Pałac Narodów - siedziba prezydenta Emomali Rahmona - Duszanbe, Tadżykistan

Duszanbe. Splendor po godzinach

Wjeżdżam dzieloną taksówką do Duszanbe. Górski krajobraz wypełniają kolejne domki, potem jakieś ruiny fabryk i typowy miejski bałagan – jakieś ciężarówki, spychacze, góry złomu. W końcu pojawiają się blokowiska. Jesteśmy niemal w centrum. Kierowca po kolei wysadza pasażerów. Jakoś tak się złożyło, że zostałem na koniec. Objechaliśmy niemal całe miasto, włączając w to południowo-zachodnią część miasta – tzw. Mikrorajony o numerach 11-14. Tutaj zazwyczaj przyjezdni się nie zapuszczają. Ja mogłem oglądać typowe obrazki sowieckiego miasta. W zasadzie trudno byłoby powiedzieć czy to Duszanbe, Dniepropietrowsk, Biszkek czy Jekaterynburg. Te same szpetne szarobure blokowiska, które historia przyozdobiła pstrokatymi reklamami, szyldami i wystawami sklepów.

Proszę kierowcę, aby wysadził mnie gdzieś w centrum. Ten trochę się wije, ale nie bardzo wiem, o co mu chodzi. W końcu podjeżdża w okolice Alei Saadi Sherozi, która dalej przechodzi w Ajni, ale nie wjeżdża na nią. Zjeżdża, kiedy widzi milicję, zatrzymuje się gdzieś i pyta przepraszającym głosem, czy mogę wysiąść tu – Nie mogę pojechać do centrum, mam tablice z Chodżentu, milicja będzie chciała łapówki na każdym rogu – Tadżykistan to państwo, w którym przynależność plemienna liczy się przede wszystkim. Są swoi – stąd, i obcy – stamtąd. Czytałem o tym, teraz to widzę na własne oczy. I tak jestem bliżej hostelu niż z Cement zawod. Żegnam się, życzę powodzenia i łapię pierwszą lepszą marszrutkę, która jak się okazuje, dowozi mnie niemal pod sam hostel. Mam do przejścia jedynie kilka kroków od Ajni.

Pomnik Ismoili Somoni - emira perskiego, który zjednoczył plemiona tadżyckie - Duszanbe, Tadzykistan

Pomnik Ismoili Somoni z bliska - emir perski, który zjednoczył plemiona tadżyckie - Duszanbe, Tadzykistan

Jestem wcześniej niż panowałem, więc zostawiam rzeczy i ruszam na miasto. Zmęczony nieco trekkingiem znad jeziora Iskanderkul, podjeżdżam autobusem do centrum. Serce Duszanbe to kwadrat na zachód od alei Rudaki i na południe od Ismoili Somoni. 3/4 tej przestrzeni zajmują parki. Między innymi z tego powodu Duszanbe okazuje się być naprawdę ładnym miastem. Nieporównywalnie ładniejszym od stolicy nieco bogatszego Kirgistanu. Przynajmniej, jeżeli chodzi o centrum. Wysiadam przy pomniku Ismoili Somoni. Ociekająca złotem statua twórcy państwa Tadżyków robi wrażenie. Powagi ma jej chyba dodać niedostępność. Kiedy próbuję podejść bliżej po schodach, od razu krzyczy na mnie milicjant pilnujący pomnika. Każe mi się cofnąć. Nie można przecież podchodzić tak blisko majestatu wielkiego emira z dynastii Samanidów. Zawsze rozczula mnie ta postsowiecka „służbistość” ludzi w mundurze. Choćby pilnowali piaskownicy, ich władza jest niemal absolutna. I to nie tylko w ich mniemaniu. To przechodzi na ludzi. Nie wiem czy to sam mundur, czy to poczucie wyższości, które wyzwala w ludziach, którzy go noszą, czy obie te rzeczy na raz. Cofam się grzecznie i robię zdjęcie z bezpiecznej odległości.

Biblioteka Narodowa Firdausi - Duszanbe Tadżykistan

Widok na Pomnik niepodległości - Duszanbe, Tadżykistan

Za statuą Ismoili Somoni ciągnie się sympatyczna aleja z zadbanymi rabatkami kwiatów otaczającymi fontanny. Taki trochę splendor po godzinach. Ale tętni życiem. Alejki pełne są spacerujących rodzin, sprzedawców balonów i chłopaków sprzedających popcorn w torebkach i kolorowe napoje. Splendoru miejsca dopełnia ogromny gmach Biblioteki Narodowej Ferdousiego (Firdausi). Budynek to niepokojącej urody hybryda architektury islamskiej i stalinowskiego gotyku. Ma w sobie też coś z kiczu lat ’90. To niesamowite, bo budynek powstał w 1933 roku. Stalinowska architektura wyprzedała więc swoje czasy o dziesięciolecia! Chcę zajrzeć do środka, obejrzeć choć część księgozbioru dobijającego do 2,5 mln egzemplarzy, w tym średniowieczne manuskrypty włączając dzieła wielkiego poety perskiego Ferdousiego. Niestety biblioteka jak na złość jest już zamknięta. Ruszam dalej w kierunku pomnika niepodległości. Wielka monument strzela w niebo. Na jego końcu połyskuje złotem godło Tadżykistanu – korona otoczona kłosami zboża i gałązkami bawełny.

