Widok z klifu na Aappilattoq - wspaniała panorama całego fiordu, Grenlandia

Fiordy Południowej Grenlandii. trekking

Na początku były chmury. Jak na każdej wyprawie. Dopiero, kiedy samolot przecina gęsty biały puch, niezauważenie zaczyna się Grenlandia. Niezauważenie, bo trudno odróżnić jedną biel od drugiej. Na miejsce chmur wchodzą ogromne przestrzenie pokryte lodem. Serce Grenlandii – lodowiec – ciągnący się setki kilometrów przez całą wyspę. Dopiero z czasem pojawiają się ciemne plamy. Spod śniegu zaczynają wyrastać góry, potem pojawiają się lazurowe fiordy. Chmury jakby się obniżają, przyklejone do czubków gór zlewają się z jęzorami lodowców. Trudno odróżnić jedno od drugiego. Próbuję dociec gdzie jest góra a gdzie dół. Dziwne uczucie w obniżającym lot samolocie. W końcu biel znika i zastępuje ją ciemna plama zgniłego koloru. Coś między zielonym a szarym. Kolor Grenlandii latem. Skały pokryte cienką warstwą ziemi, trawą i lichymi krzakami. Nie nadążam nad zmieniającymi się kolorami. Lekko zdezorientowany czuję tąpnięcie i mocne hamowanie. Wylądowaliśmy na Grenlandii.

Narsarsuaq. Wrota do Grenlandii

Grenlandia z lotu ptaka, lodowce

Loty do Narsarsuaq na Grenlandii, do Tasermiut Fjord

Po zaledwie czterech godzinach lotu z Kopenhagi trafiamy do innego świata. Narsarsuaq to miniaturowe lotnisko w miejscu dawnej bazy amerykańskiej. Podczas II Wojny Światowej był tu punkt tankowania samolotów transportowych lecących ze Stanów do Europy. To miejsce to zaprzeczenie wszystkiego, co wiemy o lotniskach. Mały baraczek, w którym wszystko robione jest ręcznie. Zanim wyjeżdża bagaż, w okienku, w którym znika taśma, wychyla się uśmiechnięta inuicka głowa bagażowego. Jakby chciał się upewnić, czy ludzie na pewno tu są i czekają. Dopiero chwilę potem wyjeżdża bagaż. Druga uśmiechnięta lokalna twarz wita nas przy wyjściu z hali przylotów. To celnik. Zatrzymuje nas i pyta o „Duty Free”. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że jako jedyni nie mamy przy sobie toreb z zakupami wolnocłowymi. Wszyscy dookoła niosą białe siatki wyładowane alkoholem i papierosami. Kiedy mówię, że nic nie mamy, celnik nie dowierza – No duty free? Where are you from!? – mówi z silnym akcentem. Pyta po co przyjechaliśmy, kiedy odpowiadam, że na trekking, puszcza nas, ale kątem oka cały czas widzę jego konsternację. Alkohol na Grenlandii jest tak drogi i tak trudno go dostać, że przecież każdy normalny człowiek przywozi tu co najmniej litr mocnego alkoholu. A do tego wagon papierosów. Polacy nie piją. Albo są szaleni. To biło z jego oczu.

Lotnisko w Narsarsuaq to mały barak

Autobus z lotniska do portu w Narsarsuaq, Grenlandia

Pod lotniskiem czeka mały autobus, który zabiera nas jakiś kilometr do portu. Wszystkie rejsy są skoordynowane z rozkładem łodzi linii Disko Line. Jest łatwo, bo przylatuje tu jeden samolot i przypływa jedna łódź dziennie. W ogóle wszystko na Grenlandii wymyka się jakoś standardowym definicjom. Lotnisko to mały barak, autobus jakiś taki przykurczony, samo Narsarsuaq to zaledwie kilka domów a port to jedna betonowa keja. To co rzuca się w oczy, tu na dole, to kolory. Z góry, najpierw jest biało, potem zgniłozielono. Z bliska Grenlandia to niesamowite, soczyste kolory. Czerwień statku, niesamowita, wręcz hipnotyzująca lazurowa woda i przepiękny błękit nieba. Nawet kadłuby łodzi wydają się jakieś takie bardziej białe. Jak z reklamy super proszku do prania. Jakby w każdym możliwym miejscu Grenlandia chciała nadrabiać kolorami na zapas. Jakby mroźne, czyste i niemal bezwonne powietrze wyostrzało barwy.

