łodki z warzywami na rzekach Delty Mekongu

Delta Mekongu. Życie nad rzeką i pływające bazary

Po spędzeniu kilku dni w Sajgonie, postanawiamy wyruszyć nad deltę Mekongu. Skusiła nas wizja sielskiego życia na wietnamskiej prowincji. Życie w rytmie wyznaczanym przez ogromną rzekę, cisza i spokój z dala od zatłoczonych, śmierdzących spalinami metropolii. Punktem startowym ma być Can Tho. Żeby się tam dostać, musimy najpierw dotrzeć na dworzec autobusowy Mien Tay . Żeby nie było zbyt łatwo, wybieramy miejski autobus. Komunikacja miejsca w Sajgonie rządzi się swoimi własnymi prawami, więc wysiadamy na przystanku w pełnym słońcu, z plecakiem, i nie wiemy kiedy i czy w ogóle autobus przyjedzie. Ludzie patrzą na nas jak na kosmitów, bo kto z przyjezdnych jeździ miejskimi autobusami. Przecież są taksówki. Albo Grab.

Miejski autobus, Ho Chi Minh, Wietnam

Dworzec Autobusowy Mien Tay, Ho Chi Minh, Wietnam

W końcu autobus przyjeżdża i zmierzamy zadowoleniu w kierunku dworca. W sumie to nie wiemy czy dobrze jedziemy, bo nikt nam nie jest w stanie nic powiedzieć. Wszyscy natomiast patrzą na nas jak na szaleńców. Autobus miejski w Sajgonie to inny wymiar. Pomimo szalonego upału, ludzie wydają się opatuleni czym tylko się da. Styrani, zmęczeni, śpią. Autobus to rozpadający się wrak. Brakuje w nim foteli. Co sprytniejsi pasażerowie przychodzą z własnymi krzesłami… Dworzec to typowy azjatycki ul. Wszyscy dokądś biegną, przekrzykują się, coś sprzedają. Dopiero, kiedy kupujemy bilety i przysiadamy w klimatyzowanej poczekalni robi się ciszej. Oglądamy to wszystko zza szyby. Jak w telewizorze. Jak zwykle wychodzę i oglądam to wszystko z bliska, całe to dworcowe życie. Uwielbiam to niezależnie od kraju. To jest właśnie Azja. Nie nudne, pustawe dworce w Europie. Tutaj można trafić na uśmiechy. Na życie.

Autobusy VIP w Wietnamie, z miejscami leżącymi

Bazar w Wietnamie, Delta Mekongu

Okazuje się, że kupiliśmy bilet na autobus VIP – stąd też klimatyzowana poczekalnia – i mamy miejsca leżące. Podobno tego typu autobusy to najpopularniejszy – i najwygodniejszy po samolocie – sposób podróżowania po Wietnamie. Oprócz naprawdę wygodnych, rozkładanych do poziomu foteli, można też zrobić zakupy. Kiedy tylko ruszamy, z przodu wstaje jakiś gość, wyciąga z torby masę ubrań i zaczyna przechodzić wzdłuż alejki głośno zachwalając swoje towary. Wywija koszulki i pokazuje szwy, naciąga, szarpie. Pasażerowie oglądają, kupują. Potem kolejna osoba i kolejna alejka. Rytuał jak u sprzedawców obieraczek do warzyw albo preparatów do prania dywanów na bazarach. Panowie wymieniają się na postoju. Sama przerwa jest fascynująca. Kierowca w spokoju je obiad, a pasażerowie rozchodzą się po ogromnej hali pełnej przepięknych owoców, warzyw i przetworów. Chyba pierwszy raz mamy postój nie przy jakimś zapyziałym barze i kilku straganach, ale na prawdziwej hali targowej. Ceny są normalne a towary piękne. Robimy to co kochamy. Chodzimy wzdłuż, oglądamy, dotykamy, wąchamy, kupujemy świeże owoce.

Can Tho - khmerska świątynia, Delta Mekongu, Wietnam

Po kilku godzinach za oknami pojawiają się małe wioseczki i coraz więcej rzek. Jest i ta największa. Przecinamy gigantyczny, brudny, zamulony Mekong, potem jego odnogę Song Hau i docieramy do Can Tho – lokalnej metropolii, w której najlepiej zacząć przygodę z deltą Mekongu. Miasto nie wydaje się duże, więc chcemy iść do naszego noclegu piechotą. Okazuje się jednak, że Can Tho jest spore. Ciągnie się wzdłuż jednej szerokiej ulicy, która obrasta małymi ciasnymi uliczkami. Przechodzimy przez bazar, na którym po raz kolejny trafiamy na stragany z psiną. Okropność. Udaje nam się jakoś namierzyć autobus, którym mamy się dostać do naszego mieszkania (według wskazówek gospodarza), okazuje się jednak, że jeżdżą wszystkie tylko nie nasz.

