupki ludzi, z którymi zajadaliśmy przy ulicznym straganie eomuk-tang, czyli ciasto rybne w zupie i hot-dogi na patyku posypywane cukrem. Dziś Ula smacznie śpi, a ja od rana, pod pretekstem – lecę po kawę… – latam po mieście i szukam tortu na jej urodziny. Niby nic trudnego – znaleźć cukiernie i kupić ciasto – ale nie w Azji. I to o siódmej rano. Na szczęście, trafiam na sieciówkę Paris Baguette, w której jest jeden mały tort. W sam raz na drugie śniadanie.

Urodziny w Chuncheon - Korea Południowa

Cheorwon – prawie strefa zdemilitaryzowana

Z Chunheon jedziemy na północ, do strefy zdemilitaryzowanej, do miasteczka Cheorwon. Postanawiamy zaliczyć wszystkie trzy punkty strefy DMZ w Korei Południowej: Goseong, w którym byliśmy wczoraj, Cheorwon i najsłynniejszy Panmunjeom za kilka dni, kiedy będziemy w Seulu. Jedziemy serpentynami przez góry. Tu nie ma już szerokich autostrad, a jedynie wąskie górskie drogi. Zaskakująco mało ludzi, miast i miasteczek. Ukształtowanie terenu i północny sąsiad zdecydowanie nie sprzyjają osadnictwu w tym rejonie. Nareszcie widzimy Koree bez ludzi. Niezdeptana, przepiękna natura. Można złapać oddech, jest jakoś tak bardziej po naszemu. Momentami można zapomnieć, że jesteśmy w Korei. Do czasu, aż dojeżdżamy do miasta Cheorwon.

Urodziny w podróży po Korei, Cheorwon

Prowincjonalne ale jednocześnie duże miasteczko, zostało dosłownie rozdarte przez wojnę koreańską. Podzielone na pół granicą, zamieniło się w przygnębiającą, wyludnioną makietę. Ludzie przenieśli się o kilkanaście kilometrów na południowy wschód i tam powstał nowy Cheorwon. Tutaj wojna jest nadal żywa i to jeszcze jak! Dojeżdżamy do Iron Triangle Memorial. Spodziewałem się muzeum, jak na miejsce wielkiej bitwy przystało. Na miejscu okazuje się, że to w zasadzie park rozrywki. Z wojny Koreańczycy zrobili biznes. Zarabiają na niej. Nie handlują bronią, tylko historią. Serwują wycieczki z dreszczykiem emocji. Robią z wojny przedstawienie, jakiś dziwaczny show. Do wyboru, do koloru: oczywiście obserwatorium z widokiem na Koree Północną, drugi tunel infiltracyjny wykopany przez Koreę Północną, stacja kolejowa Woljeong-ri z resztkami zbombardowanego pociągu. Rano, po południu, z lunchem lub bez, w małej lub dużej grupie, busik z klimatyzacją. A może kolejką czu-czu? Nie ma chyba nic gorszego niż zwiedzanie strefy zdemilitaryzowanej w głupawym wagoniku. Do tego wszystkiego koszulki, zabawkowe karabiny i cała reszta tandety dla turystów.

Iron Triangle Memorial - Cheorwon w Korei Południowej, początek strefy zdemilitaryzowanej

Odechciewa nam się wycieczki, szczególnie, ze i tak nie da się wjechać do strefy zdemilitaryzowanej. Przy okazji dowiedzieliśmy się dokładnie co to jest ta strefa. Otóż, właściwa DMZ czyli strefa zdemilitaryzowana jest niedostępna dla nikogo. Koreańska strefa zdemilitaryzowana rozciąga się po obu stronach linii demarkacyjnej. Jest szeroka na 4 km (po 2 km w głąb obu Korei) i długa na 238 km. Przebiega w przybliżeniu wokół 38 równoleżnika. To pewnie największe pole minowe na świecie. Jedyna opcja na wjechanie do DMZ to wycieczka do Panmunjeom – słynnego błękitnego pawilonu, niedaleko Seulu. Ponadto, za DMZ rozciąga się szeroka na ok. 20 km strefa buforowa, tzw. Civilian Control Zone. Wjazd do niej jest ściśle kontrolowany. Niby mieszkają tam ludzie, ale to raczej nie jest normalne życie. Wczoraj wjechaliśmy do strefy buforowej sami, w drodze do obserwatorium w Goseong. W Cheorwon wjazd jest możliwy tylko ze zorganizowaną wycieczką. Jedyne co możemy sami zobaczyć, to HQ czyli opuszczony budynek siedziby partii komunistycznej – czyli dawną katownię komunistów, jeszcze sprzed wojny, kiedy to Cheorwon należał do tej drugiej Korei.