Łodzie Disko Line w Narsarsuaq czekają na samolot

Rejs z Narsarsuaq do Nanortalik, fiordy i lodowe góry

Szał Grenlandii. To jak zakochanie. Wszystkie zmysły atakują jednocześnie. Kolory, zimne powietrze, plusk wody obijającej się o kadłuby łodzi. Zanim się orientujemy, już siedzimy na niewielkim, kilkunastoosobowym statku razem z garstką przyjezdnych i miejscowych. Jedni od drugich różnią się bagażami. Ci pierwsi są zawsze objuczeni niczym woły – plecakami, workami, sakwami. Jakby wszystkie swoje przygody właśnie targali na plecach. Drudzy podróżują na lekko. Ze zwiniętą reklamówką i butelką kolorowego napoju w ręku. Ich całe życie mieści się w tych małych zawiniątkach. My płyniemy na dwutygodniowy trekking po dziczy, oni odwiedzają ciocię lub wracają od lekarza. Dla nas to wyprawa życia, dla nich rutyna. Kiedy bagaże znikają pod pokładem, rozsiadamy się w niewygodnych, ciasnych siedzeniach i ruszamy w czterogodzinny rejs. Przepływamy kolejne fiordy, mijamy dryfujące góry lodowe. Przepiękny szafirowy firn połyskuje delikatnie w lekkim słońcu arktycznego lata. Statek przecina piękną lazurową wodę, pozostawiając za sobą spienione linie. Do gór otaczających fiordy przyklejają się puszyste obłoki. Coś tak bardzo pięknie nowego.

Qaqortoq. Miasteczko zapomnienia

Port w Qaqortoq - stolicy południowej Grenlandii

Qaqortoq w południowej Grenlandii, miasteczko, które od razu się zapomina

Po paru godzinach dopływamy do Qaqortoq. Kapitan wysadza nas w porcie i zarządza pół godziny przerwy. Korzystamy z okazji i ruszamy krętą ulicą pod górę, żeby zwiedzić miasteczko. Stolica południowej Grenlandii to dziesiątki kolorowych, ale nadal dziwacznie nudnych domków porozrzucanych po okolicznych wzgórzach. Każdy centymetr płaskiej ziemi, na której można coś wybudować, jest tu na wagę złota. To co rzuca się w oczy, to brak Skandynawskiej harmonii. Tutaj rządzi przypadkowość i jakiś taki dziwny nieład. W porcie wszędzie wala się jakieś żelastwo, deski, skrzynie, worki. Na szczęście nie ma tu śmieci. Nie jest nieprzyjemnie, ale wyraźnie czuć, ze to nie Skandynawia. Tu nie ma hygge. Tu jest Grenlandia. To skandynawski dziki zachód. W całym Qaqortoq nie ma chyba niczego co można by zapamiętać. Miasteczko, permanentnego zapomnienia. Po każdej wizycie, co i raz jest zapomniane.