Tylne uliczki w Wietnamie - Can Tho

Wietnamskie podwórka - Can Tho, Wietnam

Znajdujemy więc coś co przypomina przystanek i pytamy każdego kierowcę – na migi – czy jedzie do centrum. W końcu się udaje. Docieramy do naszego homestay , który od razu podbija moje serce. Mały, wąski domek, schowany gdzieś w bocznej alejce. Mieszkanie jest rozłożone na 3 poziomach. Każdy z nich ma jakieś 15 metrów kwadratowych. W głowie mam jedno pytanie – dlaczego wszędzie w Wietnamie buduje się takie wąskie domy. Normalny widok w każdym mieście – wysokie i nienaturalnie wąskie domy przypominające gigantyczne książki ustawione w rzędzie. Odpowiedź okazuje się banalna. W Wietnamie podatek od nieruchomości płaci się nie za powierzchnię a za metraż domu przy ulicy. A więc im węższy dom, tym niższy podatek.

Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Wycieczka po pływających bazarach w Can Tho - Bilet, Wietnam

Pierwsze kroki kierujemy nad wodę. Szukamy łódki, która zabierze nas jutro na poranny pływający bazar w Can Tho. Wokół przystani chodzą panie, które oferują swoje usługi. Robimy rozeznanie i dogadujemy się ze starszą panią. Z 500 000 VND negocjujemy cenę na 300 000 VND. Taką cenę podała nam nasza gospodyni jako rozsądną. Ciekawe, że te wszystkie wycieczki łódką sprzedają starsze panie. Pewnie zbierają chętnych, których ich mężowie lub synowie będą rano wozić na bazar. Taki podział obowiązków jest fair. Umawiamy się na 5:30 rano i pytamy na migi do kogo i gdzie mamy się zgłosić rano. Pani pokazuje na siebie. Widocznie tu będzie rano. Zadowoleni z siebie idziemy z kwitkiem, wyglądającym jak bilet.

Rzeka motocykli w nocy, Can Tho, Wietnam

Bahn xeo - chrupiący naleśnik z krewetkami, najlepszy streetfood w Wietnamie, Can Tho

Wietnamskie domy za kratami Can Tho, Wietnam

Powoli zapada zmrok. Ten dzień minął tak szybko! Idziemy na spacer po Can Tho. W zasadzie to szukamy jedzenia. Znajdujemy polecane Bánh xèo Ca Mau, w którym serwują ponoć najlepsze bahn xeo – czyli chrupiący naleśnik z owocami morza . Jedzenie jest oczywiście boskie. Najbardziej w Wietnamie rozkochała nas zielenina. Do każdego dania dodawany jest cały bukiet zieleniny – pachnotka, miejscowa bazylia, kolendra i inne zioła, których nazw nie znamy. Trochę strach jeść świeże liście. W końcu to tropiki… Miejmy nadzieje, że nie myją ich tą koszmarnie brudną wodą z rzeki. Kiedy wracamy, centrum Can Tho eksploduje. Wieczorem jest tu jeszcze większy ruch niż za dnia. Setki motocykli, światła, muzyka z głośników, zgiełk. Sklepy otwierają się po hibernacji w dziennym upale. Najlepsze jest jednak to co ukryte. W naszej uliczce. Siadamy przed naszym domkiem i podglądamy życie sąsiadów. Starsze panie szykujące jedzenie i uśmiechające się do nas. Całe to wietnamskie życie, które się wydarza w tych otwartych, zakratowanych parterach wyłożonych kafelkami, w których ludzie i wstawione na noc motocykle razem oglądają telewizję.