Pałac Narodów - siedziba prezydenta Emomali Rahmona - Duszanbe, Tadżykistan

Pomnik niepodległości - Duszanbe, Tadżykistan

Pod pomnikiem widać dużo milicji. Jeden kieruje ruchem, obok stoi kilka radiowozów. Po okolicy kręci się kilku typków, którzy wyglądają jak tajniacy. Kiedy wspinam się pod wieżę, okazuje się, że zaraz przy pomniku zaczyna się teren Pałacu Narodów – rezydencji prezydenta Emomali Rahmona. Ogromny gmach ze złotą kopułą trudno zaklasyfikować. Wygląda trochę jak nowobogacka willa w stylu „Tygrysów Europy”. I zasadniczo przypomina willę szemranego biznesmena z początku lat ’90. Tyle, że jest gigantyczny. Nie grzeszy urodą jednak w jakiś dziwny sposób tu pasuje. Do tego eklektycznego, nowobogackiego centrum stolicy gdzieś w Azji Centralnej. Sam pomnik niepodległości wygląda jak klasyczny sowiecki pomnik przeniesiony tu z moskiewskiego parku Ogólnorosyjskiego Centrum Wystawowego WDNCh. To ciekawe, że pomnik niepodległości tak bardzo nawiązuje do sowieckiej spuścizny Tadżyckiej SRR.

Widok z tarasu widokowego - Duszanbe Tadżykistan

taras widokowy - Duszanbe Tadżykistan

Dalej za pomnikiem jest skarpa z tarasem widokowym. To doskonały punkt, żeby popatrzeć na miasto. Niestety samo Duszanbe z tej perspektywy nie wygląda najlepiej. Na pierwszym planie stary tor wyścigów konnych szykujący się na obchody zbliżającego się wielkimi krokami święta 9 Maja. Dalej jakieś opuszczone fabryki, góry złomu, stare budynki. Ze skarpy, na której stoję spływa sztuczny wodospad – wyglądający jak w jakimś parku rozrywki. Na dole kicz ponad kicze. Sztuczne drzewa z plastikowymi kwiatami wiśni, jakieś powyginane metalowe motylki i słonie oplecione ledami, powywijane latarnie stylizowane na stare. Każdy element tak bardzo nie pasuje do reszty. Wszystko na raz.

Tor wyścigowy - Duszanbe Tadżykistan

Wieczorny widok z tarasu widokowego - Duszanbe Tadżykistan

Na pierwszy rzut oka to ordynarne bezguście, ale to duże uproszczenie. Może po prostu ci ludzie, po latach sowieckiej szarzyzny i beznadziei tak bardzo łakną kolorów, życia, wolności, że ta pstrokacizna jest w sam raz. Daje im wszystko. I daje im to teraz. Teraz może się to wydawać śmieszne, ale wystarczy pooglądać nasze zdjęcia z początku lat ’90. Dwa różne światy, a chęć wolności taka sama. Stoję tak sobie i patrzę na to wszystko, na miasto, które powoli otrząsa się ze swojej sowieckiej przeszłości, na jej demony – te wszystkie szkielety starych budynków maskowane na wszelkie sposoby. Jak próbuje zyskać choć trochę estetyki, kolorów, jak wszystkiego tego cały czas się Tadżycy uczą. Na szczęście urody miastu dodaje bajeczne otoczenie. Robi wrażenie szczególnie teraz, pod wieczór. Zza chmur na miasto padają gęste promienia światła. Gdzieś dalej przepiękne góry zamykają horyzont. Moment, w którym Tadżycy odkryją, że miasto trzeba rozwijać w zgodzie z otaczającą je naturą, będzie początkiem jednego z najpiękniejszych miast naszej planety.

Burza nadcąga nad centrum Duszanbe Widok na Pomnik niepodległości, Ismoili Somoni i Biblioteka Narodowa Firdausi - Tadżykistan

pomnik Rudaki w parku Rudakiego - Duszanbe, Tadżykistan

Z mną niebo nad Duszanbe przełamane na pół. Dokładnie nade mną przebiega front. Po prawej ciemne, złowrogi chmury niosą wiatr i burzę, która ciska piorunami w górach gdzieś hen za miastem. Po lewej bajecznie błękitne niebo z białymi chmurkami. Wybieram tą stronę. Wchodzę do pięknie zadbanego parku Rudakiego. Stan miejskich parków w Duszanbe jest niesamowity. Mogłoby go pozazdrościć niejedno miasto pierwszego świata. Pośród idealnie zadbanych, wypielonych grządek i rzędów krzewów różanych stoi malowniczy pomnik perskiego wieszcza– Rudakiego. Pod mozaikowym łukiem wieńczącym figurę rodziny chętnie robią sobie zdjęcia. W ogóle wygląda na to, że pod wieczór Tadżycy ruszają do parków. To taka oaza po środku gwarnego miasta.