Mgła na fiordzie na Grenlandii

Statek do Nanortalik, rejs przez spowity mgłą fiord, Grenlandia

Nasza przerwa się wydłuża. Na Grenlandii czas płynie inaczej. Wydaje się nawet, że czas omija to miejsce szerokim łukiem. Tutaj coś jest, albo tego nie ma, po prostu. Liczą się tylko rzeczy ostateczne. Mniejsza o czas. Czas jest na Grenlandii tylko jakimś półśrodkiem jestestwa, odmierza czy coś jest mniej czy bardziej. Mniejsza o proporcje. Po co się więc tym wszystkim przejmować. Być albo nie być. Z tą myślą kręcimy się wokół portu kopiąc kamienie. Kiedy w końcu ruszamy, wkraczamy jakby do innego świata. Statek przemyka pomiędzy skalistymi wysepkami. Woda robi się ciemniejsza, a krajobraz coraz bardziej surowy. Wypływamy na otwarte morze. Z fiordów wylewają się połacie mgły idealnie rozsmarowanej nad lustrem wody. Z daleka to zjawisko wygląda kosmicznie. Kiedy wpływamy w taką mgłę na myśl przychodzą mi wszystkie horrory i filmy katastroficzne. Kapitan tylko zwalnia i przerzuca się na GPS i radar. Nadal siedzi znudzony w swoim miękkim fotelu i opierając nogi o pulpit powoli steruje.

Nanortalik. Koniec świata

Nanortalik we mgle - powszechny widok latem

mgła nad Nanortalik

Z jednej z takich mgieł wyłaniają się nieśmiało słupy, potem widać sylwetki domów, w końcu betonowe nabrzeże. Jesteśmy w Nanortalik. Wysiadamy i lądujemy w spowitym mgłą miasteczku. Gdzieś nad nami, nieśmiało próbuje się przebić słońce. Patrzymy na mapę, jakby coś miało nam to pomóc i ruszamy do naszego hostelu. Po chwili drogę przecina nam wiekowy amerykański SUV, zza kierownicy macha uśmiechnięta pani z Nanortalik Tourism. Przyjechała nas odebrać ze statku. To miłe. Przez myśl mi przemyka pytanie skąd wiedziała kiedy będziemy, ale przy jednym statku dziennie nie trzeba być Sherlockiem, żeby to odgadnąć… Jedziemy do biura. Samej jazdy autem było może z minutę. Nanortalik jest mikroskopijny. Wszystko jest tutaj do przejścia w maksimum 10 minut. Pani załatwia z nami papierologię, daje klucze, następnie zabiera nas do naszego domku. Okazuje się, że w hostelu wyciekł bojler, więc jest zamknięty i będziemy mieszkać w małym domku obok. Nie ma bieżącej wody, ale jest ogrzewanie. Prysznic jest w hotelu na drugim końcu miasteczka, jakby ktoś chciał. – Hotel znajdziecie bez problemu, jest tylko jeden – Nie ma internetu, bo jak tłumaczy pani – tydzień temu trawler zahaczył podwodny kabel i nie ma sieci na całej wyspie… – No nie ma i co? Witamy na Grenlandii!

Nanortalik wczesnym letnim wieczorem

Hostel w Nanortalik na Grenlandii - mały domek

Domek jest mikroskopijny. Trochę jak domek dla lalek. Żeby wejść drzwiami, muszę niemal kucnąć. W środku jednak faktycznie jest ciepło i bardzo przytulnie. Nie ma bieżącej wody, ale pani dowozi nam baniak z kranikiem. Wystarczy postawić go nad zlewem. Bo – co ciekawe – pomimo braku wody, jest zlew! Jest też toaleta. Widziałem różne rozwiązania, ale to na Grenlandii jest dla mnie jednym z najstraszniejszych. Nie ma tu normalnych sedesów, nie ma wychodków. Jest pomieszczenie wielkości toi toi. W nim dziwne siedzisko z wielkim czarnym plastikowym workiem poniżej, w którym zbierają się wszystkie nieczystości. Po paru dniach, taki worek się zwyczajnie wyciąga, zakręca i stawia przed domem, aż miejscowe służby go zabiorą. To najgorszy koszmar toaletowy z jakim miałem do czynienia. Bije na głowę nawet dworcowe ubikacje w Kirgistanie. Wolałbym wychodek. Myślę, że nawet podczas grenlandzkiej zimy.