Cai Rang. Bazar na rzece

kupowanie biletów na wycieczke po pływających bazarach Delty Mekongu, Can Tho, Wietnam

Wycieczka po pływających bazarach w Can Tho zaczyna się wcześnie rano - Delta Mekongu Wietnam

Pobudka o barbarzyńskiej porze – przed piątą rano. Miasto spowite jest w ciemnościach. Idziemy wzdłuż opustoszałych straganów. Zycie pojawia się dopiero na przystani. W zimnym świetle jarzeniówek widać ludzi kręcących się wokół kolorowych tablic. Od razu namierza nas nasza pani. Kieruje to stoiska, gdzie płacimy, po czym zabiera nas na łódkę. Każe wsiadać i zakładać kapoki, po czym pakuje się sama i łapie za wiosło. Nie ma męża czy syna – to ona wiosłuje. Rozglądamy się i widzimy kilka łódek wypływających pośród mroku. To samo. Wszędzie wiosłują starsze panie. Ależ one muszą być twarde. Ruszamy powoli. Pani stoi z tyłu i macha wielkim wiosłem. Aż mi trochę głupio, że my, co by nie mówić, jeszcze młodzi, siedzimy a ona się męczy. W pewnym momencie coś krzyczy i pokazuje na przeciwległy brzeg rzeki. Powoli z ciemności wyłania się linia drzew z pojedynczymi palmami sterczącymi nad resztą. Na niebie pojawia się oślepiające światło, które robi się coraz jaśniejsze i jaśniejsze. Z ciemności wykluwa się delikatny fiolet, potem róż. Wstaje nowy dzień. Wschód słońca nad Mekongiem. Bajkowy widok.

Wycieczka po pływających bazarach Delty Mekongu, Can Tho, Wietnam

Delta Mekongu - wycieczka łodzią na pływający bazar Can Tho - w śrubę wkręciła się foliowa torebka, Wietnam

Pęknięta śruba - nieplanowana atrakcja wycieczki na pływający bazar Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Pani w końcu odpala silnik. Jego powolne pyrkanie pcha łódkę powoli do przodu. Robi się coraz jaśniej i widzimy jak kolejne łodzie wyładowane ludźmi nas wyprzedzają. Napęd łódki to składak domowej roboty. Silnik od, którego odchodzi wał napędowy – wyjęty zapewne z jakiegoś starego auta – zakończony śrubą. Silnik co chwila się krztusi. Pani wyciąga wał z wody i odkręca ze śruby plastikowe torebki, które się w nią wkręcają. Pierwszy, drugi, trzeci raz. W końcu coś głośno skrzypi. Słyszymy, że pani głośno krzyczy – łojojoj – kiedy się odwracamy, uśmiechnięta pokazuje urwaną śrubę. Chyba musieliśmy trafić na coś mocniejszego niż torebkę. Nietrudno o to. Rzeka jest pełna śmieci. – No więc wycieczka zakończona… – mówimy sobie.

Pani zabiera nas łodzią na pływający bazar w Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Wschód słońca na łodzi - delta Mekongu, Can Tho, Wietnam

Pani tymczasem spokojnie wyciąga zestaw kluczy i zapasową śrubę. Łódka dryfuje powoli do przybrzeżnej łaty roślin pomieszanych ze śmieciami. Puka, stuka, kręci. Coś nie idzie. W końcu pomagam jej odkręcić śrubę, a pani nakłada nową. Patrzymy jak coraz więcej łodzi nas mija. Wszystko to kilkunastoosobowe zamknięte łajby z przewodnikiem mówiącym z głośników. Z panią chyba jednak lepiej. W końcu słyszymy warkot silnika. Udało się! Ruszamy wzdłuż rzeki. Mijamy most, potem drugi. Miasto zaczyna się zmieniać. Pojedyncze wysokie budynki, które wyrastały ponad miasto znikają gdzieś z tyłu. Przy brzegu wyrastają kolejne domy. Zabudowania tworzą już jeden zwarty rząd. Robi się coraz bardziej tłoczno. Słychać warkot diesla i ludzkie głosy, które zlewają się w jeden wielki gwar. W końcu, daleko w oddali pojawiają się dziesiątki łodzi ściśniętych na rzece.

Wycieczka Bazar na rzece w Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Pływające markety - Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Przed nami bazar wodny Cai Rang . To co tu się dzieje trudno opisać. Po raz pierwszy widzimy bazar na wodzie. Ta sama energia, te same przepiękne warzywa i owoce, te same rytuały – targowanie, zachwalanie towaru, tylko rozproszone na większej powierzchni, rozdzielone wodą. Każdy na swojej łódce robi to, co ludzie robią na lądzie. Na dużych barkach leżą worki warzyw i owoców. Ogromne arbuzy, melony, mango. Na wysokich kijach są poprzywiązywane owoce. Kiedy ktoś chce obejrzeć, wystarczy podpłynąć i krzyknąć a sprzedający podaje na długim kiju towar. Pomiędzy stateczkami kursują panie w łupinkach i sprzedają napoje i gorącą zupę pho.

Pływające bazary Delty Mekongu, WIetnam

zliżamy się do pływającego bazaru w Can Tho, Delta Mekongu

pływający market Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Gary z bulionem parują i łódki wyglądają jak maleńkie parowce. Ślinka mi cieknie na myśl o misce gorącej, aromatycznej zupy, ale przechodzi mi, kiedy widzę, że pani myje miski w rzece. Tej samej, w której pływa dosłownie wszystko. Z rozbawieniem obserwujemy jak grupa turystów w pomarańczowych kapokach zajada zupę. Pani się krzywi i pokazuje, że zjemy gdzie indziej. Powoli płyniemy przez bazar. Dookoła płynnie przelatują nad burtami łodzi owoce i warzywa. Z rąk do rąk. Arbuzy, ananasy, główki kapusty. Wygląda to jak jakaś zaawansowana żonglerka, jakiś taśmociąg latających owoców. Trochę Fruit Ninja na żywo. Gdzie indziej latają jakieś worki. Wszystko wygląda tak płynnie, jakby to był jakiś piękny taniec. Balet z workami cebuli. Pakunkami pełnymi małych ziemniaków. Wiązankami zieleniny. Dookoła pływają łodzie pełne mango. Kilkanaście rodzajów! Do tego wszechobecne cainito czyli tzw. milk fruit. Owoc podobny do jabłka o miąższu przypominającym nieco budyń.

Kanały w miasteczku Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

rejs kanałami w Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Łódka slalomuje od jednego straganu do drugiego. Panie w małych czółnach podpływają i zachwalają swoje owoce. Trochę zawiedzione, że nie chcemy kupić 10 kilogramów mango. My jesteśmy detalistami. W końcu przepływamy cały bazar i zostawiamy za sobą gwarne skupisko łodzi. Pani kieruje łódkę pomiędzy domki sklecone ze wszystkiego co było pod ręką. Wpływamy do małego, wąskiego kanału, wzdłuż którego, pod palmami rozsiane są małe domy. Znowu torebki zaczynają się wkręcać w śrubę, więc pani przerzuca się na wiosło. Suniemy powoli po spokojnej wodzie i podglądamy senne życie ludzi rzeki. Ten wodny świat sklecony z blachy falistej. Kolorowe pranie suszące się na sznurkach. Cały ten tropikalny syf skryty w cieniu palm kokosowych. Świat zapomniany przez jutro. Wczoraj, które zahacza o dziś. Zawsze zaplątane z nigdy jakimś koszmarnym węzłem gordyjskim.

wycieczka na wodny market Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Wycieczka po kanałach Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Wydaje mi się, że płyniemy tym kanałem szybciej niż czas. Dookoła nic się nie chce wydarzyć. Jakby nawet czas zapomniał o tym miejscu. Czarna dziura w delcie Mekongu. Tylko śmieci przypominają o tym, że cały czas żyją tu ludzie. Śmieci to jedyne co się tu wydarza. Są wszędzie. Na kanale unosi się gęsty kożuch butelek, toreb, przemokłych kartonów. Dryfują w mętnej wodzie ponuro wystając ponad jej tafle. Zatrzymują się na jakichś badylach, korzeniach albo na innych śmieciach. Prą do przodu jak łososie zmierzające na tarło. Byle dalej. Z kanału do rzeki. Tą do Mekongu. A z Mekongiem do oceanu. Tam rozpłyną się po całym świecie. Może nawet połączą się z innymi śmieciami. Stworzą wielką śmieciową wyspę, która będzie straszyć nawet na zdjęciach z kosmosu. Strasznie to przygnębiające. Prosimy panią, żeby zawrócić. Kiedy wracamy do rzeki, trafiamy akurat na masę łodzi wypełnionych wycieczkami. Dobrze, że zdążyliśmy. Teraz nie ma już intymności nawet ze śmieciami.

Bazar na rzece w Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Ciasteczko ryżowe - śniadanie na pływającym bazarze w Can THo, Wietnam

Kiedy wracamy przez bazar Cai Rang, jest jeszcze bardziej tłoczno. Zjechało się już sporo wycieczek. Handlarze zdają się tym nie przejmować. Znowu patrzymy na latające owoce i łodzie pełne towarów, które rozpływają się na wszystkie strony. W drugą stronę suną jeszcze puste łodzie, które zaraz wypełnią się po brzegi świeżutkimi owocami. Podpływa do nas pani z jedzeniem i nasza sterniczka bierze sobie zupę na śniadanie. Łódka sunie a ona powili zajada. Daje nam zawiniątko z liści bananowca, w którym jest słodki ryż. Bardzo miły gest. Z ciekawości patrzę co pani zrobi ze styropianową miseczką po zupie. Ta powoli i dyskretnie ją opuszcza do wody po czym widzę jak biały punkt oddala się od naszej łodzi. Jest mniejszy i mniejszy. Jestem wściekły. Mój pierwszy odruch jest taki, żeby zwrócić jej uwagę, ale czy zrozumie? Może nie powinienem? Może mi nie wypada. W końcu nic nie mówię, ale aż mi serce pęka kiedy widzę tą cholerną miseczkę dryfującą w oddali. Pani widzi moją minę i jakby robiło jej się głupio. Niestety, bez edukowania tych ludzi, wszystkie nasze wysiłki dążące do ograniczenia plastiku i bezmyślnego śmiecenia spełzną na niczym. Może po prostu powinienem ją prosić, żeby zawróciła i ostentacyjnie wyjąć śmieć z wody. Nie wiem czy mogę, czy powinienem być na nią zły. Męczy mnie to.

Wycieczka po pływających bazarach, Can Tho, Wietnam

Wypożyczenie skutera w Can Tho to najlepszy sposób na zwiedzenie Delty Mekongu, Wietnam

Phong Dien. Motorem przez Deltę Mekongu

Po powrocie do Can Tho, postanawiamy jechać dalej wzdłuż rzeki, do Phong Dien, gdzie jutro zobaczymy kolejny pływający bazar. Przy okazji będziemy mogli zasmakować tego powolnego życia w rytmie wyznaczanym przez rzekę. Do tego przydałby się skuter. Wpadamy na pomysł, aby wziąć jeden i pojechać nim do Phong Dien. Znajduje na Google Maps dwie wypożyczalnie i ruszam wypożyczyć sprzęt. Na miejscu okazuje się, że żadnej wypożyczalni nie ma. Nikt naokoło nawet nie słyszał o czymś takim. Tłumaczenie na migi o co mi chodzi, nie przynosi rezultatów. Podobnie jest w drugim miejscu. Pomaga nam gospodyni. Jeden telefon i w samo południe przyjeżdża pod nasz dom skuter. Jakaś dziewczyna kasuje ode mnie 200 000 VND, bierze w zastaw moje prawo jazdy, zostawia skuter i znika. Mamy skuter! Teraz pojawia się problem jak zapakować się na niego w dwie osoby, z jednym dużym i jednym małym plecakiem, a – i jeszcze z torbą podręczną, i z kapeluszem…

Delta Mekongu na skuterze, Wietnam

Dżungla w okolicy Can Tho, Delta Mekongu, Wietnam

Próbujemy kilku kombinacji. W końcu się udaje. Ja prowadzę i torbę i mały plecaczek wciskam między nogi. Ula z dużym plecakiem siedzi z tyłu, kapelusz przewieszony przez rękę powiewa na wietrze. Jazda przez miasto to śmierć w oczach. Dociążony skuter buja się, plecak jest dość ciężki. Do tego wszystko dookoła szaleje: samochody, autobusy i inne motocykle. Za miastem jest już lepiej, ale jedziemy te kilkanaście kilometrów z sercem na ramieniu i śmiercią w oczach. Na szczęście po niecałej godzinie jesteśmy już w zacisznym ogrodzie Mekong Rustic Can Tho gdzieś pośrodku dżungli. Odreagowujemy trochę jazdę skuterem. Stwierdzamy, że to był trochę głupi pomysł. Oboje mieliśmy to uczucie, że jeden niewłaściwy ruch i lądujemy poobijani i poobcierani na ziemi. Zmęczeni spędzamy upalne popołudnie w hamakach.

Phong Dien, Delta Mekongu, Wietnam

Dżungla nocą, Phong Dien w Delcie Mekongu, Wietnam

Boskie nicnierobienie. Popijamy wodę z kokosa. Z pobliskich drzew zrywamy maleńkie, bosko słodkie banany, aromatyczne pomelo i cainito (milk fruit), które zdają się tu rosnąć wszędzie. Dookoła nas las wydaje niesamowite odgłosy. Ten cały dziki pisk, syk, skrzek. Trudno określić jakie zwierzę wydaje takie dźwięki. Kiedy zapada zmierzch, cały ten jazgot robi się jeszcze większy. Siedzimy przed domkiem i patrzymy na oświetlony delikatnymi światłami las, odbijający się w oczku wodnym. Ponad nami, przez liście palm oglądamy przepiękne czarne niebo, na którym pojawiają się kolejne gwiazdy. Rozsypane na niebie w przepiękne wzory. Wyszukujemy kolejne gwiazdozbiory, na mapie nieba odnajdujemy Jowisza i Wenus wschodzące ponad dżunglą. Uwielbiam patrzeć na nocne niebo. Przypominamy też sobie co to znaczy noc w dżungli. Wszystkie te odgłosy, w środku nocy są zwielokrotnione. Nasze domki mają blaszane dachy. W nocy wydaje nam się, że szaleją po nich stada małp. Zapewne były to jedynie jaszczurki i ptaki…

Phong Dien. Rzeczny market

Wschód słońca nad Deltą Mekongu, w drodze na pływający bazar w Phong Dien

Wycieczka na bazar pływający w Phong Dien

Nazajutrz, wstajemy o wschodzie słońca. Jazgot skutera rozdziera ciche cykanie porannej, wilgotnej dżungli. Przecinam pustawe wioski kierując się w stronę bazaru na wodzie Phong Dien. Wydaje się to proste. Na maps.me jest zaznaczony zaraz przy moście, więc wygląda na to, że będę mógł bez problemu popatrzeć z góry na to co się dzieje na wodzie. Po dotarciu na miejsce, po bazarze ani śladu. Jest most, ale rzeka jest puściutka. Ani jednej łódki. Jadę wzdłuż rzeki, ale mijam tylko jeszcze śpiące wioski. Zaczepiam jakichś ludzi i pokazując zdjęcia bazaru z Can Tho, próbuję się dowiedzieć, gdzie jest market. Pokazują mi że tu go nie ma i ręką wskazują na kierunek, z którego przyjechałem. Wracam więc trochę naokoło, drugą stroną rzeki. Docieram do miasteczka Phong Dien. Tutaj są jakieś łódki, ale wszystkie znikają w małym kanale obok mostu. Kiedy pytam ludzi, pokazują, że bazar jest właśnie w tym kanale.

Pływające bazary Delty Mekongu o poranku

Kanały delty Mekongu, Wietnam

Próbuję dojechać do wody, ale nic z tego. Zjeżdżam z drogi i kończę na jakiś podwórkach. W końcu, na jednym z nich widzę rzekę. Wychodzi jakiś dziadek. Pytam go o bazar. Ten pokazuje na łódkę i siebie. Podaje mu telefon, na którym wystukuje kwotę 300 000 VND. Wystukuję mu 150 000 VND, ten się uśmiecha i kręci głową. Kiedy się zbieram, wybiega jakaś starsza pani – zapewne jego żona – i coś do niego krzyczy. Ten odpowiada, a pani podchodzi do mnie i uśmiechnięta pokazuje na łódkę. Pokazuje telefon z kwotą 150 000 VND, a ona potwierdza. Dziadek zostaje paląc papierosa pod domem, pani wraca na chwilę do domu po czym wychodzi i prowadzi mnie do małej drewnianej łódki. Kiwa głową w stylu – wskakuj młodziak. Gramolę się do łódki kiwającej się na wszystkie strony a pani z lekkością sarenki wskakuje na rufę zaczyna machać długim wiosłem.

Pływające markety na rzece w Delcie Mekongu

Swieże warzywa prosto z łodzi - pływający market gdzieś w delcie mekongu

Znowu kanał, do którego zdaje się nie docierać czas. Spokojne senne życie nad rzeką. Rudery sklecone z desek i blachy falistej wyrastają prosto z wody. Wydaje się, że fala, którą tworzy łódka jest w stanie je zdmuchnąć z powierzchni Ziemi. Życie schowane jest pomiędzy palmami. Na brzegu tylko gdzieniegdzie można dostrzec jakieś powolne ruchy. Ktoś kuca, kto inny pali, ktoś reperuje sieć, gdzieś ktoś wiosłuje. Za zakrętem wyłania się bazar Phong Dien Market. To w zasadzie kilkanaście łódek. Każda wypakowana po brzegi mnóstwem różnokolorowych owoców lub warzyw. W każdej siedzi pani w charakterystycznym kapeluszu. Podpływają do nich inne małe łódki i w pomarańczowym świetle świtu dzieje się magia. Nie ma tu hurtu, takiego przerobu jak Can Tho. Nie ma tu wielkich interesów. Tu ludzie wyskakują kupić rzeczy na dzień dwa. Po coś na obiad. Wszystko jest tak bosko świeże i piękne.

