Farma Nalasut, w pobliżu Tasiusaq, Grenlandia

Grenlandia. Dzień 12. Nuugaarsuk do opuszczonej farmy Nalasut

Tasermiut Fjord. Nuugaarsuk do opuszczonej farmy Nalasut

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku Nuugaarsuk do Nalasut nad fiordem Tasiusaq

Straszliwy wiatr ustaje w nocy. Nad ranem nasz namiot przestaje szarpać, a dookoła nareszcie rozlega się cisza. Od czasu do czasu słychać tylko delikatne szuranie trawy i niskich krzaków o poły namiotu. Do środka wdziera się odurzający zapach ziół. Grenlandzka łąka budzi nas wcześnie. Świeży zapach trawy i krzewów nie pozwalają zasnąć. Przypominają mi się świeże smaki, w głowie próbuję sobie ułożyć z czym kojarzę unoszący się dookoła zapach. Świeże, soczyste pomidory, biały, lekko słonawy ser. Dosyć! Ze świeżych rzeczy od dwóch tygodni mamy jedynie czosnek i cebulę – na szkorbut – jak to zwykł rzucać Jacek. Jeszcze trochę i za śniadanie musi wystarczyć kubek cienkiej kawy i słodka owsianka, na zmianę z pasztetem lub inną mało wykwintną pastą. Wszystko jakoś kiepsko wyliczone, dorzucające się do naszego ujemnego bilansu energetycznego. Myślenie o jedzeniu, nie ma sensu. Nie tutaj.

Nuugaarsuk, widok na Tasermiut Fjord

Przed namiotem pijemy gorącą kawę patrząc na ołowiane chmury. Mało razy widziałem niebo tak przytłaczające, tak ciężkie i tak nieprzyjazne. To chyba coś takiego mieli na myśli bohaterowie Asterixa mówiąc – niebo spadnie nam na głowy! – Już sam widok tych chmur przyprawia mnie o ból głowy. Tworzą jakby szczelny pancerz, który otacza całą ziemię, a utrzymuje się jedynie na czubkach okolicznych szczytów. Zatrzymują światło i życie gdzieś tam na górze, tutaj pozostawiając przygnębienie, zapomnienie i ogólną bylejakość. Nawet kolory uciekają ze wszystkiego dookoła. Ołowiane chmury wysysają stąd życie. Grenlandia blaknie jak w wyziewach jakiegoś toksycznego cholerstwa. Przez chwilę myślę sobie nawet, że to by tłumaczyło te cienkie obłoki mgły, które unoszą się tu i ówdzie.

Pola uprawne na farmie Nuugaarsuk, Grenlandia

Nie ma co tu tak siedzieć. Zwijamy obóz i ruszamy przed siebie po śladach jakiegoś bliżej nieokreślonego pojazdu. Nie przymierzając, za duże to na quada. Niby auto, ale jakież auto byłoby tu w stanie wjechać. Chyba tylko jakiś stary Steyr 90 na gigantycznych kołach albo jakiś wehikuł rodem z rajdu Dakar. Ale ślady nie są aż tak szerokie. Dziwi nas w ogóle, że jest tu coś w rodzaju drogi. Na mapie sprzed 24 lat pustka. Jedynie jakiś szlak po drugiej stronie góry. W rzeczywistości oczywiście go nie było. Otoczenie zmienia się kompletnie. Znikają farmy i poletka. Wchodzimy lekko pod górę przecinając niewielki półwysep, na którego czubku znajduje się wioska Tasiusaq. Tasermiut Fjord znika za naszymi plecami, przed nami pofalowane, podmokłe wrzosowiska. Pomiędzy porozrzucanymi kamieniami i głazami narzutowymi skaczą owce. Nie ma już błękitnego nieba, słońca, fiordu. Są tylko wyblakłe wrzosowiska i to ciężkie, ołowiane niebo.

Trekking w okolicy Nuugaarsuk, Tasermiut Fjord

Przecinamy wzgórza łańcucha Qaqqatsiaq i schodzimy na drugą stronę do małego Fiordu Tasiusaq. Przecinamy podmokłe łąki we wszystkich kolorach jesieni, mijamy mętne strumienie i owcze bobki. Szukamy wody, która skończyła nam się rano. Wszędzie są pastwiska i nie chcemy ryzykować zatrucia wodą ze strumienia. Jedyna nadzieja to strumienie po drugiej stronie fiordu. Całość nie wydaje się daleko, Tasiusaq Fiord to taka miniaturka. Niby wszędzie dookoła górują ostre szczyty, ale sam fiord wydaje się jakąś rozgrzewką. Przypomina jakiś trójwymiarowy obrazek, który zmienia się w zależności od tego pod jakim kątem się nań patrzy. Raz większy, raz mniejszy, ale finalnie nie robi na nas jakiegoś wrażenia. Do wioski Tasiusaq też jest już blisko, więc postanawiamy otoczyć fiord i dotrzeć do oznaczonego na mapie domku hytte. Mapa jest stara i zapewne domku już tam nie ma, ale mamy czas. Najwyżej rozbijemy się gdzieś obok.