wieczorne ulice Nanortalik - jest strasznie zimno

Spacer ulicami Nanortalik na Grenlandii

Potwierdza się to co przeczytałem gdzieś, że na Grenlandii pogoda zmienia się co 15 minut. Ledwie zdążyliśmy wypakować nasze rzeczy, a chmury zniknęły i na niebo wróciło słońce. Nad miasteczkiem, wilgotne, zimne powietrze przecina piękna delikatna tęcza. Postanawiamy się przejść chwilę po Nanortalik, jakoś zaprzyjaźnić z tym miejscem, które jutro i tak opuszczamy. Ten sierpniowy wieczór jest wyjątkowo zimny, zaledwie kilka stopni powyżej zera. Do tego nieprzyjemne podmuchy arktycznej bryzy. Miasteczko wygląda na opuszczone. Dookoła ani żywej duszy. W kolorowych domkach zupełnie nie ma żadnej radości. Wszędzie jest melancholia, znudzenie, senność. Po pustych ulicach szaleje jedynie wiatr. Prześlizguje się pomiędzy luźno porozrzucanymi domami. Smaga źdźbła trawy i kępy twardych krzaków, które tu i ówdzie wystają spomiędzy kamieni. Wyspa, która kaja się przed arktycznymi wiatrami. Nie ma tu niczego, co mogłoby nas osłonić przed lodowatymi podmuchami. Nie ma nikogo, kto utwierdziłby nas w przekonaniu, że to cały czas nasz świat. A więc to tak wygląda jego koniec. W czasie i przestrzeni.

Aappilattoq. Po drugiej stronie

Mgła we Fiordzie to nic nadzwyczajnego, utrudnia nawigację. Pogoda na Grenlandii jest zmienna

Rejs Disko Line z Nanortalik do Aappilattoq na Grenlandii

Statek Disko Line z Nanortalik do Aappilattoq, Grenlandia

Ruszamy następnego dnia rano. Jakież zaskoczenie, kiedy wsiadamy na ten sam statek, który przywiózł nas wczoraj z Narsarsuaq. Dziś płyniemy do Aappilattoq, wioski oddalonej o ok. 50 km w linii prostej, położonej nad fiordem Prince Christian Sound. Statek otacza gęsta, lepka i przeraźliwie zimna mgła. Zanurzamy się w niej cali, Nanortalik momentalnie znika za naszymi plecami. Jesteśmy tylko my i biel. Patrzę na mapę ponad głową kapitana, żeby zorientować się gdzie w ogóle jesteśmy. Właśnie mijamy Narsarmijit i z otwartego morza wpływamy do fiordu. Stopniowo robi się coraz jaśniej, mgła zaczyna się przerzedzać. Przed nami wyrastają surowe skalne wieże. Po obu stronach fiordy z nicości wyłaniają się ciemne, ostre skały. Górują nad nami niczym ogromne zamki. Wychodzimy na pokład, żeby chłonąć te absurdalnie piękne widoki, ale kiedy tylko wypływamy z chmur, kapitan daje całą naprzód. Statek zaczyna pędzić do przodu a zimny wiatr jest tak nieznośny, że po chwili spędzonej na pokładzie jesteśmy cali zmarznięci. Sponad gęstej, przecinanej śrubą statku wody widać góry. Wszędzie góry! Do tego tu cudowne błękitne niebo. Jesteśmy po drugiej stronie. Tam w tej mgle świat się skończył! Zaczął się arktyczny raj.