Siedziba Partii Komunistycznej w Cheorwon

Siedziba partii komunistycznej w Cheorwon - koreańska strefa zdemilitaryzowana DMZ

Siedziba partii komunistycznej w Cheorwon, to budynek widmo. Przerażająca skorupa. Ruina, która wywołuje dreszcze od samego patrzenia. Fasada poszarpana, pełna dziur po kulach, ze szczelin wyzierają żywe cegły. Puste dziury po oknach, jedna wielka wydmuszka. Spacerujemy dookoła budynku, zaglądamy do przerażających, pustych korytarzy. Ruiny komunistycznej katowni są zawsze przerażające, nawet jeżeli to zwykły, rozpadający się budynek. Tak jakby całe wyrządzone tu kiedyś zło cały czas się gdzieś czaiło. W ciemnych korytarzach, pod warstwą gruzu, w dziurach po kulach. Tylko to zło i cała masa szerszeni, które latają coraz bliżej nas. Wygląda na to, że w Korei na wojnie najbardziej zyskuje natura. Przejmuje tereny, które opuścili ludzie. Powojenne ruiny tętnią życiem. Zamiast ludzi mieszkają tu zwierzęta. Pogorzelisko dostaje nowe życie.

Budynek siedziby partii komunistycznej w Cheorwon - ruiny, Korea Południowa

Budynek siedziby partii komunistycznej w Cheorwon - koreańska strefa zdemilitaryzowana

Zdążyliśmy przed wycieczką. Przed domem pojawia się duża, głośna grupa. Znowu rozłażący się, kolorowy tłum, zdjęcia, wyszczerzone zęby i skrzyżowane palce, jakiś transparent. Jakoś nie widać zadumy. Może Koreańczycy już się z wojną oswoili. Dla nich to w końcu codzienność. Taka wojna-niewojna. Może tak trzeba, żeby nie zwariować? Kiedy tak rozmyślam, zdaję sobie sprawę, że dosłownie kilkadziesiąt metrów od nas zaczyna się strefa buforowa. Żołnierze, drut kolczasty, zapora, jakieś bunkry, maskowanie i dużo znaków mówiących, że czegoś nie wolno a coś trzeba. Za szlabanem niby życie toczy się jak co dzień. Kawałek dalej zaczynają się miny i zasieki – strefa śmierci. Potem jest już tylko gorzej. Cieszę się, że mogę zaspokoić swoją ciekawość, zobaczyć jak wygląda granica pomiędzy Koreami, zerknąć na jedno z najbardziej niedostępnych państw świata. Niemal go dotknąć. Móc sobie powiedzieć – o tam, 10 kilometrów za tym polem jest Korea Północna – Chociaż samo w sobie jest to trochę głupie, bo to samo mogę powiedzieć będąc w Warszawie i pokazując gdzieś na wschód – o tam za Pragą i za Białorusią, Rosją i Chinami, o tam jest Korea Północna – Tutaj jest niby bliżej. Z drugiej strony nie mogę pojąc, jak z tego wszystkiego można robić park rozrywki. Zamieniać tragedię milionów ludzi w biznes. Ciekawe czy sami Koreańczycy to pojmują.

Cheorwon - wjazd do strefy zdemilitaryzowanej - Korea Południowa

Wyspa Namiseom – śladami Winter Sonata

Wracamy na południe do Chuncheon. Starczy nam wojny i strefy zdemilitaryzowanej na dziś. Jedziemy do pobliskiego Gapyeong, żeby dostać się na Namiseom – przepiękną wyspę w kształcie półksiężyca, położonej na rzece Han. Koreańczykom znana jest przede wszystkim z opery mydlanej Winter Sonata. Nie jesteśmy chyba fanami koreańskich produkcji telewizyjnych, ale piękna wyspa jest naprawdę pociągająca. Nasze oczekiwania podsyciły jeszcze przepiękne zdjęcia z internetu. W Gapyeong okazuje się, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł wyprawy na wyspę. Przez całe miasto ciągnie się kilkukilometrowy korek prowadzący do parkingu przy przystani promowej. Mijamy go i odjeżdżamy gdzieś naokoło. Zostawiamy auto w polu, gdzieś za miasteczkiem i idziemy jakieś 2 kilometry do przystani wzdłuż sznurów aut zaparkowanych na poboczu. Na przystani dzikie tłumy.

