pod namiot na islandię

Golden Circle. Czasem słońce, czasem nie

To był dziwny poranek. Zazwyczaj kiedy śnimy, do naszej podświadomości wkradają się dźwięki. We śnie słyszę szum wiatru, kiepsko naciągnięty namiot lekko łopoczący na wietrze. Teraz jest coś więcej. We śnie czuję zapach. Niesamowity i intensywny. Mocny zapach polnych kwiatów i ziół, które otaczają mój namiot. To niezapomniane uczucie – być obudzonym tą magiczną wonią. Otwieram namiot i zauważam, że nic się nie zmieniło od czasu kiedy kładłem się spać. Ósma rano, czy jedenasta wieczorem – tak samo jasno. Mój namiot delikatnie unosi się na zielonym oceanie. Pod ciężkim sinoszarym niebem. Słońca dziś chyba nie będzie. Nic to. Siadam w trawie i jem śniadanie. Przede mną Islandia.

skyr to islandzki przysmak śniadaniowy i nie tylko

Jem kupiony wczoraj skyr. To ciężki, gęsty, treściwy i do granic możliwości mleczny produkt zbliżony do jogurtu. Nie wiem jak go robią, ale ma zero tłuszczu i masakryczną ilość białka. W konsystencji przypomina zbity serek homogenizowany i nie da się go zjeść więcej niż dwie łyżki. Żeby zrównoważyć mleczną kwaskowość, wygrzebuje przywiezione jeszcze z Argentyny dulce de leche. To mój świat. Pomieszany niczym różnokolorowa mozaika. Łapię jedną jego część i przenoszę na drugi koniec mapy. W RPA siedząc na kamieniu skubię suszone mango kupione gdzieś na Filipinach. Suszone banany z RPA zabieram do Patagonii i jem w środku górskiej dziczy. Chłonę niesamowity, intensywny zapach skondensowany w powyginanych, lekko wysuszonych żółtych płatkach. Dulce de leche z Argentyny biorę tu – na Islandię, żeby zjeść ze skyrem. To jest globalna wioska po mojemu. I to kocham w moim życiu.

Islandia samochodem

Islandia pieszo i z samochodu

Po śniadaniu wsiadam w auto i jadę dalej na zachód. Dzisiaj mój cel to tzw. Golden Circle, czyli łańcuszek atrakcji, które musi zaliczyć każdy turysta na Islandii. Mimo pochmurnej pogody jest niesamowicie zielono, ciepło i jakoś tak przyjemnie. Droga wije się pomiędzy małymi, nudnymi acz sympatycznymi miasteczkami, zielonymi wzgórzami i polami pełnymi ziół i krzaków do złudzenia przypominających barszcz Sosnowskiego. Co i raz widać jakiś mały ale radosny akcencik. Maleńki wodospad odsłaniający się na chwilę za jakimiś domami. Wychyla się na parę sekund, uśmiecha, po czym znika za domami. – wodospad w ogródku… to musi być coś – myślę sobie. To kolorowe baloniki przypięte do znaku kierującego na jakieś Hruni. W środku niczego. Nie wiadomo skąd. Nie wiadomo po co. To jest Islandia. Chyba nie ma co zadawać pytań. Nie ma co starać się zrozumieć. Trzeba po prostu chłonąć i się cieszyć.

Wodospad Gullfoss - wizytówka Islandii

szlak wzdłuż wodospadu Gullfoss

Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy docieram do Gullfoss – kolejnego z najbardziej znanych wodospadów na Islandii. Czytając przewodniki, mam wrażenie, że tu każdy wodospad jest najbardziej znany. Tu już czuć komercję i turystykę zorganizowaną. Duży parking dla autokarów, masa samochodów i tłumy ludzi. Uciekam na bardziej kameralny niższy parking, o którym – sądząc po tłoku na górze – mało kto chyba wie. Wyskakuję z auta i idę w stronę wizytówki tej pięknej wyspy. Można zarzucić temu miejscu komercję, ale widok setek metrów sześciennych wody przelewających się w każdej sekundzie przez dwie kaskady, robi niesamowite wrażenie. Spieniona, biała woda, ogłuszający szum, wilgotna mgiełka unosząca się nad wodospadem. Ten widok nikogo nie jest w stanie pozostawić obojętnym.

