Estońskie słodycze - próbujemy smakołyków z Estonii

Estońskie słodycze. Powrót do lat dzieciństwa

Estonia nie kojarzy mi się jakoś szczególnie z jedzeniem, a już szczególnie nie ze słodyczami. To nie Włochy z tiramisu, cannolo czy cassatą, to nie Francja z Crème brûlée czy ciastkami wyglądającymi jak dzieła sztuki, to też nie Belgia z boskimi goframi czy Speculosem… W zasadzie trudno w ogóle powiedzieć, z czym kojarzy się Estonia. Dlatego, tym bardziej zapragnęliśmy odkryć ją od strony kuchni. Podczas naszego pobytu w Tallinie, postanowiliśmy sprawdzić estońskie słodycze. Wybraliśmy kilka rzeczy unikalnych, takich, które Estończycy wskazują jako typowo estońskie i to, co w większości sklepów najczęściej się powtarzało. Staraliśmy się unikać produktów rosyjskich, dawnych radzieckich – te co prawda również są częścią tego kraju i część z nich jest naprawdę smaczna, ale szukaliśmy czegoś bardziej lokalnego. Oczywiście nie do końca się udało, ponieważ 51 lat w ZSRR zrobiło swoje. Sam wybór słodyczy nie był też powalający, niestety rządzą tu międzynarodowe koncerny ze swoimi globalnymi markami. Po kilku rautach po sklepach i sklepikach, udało się wybrać kilka lokalnych smakołyków.

Estońskie słodycze – Cokolwiek z Vana Tallinn

Vana Tallinn - kultowy likier estoński - słodycze z nim to smakołyk i świetna pamiątka

Vana Tallin to narodowy estoński likier. Pojawił się w latach 60 poprzedniego stulecia i był dla Estonii ty, czym dla Łotwy jest balsam ryski czy dla nas Żubrówka. Alkohol symbol. W smaku przypomina nieco łotewski specyfik, tylko jest o wiele łagodniejszy, lepszy i łatwiej przyswajalny. Produkowany na bazie rumu z dodatkiem ziół, olejków cytrusowych, wanilii, cynamonu. Najlepszy jest w wersji cream – bardzo przypomina Baileys i można się bardzo zapomnieć. To właśnie wersja cream jest wykorzystywana w większości słodyczy z Vana Tallinn. Mamy do wyboru od czekolad i cukierków aż po pralinki. Mleczna lub gorzka czekolada z kremowym lub płynnym nadzieniem o boskim smaku likieru to to chyba najlepsza słodycz, jaką można dostać w sklepie z pamiątkami. To jest największym minusem produktów – są mocno przewartościowane. Cena czekolady to kilka euro, czekoladki, cukierki i praliny w zależności od wielkości opakowania mogą kosztować nawet dwadzieścia kilka euro. Czyli za dużo. Zawsze można kupić butelkę likieru i polać nią np. lody lub czekoladę. Wyjdzie na to samo. Słodki smak Estonii to właśnie Vana Tallinn. Dla mnie jest tym, czym dla Jamiego Olivera oliwa z oliwek – mogę ją dodać do wszystkiego. Ocena: 4/5 za zbyt wygórowaną cenę, na sam smak, nie ma wystarczającej skali.

Estońskie słodycze – Maiuspala

Maiuspala - kultowe słodycze estońskie firmy Kalev

Maiuspala - kultowe słodycze estońskie firmy Kalev - migdały w czekoladzie - pycha

Kiedy spytałem Heidi – naszą estońską znajomą i przewodniczkę – o najbardziej tradycyjne słodycze w jej kraju, bez zastanowienia powiedziała Maiuspala. Jej smak dzieciństwa, rarytas, coś jak dla mojego pokolenia Ptasie Mleczko, Torcik Wedlowski czy ciastka Corso. Po prostu klasyk. Pierwotnie były to trufle w kształcie łezek, obecnie Maiuspala dostępna jest również pod postacią czekolady czy draży. Ponieważ nie przepadam za truflami i bombonierkami, wybieramy alternatywne opcje. Niezależnie od ich postaci, słodycze Maiuspala łatwo poznać: niebieskie opakowanie, małe żółte kurczaczki i blondwłosa dziewczynka. Draże są duże, ciężkie i dość twarde. Pachną czekoladą i aromatem przypominającym mi czasy dzieciństwa i wizyty w delikatesach. Jakieś magiczne, egzotyczne, nowe zapachy, których nie potrafiłem rozszyfrować. Po przegryzieniu w ustach wybucha supernowa. Aromat czekolady, masa jakby marcepanowa, z pokruszonymi migdałami i orzechami nerkowca, zielony kolor wskazywałby na pistacje – na początku myślałem, że to one tak wykwintnie pachną – ale to nie tak. Pokruszone orzechy są zabarwione na zielono. Niesamowity zapach to czekolada z brandy. A do tego, w samym środku chrupiący migdał! Po prostu doskonałe.