klimatyczne bazary na rzece, perełki delty mekongu

łodki z warzywami na rzekach Delty Mekongu

Pani, wita się z kobietami na innych łódkach. Tamte zagadują, coś żartują. Chyba jestem sensacją. Widać rzadko kto dociera tu w ten sposób. Większość wybiera pewnie zorganizowane wycieczki na większych łodziach. Jedna właśnie podpływa. Rządki ludzi w jaskrawych kapokach patrzą na mnie z przerażeniem. W takiej łódce, bez kapoka. Ale cieszę się, że mogę być bliżej tych wszystkich smoczych owoców, bananów, mango, arbuzów, cainito, rambutanów. Tych toreb pełnych maleńkich, diabelsko ostrych chili. Pani podpływa do jakieś łódki i zaczyna robić zakupy. Wybiera owoce i warzywa a ja patrzę jak odbywa się codzienny handel w delcie Mekongu. Sam wybieram kilka pachnących rajem mango, kiść maleńkich bananów i włochate, prześlicznie czerwone rambutany. Zupełnie nie wiem po co, przecież mamy to wszystko w naszym ogrodzie, wystarczy sięgnąć ręką. Sama frajda kupowania jest bezcenna!

zycie w rytmie wyznaczanym przez Mekong - pływający bazar

Życie nad rzeką w delcie mekongu, przepiękne miejsce w wietnamie

Kręcimy się tak pomiędzy łódkami, pani robi jeszcze zakupy, w naszej łódce zbiera się już pokaźny magazynek z owocami i warzywami. Nie mogę się oprzeć. Zajadam słodkie jak miód mango. Pomarańczowy, lepki nektar ścieka mi po brodzie i dłoniach. Pękające rambutany strzelają słodkim sokiem. Uwielbiam ręce lepkie od soków z owoców. W końcu zbieramy się z powrotem. W świetle dnia wszystkie te domki wyglądają pięknie i egzotycznie. Te same zawalające się szałasy w pełnym słońcu nabierają życia. Pomagam pani wyjąć torby z owocami z łodzi, dziękuję i wsiadam na skuter. Ruszam na most, który widziałem z wody. Udaje mi się do niego dotrzeć. Stąd bazar Phong Dien wygląda jak jakieś nieuporządkowane kłębowisko łódek. Karambol na wodzie.

Phong Dien - bazar na rzece, delta mekongu

pływające markety delty mekongu to miejsce któe warto zobaczyć w Wietnamie

Siedzę oparty o barierkę i patrzę. Podchodzi do mnie jakaś pani, uśmiecha się i coś mówi. Uśmiecham się więc w odpowiedzi. Pani daje mi całą torbę wypchaną cainito. Myślę, że chce mi to sprzedać, więc dziękuję, ale ona nalega. W końcu okazuje się, że to prezent. Nie wiem z jakiej okazji, ale pani się cały czas uśmiecha i pokazuje jak jeść owoc. Biorę więc owoc i zaczynam jeść razem z nią. Uśmiechnięta kiwa z uznaniem głową, zostawia torbę i odchodzi machając. Dziwne. Z drugiej strony to dziwne jest to, że żyjemy w czasach, w których dziwne wydają się takie sympatyczne gesty. To chyba najmilszy moment w podróży – ta bezinteresowna dobroć ze strony innych ludzi. To nie powinno nikogo dziwić. A jednak.

Rzeczne życie Delty Mekongu

Wycieczka w Delcie Mekongu, Wietnam

Wioski ukryte w dżungli, Delta Mekongu

Wracam do naszego domku z kupionymi owocami, które razem ze skarbami naszego ogrodu jemy na śniadanie. Do tego aromatyczna wietnamska kawa. Potem pakujemy się na skuter i ruszamy na podbój delty Mekongu. Bez żadnego planu, bez wytyczonej trasy. Zwyczajnie jedziemy przed siebie. Przez miasteczka, wioski, pola. Trafiamy do maleńkich wiosek, kilka domów na krzyż, gdzie ludzie patrzą na nas jak na kosmitów. Po pierwszym szoku są uśmiechy i machanie. Kiedy zatrzymujemy się na zdjęcia, podbiegają do nas dzieciaki, wygłupiają się, machają. Docieramy do małych kanałów ukrytych w gęstym lesie, gdzieś pomiędzy palmami. Jeździmy po sypiących się mostkach kleconych z desek. Wszystko to wydaje się zaklęte. Jakby zatrzymało się w czasie. Od samego patrzenia na te wioseczki, robi się jakoś tak przyjemnie.

Małe wioski nad rzeką, Delta Mekongu

Wiejskie życie w Delcie Mekongu, Wietnam

Delta Mekongu to nie Arkadia i życie tu na pewno nie należy do lekkich, ale jest tu jakiś niesamowity spokój. Wydaje się, że można tu utknąć, jak w jakiejś pułapce czasoprzestrzeni. Można tu spędzić całe dnie, nawet tygodnie. Zwyczajnie jeżdżąc od wioski do wioski, siadać nad rzeką patrzeć na wodę i wyrastające z niej domy i robić nic. Nie ma tu nawet nic tak stereotypowo pięknego. Nie ma obrazków z pocztówki, żadnych plaż. Są tylko małe wioski pochłaniane przez dżungle. Jest powolne życie, którego rytm wyznacza rzeka. To rzeką pływa się do miasta, na rzece robi zakupy, rzeka żywi, w rzece się pierze. Niestety też, i tu rzeka często służy jako ściek i śmietnik. Tak było od zawsze, tyle że kiedyś ludzi było mało a odpadki były niegroźne. Dziś ludzi jest za dużo a śmieci to w większości plastik i chemia. Patrzę na rzekę i chcę ją zapamiętać jak najpiękniejszą. W myślach usuwam te wszystkie butelki, torby, dryfujące śmieci. Nie chcę ich zapamiętać, chce się oszukiwać. Nie da się. Za dużo tego.

Nocleg w dżungli w Phong Dien, Delta Mekongu

Wioski w Delcie Mekongu, Wietnam

Te wszystkie wioski delty Mekongu to faktycznie jakaś dziura czasoprzestrzenna. Spędzamy tu niemal połowę dnia. Na jeżdżeniu po wioskach, których nawet nie ma na mapie. Zresztą mapy się tu nie przydadzą. Na Google Maps nie ma nawet niektórych kanałów w delcie Mekongu. I dobrze. Będąc tu zdecydowanie warto wziąć skuter i po prostu jechać przed siebie. Odkrywać nieodkryte. Wyjechać za mapę. Poza naszą strefę komfortu. Odstawić to co wiemy i znamy. Zobaczyć coś więcej. Warto się zgubić, dać ponieść tym wioskom, kanałom, mostkom, wygłupiającym się dzieciakom, uśmiechniętym paniom machającym nam na powitanie. W żadnym razie nie próbować się odnaleźć. Tutaj trzeba po prostu być, a da się to zrobić tylko wyzbywszy się wszelkich planów, tras, rozkładów jazdy. Tak. To jest najlepszy sposób na deltę Mekongu. Takie bywanie w nieczasie.

Delta Mekongu - Phong Dien, Wietnam

Wycieczki na pływający bazar Can Tho - najlepiej wynająć panią z prywatną łodzią - Delta Mekongu, Wietnam

Dziura czasoprzestrzenna pochłonęła nas do tego stopnia, że następnego dnia przed samym powrotem do Sajgonu gubimy się. Ponieważ nie chcemy już wracać na jednym skuterze z plecakami, rozdzielamy się. Ja, jadę wcześniej do Can Tho oddać skuter a Ula jedzie shuttle busem, który zabiera ją na dworzec autobusowy. Tam mamy się spotkać. Kiedy docieram na dworzec, na który przyjechaliśmy kilka dni wcześniej, okazuje się, że… dworzec zniknął. Nie ma już autobusów, nie ma budek z biletami. Jest jakiś kantorek z napisem FUTA BUS, ale wygląda jak jakiś magazyn na bagaże. Nikt nie mówi po angielsku i nie jest mi w stanie powiedzieć co się stało z dworcem. Udaje mi się poprosić ich aby zadzwonili do naszego hotelu, tam pani tłumaczy, że tu nie ma już dworca. Od wczoraj jest w innym miejscu. Godzina odjazdu autobusu zbliża się wielkimi krokami a moja narzeczona jest na dworcu, o którego istnieniu, żadne z nas nie słyszało. Kończy się na scenie niczym z filmu akcji. Pędzę z tyłu na skuterze naprędce złapanym na ulicy i niemal w ostatniej chwili wjeżdżam na dworzec, gdzie czeka Ula. Wszystko kończy się dobrze. Możemy jechać do Sajgonu. W sumie to trochę smutno, że wracamy. No i po co było się tak spieszyć. Przecież to delta Mekongu. Tu czas się średnio liczy. A autobus… przecież będzie następny. Delto trwaj!

Phong Dien, Delta Mekongu, Wietnam