Wyspa Namiseom - świat serialu Winter Sonata, Chuncheon, Korea Południowa

Wyspa Namiseom - znana z serialu Winter Sonata, Chuncheon, Korea Południowa

Okazuje się, że wyspa jest czymś w rodzaju parku – Republika Naminara. Można się na nią dostać promem albo na wyciągu linowym. Po odstaniu w kolejce kupujemy bilety na prom z „wizą” na wyspę, czyli biletem. Naminara to w końcu państwo w państwie. Jest „odprawa paszportowa”, „celnicy”, „granicznicy” i inne takie. Koreańczycy lubią się chyba bawić w „zagranicę” Najwyraźniej to działa, bo razem z nami na prom wsiadają setki ludzi. Nie wiem jak to się pomieści na tej małej wyspie. Okolica jest bardzo ładna. po wybudowaniu elektrowni wodnej w pobliżu, rzeka zamieniła się w zalew. Dookoła piękne zielone góry z plamami złota, purpury i pomarańczy. Prom powoli przecina taflę wody. Zbliżamy się do Namiseon. Okazuje się, że na wyspie jest jeszcze więcej ludzi. Tłum dosłownie wylewa się z promu i rozłazi. Przeciskamy się zapchanymi alejkami. Jestem przerażony i dochodzi do mnie w co się wpakowaliśmy. Jest sobota. A Namiseom to nie tyle wyspa, co park tematyczny poświęcony chyba najpopularniejszemu serialowi w Korei. Brawo my!

Zwiedzanie Wyspy Namiseom z serialu Winter Sonata, Korea Południowa

Promenada na Wyspie Namiseom, Chuncheon, Korea Południowa

Mapka i znaki pokazują wszystkie miejsca, w których kręcony był serial. Tutaj pierwszy pocałunek głównych bohaterów, tam spacer, a tu jeszcze coś innego. Pełno serialowego kiczu. Drobno pomielonego. Staramy uciec od tłumów i cieszyć się naturą. Na szczęście większość ze zwiedzających skupia się wokół hotelu, restauracji, farmy strusi i jakichś serialowych atrakcji pośrodku wyspy. My spacerujemy dookoła nad wodą. Bez tego całego serialowego kiczu wyspa się broni. Niby zwyczajne drzewa a mają jakiś niewytłumaczalny urok. I to nie wpływ serialu Winter Sonata. Długie aleje obsadzone wysokimi sekwojami, drzewa żeńszenia, sosny, brzozy. To jest wprost wymarzone miejsce na romantyczny spacer. I takie koreańskie. Klimat psują tylko ludzie na elektrycznych triwayach.

Wyspa Namiseom, Chuncheon, Korea Południowa

Rowery wodne Wyspa Namiseom, Chuncheon, Korea Południowa

Po drodze mijamy małą przystań dla rowerów wodnych. Oczywiście w Korei nie mogły to być zwyczajne rowery wodne. Tutaj są w kształcie łabędzi. Wygląda to tak kiczowato i śmiesznie, że przez chwilę sam się zastanawiam czy to nie jest jedna z tych rzeczy, które przynajmniej raz trzeba w życiu zrobić. Widok łabędzich rowerów wodnych pląsających po zalewie jest rozbrajający. Jednocześnie jakoś dziwnie mi się to wszystko spina i do siebie pasuje. Korea to chyba stan umysłu. Mijamy pewnie większość miejsc serialowych zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy – pech. Skoro już wpadliśmy w ten turystyczny młyn, postanawiamy przynajmniej nacieszyć się przyrodą. Chyba się łapię na tą całą komercję, ale wyspa jest naprawdę piękna i jest to wszystko romantyczne. W tym prostym i tanim znaczeniu, ale czy to ważne? Na kicz można być podatnym lub nie. Ważne, że ludzie się kochają i to sobie okazują.