co zobaczyć na Islandii - na pewno wodospad Gullfoss

Gullfoss, Islandia

jeżeli trekking po Islandii to tu - Gullfoss

Gullfoss to coś jak Niagara w miniaturce. Nie szczególnie wysoki – kaskady maja po 11 i 21 metrów – za to dość szeroki, przez co wydaje się jeszcze masywniejszy niż jest w rzeczywistości. na górze woda płynie wzdłuż płaskowyżu porośniętego trawą. Spada w dół do głębokiego na 30 metrów, wąskiego kanionu. Miałem obiekcje, bałem się, że ludzie zniszczą mi to miejsce, ale majestat tego miejsca nie pozwala się zadeptać setkom turystów i dumnie prezentuje się każdemu kto chcę choć na chwilę się zatrzymać, popatrzeć, poczuć, pobyć tu. Obchodzę wodospad, wchodzę szlakiem aby obejrzeć go z góry, potem w dół, przez chmurę wody dostaję się nad samą wodę. Z bliska jeszcze bardziej czuć potęgę żywiołu. Gdyby nie to, że po dłuższej chwili jestem już niemal kompletnie mokry, spędziłbym tu chyba pół dnia. Kiedy wracam, dostrzegam, że niebo nieśmiało się przeciera. Widać pierwsze plamki błękitu. Jeszcze chwila i słońce przebije się przez chmury. Czekam niecierpliwie na tęczę nad wodospadem. Niestety, chyba nie tym razem. Słońce jest naprawdę nieśmiałe.

Islandia to wodospady i rzeki

Jadę dalej. Po drodze wychodzi na chwilę słońce. Nagle wszystko dookoła się zmienia. Islandia zazwyczaj spowita jest chmurami. Wszystko dookoła jest szare, ponure, surowe i melancholijne. Krajobraz raczej posępny. Gdyby nie jego zjawiskowe piękno, można by wręcz rzec – dołujący. Ale wystarczy najmniejsza przerwa w chmurach. Jedno maleńkie okienko, przez które jest w stanie przebić się chociaż jeden promień słońca. Wtedy Islandia eksploduje, niczym gejzer. Uwalnia całe swoje życie, głęboko skrywaną energię. Każde źdźbło trawy, dotąd niewyraźne , nagle wybucha soczystą zielenią. Przepiękne żółte i różowe kwiaty nagle jakby zaczynały świecić, uśmiechać się. Strumienie nabierają koloru, bije od nich piękny szafirowy blask. Islandia jest jak kwiat, który co noc zamyka się i każdego ranka rozkwita dotknięty promieniami słońca. Wystarczy chwila słońca, a z czarno-białego szkicu, Islandia staje się kolorowanką wypełnioną najpiękniejszymi, soczystymi barwami.

Gejzery na Islandii

na Islandii można zobaczyć czynne gejzery

Kolejnym przystankiem na złotym kręgu jest Geysir. To miejsce, w którym niegdyś królował ów Geysir – od którego nazwano wszystkie tego typu źródła. Dziś czynny jest tylko Strokkur – mniej spektakularny, ale niezawodny wyrzuca regularnie, co 5-10 minut strumień gorącej wody na wysokość ok. 30 metrów. Dojeżdżam na miejsce i widzę jeszcze więcej turystów. To już pełnoprawna atrakcja turystyczna – pełno samochodów, restauracje, sklepy, wystawy. Mijam to wszystko i próbuje uciec przed tłumem do gorących źródeł. Prowadzi do nich alejka wzdłuż dymiących kałuż. Trawy jest mniej, na ziemi widać rude błoto. W powietrzu unosi się ostry zapach siarki. Każde bulgoczące oczko wodne przykuwa uwagę. Jest w nim coś co nie pozwala się oderwać. Może to świadomość, że stoję na przykrywce ogromnego szybkowaru. Może niedowierzanie, że coś tak abstrakcyjnego jak gotująca się ziemia w ogóle istnieje.

Gejzer Strokkur - wystrzeliwuje wodę co kilka minut

erupcja gejzera na islandii

Po krótkim spacerze docieram do ogromnego kręgu ludzi. Tłum szczelnie otacza parującą dziurę z ziemi. Jest gorąco i mokro. Jest gwar. Wszyscy są podekscytowani. Ludzie stoją naokoło Strokkura i rozmawiają śmieją się, wzdychają. Stopniowo zapada cisza. Coraz większa. Robi się jak w teatrze. Skupienie tak duże, że najmniejsze chrząknięcie byłoby niczym igła wbita w balon. Cisza. Aż nie chce się wierzyć, że tyle ludzi w jednym miejscu może być tak cicho. Powietrze jest jakby naelektryzowane. Wszyscy czekają w gotowości z aparatami. Nagle strzał. Rozlega się głośny syk. Puff!!! Następnie słychać wielkie zbiorowe – Wooow! – Jednoczesne westchnięcie kilkudziesięciu osób. Zachwyt płynnie przechodzący w gwar rozmów o tym co właśnie się stało. – Widziałeś to!? Ale cool! –

erupcja gejzera Strokkur na Islandii

W jednej części słychać pisk i krzyki. Chmura ciepłej i śmierdzącej zgniłym jajem wody, opadając z 30 metrów, uderza w grupę ludzi i moczy ją. Ale tylko na chwilę. Po chwili ludzie znowu zacieśniają się przy barierkach w oczekiwaniu na kolejny wystrzał. Koło stopniowo się zaciska, aż szczelnie oplata płotek. Ludzie mówią coraz ciszej i rzadziej. Napięcie rośnie. Z rzadka słychać pojedyncze mruknięcia, które też szybko ustają. Znowu cisza. Oczekiwanie na kolejny wystrzał. Ani mru mru. I tak w kółko.

gejzery i gorące źródła na Islandii

Idę dalej do rozsianych po okolicy oczek wypełnionych gorącą, bosko szafirową i błękitną wodą. Kiedy podchodzę do jednego z nich, w twarz uderza mnie gorąca, wilgotna chmura o charakterystycznym zapachu zgniłego jaja. Okleja moją twarz szczelnie. Czuję się niczym w saunie. Ciężko tym oddychać. Po chwili parę przewiewa nagły podmuch świeżego powietrza. Na twarzy pozostaje wilgoć, która smagana wiatrem zamienia się w niewidzialną lodowatą maskę. Czuć świeżość. To jak skok do lodowatej wody po saunie. Organizm pobudza się. Czuć dreszcz, energię. Po chwili znowu podmuch gorącej pary. Gorąco. I znów wiatr. Zimno. I tak na przemian. Spacer po alejce z gorącymi źródłami zapewnia takie atrakcje. Aż się nie chcę wychodzić. Wracając na parkingu złapałem przez przypadek wi-fi. Myślałem, że to w knajpie. Nie, to w jednym z autobusów – ultraszybkie, otwarte wifi. Wszystko było OK, gdy bus stał na parkingu. Kiedy w pewnym momencie ruszył, żeby dokończyć wysyłanie wiadomości, musiałem dosłownie go gonić.

Po drodze do Pingvellir - Islandia

wycieczka po Golden Circle na Islandii

Jadę dalej. Trasa wiedzie dalej przez zielone płaskowyże, kaniony, przecina doliny, rzeki. W oddali to pojawiają się to znikają szare, surowe góry. Drogę przecinają strumienie. Pogoda jest coraz ładniejsza, jest coraz cieplej, słońce pojawia się częściej, wychodzi zza chmur coraz śmielej. Niestety ma to swoje minusy. Nie wiedzieć kiedy, wkraczam w zupełnie nieprzyjazny żywioł. Muchy. Pełno much. Zwykłe małe muchy. Brzmi to niegroźnie. Tyle że tu jest ich pełno. Dziesiątki, nawet setki. Wystarczy zatrzymać auto i wysiąść. Momentalnie otaczają swoją ofiarę. Siadają wszędzie, łaskoczą, bzyczą, wlatują do uszu, nosa, ust, nawet oczu. Zwyczajnie nie da się wystać nawet chwili. Przypomina to Australię i jej okropne, upierdliwe muchy. Małą ulgę przynoszą coraz rzadsze powiewy wiatru. Po drodze widzę ludzi w siatkowych ochraniaczach na twarz, chroniących ich przed muchami. Muchy na Islandii to masakra.

Pingvellir - tu stykają się płyty kontynentalne: północnoamerykańska i eurazjatycka

płyty kontynentalne w Pingvellir, Islandia

Kiedy jestem już prawie przy Þingvellir, moją uwagę przykuwa spora wyrwa w ziemi. Rów, ciągnący się po obu stronach drogi, przecinający ją prostopadle. Taki miniaturowy kamienny kanion porośnięty trawą i krzakami. Szybko kojarzę co to jest i zapominając o nieznośnych muchach wyskakuję podekscytowany z auta. Wdrapuję się na kamienie i w najwęższym miejscu staję okrakiem na obu krawędziach tego mini kanionu. Teraz mogę to powiedzieć! – lewa noga w Ameryce, prawa w Europie. To tu ciągnie się granica pomiędzy płytami kontynentalnymi: północnoamerykańską i eurazjatycką. To tu Ziemia się otwiera i rozszerza, żeby z powrotem wciskać się gdzieś na Pacyfiku. Niby bzdura. Może i tak, ale ile daje radości! Przeszkadzały tylko muchy.

Pingvellir - jedna z atrakcji na tzw. golden circle, Islandia

wodospad w Pingvellir

Docieram w końcu do Þingvellir. To święte miejsce Islandczyków. To tu – w Wąwozie Wszystkich Ludzi – wieki temu zbierał się Althing – starożytny parlament Wikingów. Tutaj radzono, podejmowano decyzję, nagradzano i karano ludzi. to miejsce jest kolebką państwowości, kultury i tożsamości tych ludzi. nieprzypadkowo chyba Wikingowie wybrali miejsce, które jest przedłużeniem granicy pomiędzy płytami tektonicznymi. To dwa rzędy skał odsunięte od sienie na kilka do kilkunastu metrów, właśnie na skutek działania ruchów tektonicznych. W pewnym momencie pomiędzy nie wpada wodospad Öxarárfoss, którego wody zamieniają się w rzekę Öxará.

Pingvellir, Islandia

widok z Pingvellir - przepiękne krajobrazy Islandii

Spacer tędy pomaga przenieść się w czasie. Magia miejsca pozwala wyobrazić sobie tłumy ludzi gromadzące się tu przy okazji zjazdów i posiedzeń rady. Liczne domy, stragany, tłumy, handlarze, wodzowie. Narady, podejmowanie decyzji dotyczących ekspedycji, podbojów, wojen. Karanie winnych: wyroki śmierci przez utopienie dla niewiernych żon, banicji na tych, którzy ośmielili się podważyć autorytet wodza. Setki handlarzy, gwar, krzyki, życie. Tak musiało tu być setki lat temu. Teraz też gwar i krzyki. Ludzie w kolorowych kurtkach. Tłumy ciągną krótkim szlakiem wzdłuż wąwozu, następnie wspinają się po schodkach na punkt widokowy na górze, lub rozchodzą się na rozległych polach poniżej, poprzecinanych strumieniami i jeziorkami.

Trekking po Pingvellir, Islandia

szlaki wokół Pingvellir, Islandia

Z góry widok rozciąga się obłędny. Po wyjściu z wąwozu, otoczonego z obu stron ciemnymi skałami, nareszcie widać przestrzeń. Na południu widzę malownicze jezioro Þingvallavatn, otoczone gdzieś daleko wzgórzami. Poniżej nich, nad samym jeziorem gdzieś w oddali widać unoszące się w powietrze kłęby pary. Na Islandii to nic dziwnego. Na wschodzie rozciąga się malownicza płaska dolina, kończąca się gdzieś daleko na ciemnych górach. Na północy i zachodzie góry zaczynają się od razu. Nieszczególnie wysokie, raczej łagodnie wyglądające. Zwracają uwagę nie swoją surowością a dostępnością, bliskością i łagodnością. To zapewne wrażenie, któremu nie chciałbym ulec. W końcu to we wnętrzu Islandii panują jedne z najmniej przyjaznych warunków dla trekkingu – chłód, wilgoć, wiatr, ostre skały, nieregularne podłoże z ukrytymi dołami i szczelinami. A do tego czyhające w ziemi gorące niespodzianki.

co warto zobaczyć na Islandii - Pingvellir raczej tak.

Na kręceniu się po Þingvellir spędzam sporą część popołudnia. Prawie zapomniałem, że za kilka godzin muszę wracać, oddać samochód i jechać na lotnisko. Jem tu sobie na spokojnie obiad. Strasznie ciężko mi wydać 60 zł na kubek zupy pomidorowej. Nie dlatego, że nie mam. Jakoś nie mogę przyjąć do wiadomości, że Islandia jest tak apokaliptycznie droga. Zresztą nawet nie czuję potrzeby jedzenia na ciepło. W ogóle jak to na wyjazdach, raczej nie czuję głodu, zapominam o posiłkach, jem raczej z przyzwyczajenia, chyba że trafię na jakiś bazar z jedzeniem lub w miejsce gdzie można znaleźć lokalne jedzenie. Zamiast w pobliskiej kawiarni, siadam na kamieniach i dojadam resztki Skyru – znowu doprawiony pysznym mlecznym karmelem i odrobiną soli. Widoki zapierają dech w piersiach. Zwyczajnie mógłbym tu siedzieć godzinami. Patrzeć na jezioro, góry, niezmierzone przestrzenie. Udaje mi się znaleźć miejsce z dala od ludzi. Mimo że Þingvellir, jak reszta atrakcji ze złotego kręgu, jest wręcz przeładowany turystami, da się tu znaleźć zaciszny kąt i w spokoju posiedzieć.

gorące źródła na Islandii - IHveragerdi

gotowanie na parze z gejzerów na Islandii - Hveragerdi

Powoli, niechętnie wracam w stronę Rejkyaviku. Na tyle niechętnie, że wybieram dłuższą drogę i zahaczam o Hveragerði znane ze swoich gorących źródeł. Samo miasteczko to standardowe islandzkie miasteczko, chociaż jak na ten kraj, stosunkowo ładne i przyjemne. W samym centrum trafiam na restaurację przygotowującą dania na kuchni geotermalnej. Jak to działa? Bardzo prosto – kuchnie na zewnątrz zasilane są nie prądem czy gazem a sprężoną parą wodną wprost z wnętrza ziemi. Wszystko wygląda super ciekawie, kiedy przed knajpą zatrzymał się autokar z turystami wracającymi do Rejkyaviku. Wszyscy robią sobie zdjęcie z kuchnią geotermalną, oglądają, tłumaczą itd. Kiedy znika autokar, umiera tez knajpa. Wygląda mi to na jedną wielką atrapę. I chyba dobrze, bo kto chciałby jeść chlebek bananowy o aromacie zgniłego jaja?

gorące źródła Hveragerdi na Islandii

spacer po gorących źródłach jest ryzykowny, Hveragerdi

Zaraz za miastem rozciągają się gorące źródła. Zostawiam samochód na skraju drogi i ruszam krótkim szlakiem wokół gorących źródeł. Chyba trochę inaczej to sobie wyobrażałem – las, góry, bulgoczące oczka wodne, tryskające gorące źródła. Tymczasem wychodzę na porośnięte zieloną trawą pola, po których ciągną się rury. Wszystkie syczą, w środku kotłuje się para. Słychać hałas sprężonej gorącej pary wydostającej się na powierzchnię. Mieszkanka czystej przyrody i krajobrazu industrialnego. Po bliższym przyjrzeniu się widzę, że miejscami trawa ustępuje rudo-czerwonej, podziurawionej ziemi, z której wydostaje się gorąca para. Wszędzie unosi się charakterystyczny zapach siarkowodoru.

gorące źródła na Islandii

trekking po okolicach Hveragerdi na Islandii

Dziurki mniejsze i większe. Syczą, bulgoczą, świszczą, wydają całą kakofonię dźwięków. Mój krok robi się coraz bardziej niepewny. Nie wiem gdzie mogę stanąć. Wydaje mi się, że pod stopami czuję jak ziemia drży pod naporem sprężonej gdzieś głęboko, gorącej wody. Idę szlakiem i widzę stare opuszczone, zakamienione i pokryte mineralnymi osadami pompy, stare rury, rynny i rurociągi. Wokół walają się zużyte zawory, jakbym był na jakimś cmentarzysku starych maszyn parowych. Wzdłuż drogi ciągnie się rura, z której dobywają się niepokojące odgłosy. W końcu trafiam do jej ujścia. Przy drodze, wydobywa się z niej pod dużym ciśnieniem gorąca woda. Rozbija się o ustawione nieopodal kamienie, po czym płynie wypalonym małym korytem wzdłuż łąk i spada do pobliskiej rzeki.

gorące źródła, Islandia

sklepy monopolowe na Islandii są dobrze ukryte

Przypomina mi się opowieść Alexa o ludziach, którzy tu przychodzą, zostawiają rzeczy na brzegu rzeki, następnie wchodzą do niej i siedzą w ciepłej wodzie popijając zimne piwo. Faktycznie, woda wypływająca z rura ogrzewa rzekę do tego stopnia, że można by w niej spokojnie posiedzieć. Ale chyba nie tu, bo nie mogę znaleźć zejścia do wody. Zamiast więc brodzić w gorącej rzece, wdrapuję się na skały i siadam z przepięknym widokiem na rzekę w obu jej kierunkach. Wyciągam upolowane z wielkim trudem piwo – oczywiście bezalkoholowe – na inne nawet tu nie liczyłem. Nie widziałem ani jednego sklepu monopolowego. Nawet gdybym go znalazł, w weekend byłby i tak zapewne zamknięty. Cały czas zimne piwo pite w tak pięknym miejscu to nagroda. Za niedospanie, za chodzenie, za szybkie tempo, za aktywny weekend, za to, że mi się chciało. Ale co ja mówię. Tą nagrodą jest cała moja wycieczka na Islandię.

trekking po islandii

Siedzę tak sobie i zastanawiam, dlaczego mi się w ogóle chce. Mogę przecież spędzić weekend w domu, pójść w piątek na imprezę, przewegetować sobotę na kacu, wieczorem może wyskoczyć do kina, w niedzielę do galerii handlowej na zakupy, spotkać się z kimś, pójść na piwo. Dlaczego zamiast tego funduję sobie nieprzespane noce, siedzę w niewygodnym, ciasnym jak cholera fotelu Wizzaira, chodzę, marznę, moknę, odganiam się od much, jem na zimno, piję zimną wodę, tyłek mnie boli od siedzenia w pociągu i samolocie, nogi od chodzenia. I w ogóle wszystko jest źle i nie tak jak w domu… Nieee, tak naprawdę nie zadaję sobie tych pytań. Bo nie muszę. Wiem dlaczego to robię. Ponieważ to kocham. Poznawanie, odkrywanie nadaje sens życiu. Tym właśnie różnimy się od zwierząt. Oprócz odżywiania, wydalania, rozmnażania, mamy też rozum. Karą za niego jest świadomość nieuchronnej śmierci. Tym bardziej chcemy zadawać sobie pytania, zrozumieć. Co? Jak? Po co? Może podróże nie dadzą nam odpowiedzi na te pytania, ale samo ich poszukiwanie, sprawia, że życie jest pełniejsze i piękniejsze.

co zobaczyć na Islandii

Takie właśnie rozważania przy akompaniamencie syku i kłębach pary wydobywającej się gdzieś w środku pola, ze starych rur idących nie wiadomo skąd, zamykają mój krótki ale intensywny pobyt na Islandii. Kończę piwo i z największą jak do tej pory niechęcią opuszczam gorące źródła Hveragerði. Żegnają mnie stokrotki, które wzięły się tam nie wiadomo skąd. Rosnące dzielnie, na przekór wszystkiemu na tej niegościnnej i wydawałoby się toksycznej ziemi.

droga do Reykjaviku, Islandia samochodem

Zapada wieczór, oczywiście tego nie widać, ale zegarek zaczyna mnie coraz bardziej poganiać. Wsiadam w auto i kieruję się w stronę stolicy. Przemierzam rozległe surowe pola zaschniętej lawy, przypominające powierzchnię jakiejś obcej planety. Nareszcie się rozpogodziło. Jest pięknie.. błękitne niego, słońce, świeży, rześki powiew. W radio jak na zamówienie słyszę smętne tony mojej ukochanej piosenki Sigur Ros – Njósnavélin, sprzed 14 lat! W radio! Jakby Islandia na koniec puszczała do mnie dyskretnie oczko, wołając – wpadnij tu jeszcze. Wpadnę na pewno.

Po drodze odbieram wiadomość od Alexa: Jadę już do domu, zostaw auto na lotnisku. Parking długoterminowy. Bilet parkingowy i kluczyki włóż do schowka na rękawiczki. Zostaw auto otwarte…

Islandii nie da się zrozumieć, trzeba ją po prostu przeżyć.

 

Hveragerði, Islandia