Wioska Aappilattoq w południowej Grenlandii - odcięta od lądu wysokim klifem

Port w wiosce Aappilattoq, Prince Chritian Sund

Za kolejnymi skałami odsłania się kawałek wypłaszczenia, na którym znikąd wyrasta kilkadziesiąt kolorowych domków. Aappilattoq – Jesteśmy u celu. Statek zwalnia i wpływa do maleńkiej zatoki. Dobijamy do małego betonowego pirsu i po chwili zostajemy sami wraz z całym naszym dobytkiem gdzieś w małej, opustoszałej wiosce na Grenlandii. Kapitan macha nam na „do widzenia”, a my rozglądamy się nerwowo. Wysiadło z nami kilka osób i zdaje się, że ktoś na nich czekał na kei, ale nagle wszyscy gdzieś zniknęli. Wsiąknęli w tą maleńką wioskę. Aappilattoq jest odcięte od reszty lądu pionową ścianą klifu, więc musimy jeszcze znaleźć stąd transport do jednej z sąsiednich zatok. Dopiero tam zaczniemy trekking. Zaczepiamy mężczyznę, który kręci się koło swojej łodzi. Pytamy o transport. Mówi, że zabierze nas za 500 koron. Pewnie można by się targować, ale nawet nam się nie chce. Umawiamy się na za dwie godziny i zostawiamy graty w jego domu. Chcemy jeszcze wspiąć się na klif górujący nad Aappilattoq. Popatrzeć sobie na to wszystko z góry.

Aappilattoq - mała wioska w południowej Grenlandii

Tasermiut Fjord, Grenlandia

Przechodzimy przez wioskę, która wygląda trochę jak park przyczep kempingowych. Wszystko tu jest bez ładu i składu. Domy grzęzną w niskiej trawie, pomiędzy porozrzucanym gruzem polodowcowym. Tylko czasami trafiają się pomiędzy nimi wydeptane ścieżki. Drogę wskazuje nam raczej powiewające między kolorowymi domami pranie. Sznury mówią – tędy nie przejdziesz! – Przy kompletnym braku ludzi wydaje się jakby tylko te wszystkie koszulki, spodnie, prześcieradła i kapoki mieszkały w Aappilattoq. Jakby to z nich można było sobie samemu złożyć mieszkańców wioski. Cały czas musimy przeskakiwać ponad jakimiś gratami, deskami, żelastwem. Nie przypuszczaliśmy, że już sam początek wyprawy będzie tak niebezpieczny. Mijamy sporą przyczepę kempingową. Ciekawe skąd się tu wzięła. Nie ma tu ani metra drogi, ani jednego auta! Wioska kończy się tak szybko jak się zaczęła. Za Aappilattoq trawa, kamienie, krzaki, błoto. Strome podejście. Żadnych ścieżek, po prostu idziemy na czuja – tam gdzie mniej stromo i mniej ślisko, tam gdzie coś widać. Po godzinie intensywnej trekkingu: stromego podejścia, przeciskania się po półkach skalnych i skakania nad strumieniami, spoceni i zmęczeni jesteśmy jakieś 300 metrów nad Aappilattoq.

Pierwszy szczyt Grenlandii

Trekking na klif a Aappilattoq w Południowej Grenlandii

Widok z klifu na Aappilattoq - wspaniała panorama całego fiordu, Grenlandia

Widok na fiord w okolicy Aappilattoq, południowa Grenlandia

Przepiękne fiordy na Grenlandii

Południowa Grenlandia, fiordy w okolicy Prince Christian Sund

Przed nami rozpościera się widok, który zapiera dech w piersiach. Cały fiord podany na tacy. Po kilka kilometrów w każdą stronę. Przepiękne lazurowe wody odcięte od szafirowego nieba ostrymi, poszarpanymi szczytami. Z każdej strony. Jakby to wszystko było rozerwanym na pół obrazkiem. Ogromna, przestrzeń. Wszystko wydaje się ogromne i rozległe jak z lotu ptaka, a jednocześnie czuję, jakbym mógł wszystkiego tu dotknąć. Każdego szczytu, każdej ściany. Jakby ta przestrzeń się wyginała i mnie obejmowała. Gdzieś tam hen w dole mała wioska. Kolorowe domki wyglądają stąd jak te z „Monopoly”. Rozrzucone na małym skrawku płaskiej ziemi gdzieś pośrodku niczego. Coś tak bardzo nierealnego, sztucznego. W tym miejscu tak wyraźnie widać jak bardzo człowiek nie jest częścią tego miejsca. Jak bardzo do niego nie należy. Trochę mnie to przeraża, ale też przepełnia pokorą i respektem dla tego miejsca. Dla Grenlandii. Końca świata, tej ziemi bez ludzi. Siedzimy tak i siedzimy. Trudno jakoś się stąd zebrać. Trudno uwolnić się od tej przestrzeni, w której trochę się chyba zaplątaliśmy.