Park flagi - maszt, Pałac Narodów i kwiaty - Duszanbe, Tadżykistan

Park flagi - widok na Muzeum Narodowe - Duszanbe, Tadżykistan

Flaga Tadżykistanu pod drugim, najwyższym masztem flagowym na świecie. jego wysokość to 165 metrów - Duszanbe Tadżykistan

To, co uderza w parkach w centrum Duszanbe to zapach. Przepiękny zapach tysięcy róż, rosnących dosłownie wszędzie. Idąc alejkami dosłownie odurzam się boską wonią kwiatów. Siadam na trawie i wdycham. Zdaję się, że nawet rozpoznaję różnicę w zapachu tych białych, żółtych, różowych i krwistoczerwonych. Zaraz obok, po drugiej stronie ulicy jest kolejny park – Park Flagi. O wiele większy, z jeszcze większą ilością róż, wielkim jeziorem i wielką flagą. Do niedawna w Duszanbe znajdował się najwyższy – 165-metrowy maszt flagowy na świecie. Pobił go dopiero w 2014 ten w saudyjskim Rijadzie, który jest o 6 metrów wyższy. Na maszcie wisi ważąca 700 kilogramów tadżycka flaga. Zazwyczaj wisi. Dzisiaj leży zmięta pod folią u stóp gigantycznego masztu. Niesamowite, że jeden z najbiedniejszych krajów w tej części świata szczyci się najwyższym masztem. Ciekawe czy to determinacja Tadżyków w odbudowywaniu swojej świadomości czy raczej nonszalancja władz. Efekt jakby balansuje trochę na granicy farsy, ale nie nam to oceniać. Sami robimy tyle głupot próbując odbudować naszą świadomość, „powstając z kolan”…

Budynek Związku LIteratów - Duszanbe Tadżykistan

Pomnik - Budynek Związku LIteratów - Duszanbe Tadżykistan

Za muzeum wychodzę na aleję Ismoili Somoni i ruszam w kierunku alei Rudaki. Obok opuszczonego i niemal ukrytego w krzakach amfiteatru trafiam na budynek dawnego klubu literatów. Ciekawy przykład sowieckiej architektury. Przypomina budynki, które można spotkać w Kiszyniowie, Wilnie, Moskwie. Toporny, kanciasty, zarazem w jakiś sposób lekki. I jeszcze ta ściana sławy. Tadżyccy pisarze i poeci wyciosani z tej samej bryły, co robotnicy i chłopi z sowieckich pomników pracy. Tylko jakby przebrani. Tu w tradycyjnym perskim stroju albo w garniturze. W rękach zamiast kilofa i spawarki, księgi i manuskrypty. Mam słabość do sowieckiej architektury. Nawet te szpetne szare blokowiska wzbudzają we mnie szybkie bicie serca. Dla wielu to po prostu szpetne blokiszcza, ale jest w nich tyle zapisane. Są jak zwierciadła. Widać w nich historię miejsc, ludzi, całych miast i krajów. I ten ich klimat. Nawet teraz tkwią w komunie. Akurat trwa jakieś sprzątanie. Przed otwartymi drzwiami stoją setki pudełek po bananach a w nich książki. Obok przez świeżo posadzone, delikatne kwiatki ktoś przeciąga gruby gumowy wąż do podlewania, orając owoc pracy. Popsuło się to się popsuło. Dalej robotnicy w kucki palą papierosy i patrzą pustym wzrokiem na auta przejeżdżające po alei Ismoili Somoni. Tak samo wyglądałoby to pewnie 50 lat temu, tylko nie byłoby pudełek po bananach…

Stary pałac prezydencki - Duszanbe Tadżykistan

Czajchana Rochat - najsławniejsza w mieście - Duszanbe Tadżykistan

Skręcam w Rudaki i idę na północ. Mijam zamknięty na cztery spusty stary pałac prezydencki. Spokojna, dostojna bryła zupełnie nie pasuje do stolicy Tadżykistanu. Ma w sobie jakąś lekkość, na pierwszy rzut oka, można by pomyśleć, że stoi gdzieś we Włoszech a nie w Azji Centralnej. Nie ma w niej krzykliwości, pstrokacizny i przepychu. To nie nowy Tadżykistan goniący wolny, bogaty świt. Dlatego prezydent Emomali Rahmon urzęduje w nowobogackim Pałacu Narodów. Kawałek dalej zaczepia mnie grupa ludzi. Po chwili poznaję, że to singapurczycy, których wczoraj spotkałem nad jeziorem Iskanderkul. W Duszanbe jest tak mało przyjezdnych, że bardzo rzucają się w oczy. Wycieczka wchodzi właśnie do Czajchany Rochat – najsłynniejszej restauracji w Duszanbe z czasów sowieckich. To raczej radziecka interpretacja perskiej Czajchany skrzywdzona kapitalistycznymi symbolami – kolorowymi parasolkami RC Cola i lodówką Coca Cola. Wygląda tak nierzeczywiście kiczowato, że przypomina dekorację w parku rozrywki. Może znajdę tam salon luster, karuzelę, będę mógł ustrzelić pluszowego misia lub dostać balona. Może jutro.

Boczne uliczki Duszanbe - tu dzieje się życie Tadżykistan

Zbaczam z głównej ulicy i odkrywam zupełnie inny świat. Nowo wybudowane wieżowce i szkielety budów odcinają Rudaki od starego Duszanbe. Przeciskam się pomiędzy płotami i ląduje w bocznych uliczkach stolicy. Tutaj nie dochodzi warkot silników i klaksony. Tutaj czas znowu zwalnia jakby grzązł w gęstym wieczornym powietrzu. Po małych wąskich uliczkach, pomiędzy obdrapanymi niskimi domami przemykają dzieci. Co i raz udaje mi się zajrzeć za otwierające się ze skrzypieniem bramy. Tam, w tych małych królestwach, pośród zieleni ludzie siedzą na tapczanach przed domem. Co robią? Nic. Po prostu żyją. My mamy zegarki, oni mają czas. Delektują się wieczorem, rozmową lub po prostu siedzą. Gubię się w tym labiryncie. Ulice kręcą, zwężają się, kończą nagle za zakrętem na czyjejś bramie lub drzwiach. Takich miejsc nie ma na żadnej mapie, nie ma ich w planach wycieczek, zwiedzania, nie są sexy, nie ma tu historii, wielkiej architektury, jest proza życia. Ta cudowna codzienność, tak inna od naszej i tak wspaniała. Zgubić się w labiryncie uliczek Duszanbe to jak spędzić cały dzień w muzeum życia. Na Ismoili Somoni trafiam równie nagle jak tu wszedłem. Ten magiczny świat zamyka się za mną momentalnie i znowu jestem na głośnej ulicy.