Zakochani na ławce, prawie jak w serialu Winter Sonata - Wyspa Namiseom, Chuncheon, Korea Południowa

Przechodzimy całą wyspę wzdłuż i przysiadamy nad wodą. Patrzę na parki siedzące na ławce, trzymające się za ręce. W tym wszystkim jest jednak jakiś miły akcent, który sprawia, że nasza wizyta na wyspie jest jednak udana. Najgorsze niestety przed nami. Kiedy wracamy, musimy się wręcz przeciskać przez tłumy. Każdy chce gdzieś zrobić zdjęcie, ludzie krzyczą, przepychają się. Tutaj romantyzm jest już stratowany i zadeptany. Tu nie ma miłości, jest tylko dziki tłum. Zamiast radości jest bezrefleksyjne robienie selfie przy jakiś dziwacznych rzeźbach i kiczowatych fontannach. Centralna aleja znana z serialu – wiemy o tym po przeczytaniu tabliczki – jest zapchana jak przejście podziemne w centrum miasta, w porannym szczycie. Wszyscy chcą mieć zdjęcie jak z serialu, niestety z tłumem chyba nie wyjdzie. Nie będzie pary spacerującej samotnie pośród pięknych drzew, tylko krzywa focia z jakimiś dwudziestoma osobami. No cóż, życie to nie film.

Aleja drzew Wyspa Namiseom, Chuncheon, Korea Południowa

Figurki na wyspie Namiseom -Chuncheon, Korea Południowa

Chuncheon – stolica dakgalbi

Powoli robi się późno i wszyscy zaczynają się zbierać. Przystań na wyspie wygląda jak obóz dla uchodźców. Tłum jest gigantyczny, nikt nawet nie próbuje się ustawić w kolejkę. Zaczyna się nerwowe przepychanie, płaczące dzieci, koszmar. Prawie pół godziny czekania i udaje nam się wcisnąć na prom. Wyspa oddala się od nas skąpana w złocie zachodzącego słońca. Cały czas nie mogę się zdecydować. Nie wiem co myśleć o tym co widzieliśmy. Namiseom, czyli sama wyspa jest naprawdę ładna. Te wszystkie alejki, drzewa, ławeczki nad wodą. Jest w tym coś co łapie za serce. Tak pięknie zwyczajne i zwyczajnie piękne. Naminara, cała ta „republika”, park rozrywki, drobno mielony serialowy kicz to koszmar. Niestety jedno z drugim jest połączone. Może jakby tu przyjechać w tygodniu, wstać wcześnie rano, pusta wyspa na pewno wywarłaby piorunujące wrażenie. Wyglądałaby tak jak na filmie. Przyjeżdżanie tu w sobotę to było ryzyko. Cały romantyzm Namiseom zadeptały tłumy. Można było tylko patrzeć na piękno dookoła i udawać, że za nami nie ma tłumów.

Dakgalbi street - Chuncheon, Korea Południowa

Dakgalbi - specjalność Chuncheon, Korea Południowa

Mieliśmy już jechać do Seulu, ale wracamy do Chuncheon na kolację. Chcemy koniecznie spróbować miejscowego przysmaku – dakgalbi czyli kurczaka na ostro smażonego z warzywami, makaronem (więcej o dakgalbi w tym poście). Danie powstało właśnie w Chuncheon jako tania alternatywa dla drogiego jedzenia w restauracjach. Trafiamy na Dakgalbi street – zagłębie niedrogich knajpek, w których siedząc na ziemi wokół dużej patelni można sobie samemu przyrządzić dakgalbi. Wybieramy jedną z tych, w których jest kolejka i opłaca się. Siedzimy na ziemi a przed nami ogromna płyta, na którą po kolei wrzucamy kurczaka, warzywa, bataty, kluski ryżowe tteoki i mieszamy specjalną szpatułką. Kelner czujnym okiem patrzy i podchodzi co jakiś czas, żeby poinstruować nas co i jak. Jedzenie jest zwieńczeniem całego ceremoniału dakgalbi. Wybieramy ostrego kurczaka z wielkiej patelni śliskimi metalowymi pałeczkami. Wciąż nie możemy uwierzyć w to co dziś widzieliśmy. Najpierw wesołe miasteczko z wojną w roli głównej, zwiedzanie strefy zdemilitaryzowanej w kolejce czu-czu, potem serialowe wesołe miasteczko zadeptane przez telewidzów. Co za kraj… Najedzeni, szczęśliwi i cali przesiąknięci zapachem smażonego kurczaka żegnamy Chuncheon i odjeżdżamy w noc. Seul czeka!

Chuncheon, Korea