Góra nad Aappilattoq

kolorowe domy w wiosce Aappilattoq

Droga w dół nie trwa długo. W miarę jak ześlizgujemy się przez krzaki, krajobraz się wypłaszcza i jeszcze bardziej do nas zbliża. Znowu jesteśmy w wiosce. Przechadzamy się pomiędzy domami, staramy się wypatrzeć ludzi, podejrzeć jakieś skrawki codzienności szczelnie ukryte w kolorowych domach. Wygląda na to, że życie na Grenlandii dzieje się właśnie we wnętrzach. Nawet w taki piękny dzień. Zaglądamy do pustego kościoła i do małego sklepu, w którym można kupić karabin i sieć rybacką, ale nie ma świeżych owoców ani warzyw – nie dopłynęły w tym tygodniu. Spotykamy w końcu dzieci, z którymi kopiemy sflaczałą piłkę. W końcu siadamy na kamieniu. Spoglądamy raz jeszcze na tą nierealną, jakby wymyśloną wioskę. Nie dość, że Aappilattoq leży gdzieś na końcu świata, to jeszcze jest odcięty od reszty lądu stromym klifem. Chyba chcemy się upewnić, że to miejsce naprawdę istnieje. Jedyną znajomą rzeczą są tu samoloty, lecące wysoko ponad naszymi głowami. Na czystym błękitnym niebie jest ich pełno. Ciągną jeden za drugim ze wschodu na zachód. Smukłe sylwetki zostawiające gęste chemtrailsy przypominają nam o realnym świecie, który zostawiliśmy za sobą.

Rejs łodzią po fiordzie, Grenlandia

Transfer łódką z Aappilattoq na początek szlaku po Tasermiut Fjord - zaraz zaczynamy trekking

Wynajęta łódź z Aappilattoq na szlak w okolicy Tasermiut Fjord, Grenlandia

W końcu wsiadamy na łódź. Uśmiechnięty sternik rozsadza nas po burtach, karze nam zrzucić toboły na środek i się trzymać. Silnik zaczyna bulgotać. Powoli wypływamy z zatoczki, a kiedy łódź znajduje się na wodach fiordu, sternik dodaje gazu. Łódź niesamowicie przyspiesza. Przepływamy o kilkanaście centymetrów od skał fiordu. Odruchowo łapiemy się za kadłub, zaczynamy podskakiwać na falach. Daje nam się we znaki lodowaty wiatr. Przy tej prędkości robi się absurdalnie zimno. Twarze momentalnie kostnieją. Ręce marzną niesamowicie, bo kurczowo trzymamy się burt. Zaczyna nam zrywać kaptury, szarpać kurtki. Wszystko dookoła trzeszczy i szumi, nic nie słychać. Oczy łzawią jak szalone. Jesteśmy trochę zdezorientowani. Jak w jakimś wesołym miasteczku. Po kilkunastu minutach szaleńczej jazdy docieramy do brzegu. Łódź powoli dobija. Skaczemy z kamienia na kamień, podajemy sobie plecaki. Potem ostrożnie po śliskim dywanie wodorostów głucho chrzęszczących pod nogami. Hop! I jesteśmy na lądzie. Sternik macha nam i łódka powoli oddala się od brzegu, po czym obraca się i z rykiem odpływa. Nagle nastaje cisza. Dociera to do nas.

Zostaliśmy we trzech. Sami na Grenlandii.

Gdzieś na południu Grenlandii

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska