Znak Czarnobyl na wjeździe do strefy wykluczenia

Czarnobyl. Jeden dzień w zonie

Budzi nas skrzypienie hamulców busa, który swoje już w życiu przejechał. Przez pękniętą szybę widać szlaban, autokary, marszrutki, jakieś samochody i masę ludzi. Kierowcy latają gdzieś w kółko z plikami papierów, pasażerowie krążą niczym rój owadów wokół swoich autobusów. Niby trzymają się blisko, ale jednocześnie jakby się rozłazili w sobie tylko znanych kierunkach. Pierwsze skojarzenie – dworzec autobusowy. Tylko nie ma nikogo kto by sprzedawał z torby piwo, napoje, jakieś jedzenie. No i ten znak radioaktywności. A obok napis „Chernobyl Tours„. Wtedy do mnie dochodzi. To już Ditiatki – punkt kontrolny. Za szlabanem rozciąga się Czarnobyl. Dokładnie to Strefa Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, popularnie nazywana Zoną. A więc dojechaliśmy!

Punkt Ditiatki - wjazd do Czarnobyskiej strefy wykluczenia, Ukraina

Przepustka do Czarnobyla - wjazd do strefy wykluczenia

Ekscytacja nie pozwala już zmrużyć oka. To przecież TO miejsce. Czarnobyl. Zaczyna się właśnie tu, w Ditiatkach. Ten szlaban to brama do innego świata. Postapokaliptycznego rezerwatu. Miejsca, które nie istnieje na mapie. Jest skończone. Przynajmniej w naszej percepcji dziejów. Nikt tu nie może mieszkać przez najbliższe kilkaset lat. W 1986 roku ludzie odebrali zonie życie. A teraz tu przyjeżdżamy. Oglądać ją. Jak do obcego kraju. Nawet więcej – jak do obcego świata! W głowie przewijają mi się setki pytań, wątpliwości, wszytko to zamienia się w jakąś dziwną ekscytację. Nie taką, jaką odczuwa dziecko przy wejściu do wesołego miasteczka. To raczej rozsadzająca od środka ciekawość. I cały czas zastanawiam się, z czym stąd wyjadę.

Punkt kontrolny Ditiatki - Czarnobyl

Moje emocje studzi znudzony żołnierz, który wchodzi do naszego busa i po kolei sprawdza paszporty oraz przepustki do czarnobylskiej zony. Żadnego przejęcia, żadnej powagi. Więcej życia mieli w sobie milicjanci sprawdzający marszrutki gdzieś w Tadżykistanie… Przejeżdżamy za szlaban i zatrzymujemy się obok autokarów. Kierowca ogłasza przerwę na łazienkę i ostatniego papierosa – w zonie jest całkowity zakaz palenia – rzuca. Palacze skupiają się więc w wianuszku przy autokarze a reszta idzie do małego domku, do toalety. Okazuje się, że czarnobylskie toalety nie różnią się niczym od tych w pozostałych częściach Ukrainy. Najbliżej im do takich dworcowych. Odruchowo wyciągam dozymetr i sprawdzam czy owe łazienki nie emitują zabójczego promieniowania, bo nie da się tam zbytnio wytrzymać. Odczyt 0,11 mikrosiwerta na godzinę. Tyle co w Warszawie… Rozglądam się dookoła. Okazuje się, że nie ma tu żadnej apokalipsy, żadnych martwych drzew, ruin, gruzu, złomu. Jest jak wszędzie. Obdrapany dom, jakaś stara Wołga, piękne błękitne niebo z puszystymi chmurami. No, jesień zwyczajna.

W Zonie - wycieczka do Czarnobyla

Po kilkunastu minutach wraca przewodniczka z zawieszkami na szyje. To dozymetry, które mają liczyć całkowity poziom promieniowania, jaki przyjmiemy podczas wycieczki. Nie mówi nam, że mają wbudowane lokalizatory GPS. – Każdy ma to mieć cały czas na szyi – instruuje i każdy z nas zakłada sobie bloczek wielkości pagera na szyję. Teraz przynajmniej mamy tą namiastkę grozy. W końcu z licznikami na szyjach, to nie jest już zwyczajna wycieczka. Pakujemy się do marszrutki. Przewodniczka zaczyna opowiadać o powstaniu zony, o katastrofie, o zagrożeniu dla życia milionów ludzi, o akcji likwidacyjnej, o wszystkich tych strasznych rzeczach, które nastąpiły po awarii reaktora, która nie powinna była się wydarzyć. Tymczasem za oknem przemyka nam przepiękny jesienny krajobraz. Wzdłuż pustej, spękanej drogi rozciąga się dziki las. Drzewa liściaste, iglaste, małe, duże, krzaki, trawa. Wszystko tak pięknie nieuporządkowane i pierwotne, że aż łapie za serce. I takie spokojne. Gdzie te nieszczęścia? Gdzie ta apokalipsa?