Puste ulice Duszanbe - prezjazd kolumny prezydenta Emomali Rahmona - Tadżykistan

Coś się jednak dzieje. Nagle znikąd pojawiają się kolejni milicjanci. Gwiżdżą, machają rękami, każą kierowcom stawać autami w poprzek jezdni. Blokują ruch dojazdowy do Rudaki. Nagle na ulicach robi się pusto. Samo Rudaki pustoszeje. Nagle wzdłuż ulicy pojawiają się jacyś mężczyźni. Stoją co jakieś 50 metrów. Wzięli się znikąd. Zaczyna się jakaś nerwówka. Milicjanci zwijają ostatnie samochody, które jakimś cudem jeszcze gdzieś jeździły. Wszystko zamiera. Chcę podejść do jezdni, żeby zobaczyć, co się dzieje. Jeden z mężczyzn od razu każe mi się cofnąć i schować telefon. Przez pustą aleję przejeżdża kolumna kilkunastu luksusowych aut otoczona kordonem milicyjnych motorów i radiowozów na sygnale. W jej sercu czarne Mercedesy, potem jakieś ociężałe terenówki. Syreny i błyski. W Tadżykistanie tylko jedna osoba może w ten sposób jeździć – prezydent Emomali Rahmon. Kiedy kolumna znika, po chwili znowu zaczyna się życie. Milicjanci się rozstępują, wstrzymany ruch z powrotem ożywa. Mężczyźni znikają się tak szybko jak się pojawili. Po rozświetlonych alejach wracam do hostelu. Dociera do mnie, że jestem w państwie policyjnym, w dyktaturze. Dla osób z zewnątrz nieco groteskowej i nieporadnej, ale dla ludzi tu żyjących już bardzo namacalnej.

Narodowe Muzeum Antyków - Duszanbe, Tadżykistan

Na drugi dzień postanawiam odwiedzić muzea. Zwykle unikam klasycznych muzeów. Zamknięta w nich historia wydaje się być martwa, odcięta od codzienności, od ludzi i życia. Historię chcę poznawać obcując z ludźmi, słuchając tego, co mówią i wyłapując to, o czym mówić nie chcą. Mam słabość do muzeów w krajach poradzieckich. Są staromodne, bardzo akademickie i wydają się najbardziej nudne, ale to właśnie w nich tkwi niesamowity klimat muzeów, jakich jest już coraz mniej. Teraz makiety i eksponaty zastępują multimedialne projekcje. Film i dźwięk zamiast obrazu. Wszystko drobno pomielone, żeby łatwo przyswoić. Tymczasem wizyta w muzeum nie jest wieczorem w kinie z popcornem i colą. To nie rozrywka, to zadawanie pytań i szukanie odpowiedzi. Wizyta w tych posowieckich to wspaniała przygoda.

Eksponaty - Narodowe Muzeum Antyków - Duszanbe, Tadżykistan

Trafiam do Narodowego Muzeum Antyków. Bilet drogi jak na Tadżykistan – 50 somoni, oczywiście to 10 razy więcej niż płacą Tadżycy. Ale warto. Muzeum jest odnowione, ale i tak przenoszę się w czasie. Jak to w Tadżykistanie, trzeba ściągnąć buty, więc zwiedzam kolejne sale chodząc w samych skarpetkach po miękkich dywanach, które co i raz odkurza jakaś pani. Dostaję przewodniczkę – Minę, młodą dziewczynę, która nienagannym rosyjskim przeprowadza mnie przez ponad 3000 lat tadżyckiej historii. W kolejnych salach odsłania przede mną kolejne dynastie i ludy zamieszkujące te ziemie. Opowiada o Zaratusztrianach wyznających kult ognia i budujących przepiękne drewniane ołtarze. O podbojach Aleksandra Wielkiego, o dynastii Samanidów. Słucham z wypiekami na twarzy, jak mały chłopiec w muzeum pełnym czołgów i samolotów. Do tego nie mogę się przestać zachwycać sposobem, w jaki wypowiada nazwę miasta Kurgonteppa – Kurgontjube -.

Figurka - Narodowe Muzeum Antyków - Duszanbe, Tadżykistan

Tablice kamienne - Narodowe Muzeum Antyków - Duszanbe, Tadżykistan

Największym skarbem muzeum jest 16-metrowa figura leżącego Buddy wykonana z gliny. Została odnaleziona w 1966 roku w monastyrze obok miejscowości Ajina Tepa. Po zniszczeniu przez Talibów posągów Buddy w Bamiyan w Afganistanie, to największy obecnie posąg Buddy w Azji Centralnej. Z oryginału niestety niewiele się zachowało, bo podczas inwazji Arabowie niszczyli wszystko na swojej drodze. Wszelkie pomniki pozbawiali twarzy, bo według Islamu, nie wolno odtwarzać podobizn ludzi. Budda jest imponujący, tajemniczy, piękny. Figurę otacza atmosfera spokoju. Spędzam tu trochę czasu siedząc na dywanie i po prostu wpatrując się w ciszy w posąg. Mina zupełnie tego nie rozumie, ale cierpliwie czeka. W końcu wygania mnie pani z odkurzaczem, która wpada do pokoju i zaczyna sprzątać.

