Erywań - stolica Armenii. Miasto po przejściach: zniszczone trzęsieniem ziemi, zapomniane, zaniedbane, brudne i podupadłe. A mimo to ciekawe

Erywań. To nie jest zwykłe brzydkie miasto

Wielkanoc. Trochę się baliśmy tego dnia, w końcu to święto. A kościół ormiański obchodzi święta tego samego dnia co my. Obawialiśmy się, że trudno będzie nawet znaleźć coś do jedzenia. Perspektywa spędzenia choć jednego dnia bez chaczapuri napawała nas przerażeniem. Co ma być to będzie. W końcu jedzenie to nie wszystko. Wstałem o 6:00 rano i poszedłem pobiegać. Erywań niestety nie zmienił się zbytnio od poprzedniego dnia. O świcie miasto wydawało się jeszcze bardziej przygnębiające niż w ciągu dnia. Operując standardowymi pojęciami estetycznymi, Erywań jest brzydki. Momentami wydaje mi się, że poziomem brzydoty ustępuje mu nawet kirgiski Biszkek, o którym naprawdę trudno powiedzieć coś pozytywnego.

Hrazdan - rzeka przepływająca przez Erywań - stolicę Armenii

Erywań sprawia wrażenie miasta smutnego, nieszczęśliwego, styranego. Pełnego beznadziei. Zabudowa to istna mieszanka rozpadających się domków i ruder, pięknych i bogatych ale doprowadzonych do ruiny kamienic z początku XX wieku oraz szpetnych sowieckich kilkunastopiętrowych bloków mieszkalnych. Wszystko jest szare, brudne, obdrapane, zaniedbane. Na ulicach rządzi kompletne bezguście. Nieliczne stare kamienice w specyficznym, bardzo oszczędnym i ascetycznym ormiańskim stylu, obwieszone są dziesiątkami reklam. Pomiędzy nimi zupełnie niepasujące plomby z pawilonów w stylu lat ’90. Nic tu do siebie nie pasuje. Wszystko jakby zatrzymało się w miejscu. Miasto przypomina człowieka, który zmęczony życiem, mówi sobie „dość” rzuca wszystko, kładzie się i czeka na śmierć.

Erywań - stolica Armenii. Sceneria postapokaliptyczna

Wycieczka była dość przygnębiająca. Za wszelką cenę starałem się znaleźć najmniejsze ślady życia, radości, szczęścia. Na ulice wylewało się coraz więcej ludzi. W ich twarzach szukałem uśmiechu, nadziei, radości, optymizmu. Nie udało się, wszyscy wydawali się dumni i posępni. Może to przez specyficzne ormiańskie rysy. Mimo coraz większej liczby ludzi, miasto wydawało się nieco opuszczone. Co chwila trafiałem na opuszczone magazyny, domy, zdemontowane place zabaw, stare karuzele. Coraz częściej czułem się jak w jakimś horrorze. Wszystko wyglądało tu na opuszczone. Jedyną enklawą, miejscem, które wydawało się tętnić życiem, było ścisłe centrum. Tam tez udaliśmy się zaraz po śniadaniu. Nasz cel na dziś to znaleźć w tym mieście życie!

Plac Republiki - Erywań, Armenia

Epicentrum Erywania jest plac republiki. Gdziekolwiek byśmy się nie udawali, zawsze kończymy tutaj. To jakby początek i koniec wszystkiego. Rozległy plac otoczony ze wszystkich stron kamiennymi budynkami z jasnego kamienia, z dziesiątkami łuków i kolumn, tak charakterystycznymi dla Armenii. Budynki są nie byle jakie – Narodowa Galeria, Muzeum Historii, Marriott, siedziba rządu i cztery ministerstwa. Nic dziwnego, że to właśnie tutaj odbywa się większość protestów, demonstracji, wieców i tym podobnych.

Wernisaż - czyli targowisko ze wszystkim w Erywaniu, Armenia

Z placu odbijamy na Wernisaż – szeroki deptak z fontannami. Po kilkudziesięciu metrach docieramy do ogromnego targowiska. Setki stoisk, przy których handlarze przekrzykują się. Znaleźć tam można chyba dosłownie wszystko. Na szczęście mało jest chińskiej plastikowej tandety – ubrań, klapków i kolorowych zabawek. Dużo za to jest rękodzieła – płaskorzeźby, wyroby skórzane, drewniane, są nawet jakieś ozdoby z kutej stali. Do tego meble, kryształy, ozdoby, obrusy, bibeloty, książki, hafty, wszystko co składa się na ormiańskie wnętrze. Nie możemy się napatrzeć na to co jest na straganach. Oglądamy kiczowate malowane złotą farbą drewniane wazony, gobeliny z haftowanym Araratem, obrotowe barki i stojaki na butelki, skórzane sakwy na koniak, kryształowe karafki, zdobione kute szpikulce na szaszłyki i dziesiątki innych przedziwnych przedmiotów.

Na Wernisażu można znaleźć wszystko od kryształów aż po dywany, Erywań, Armenia

Mijamy część bazaru z dywanami. Każdy z dziesiątek straganów to kolorowy magiczny świat oddzielony od innych kobiercami zwisającymi ze sznurów. W każdym z nich niezliczone koce, pledy, narzuty, dywany, gobeliny. Każdy inny wzór, każdy ręcznie robiony, każdy ze swoją historią. Według Ormian to nie Persowie robią najpiękniejsze dywany. To Armenia słynie z najlepszych, najwspanialszych, najładniejszych i najszlachetniejszych. Nie ma sensu wchodzić w polemikę. Lepiej po prostu zachwycać się tymi przedziwnymi dywanami. Wodzić wzrokiem po zakamarkach wzorów, dotykać ich powierzchni – raz delikatnej jak jedwab, raz nieprzyjemnie chropowatej. W końcu wdychać ich zapach. Zapach nowości, przygody, tajemniczości i niesamowitości. Spacer przez te zakamarki to jak odkrywanie świata na nowo. Starzy Ormianie siedzący na stołeczkach przy kawie w plastikowych „bazarowych” kubeczkach, grający w tryktraka. Stara czarna Wołga pośród dywanów. Malarze amatorzy zachwalający swoje „dzieła”. Niesamowity, abstrakcyjny spacer po innym świecie.

Aleja Północna - Erywań, główna ulica handlowa stolicy

Z Wernisażu udajemy się na główny deptak Erywania – Aleję Północną. To szeroka ulica przeznaczona wyłącznie dla pieszych. Betonowy świat, kamienna pustynia. Nie ma tu ani jednego drzewa. Zero zieleni, tylko jakieś świerki w donicach. Wszystko zalane betonem. Wzdłuż ciągną się odnowione lub dopiero co postawione kamienice. Wysokie, z jasnego, rudawego kamienia. Niby wszystko w jednym stylu, ale sprawia wrażenie jakby budynki konkurowały ze sobą, który ładniejszy, droższy i bardziej luksusowy. W efekcie średnio do siebie pasują. Na dole w pawilonach, koszmarnie drogie kawiarnie, brasserie, boulangerie i patisserie. Ą i ę, sklepy Burberry, Hugo Boss, Armani. Wszystko co powinno być w takim miejscu. Puste miejsce, bez duszy. Uciekamy stamtąd jak najszybciej.

Opera w Erywaniu, Armenia

Docieramy do budynku opery. Tutaj jakby czuć życie. Sam budynek wygląda nieco jak dół Pałacu Kultury w Warszawie. Nieco kłuje w oczy, ale Ormianie są z niego bardzo dumni. Zaprojektował go Aleksander Tamanian odpowiedzialny za rozplanowanie współczesnego Erywania. To on zamienił prowincjonalne miasteczko w nowoczesną – jak twierdzą jej mieszkańcy – stolicę. Wokół budynku więcej ludzi. Dzieciaki szaleją da deskorolkach, rodzice z dziećmi jeżdżą gokartami. Nie ma w tym miejscu żadnego nadęcia. Panuje tu zaskakujący luz i naturalność.

Kaskady w Erywaniu - wizytówka stolicy Armenii

Nieopodal zaczyna się kompleks Kaskad – chyba najbardziej charakterystyczne miejsce w Erywaniu – zaraz po Placu Republiki. Ogromne kamienne schody wspinające się na górujące nad miastem wzniesienie. Historia tego miejsca doskonale ilustruje to co dzieje się w tym pięknym kraju. Kompleks miał uświetnić 50-lecie Sowieckiej Republiki Armenii a więc planowano otwarcie w 1972 roku. Budowa ciągnęła się jeszcze prawie dwadzieścia lat. W końcu po trzęsieniu ziemi w 1988 roku i wystąpieniu Armenii z ZSRR w 1991 roku i odcięciu funduszy, finalnie stanęła. Całość była rozgrzebana i wyglądała jak zaorany kawałek wzgórza. Potem była wojna z Azerbejdżanem i nikt nie myślał o dokończeniu prac. Ruszyły dopiero 20 lat później i cały czas trwają.

Widok na Erywań z góry Kaskad. Armeńska stolica jest wyjątkowo brzydka

Na razie są długie, szerokie na 50 metrów schody ozdobione kwietnikami, fontannami, rzeźbami i chaczkarami. Naprawdę dużo się tu dzieje. Całość robi też wrażenie. Idąc w górę mijamy kolejne współczesne rzeźby, co chwila zaskakują nas nowe kompozycje, instalacje. Nad większością czuwają strażnicy, którzy pilnują aby nic nie dotykać. Trzymam kciuki za skończenie budowy, bo to już jest naprawdę super przyjemne miejsce. A będzie jeszcze lepiej. Miejmy nadzieję, bo dotarcie na górę otwiera nam oczy na stan zaawansowania prac. Na górze, gdzie miało być muzeum, od dziesiątek lat straszy ogromny dół rozkopanej ziemi, z której wystają zniszczone już fundamenty ze sterczącymi pordzewiałymi zbrojeniami. Widok rodem z filmów o nuklearnej apokalipsie.

na samym szczycie kaskad w Erywaniu. Armenia

na szczycie kaskad w Erywaniu znajduje się pomnik - zapewne zwycięstwa

Mimo tego przeokropnego widoku, miasto się broni. Stajemy na tarasie widokowym na szczycie, pod kolumną i patrzymy na panoramę Erywania. Niby nie ma nic, co na pierwszy rzut oka mogło by przykuć uwagę – pięknych kamienic, parków, zabytków, charakterystycznych budowli – to miasto jakby uśmiecha się do nas. Nagle wydaje się przyjemne. Podoba nam się. Żałujemy jedynie, że nie ma zbyt dobrej widoczności. Normalnie można stąd dostrzec Ararat wznoszący się kilkadziesiąt kilometrów dalej, tuż za Turecką granicą. To właśnie taka panorama Erywania, wielu potrafi zachwycić, zaczarować. Nam podoba się Erywań taki jakim jest. Niby nijaki, biedny, ponury, ale coś jednak w sobie ma. Trudno to opisać, to się po prostu czuje.

na szczycie kaskad, nieopodal parku zwycięstwa znajduje się kolekcja rzeźb, Erywań, Armenia

Idziemy dalej do parku Zwycięstwa, do posągu Matki Armenii górującym nad miastem. Zatrzymujemy się jednak przy serii rzeźb stojących niedaleko. Erywań nas zaskakuje. W samym centrum tego posępnego, poważnego i wydawałoby się nudnego miasta, trafiamy na serię kolorowych zupełnie abstrakcyjnych rzeźb: kolorowe statki, słonie, pająki, piraci. Jest jednak iskierka w tym mieście. Są takie małe życiodajne elementy. Coś co sprawia, że miasto się nie dusi pod swoim ciężarem, co nadaje mu kolorów, rumieńców, co powoduje uśmiechy na twarzach jego mieszkańców.

Ruiny w parku zwycięstwa, Erywań, Armenia

ruiny opuszczonych barów i przepiękne, kwitnące drzewa owocowe, Erywań, Armenia

Spacer pustymi alejkami parku jest doświadczeniem na pograniczu romansu i japońskiego horroru. Świeci piękne słońce, delikatnie liże nas po twarzach. Zieleń naokoło coraz odważniej przebija się przez blade pozostałości zimy. Kwitną drzewa owocowe. Unosi się ciężka woń kwiatów. Słychać bzyczące owady. Jest ślicznie, sielankowo, spacerowo. Nagle, idąc wzdłuż zbocza wzgórza z widokiem na całe miasto, trafiamy na ziejące pustką ruiny. To jakieś opuszczone restauracje, bary, kluby. Wszystko zdemolowane. Chodzimy po ruinach, w środku powyrywane ze ścian kable, rozbite szkło, gruz. W samym centrum miasta. Z takim widokiem. Zieje pustką? Znowu te same pytania. Dlaczego? Co poszło nie tak? To niesamowite, że tu obraz zaniedbania, opuszczenia, rozkładu to nie tylko prowincja. Widać to także w samym centrum stolicy. Zawsze marzyłem, żeby pojechać do Prypeci. Po wizycie w Erywaniu już się chyba wyleczyłem.

psychodeliczne postacie w parku zwycięstwa, Erywań, Armenia

Lunapark w parku zwycięstwa, Erywań, Armenia

Idziemy dalej i nagle zza zakrętu wyskakuje dziwna kolorowa postać. Przerażająca postać z rosyjskiej kreskówki. Straszniejsza niż clown, gorsza niż mim, bardziej niepokojąca niż kukiełka z „Piły”. Idzie w naszym kierunku z wiązką balonów w garści. Niewiele brakowało a zaczęlibyśmy krzyczeć. Do samego końca nie wiedzieliśmy czy nas nie wypatroszy. Ta dziwna postać prowadzi nas do abstrakcyjnego wesołego miasteczka. To park rozrywki, w którym czas zatrzymał się 40 lat temu. Identyczny jak te w filmach radzieckich z lat ’70. Wszystko tu jest stare, byle jakie. Farba się łuszczy, drewno próchnieje, plastik dawno wyblakł a stal trawi rdza. Klasyczny zestaw lunaparkowy: karuzele o przerażających postaciach, samochodziki, komnata strachu – chyba pierwsza, do której faktycznie bałbym się wejść – i diabelski młyn.

Widok na Erywań ze wzgórza i Parku Zwycięstwa

Widok na Erywań z diabelskiego młyna, stolica Armenii

To akurat świetna okazja do podziwiania panoramy miasta z jeszcze większej wysokości. Oznacza to, że zobaczymy więcej. Mamy przy tym nadzieję, że nic nam się nie stanie. Płacimy grosze i siedzimy w wąskiej gondolce z daszkiem w kształcie kapsla z w zielonym kolorze i z napisem „Sprite”. Staramy się nie myśleć o przepisach, przeglądach i bezpieczeństwie. Patrzymy naokoło, na panoramę Erywania. To świetny pomysł, bo możemy podziwiać północną część miasta, której zwykle nie widać. Tam za blokowiskami przebijają się ośnieżony szczyty Kaukazu. Po raz kolejny z nieciekawego na pierwszy rzut oka miasta, wyciągamy te jedyne w swoim rodzaju obrazy. Tak warto było wsiąść na diabelski młyn. Tak warto ciągle odkrywać. Nie warto brać rzeczy za pewnik, za dane. Warto cały czas szukać, zmieniać perspektywy, drążyć, węszyć. Zawsze można odnaleźć piękno we wszystkim. A poza tym, mam taką słabość do radzieckich lunaparków. Zwyczajnie mnie zachwycają.

pomnik matki armenii, park zwycięstwa, Erywań, Armenia

Nieopodal wesołego miasteczka, góruje nad miastem ponad 50-metrowy pomnik Matki Armenii. Postać kobiety dumnie trzymającej miecz w pozycji obronnej, skierowanej twarzą do Turcji. Ciekawa jest historia pomnika. Do 1961 roku stał tu Stalin, który podczas destalinizacji, został zastąpiony Matką Armenią. Na cokole pozostały nawet jeszcze sowieckie gwiazdy. Podczas demontażu, pomnik Stalina przygniótł i zabił pracującego żołnierza, co było odczytywane przez ludzi jako zemsta wodza zza grobu za usunięcie pomnika. Teraz zamiast sowieckiego rzeźnika psychopaty, Ormianie mają swoją obrończynię, która strzeże ich przed Turkami. Statua to ulubione miejsce spacerów dzieci. Naokoło stoją dziesiątki samochodów pancernych, czołgów, katiuszy, samolotów, dział i innego radzieckiego sprzętu wojskowego.
Wnętrze kaskad w Erywaniu, Armenia

sztuka wewnątrz kaskad w Erywaniu, Armenia

Wracając na dół Kaskadą, korzystamy z ruchomych schodów, wzdłuż których wystawione są liczne dzieła współczesne. Według założenia Kaskada ma być właśnie centrum sztuki. Zjeżdżamy więc mijając przeróżne dziwne wytwory wyobraźni malarzy, rzeźbiarzy, artystów szklarzy i innych. Gigantyczne buty, dziwne fotele, modele samochodów, ruchome obrazy, lampy. Wszystko się błyszczy, świeci, pulsuje, zmienia kolory. przejeżdżamy obok po schodach. Po wyjściu czujemy się jak po jakiś środkach psychotropowych. Pozytywne wrażenia. Tak bardzo trzymamy kciuki za Kaskady.

blok z trawą na elewacji, Erywań, Armenia

Zaczynamy się robić głodni, więc postanawiamy poszukać czegoś do jedzenia. Spacerujemy ulicami i wydaje nam się jakby z tej wierzchniej warstwy brzydoty Erywania przebijały co i raz perełki. A to trafiamy na jakąś piękną kamienicę dokładnie ukrytą pomiędzy szpetnymi chruszczowówkami, to skądś wyjedzie stary zaporożec. Nawet takie okropne zazwyczaj bloki zdarzają się ładne. Jeden z nich pokryty panelami – czymś co wygląda jak boazeria, inny na elewacji ma przymocowane setki doniczek, które w lecie muszą zamieniać ścianę bloku w istną dżunglę. Tak, takie rzeczy dodają miastu życia, uśmiechu, energii. Takie rzeczy są potrzebne. To znak, ze miasto nie umarło.

wielkanocny obiad w Erywaniu: szaszłyk, chleb, ser, pomidor i oczywiście piwo, Erywań, Armenia

Obiad wielkanocny mamy nieco inny niż można by to sobie wyobrazić. Po drodze trafiamy na halę targową z supermarketem. Wszystko jest otwarte, kupujemy więc to co tutaj jest najlepsze: szaszłyki z baraniny, aromatyczne pomidory i ormiański ser z estragonem. Do tego miejscowe piwo Ararat. siadamy w parku – opuszczonym, zaniedbanym jak wszystko w Erywaniu, pełnym szkieletów karuzeli, zniszczonych ławek – i wystawiamy buzie na słońce, skubiemy szaszłyka i ser o niesamowitym aromacie estragonu. Zagryzamy pomidorem i popijamy piwem. To jest życie. To jest spędzanie czasu z ukochanymi. Po to mamy przecież święta. Nie chodzi chyba o to, żeby spędzić 3 dni przy garach a potem napchać się do nieprzytomności. Chodzi o to aby spędzić czas z bliskimi, oddać im to co mamy najcenniejsze – nasz czas, nasze życie. Wspólny posiłek jest czymś niesamowitym, oznaką jedności, darem dla drugiego człowieka. Fajnie mieć kogoś z kim można tak rwać sobie w Wielkanoc szaszłyka, siedząc na ławce gdzieś w parku w Erywaniu.

rozlewnia słynnego ormiańskiego koniaku Ararat. Do picia koniecznie z plasterkiem cytryny, Erywań, Armenia

Widok na miasto ze schodów fabryki koniaków Ararat. Erywań, Armenia

Po obiedzie idziemy na druga stronę rzeki obejrzeć fabryki koniaku. Zwiedzania dziś nie będzie, bo są zamknięte, ale możemy przynajmniej pooglądać je z zewnątrz. Koniak to w Armenii niemal świętość. Na tym polu mają zdecydowanie lepsze pole do popisu niż przy winach. Najbardziej znaną wytwórnią koniaków jest oczywiście ARARAT – ogromne kamienne i ceglane budynki górują dumnie na wzgórzu, spoglądając na miasto, górę Ararat i… na swoją konkurencję. Dokładnie naprzeciwko, przez most, znajduje się druga wielka fabryka koniaku NOY. Próbowałem dojść, który koniak jest lepszy, ale to tutaj dyskusja podobna do tych w stylu Canon czy Nikon. Ormianie są zdania, że oba są wyśmienite, w końcu są ormiańskie. Po co drążyć, który jest bardziej. Na pewno są lepsze niż te z innych krajów…

Cicernakaberd - memoriał i muzeum ludobójstwa Ormian, Erywań, Armenia

W końcu docieramy do miejsca, przed którym trochę się wzbranialiśmy. Cicernakaberd – memoriał i muzeum ludobójstwa Ormian. Muzeum na szczęście jest nieczynne. To kolejne przygnębiające miejsce w rodzaju muzeów ludobójstwa czy komunizmu w Wilnie, Rydze, Tallinie. Pomnik postawiony ofiarom planowej eksterminacji. Zwierzęcej, bezmyślnej, nieuzasadnionej, tak bardzo niepotrzebnej. Pomnik pomięci ofiar ludobójstwa góruje nad miastem. Przypomina o przerażających zbrodniach dokonanych na Ormianach w 1915 roku przez Turków. Historia ludobójstwa jest tak smutna i przerażająca jak historie innych – holokaustu, zbrodni w Rwandzie, Bośni, Kambodży czy gdziekolwiek indziej. Podobnie jak gdzie indziej, tak i tu motywy były bardzo przyziemne – nienawiść, chciwość. Podobnie też były wielką próba człowieczeństwa, którą tak wielu oblało.

muzeum rzezi ormian, Erywań, Armenia

Ludzie zamieniali się w potwory. Mordowali swoich sąsiadów, z którymi jeszcze niedawno świętowali. Nie mogę pojąć nienawiści jaką pałają do siebie ludzie na Kaukazie. Dlaczego Azer jest gotów zabić Ormianina bez mrugnięcia okiem. Dlaczego ta nienawiść tak sprytnie zasiana przez Stalina i pielęgnowana przez władzę radziecką, nadal w tych ludziach kiełkuje. Nie mogę pojąć, dlaczego wrzucając zdjęcia z Armenii, ciesząc się widokami, ludźmi, tym co widzę, chcąc dzielić się tym z innymi, dostaję od Azerów wiadomości typu „Fuck You!”, „Fuck Armenia”. Jestem chyba za głupi, żeby to pojąć. W tej kwestii Kaukaz mnie przerasta. Nie wiem czy ktokolwiek jest to w stanie pojąć, zrozumieć, racjonalnie wytłumaczyć. Po co ludzie się tu zarzynają? Dlaczego tak się nienawidzą?

panorama Erywania, Armenia

widok na Erywań, Armenia

To nie jest łatwa wycieczka. Jestem na siebie trochę zły, że w ogóle tu przyszliśmy. Chcieliśmy mieć lekki weekend, piękne widoki, odetchnąć, tymczasem trochę nas to przytłoczyło. Ale to jest życie. To jest codzienność na Kaukazie. Patrzymy tak na miasto, widzimy tę szarość, brzydotę, bylejakość. Smutne jest to, że mało co się tu pewnie zmieni, dopóki ludzie będą się nienawidzić, dopóki będą myśleli o sobie jak o wrogach, zamiast sobie pomagać. Jak to możliwe, że przez tyle lat wszyscy żyli razem w Imperium? Czy jedynym sposobem na to, żeby pogodzić ludzi jest ich po równo kopać i poniewierać, żeby nie myśleli o sobie nawzajem? Zapomnieli, że się nienawidzą? A może to nie ludzie się nienawidzą, tylko ktoś im wmawia takie bzdury?

Widok na Erywań - zniszczoną i podupadłą stolicę Armenii

Erywań jest brzydki. To nie Paryż, to nie Rzym. Historia mocno sponiewierała to miasto. Czego nie zniszczyli Persowie i Turcy, to zaorali komuniści. Co im się nie udało, dokończyło trzęsienie ziemi. Ale to nie jest zwykłe brzydkie miasto. Nie ma tu wielu wspaniałych zabytków, a mimo to, historia jest żywa na każdym kroku. Małe szczególiki, chowają się na każdym kroku. Trzeba chodzić, węszyć, szukać, odkrywać. To miasto, które trzeba odkryć. Jak kamień, który wydaje się zwykłym otoczakiem, a po rozłupaniu, kryje w sobie piękne kryształy. Na mnie Erywań wywarł niesamowite wrażenie. Nie oczywistym pięknem, architekturą i łatwymi w odbiorze atrakcjami. Erywań to piękno nieoczywiste, autentyczność, klimat. Trochę ponury na pierwszy rzut oka, zdecydowanie mało estetyczny, ale na pewno trudno go zapomnieć. Dla nas to był dopiero początek, takie szybkie liźnięcie Armenii. Na pewno tu jeszcze wrócimy.

 

Erywań, Armenia