Czarnobyl

Znak Czarnobyl na wjeździe do strefy wykluczenia

Okazuje się, że jak to w naturze – apokalipsa jednych ozacza szansę dla innych. Katastrofy elektrowni atomowych nie są wyjątkami. Fakt, że zona wokół Czarnobyla została zamknięta i w praktyce z większości terenu ludzie po prostu zniknęli, zbawiennie wpłynął na miejscową florę i faunę. Paradoksalnie więc, awaria w Czarnobylu przyczyniła się do niesłychanej eksplozji życia na obszarze blisko 5 tysięcy kilometrów kwadratowych. Taki świat po zagładzie ludzi. Dawne pola uprawne znów pokryły się lasem, kanały melioracyjne przestały działać i na osuszane niegdyś tereny wróciły bagna. Wraz z nimi ptaki i ssaki. Natura przejęła z powrotem władzę nad Czarnobylem. Obecnie żyją tu dziesiątki gatunków chronionych i często gdzie indziej zagrożonych wyginięciem. Oprócz wilków, łosi, jeleni można tu spotkać konie Przewalskiego, rysie, żubry a nawet niedźwiedzie! Cała zona wokół Czarnobyla to w praktyce ścisły rezerwat przyrody. To obraz tego jak bardzo natura może odetchnąć kiedy już człowiek odejdzie.

Wycieczka do Czarnobyla - w miasteczku Czarnobyl jest życie

Co i raz mijamy jakieś przesieki, pozostałości po budynkach, coś pochowanego w krzakach. W końcu docieramy do miasteczka Czarnobyl. Zaczyna się nagle, jak za pstryknięciem palców – zaraz za znakiem z nazwą miasta. Zatrzymujemy się oczywiście na obowiązkowe zdjęcie. Po chwili pozowania, orientujemy się, że zatrzymują się kolejne busiki i robi się turystyczny kocioł. Pakujemy się więc do auta i ruszamy dalej, przez miasto. Czarnobyl nie różni się niczym od sowieckich miasteczek od Bugu aż po Pacyfik. Takie same obrazki można znaleźć na przedmieściach Tiraspola, ale także w Kirgiskim Osz, w Tadżyckim Chodżencie czy w dalekowschodnim Chabarowsku. Zaniedbane blokowiska, szerokie ulice nad którymi wiją się niczym węże rury centralnego ogrzewania. Tu leży kupa złomu, tam zaparkowany stary Kamaz, pnie przydrożnych drzew świecą są blade od wapna. Domy i podwórka schowane za brzydkimi kolorowymi parkanami i jeszcze brzydszymi szarymi murami. Ta brzydota, która uwodzi, kokietuje, rozkochuje bez reszty. Klimat ZSRR. Nie każdego uwodzi. Ale jak już to na serio.

Zona czyli strefa wykluczenia wokół Czarnobyla - dobre miejsce na wycieczke

Czarnobyl jest centrum strefy wykluczenia. Stąd zawiadywano akcją budowy nowego sarkofagu nad elektrownią. Także i dziś miasto jest centrum dowodzenia zony. To takie prawie miasto. Pracownicy spędzają tu średnio 4 dni w tygodniu. Nic na stałe. Przejeżdżamy przez miasto przyklejeni do szyb. Zatrzymamy się tu wracając, na razie jedziemy dalej, dopóki nie ma tam tłumów. Mijamy drugi punkt kontrolny Leviv. Tu oprócz czerwono-białych szlabanów pojawiają się bramki mierzące promieniowanie. Po krótkiej chwili zjeżdżamy z głównej drogi do lasu. Pomiędzy gęstymi drzewami pojawia się mała droga wyłożona betonowymi płytami. Busik przeciska się przez las. Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do jakichś starych zabudowań. Wysiadamy i przechodzimy przez skrzypiącą, pordzewiałą metalową bramę z dwiema błyszczącymi gwiazdami. Jeszcze chwilę przez młody las, jakieś zarośnięte ruiny, aż w końcu docieramy do małej polany. Wtedy pojawia się ona.

Duga

Tajna baza wojskowa Czarnobyl-2 i super radar Duga, Ukraina

Duga - radziecki radar pozahoryzontalny, Czarnobyl, strefa wykluczenia

Duga – supertajny radziecki radar pozahoryzontalny. Służyła do wykrywania amerykańskich pocisków balistycznych, które miały zagrozić ZSRR. To gigantyczna konstrukcja o wysokości blisko 150 metrów i długości prawie kilometra. Wygląda jak ogromne metalowe rusztowanie. Obiekt znajdował się w supertajnej radzieckiej bazie Czarnobyl-2. Był tak ważny, że strefa o promieniu 5 km była całkowicie zamknięta, a obiektu strzeoddział Specnazu. Wszystko zmieniło się w 1986 roku, kiedy radar wyłączono po katastrofie w Czarnobylu. Okazało się, że ze względu na promieniowanie, nie da się go już używać. Projekt Duga wygaszono, a po rozpadzie ZSRR, nikt się supertajnym radarem już nie interesował. Zresztą nie był już potrzebny. Ameryka z odwiecznego wroga stała się przyjacielem. W każdym razie nie planowała wystrzeliwać pocisków balistycznych. Teraz baza jest niemal w całości wyburzona lub pochłonięta przez las. Jej sekretów już pewnie nikomu nie będzie dane odkryć, a szkielet Dugi sterczy sobie pośród czarnobylskiego lasu.

Stacjaradarowa Duga - w zonie wokół Czarnobyla

Duga - Oko Moskwy - radziecki radar w Czarnobylu

Widok jest niesamowity. Duga wydaje się wyrastać wprost z sosnowego młodnika. Ten szpetny złomowy las wmontowany na siłę pomiędzy piękny, zdziczały zagajnik. Coś tak abstrakcyjnego, że aż zachwycającego. I ten ogrom Dugi. Skala konstrukcji jest porażająca. Stojąć pod nią wydaje się, że sięga do samego nieba. Idziemy wzdłuż radaru po miękkim złotym piasku. Z ciekawości włączamy dozymetry i przytykamy je do różnych miejsc przy ziemi. Nagle urządzenie zaczyna wyć, okazuje się, że trafiamy na plamy podwyższonego promieniowania. Z 0,20 mikrosiwerta skacze do 3,5. – Pewnie coś jest zakopane pod ziemią – aż robi mi się ciepło, kiedy to słyszę. Dopiero wtedy zauważam wbity w ziemię znak ostrzegawczy z symbolem promieniowania. Od razu zakładamy maseczki przeciwpyłowe. Nie po to, żeby chronić przez promieniowaniem, ale żeby nie nawdychać się cząsteczek, które są napromieniowane. Lepiej nie mieć czegoś takiego w płucach. W maseczkach wyglądamy dziwnie, ludzie nawet na nas podejrzliwie patrzą, ale tylko do momentu, kiedy zza drzew wyłania się cała grupa ludzi ubranych w kombinezony ochronne. Od stóp do głów. To dopiero kosmici.

Duga - radar w Czarnobylu

Instalacja radarowa Duga, Czarnobyl-2, Ukraina

Przypadkiem odłączam się od grupy i kiedy wszyscy wracają do busa ja, niby niechcący, idę dalej wzdłuż Dugi. Chcę zobaczyć ją całą. Jakby tylko kawałek się nie liczył. Jakby tylko zobaczenie końca konstrukcji zapewniało jedyne pełne doświadczenie. Może po prostu chciałem dłużej patrzeć na tą gigantyczną konstrukcję, na budynki wyłaniające się spod wierzb, spróbować uruchomić windę, która utknęła gdzieś pomiędzy poziomami na zawsze. Posłuchać wiatru przemykającego pomiędzy rusztowaniami, drgania stalowych lin, pustego metalicznego odgłosu rur, chrzęstu grząskiego czarnobylskiego piasku pod stopami. Pobyć w tym dziwacznym, apokaliptycznym miejscu. Tajna radziecka baza radarowa i jeszcze w miejscu katastrofy elektrowni atomowej… no czego chcieć więcej? Kiedy w końcu wracam, widzę jak jeden z przewodników wracając do busa wyciąga z ziemi znak radioaktywności i zabiera ze sobą. Czyli tak to działa. Znaki przyjeżdżają tu i wyjeżdżają razem z wycieczkami. Atrapa, ale w sumie czym to się różni od „Indian” tańczących na Zocalo w Mexico City, czy centurionów pod rzymskim Koloseum. Taka gra. No życie po prostu