Śpiący Budda z Ajina Tepa - Narodowe Muzeum Antyków - Duszanbe, Tadżykistan

Malowidła - Narodowe Muzeum Antyków - Duszanbe, Tadżykistan

Zadaję dużo pytań, chcę się wszystkiego dowiedzieć. Mina odpowiada na większość z nich, ale czuję, że poza standardową historią średnio się obraca w temacie. Najgorsze moje pytanie jest o materiał, z jakiego jest wykonane któreś z malowideł. Zakłopotana Mina zaczyna skrobać eksponat sprzed 3000 lat drewnianym wskaźnikiem (!!!) i z rozbrajającą szczerością odpowiada – chyba glina… – W ogóle często coś mi pokazując, dziewczyna stuka w to wskaźnikiem. Przyprawia mnie to o palpitacje serca, ale trochę mi głupio mówić pracownikowi muzeum, że niszczy w ten sposób bezcenne antyki. W końcu się przełamuje, ale Mina zdaje się nie rozumieć moich wątpliwości. Po dwóch godzinach, moja wycieczka dobiega końca. Dziękuję Minie i wracam już sam nacieszyć się jeszcze muzeum. Jestem tu kompletnie sam. Przechodzę jeszcze raz przez najciekawsze miejsca. Zagadują mnie panie, opowiadają, dopowiadają. Nie ma tu innych zwiedzających, więc jestem w centrum uwagi. Siadam na podłodze i oglądam Buddę. Zniknęła nawet pani z odkurzaczem. Próbuję sobie wyobrazić tamte czasy. Z ułamków informacji i zdjęć buduję w głowie tamten świat. Lubię to. Składanie historii z klocków. W swojej głowie. Po 15 minutach do pokoju wpada zdziwiona Mina i pyta czy się zgubiłem. Nie zgubiłem. Byłem w innym świecie.

Marszrutka do Hisor, Zarnisar Bazaar - Duszanbe, Tadżykistan

Teraz kolej na Muzeum Narodowe, ale chce sobie zrobić przerwę, więc postanawiam ruszyć do miejscowości Hisor ok. 30 km od Duszanbe, żeby zobaczyć rekonstrukcję fortu Darvaza-i Ark. Żeby się tam dostać, muszę znaleźć Zarnisar Bazaar w północno-zachodniej części miasta. Zgodnie z przewodnikiem wsiadam w autobus nr 8 i jadę do końca. Po drodze zaczepia mnie chłopak Matin, który oferuje, że mnie odstawi na busik. Przy okazji zaprasza do siebie, oferuje nocleg, proponuje oprowadzanie – wszystko po to, aby porozmawiać po angielsku. Przy okazji, po drodze pokazuje mi najlepszy lokal serwujący kurutob – tradycyjne tadżyckie danie. Ludzie tu są naprawdę niesamowici. Po pół godzinie jestem już w marszrutce, która zebrawszy komplet rusza na zachód w kierunku wioski Hisor.

Przystanek w Hisor - okolice Duszanbe, Tadżykistan

Siadam na złym miejscu. Zaraz przy wejściu, tyłem do kierunku jazdy. Kiedy ruszamy, kierowca zza kotarki coś mówi i wszyscy zaczynają szykować pieniądze. Pasażerowie poczynając od tyłu podają sobie pieniądze „łańcuszkiem” z ręki do ręki. Wszystkie te banknoty płyną do mnie. Zdezorientowany zaczynam się kręcić a siedzący na przeciwko chłopak coś mi tłumaczy. Pewnie, że na tym kursie to ja jestem „skarbnikiem”, który odpowiada za zebranie odpowiedniej kwoty i przekazanie jej kierowcy. Rzecz w tym, że taka osoba odpowiada też za wydawanie reszty. Chłopak na szczęście bierze na siebie obowiązki kasjera i wprawnie zbiera od wszystkich pieniądze, wydaje reszty i po chwili plik wymiętych banknotów znika za kotarką u kierowcy. To samo się powtarza, kiedy po drodze ludzie się dosiadają. Nie wiem jak, ale kierowca zawsze dokładnie wie czy wszyscy zapłacili, mimo że jest odgrodzony kotarką.