Maiuspala - kultowe słodycze estońskie firmy Kalev - czekolada

Czekolada smakuje tak samo, różni się tylko tym, że nie ma w środku całego migdała. Gdybym miał wybierać, to zdecydowanie draże – jest w nich więcej nadzienia i chrupiące serce! Maiuspala to podróż w czasie. W przeszłość do lat dzieciństwa, do początku lat ’90, kiedy wizyta w delikatesach to był seans magiczny. Pomieszane zapachy czekolady, kawy, koniaków, cytrusów, tak wtedy nieosiągalne i niesamowite. Teraz zaklęte w małych czekoladkach. Ocena: bezwzględnie 5/5 po prostu obowiązkowa pozycja dla każdego.

Estońskie słodycze – Mesikäpp

Mesikäpp - estońskie Prince Polo - wafelek w czekoladzie

Mesikäpp to kolejny estoński symbol, tamtejsze Prince Polo. Wafelek wielkości cukierka, przekładany kremem pralinowym i oblany czekoladą. Na opakowaniu napisane jest, że pomiędzy warstwami wafelka jest krem migdałowy i z orzechów laskowych. Nie potrafię rozróżnić tych smaków, ale efekt jest piorunujący. Całość jest niesamowita. Przypomina mi w smaku wafelek teatralny z dzieciństwa – kolejna rzecz, która była nagrodą, czymś pożądanym, na co czekało się długo i pojawiało się od wielkiego dzwonu. Do tego sam wafelek jest twardy i niezwykle kruchy. Przypomina mi teksturą andruty, które kiedyś kupowało się w płatach. Jednocześnie jest bardzo delikatny. Zupełnie nie przypomina naszego Prince Polo niemal rozsypującego się w rękach czy nieco bardziej tekturowej Princessy. Kolejny wyrób, który przenosi mnie do dzieciństwa. Zdecydowanie oldschoolowy i pyszny. Pakowany w małe 9-gramowe cukierki świetnie nadaje się jako smakołyk i maleńki słodki prezent z Estonii. Jeżeli ktoś lubi wafelki, to to jest „taki jak dawniej”, niemal rzemieślniczy wyrób. Ocena: 5/5 – co prawda jestem nieco skrzywiony na punkcie wafelków, ale ten zasługuje na tak wysoką ocenę.

Estońskie słodycze – Serbett sarapuupähklitega

Serbett sarapuupähklitega czyli fufge z orzechami laskowymi - estońska wersja krówki

Oboje uwielbiamy karmel, toffi, fudge i wszystko, co jest zrobione z cukru, masła, śmietanki i odrobiny soli. Dlatego do koszyka od razu wpadł Serbett sarapuupähklitega. Nazwa to taki łamacz języka, że nigdy nawet nie starałem się jej wymówić. W zasadzie nie wiedzieliśmy czy to jakiś fudge czy może raczej rodzaj bloku. W każdym razie wyglądało smakowicie, mimo opakowania (przezroczysta folia i infantylna naklejka), które sprawia wrażenie produktu co najmniej dyskontowego. Sam kształt bloczku też nie jest zachwycający, wygląda trochę jak mydło. Ale miłość do karmelu jest silniejsza od estetyki, kto wybrzydza, ten nie łasuchuje. Poza tym, byłe kraje bloku wschodniego i republiki ZSRR słyną ze swoich pomysłów cukierniczych – bloki, bajaderki itp., więc tym bardziej chcieliśmy spróbować czegoś co wyglądało jak jeden z takich wynalazków. Okazało się, że serbett to po prostu dość kruchy fudge. Przypomina kruche krówki, które akurat lubię bardziej niż ciągutki. W masie zatopione są całe orzechy laskowe. Całość jest oczywiście bardzo słodka, jak na fudge przystało. Smak jednak nie jest wykwintny. Jest po prostu słodki. A może to my jesteśmy już wybredni? Kategorię fudge zniszczyła nam nasza podróż do Australii, gdzie w Margaret River trafiliśmy do małej, lokalnej wytwórni tego smakołyku. Był on tak bardzo najlepszy na świecie, że od tamtej pory żaden inny mu jeszcze nie dorównał. Do tego chyba wyrosłem z orzechów laskowych i kocham, tak często niedoceniane, orzechy włoskie. Kwaśnawe laskowe średnio się komponują ze słodką masą. To było w sumie jedyne słodyczowe rozczarowanie w Estonii. Ocena: 2/5 bo to w końcu fudge.