Kopaczi

Wioska Kopaczi w zonie obok Czarnobyla

Kolejny przystanek to wioska Kopaczi. zatrzymujemy się praktycznie pośrodku lasu, bo przez 30 lat wszystko zdążyło tu zarosnąć. Wioska Kopaczi została wyburzona a wszystko co zostało napromieniowane – zakopane. Pozostał tylko jeden budynek – przedszkole. Przeciskamy się do niego małą ścieżką zaraz za pomnikiem „pamięci bohaterów poległych w bojach za wolność i niepodległość naszej ojczyzny”. Kiedy widzę takie pomniki zawsze zastanawia mnie ile, z wyjątkiem wielkiej wojny ojczyźnianej jak tu określa się Drugą Wojnę Światową, bojów ZSRR prowadziło za swoją wolność i niepodległość. No i przygnębiające jest to, że dzieci chodzące tu do przedszkola, codziennie mijały ten pomnik. Wojny, ofiary, cierpienie.. Dziś na szczęście to tylko fragment historii.

Przedszkole - wioska Kopaczi w Czarnobylu, Ukraina

Wioska Kopaczi Przedszkole, Czarnobyl, Ukraina

Budynek przedszkola przypomina scenografie z horroru. Brudne szyby, w które stukają liście poruszane przez wiatr. Obdrapane ściany do połowy wymalowane olejną – klasyczne przedszkole z czasów komuny. Cała ta fizyczność, która skapitulowała pod ciężarem czasu i sił przyrody. Skrzypiąca podłoga i zardzewiałe piętrowe łóżka. Wszystko stare, wilgotne, zmurszałe, zatęchłe, porozrzucane, zaniedbane, straszne. Najbardziej przerażające są lalki. Leżące tu i ówdzie. Powykręcane, brudne, z histerycznym uśmiechem na twarzy. Zastanawiam się czy to nie kolejny makabryczny eksponat podrzucany tu przez przewodników wycieczek. Bardziej przekonują mnie stare metalowe zabawki przed budynkiem. Kiedy ktoś chce dotknąć jednej, przewodniczka przypomina o promieniowaniu – zresztą, pokażę wam coś – rzuca – chodźcie tutaj i przyłóżcie dozymetry – pokazuje kawałek ziemi obok wejścia do przedszkola.

Promieniowanie w Czarnobylu - wioska Kopaczi

Czerwone punkty w Czarnobylu - przedszkole w wiosce Kopaczi

Kiedy przykładam dozymetr, zaczyna pikać coraz szybciej, a po chwili rozlega się jazgot alarmu. Z 0,24 mikrosiwerta na godzinę, poziom promieniowania skacze do prawie 20 mikrosiwertów. – Tu jest zakopany radioaktywny gruz – mówi przewodniczka, po czym jak gdyby nigdy nic woła – jedziemy dalej? -. My tymczasem jak dzieciaki latamy z dozymetrami przy ziemi i sprawdzamy promieniowanie. Znajdujemy jeszcze kilka „czerwonych plam” czyli miejsc o podwyższonym promieniowaniu. Te tajemnicze punkty, pełne ciemnej, zabójczej siły mają w sobie jakąś dziwną magię. Jakby to były wrota do innego świata. Jakieś czarne dziury schowane tuż pod ziemią. Nie ma w tym żadnej głupiej zajawki w stylu „O, wow! Promieniowanie!” jest jakaś dziwna ciekawość. To chyba ten sam impuls, który nad przepaścią każe nam się lekko wychylić i spojrzeć w dół. To coś, co powoduje mrowienie w stopach, jakiś dziwny, przeszywający ciało dreszcz. Może nie powinniśmy?

Elektrownia Atomowa Czarnobyl

Droga do elektrowni atomowej Czarnobyl, Ukraina

Jedziemy w kierunku elektrowni atomowej Czarnobyl. Już z daleka widać ogromny stalowy sarkofag, skrywający feralny reaktor nr 4, który eksplodował 26 kwietnia 1986 roku. Zaraz potem pojawiają się wieże chłodnicze 5-go bloku. Zatrzymujemy sie na drodze ciągnącej wzdłuż kanału zasilającego elektrownię w wodę. – To dobre miejsce na zdjęcia – mówi przewodniczka. Jakoś głupio mu i tu robić zdjęcia. Bo czego? Co chcę na nich pokazać? Samo zdjęcie to nic. Liczy się przecież kontekst. Nasze uczucia, myśli, które wzbudza. Tak, robię zdjęcie, ale bardziej staram się rozglądać dookoła. Wsłuchuję się w wiatr, szeleszczącą trawę, patrzę na poruszające się na wietrze drzewa. Chyba czekam aż to miejsce do mnie przemówi. Zastanawiam się jak po takiej katastrofie to wszystko żyje. Jakim cudem tu w ogóle jesteśmy. Jak to wszystko udało się uratować. Patrzę na dozymetr 0,84 mikrosiwierta na godzinę, czyli jakieś cztery razy więcej niż w Warszawie. Jak? Chyba szczęście, ale przede wszystkim tytaniczna praca setek tysięcy likwidatorów. Ludzi, którzy przybyli tu, żeby ratować świat przed katastrofą. To przecież o nich i dla nich jest to wszystko. A nie dla taniej rozrywki i fotek z elektrownią.