Droga do Twierdzy Hisor - okolice Duszanbe, Tadżykistan

Morwy prosto z drzewa, droga do Twierdzy Hisor - okolice Duszanbe, Tadżykistan

W miasteczku Hisor wysiadam na gwarnym bazarze. Dalej droga prowadzi 5 kilometrów do fortu. Wszyscy ją pokonują w taksówce, ale mi się nie chce. To nie kwestia pieniędzy. Kosztuje kilka somoni. Nie chce mi się jej szukać, targować z kierowcą. Chce iść. Ruszam więc przez wioskę, która szybko się kończy i miejsce domów zajmują pola bawełny. Wzdłuż drogi wszędzie rosną morwy. Drzewa dają przyjemny cień. Gałęzie uginają się pod ciężarem nabrzmiałych pięknych morw. Przystaję i zrywam je garściami. Opycham się słodkimi niczym miód owocami i szczerzę do siebie. To moja wymarzona sielanka. Upalny dzień, piękne niebo, pola i słodkie owoce, których sok ścieka po sinoniebieskich, klejących się dłoniach. I pomyśleć, że takie cudowne chwile, małe szczęścia, te bezcenne momenty mogą nam tak łatwo umknąć. Wystarczy wziąć taksówkę. Idąc na łatwiznę, nie wysilając się sami się okradamy z pięknych przeżyć i jeszcze lepszych wspomnień. Z marzeń, nie chcemy zostać ludźmi bez marzeń.

Fort Hisor wejście - okolice Duszanbe, Tadżykistan

Fort Hisor - okolice Duszanbe, Tadżykistan

W końcu docieram do fortu. Hisor nie miał nigdy szczęścia. Twierdza zbudowana była na wzgórzu, dosłownie po środku szlaku prowadzącego ze wschodu na zachód. Przez to była najeżdżana i niszczona przez każdego kolejnego władcę, który upatrzył sobie te ziemie. Po kolei byli to Cyrus Wielki, Aleksander Wielki, Czyngis Chan, Timur i tak 21 razy. Na koniec twierdzę zrównali z ziemią Bolszewicy tłumiący powstanie Basmaczy. Teraz fort Hisor został odbudowany. Idealna kopia jest zrobiona z cegły, przypomina więc nieco scenografię hollywoodzką, ale daje wyobrażenie o tym jak wyglądała budowla. Wejście kosztuje jakieś symboliczne 5 somoni. Kasuje je pan wyłaniający się niespodziewanie z cienia bramy. W środku twierdzy jest gorzej. Wnętrze zostało tutaj „doklejone” chyba zupełnie przypadkowo. Po obu stronach traktu postawiono bowiem pawilony sprzedające pamiątki i rękodzieło. Niby w stylu, ale jednak coś się tu nie zgadza.

Widok z murów fortu Hisor - okolice Duszanbe, Tadżykistan

mury fortu Hisor - okolice Duszanbe, Tadżykistan

Pomimo tego, że fort Hisor jest jedynie słabą makietą oryginału, z murów rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę. Kręcę się po wąskich przejściach, zaułkach i schodkach próbując znaleźć najlepszy widok. Na przeciwko fortu stoją budynki medres z XVI i XIX wieku. Dalej są jakieś stragany, budki, stoiska z lodami i restauracja, z której dobiega głośna muzyka. Ten odpustowy kicz nie psuje jednak niesamowitej atmosfery tego miejsca. Siadam sobie na murze, patrzę, słucham, wącham, czuję wiatr zwiewający cieniutkie włosy na moich rękach. Chłonę Tadżykistan wszystkimi zmysłami i znowu patrząc dookoła próbuję sobie wyobrazić jak to miejsce wyglądało setki lat temu. Niestety niechcący zapuszczam się za daleko. Na tyłach twierdzy, za reprezentacyjną alejką jest… wesołe miasteczko. Do tego kolorowe szkielety placu zabaw, psychodeliczne huśtawki, konie, na których można sobie pojeździć, mały amfiteatr i kolejka czu czu. Wszystko w jednym miejscu. Tyle różnych światów razem.

Plac zabaw - Fort Hisor - okolice Duszanbe, Tadżykistan

W drodze powrotnej zatrzymuje się samochód. Stara Vectra kursuje tu już któryś raz, więc to taksówka. Kierowca już wcześniej się zatrzymywał i mnie wołał, ale grzecznie podziękowałem, bo na ostatni odcinek nie potrzebowałem taksówki. Tym razem korzystam. Jedziemy w stronę miasteczka a Rustam – tak mi się przedstawił Tadżyk – opowiada o okolicy. Bardzo się cieszy, kiedy słyszy, że jestem z Polski. Okazuje się, ze był w Legnicy, potem jeździł ciężarówką z Białorusi do Polski. Pokazuje mi pola bawełny, opowiada, że wypiera tu wszystko inne. Że zbiera się ją jak przed stu laty – ręcznie. Bo maszyny niszczą chłopok. Dostaje się do niego dużo zanieczyszczeń, a najwyższej jakości bawełna to ta zbierana ręcznie. Kiedy mówię, że uwielbiam tut, czyli tutejsze morwy, mówi, że prawie nikt tego nie je. – Kiedyś hodowało się w tym jedwabnika, teraz z liści tut otrzymuje się wytrzymałe włókna – tłumaczy. Tym mniejsze mam wyrzuty sumienia, że rwałem sobie ot tak owoce z drzewa.

Plakat wychwalający prezydenta Emomali Rahmona - okolice Hisor Duszanbe, Tadżykistan

Jedziemy przez pola, co i raz z plakatów uśmiecha się do nas prezydent Emomali Rahmon. W połowie drogi Rustam zawraca, stwierdza, że musi zatankować. Wracamy niemal pod samą twierdzę Hisor, na stację, gdzie tankuje trochę LPG. Znowu jedziemy do miasteczka, po drodze zgarniamy jakiś pasażerów. Rustam cały czas opowiada. A ja chłonę. Wydaje mi się, że podczas tej niespełna trzydziestominutowej podróży opowiedział mi połowę życia i historii okolicy. Kiedy dojeżdżamy na miejsce wyciągam pieniądze a on się krzywi – Żadnych pieniędzy! Jesteś gościem! – dziękuję i z ręką na sercu, żegnam się z Rustamem, życząc mu szczęścia. Ludzie tu nie przestają mnie zadziwiać. Sami mają niewiele a gotowi są pomóc, ugościć. Przy tym są tak bardzo ciekawi świata – nieważne czy zaczepiając cudzoziemców, żeby porozmawiać i pomóc, czy po prostu przypatrując się im godzinami – jak było w Wachanie – i próbując rozszyfrować ich przedmioty, gesty, czynności. Nigdzie na świecie nie spotkałem takich ludzi, co w Tadżykistanie.

Kurutobhona Olim - najlepsze miejsce aby spróbować kurutob - narodowe danie tadzykistanu - Duszanbe, Tadżykistan

Wracam do Duszanbe tą samą drogą. Znowu marszrutka. Tyle różnych życiorysów, historii, charakterów ściśniętych ze sobą na tak małej przestrzeni. Stopniowe oswajanie się ze sobą, nieśmiało rzucane spojrzenia, które przechodzą w uśmiechy, przypadkowe rozmowy, pytania, zawiązywanie się tej niesamowitej, marszrutkowej więzi. Jedynej w swoim rodzaju. I ten niepojęty proces zbierania pieniędzy. Kocham marszrutki. Niestety ta zbyt szybko dowozi mnie do celu. Po powrocie do Duszanbe, głodny ruszam do Kurutobhona OLIM, którą polecił mi Matin. To kultowe miejsce w Duszanbe. W jakiś starych garażach znajduje kurutobhonę – czyli restaurację serwującą kurutob. W dużej drewnianej misce dostaję gigantyczną porcję. Kurutob to grillowane strzępki chleba moczone w rozpuszczonym kurucie (czyli suszonym, słonym mleku) z warzywami i (opcjonalnie) mięsem.

kurutob - narodowe danie tadzykistanu - Kurutobhona Olim - Duszanbe, Tadżykistan

Dookoła mnie siedzą ludzie i z jeszcze większych mis zajadają wspólnie kurutob. Jest gwarno, pysznie i klimatycznie. Wszystko to za 12 somoni, czyli niecałe 5 złotych. Tyle kosztuje mnie patrzenie, jakim niesamowitym rytuałem jest tu wspólne jedzenie. Ludzie tu przychodzą odświętnie ubrani, w garniturach lub zwykłych koszulkach polo. Parkują swoje wszystkie bieżące sprawy i wspólnie, z najbliższymi siadają do wspólnego posiłku. Wyrywani coraz bardziej ze swoich tradycji i rytuałów przez postępujący zachodni tryb życia, bronią się i znajdują czas, żeby w większym gronie zasiąść tu do posiłku przy wspólnej misie kurutobu. Rozmawiają, jedzą, patrzą na siebie, przebywają ze sobą. To wspaniałe, tak bardzo już zapomniane u nas.

Muzeum Narodowe - Duszanbe, Tadżykistan

Muzeum Narodowe wewnątrz - Duszanbe, Tadżykistan

Po południu wracam do zwiedzana sal muzealnych. Czas na Muzeum Narodowe w Duszanbe. Przedziwna bryła budynku unosi się ponad tysiącami pachnących róż w Parku Flagi. Muzeum jest sowieckim klasykiem, w którym można znaleźć eksponaty z czasów prehistorycznych – jakieś skały i kamienie, wypchane zwierzęta groteskowo powyginane z przedziwnym grymasem, makiety, repliki starych narzędzi i płaskorzeźb, wreszcie malarstwo socrealizmu. To połączenie kultury tadżyckiej z sowiecką propagandą sukcesu, forsowną industrializacją i elektryfikacją wsi. Rzeczy tak brzydkie i absurdalne, że aż fascynujące. Przemierzam dziesiątki sal pełnych osobliwości z paniami „załowymi” przysypiającymi na krzesłach. Wydają się takie nieobecne, a wystarczy nieopatrzenie zbliżyć się za bardzo do szyby, lub dotknąć niechcący jakiegoś eksponatu. Momentalnie ich głos roznosi się na całą salę i słychać nerwowe tuptanie.

Koran - zbiory Muzeum Narodowego w Duszanbe, Tadżykistan

Iskodar Merhab - największy drewniany ołtarz na świecie, z X wieku - zbiory Muzeum Narodowego w Duszanbe, Tadżykistan

Pośród tych wszystkich eksponatów trafiam na kopię śpiącego Buddy z Ajina Tepa, którego widziałem dziś rano w Muzeum Antyków. Tutaj z kopii zrobiono perełkę – najważniejszy eksponat ze specjalnie zaprojektowaną salą. Dalej trafiam na wspaniały Iskodar Merhab – największy drewniany ołtarz na świecie, pochodzący z IX-X wieku. Obok masa eksponatów związanych z zaratusztrianizmem – wspaniałe drewniane figury, zwęglone, ale cały czas piękne. Potem islam, religia, która zostawiła po sobie piękne eksponaty: wspaniałe rękopisy Koranu, mozaiki na budowlach Samarkandy, Buchary czy Hiwy, ale nie oszczędziła tyle piękna i historii innych religii. Podbiła te ziemie i zniszczyła praktycznie wszystko, co było przed nią. Obok rękopisów Koranu i pięknych muzułmańskich szat straszą zwęglone ołtarze zaratusztriańskie i pozbawione twarzy figury buddy.

obraz prezydenta Emomali Rahmona - Muzeum Narodowe - Duszanbe, Tadżykistan

zdjęcia prezydenta Emomali Rahmona - Muzeum Narodowe - Duszanbe, Tadżykistan

Na samej górze muzeum – najważniejsza wystawa – poświęcona prezydentowi Emomali Rahmonowi. Kolejne sale odkrywają karty najnowszej historii Tadżykistanu. Upadek komunizmu, rozmowy pokojowe prowadzone przez prezydenta Rahmona, co z tego, że nie ma ani słowa o straszliwej wojnie domowej, która kosztowała życie setki tysięcy ludzi. Tu prezydent otwiera Tunel Anzob, tu dogląda prac archeologicznych w Pandżakencie, dalej doradza jak najlepiej zbierać bawełnę, próbuje lepioszkę, przemawia na forum ONZ o tym jak ważna dla kolejnych pokoleń jest woda, tu mapa pokazująca jego wszystkie zagraniczne podróże. Wszędzie zdjęcia z możnymi tego świata, ostentacyjne prezenty od ważnych person. Wszystko, co może dodać powagi prezydentowi stawiającemu coraz odważniejsze kroki w klubie dyktatorów XXI wieku.

Książki prezydenta Emomali Rahmona - Muzeum Narodowe - Duszanbe, Tadżykistan

portret prezydenta Emomali Rahmona - Muzeum Narodowe - Duszanbe, Tadżykistan

Dla osób z zewnątrz może się to wydawać śmieszne, wręcz groteskowe. Wszędzie cytaty z prezydenta, plakaty, zdjęcia z lekko uśmiechniętą twarzą dobrego gospodarza. Prezydent poucza, że wiedza do potęgi klucz, rolnictwo jest ważne, a turystyka przynosi pieniądze, więc ogłasza rok 2018 rokiem turystyki. Do tego książki – masa książek prezydenta – na wszelkie okazje. Na szczęście ta pełzająca dyktatura różni się od tej jeszcze do niedawna panującej w sąsiednim Uzbekistanie. Emomali Rahmon nie jest typowym środkowoazjatyckim dyktatorem. Bliżej mu do Szewardnadze i Sarkisjana niż do Łukaszenki, nie wspominając o Nijazowie czy Karimowie. Jego historia jest bardzo ciekawa, ludzie traktują go raczej jako najmniejsze zło – jest gwarantem pokoju. Po latach krwawej wojny, nad wolność ludzie wybrali pokój i stabilność. Tadżykistan nie budzi strachu a ludzie zdają się tu normalnie żyć. Trzeba się tylko pogodzić z tym, że do polityki lepiej się nie mieszać a liczy się ten, którego klan jest akurat u władzy. W końcu to Azja Centralna. Tu zawsze tak było.

Park flagi - powiewająca flaga Tadzykistanu i Pałac Narodów - Duszanbe, Tadżykistan

Park flagi - piknik z widokiem na flagę i Pałac Narodów - Duszanbe, Tadżykistan

Wychodzę z muzeum razem z ostatnimi zwiedzającymi. Znowu brodzę w morzu róż o odurzającym zapachu. Docieram nad jeziorko siadam nad wodą. Wyjmuję z plecaka pachnące, jedwabiste morele i czarne morwy, które kupiłem na bazarze w Hisor. Patrzę na Pałac Narodów i 700-kilogramową flagę Tadżykistanu, którą nagłe podmuchy wiatru ledwie poruszają. Dookoła mnie ludzie spacerują, pływają na rowerach wodnych, uśmiechają się, rozmawiają. Niedaleko chłopak z dziewczyną randkują przy jazgotliwej muzyce wydobywającej się z telefonu, dalej jakieś nastolatki się wygłupiają. Jeszcze kilka dni temu byłem w dziczy, gdzieś pośród ośnieżonych szczytów Pamiru i Hindukuszu, gdzie ludzie nie mając nic, oddawali mi serce na dłoni. Teraz siedzę tu i widzę to, co mam na co dzień u nas w Polsce. Na szczęście pod tym płaszczykiem nowoczesnego, zachodniego życia, czuć tu jeszcze tą środkowoazjatycką duszę, ten niesamowity ogień, przygodę, jakąś dzikość, której ci ludzie się jeszcze nie wyzbyli. To jest to naturalne ludzkie piękno. Nieoczywiste i często ukryte pod warstwą codzienności. Trzeba natychmiast tu przyjechać. Żeby zobaczyć to piękno ludzkie nim bezpowrotnie przeminie.

Duszanbe, Tadżykistan

Książki o Tadżykistanie:

Erika Fatland. Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Ludwika Włodek. Wystarczy przejść przez rzekę

Jacek Hugo Bader. W rajskiej dolinie wśród zielska

Krzysztof Samborski. Zjadłem Marco Polo

Marcin Sawicki. Morze Światła. Opowieści Tadżyckie

Marta Owczarek, Bartek Skowroński. Pod Stopami Słońca. Motocyklami po Bezdrożach Azji

Szukasz noclegów?

Zarejestruj się, żeby dostać zniżkę:

50 PLN na pierwszą rezerwację na booking.com

100 PLN na pierwszą rezerwację na airbnb

Po prostu kliknij, zarejestruj się i rezerwuj.