Estońskie słodycze – Küpsis Pähklike

Küpsis Pähklike - estońskie ciastka orzeszki - nieśmiertelny klasyk także w PRL

Küpsis Pähklike, czyli nieśmiertelne ciastka orzeszki. To ten element, który nie jest typowo estoński i przyjechał tu raczej razem z Rosjanami. Ciasteczka z kruchego ciasta, pieczone w formie, w kształcie orzeszków nadziewane ulubioną masa, są również popularne i u nas w Polsce. W czasach PRL to była obowiązkowa pozycja na każdym weselu. Pamiętam, jako dziecko chodziłem od stołu do stołu i zgarniałem orzeszki. W niektórych domach to nawet tradycyjne świąteczne przysmaki. W ogóle to jest magnes na dzieci. Mają w sobie coś, co sprawia, że maluchy nie mogą się im oprzeć. Można je kupić w niemal wszystkich byłych republikach ZSRR. Próbujemy ich wszędzie, mamy już na koncie: Rosję, Litwę, Łotwę, Ukrainę, Armenię, Kazachstan i ostatnio Gruzję. Bez wahania więc kupiliśmy je również w Estonii. Te są zdecydowanie najładniej opakowane – w pudełeczku z folią, przez którą widać idealnie ułożone ciasteczka. Najczęściej sprzedawane są w plastikowych opakowaniach. Orzeszki mają bardzo ładny kształt i wzorek, są bardzo estetyczne. Delikatnie opieczone, mają ładny kolor. Ciasto jest bardzo kruche i twardnieje w miarę upływu czasu. Orzeszki wypełnione są pyszną, delikatną masą kajmakową. Najlepsze są oczywiście świeże, kiedy ciasto jest idealnie kruche a masa jeszcze wilgotna i klejąca. Tych estońskich nie możemy jednak zaliczyć do najlepszych, jakie jedliśmy – ciasta jest nieco za dużo a kajmaku za mało – ale nie to w tych ciasteczkach jest najważniejsze. Po raz kolejny przypominam sobie dzieciństwo. Nie wiem, co takiego mają w sobie te orzeszki, ale działają na mnie jak magnes. A nie jestem już przecież dzieckiem! Z tego wszystkiego aż muszę kupić formę do robienia orzeszków. Ocena: 4/5 ponieważ mogłyby mieć więcej kajmaku.

A do słodyczy – Helesinine Laguun

Helesinine Laguun czyli błekitna laguna czyli herbata z dzikiego ślazu - estoński smakołyk

Do estońskich słodyczy oczywiście herbata! Ale nie byle jaka. Czymś co naprawdę warto przywieźć z Estonii jest Helesinine Laguun czyli „błękitna laguna” – niesamowita herbata, której nie widzieliśmy nigdzie indziej na świecie. W zasadzie to nie liście herbaty, a kwiaty ślazu dzikiego oraz liście mięty pieprzowej. Co w tym takiego wyjątkowego? Smak jest lekki, świeży i rześki. Po prostu doskonały. Ale najlepszy jest kolor! Helesinine Laguun jest niebieska. Wystarczy wrzucić kilka kwiatów do szklanki i zalać wrzątkiem. W efekcie otrzymujemy napar o przepięknym błękitnym kolorze – właśnie jak tropikalna laguna. W miarę naciągania, napar zmienia kolor aż do szmaragdowo zielonego. Aby zachować niebieski, trzeba wyjąć kwiaty po jakiś 5 minutach od zaparzenia. Lagunę można mieszać dodatkowo z miętą, powstaje wtedy niesamowicie intensywny i orzeźwiający napar o hipnotyzującym błękitnym kolorze. Spożywanie tego to niemal mistyczne przeżycie. Co herbatka jest bardzo zdrowa. Ślaz dziki jest bardzo dobry w leczeniu nieżytów górnych dróg oddechowych i jako jedno z niewielu ziół, może być stosowany u małych dzieci i niemowląt. Samo dobro i pyszny smak! To jest najlepsza pamiątka i najładniejszy prezent, jaki można przywieźć z Estonii.

Estońskie słodycze to podróż do lat dzieciństwa

Estońskie słodycze - czego warto spróbować, co przywieźć

Estonia to miłe zaskoczenie. Zupełnie niespodziewanie, słodycze z bardzo nowoczesnego, zaawansowanego, niemal skandynawskiego kraju, okazały się krótkim powrotem do lat dzieciństwa. Do schyłku PRL i początku lat ’90. Do wizyt w delikatesach, wspaniałych zapachów kawy, czekolady, cytrusów. Do wafelków, które jadło się od wielkiego dzwonu. Do czasów, kiedy jako brzdąc, ubrany w mały garniturek, z aksamitką pod szyją, biegałem po weselach od stołu do stołu i ściągałem z nich łakocie. Estońskie słodycze mają smak dzieciństwa. Naprawdę smakują „jak dawniej”. To niesamowite, że w XXI wieku, w tak rozwiniętej – co by nie było – gospodarce, światowym już firmom udaje się utrzymać smak i jakość produktów. Może to przez wciąż niedużą skalę produkcji – w końcu rynek nie jest zbyt duży. W każdym razie, do wielu powodów, dla których warto pojechać do Estonii, zupełnie niespodziewanie, dochodzi jeszcze jeden. Estońskie słodycze cofną was w czasie, sprawią, że się rozmarzycie. Przeniosą was w czasy młodości, pozwolą jeszcze raz poczuć te niesamowite smaki.

Smacznego! (est.  head isu)