Elektrownia Atomowa Czarnobyl - Ukraina

Teren elektrowni atomowej Czarnobyl, Ukraina

Wjeżdżamy na teren elektrowni. Wygląda jak jakieś futurystyczne miasto, z tymi wszystkimi budynkami, rurami, słpami i kablami. Przejeżdżamy obok pomnika Prometeusza. Piękna metafora dla energii atomowej. Niczym ogień oddana w ręce ludu pracującego, odmienia życie. Jest jeszcze niedokończony mural pokazujący atom w dłoni na tle stepu z pędzącymi dzikimi końmi. Człowiek radziecki, który okiełznał energię jądrową. Wyższa szkoła radzieckiej metafory. Szkoda, że nie ma tu żadnej na to co stało sie w kwietniu 1986 roku. Wtedy już nie trzeba było metafor. Rzeczywistość okazała się brutalnie prosta i dosłowna. Potem były już tylko pomniki pamięci ofiar i likwidatorów. Zresztą całe to miejsce jest pomnikiem tego nieszczęścia. Ze wszystkimi tymi wijącymi się rurami, płotami i tablicami. Z ogromnym sarkofagiem w samym środku.

Reaktor numer 4 elektrowni atomowej Czarnobyl - nowy sarkofag

Promieniowanie w Czarnobylu nie jest wysokie

Objeżdżamy kolejne bloki i podjeżdżamy pod reaktor numer 4. Jestem w szoku, że w ogóle można podjechać tak blisko. Jesteśmy kilkadziesiąt metrów od sarkofagu, który skrywa się za bramami i drutem kolczastym. Dozymetr pika lekko, pokazuje 1,25 mikrosiwerta, czyli więcej niż średnio w zonie, ale dziwnie mało jak na bliskość reaktora. Podchodzę w kierunku sarkofagu żeby sprawdzić jak promieniowanie się z mienia. Z każdym krokiem pikanie przyspiesza. Po kilku krokach jest już ponad 5 mikrosiwertów na godzinę. Wracam kiedy krzyczy przewodniczka. Okazuje się, że nie na mnie ale na grupę, która usiadła na ziemi, żeby zrobić sobie zdjęcie… pomimo wyraźnego ostrzeżenia – nie siadać na ziemi! – Wszystkimi tymi ostrzeżeniami zdają się nie przejmować tutajesze bezpańskie psy. Kręcą się leniwie tu i ówdzie, łasza w nadziei na coś do jedzenia. Ich strategia najwyraźniej działa, bo nie wyglądają na głodne.

Elektrownia atomowa Czarnobyl - słupy elektryczne

Trafiamy też na pomnik. Tutaj w dłoniach już nie ma atomu. Energia nie jest podawana na dłoni. Nie jest okiełznana. Zamiast tego dłonie delikatnie obejmują budynek elektrowni. Jakby trzymały coś niezwykle kruchego. Ot taka zmiana perspektywy. Wystarczy jedna katastrofa i schodzimy na ziemię. Miejsce jest dość przygnębiające. Nauczka słuszna, ale i tak dziwnie na to patrzeć. Dziwnie tu być. Wracają wszystkie przerażające sceny z serialu HBO Czarnobyl. Na szczęście nie zostajemy tu długo. Jedziemy do pobliskiej kantyny na obiad. Nie rozumiem jak kilkaset metrów od epicentrum największej katastrofy przemysłowej XX wieku, która ledwo co nie zakończyła się tragicznie dla całej ludzkości, funkcjonuje stołówka serwująca ziemniaczki z kotletem i surówką!? Pewnie skoro tu jest, to jest bezpieczna, ale i tak nie jesteśmy do niej przekonani. Jemy swoje zapasy badając je przed tym dozymetrem. Podczas gdy wycieczki ściskają się w kantynie, ja nieśmiało kręcę się dookoła, uważnie badając każdy krzaczek. Czekam aż w końcu ruszymy do Prypeci…

Elektrownia atomowa Czarnobyl

Zobacz tutaj jak zorganizować wycieczkę do Czarnobyla.

Dziękujemy ekipie Domowy Survival za wypożyczenie dozymetrów.