Trekking nad Tasermiut Fjord, Grenlandia

Na końcu Tasiusaq Fiord, wyrastają nagle zabudowania farmy. Według mapy znajdują się tu dwa gospodarstwa: Saputit i Saputit Tasia. My właśnie stoimy przed bramą tego pierwszego. Wygląda na to, że nie ma innej drogi więc, postanawiamy zwyczajnie wejść i iść do stojącego nieopodal domu, żeby zapytać właścicieli, czy możemy przejść przez farmę. Wpadamy na pomysł, że od razu można po poprosić o świeżą wodę. Docieramy do zabudowań w trudnym do określenia stanie. Ni to nowe, ni stare. Ani dobrze utrzymane ani zaniedbane. Jakaś dziura amortyzacyjna. Saputit tkwi w tym dziwacznym stanie. Coś pomiędzy istnieniem a zużyciem. O tym, że to żyje, przypomina jedynie miarowe szczekanie przepięknego, włochatego malamuta na łańcuchu. Na szczęście daleko od nas. Na spotkanie wychodzi nam Innuitka, która na przywitanie i pytanie, tylko nam macha, żebyśmy weszli do domu… Więc ściągamy buty i wchodzimy.

Tasiusaq Fiord, widok na doline Itillersuaq, Grenlandia

W środku domu – magia. Ciepło, jasno, czysto. Zza dużych okien widać szarą Grenlandię. Na dużym, płaskim ekranie leci „Wonder Woman”. Domowo i rodzinnie. Tak bardzo tu nie pasujemy. Niedomyci, zmęczeni i jacyś tacy zdziczali. Uderza nas absolutnie boski, powalający zapach pieczonego ciasta. Po dwóch tygodniach marszu, niedożywieni, zmęczeni, na liofilizatach. Tortura! Kątem oka widzimy jak w piekarniku rumienią się drożdżowe bułeczki z bażynami. – Grenlandzkie jagodzianki… – rzucam pod nosem, a zapach i widok tych bułeczek zaprzątają całą moją uwagę. Pani znika w jednym z pokoi i zaraz pojawia się uśmiechnięty mężczyzna w średnim wieku. Podaje nam rękę i zaczynamy rozmawiać. Mężczyzna łamanym angielskim opowiada o farmie. Przedstawia krzątającą się mamę i żonę piekącą właśnie jagodzianki. Budynek to stare baraki po bazie amerykańskiej z czasów wojny. Jak na swój wiek trzyma się naprawdę super. W środku wygląda jak typowy skandynawski domek. Takie hygge w wersji mocno podstawowej.

Trekking w okolicy Tasiusaq - Qaqqatsiaq

Tasiusaq Fiord, dolina Itillersuaq, Grenlandia

Wyciągamy mapę i pokazujemy naszą trasę po kolei przyciskając palcem na punkty, w których spaliśmy. Mężczyzna sprawia wrażenie dość zdziwionego. Wygląda na to, że nie wiedział, że tam jest przejście. Albo wiedział, tylko zastanawiał się po co tam chodzić. Nagle pyta – Did you meet any polar bears? – odpowiadamy, że nie, i to dobrze, bo nie mamy broni, ani nawet flar. Ten uśmiecha się i rzuca – Not so many polar bears this summer – Patrzymy na siebie i w tym momencie dociera do nas, że… nie nawet nie chcemy o tym myśleć. Właściciel widzi, że wariujemy od zapachu ciasta więc proponuje nam kawę. – Ciastka będą dopiero za jakieś 20 minut, więc może poczekacie? – Kompletnie rozczuleni dziękujemy jednak. Nie chcemy nadużywać gościnności. I tak wpadliśmy im tu nie wiadomo skąd, brudni i dzicy. No i chyba trochę boimy się, że zwyczajnie nie wytrzymamy tyle czasu w tych słodkich oparach szczęścia. A jak już wygłodniali zobaczymy te zjawiskowo pachnące bułeczki przed sobą, to pochłoniemy je jak zwierzęta.

Farmy Saputit i Saputit Tasia, okolica Tasiusaq, Tasermiut Fjord

Pokazujemy tylko dokąd chcemy dojść. Właściciel tylko wskazuje palcem na rzekę Sisoorartut Kuua – wypływającą z doliny Itillersuaq – przez, którą będziemy musieli przejść, żeby dojść do obozowiska naprzeciwko Tasiusaq. Pokazuje, że jest tam jakiś problem i trzeba ją przekraczać nieco w głąb doliny. Na mapie rzeka nie wygląda źle, więc nie powinno być problemu. W końcu nie takie rzeczy się robiło. Dziękujemy i ruszamy dalej. Mijamy zabudowania, miniaturowe pola z wrakami ciągników i maszyn rolniczych porozrzucanych tu i ówdzie. Ruszamy piaszczystą drogą, którą kiedyś zdecydowanie musiały jeździć przynajmniej ciągniki, których zwłoki mijaliśmy przed chwilą. Droga jest tak nudna i monotonna, że zaczyna się dłużyć. Wije się pośród traw, wrzosowisk i kamieni. Gdzieś hen przed nami widać kolorowe zabudowania farmy. Ponad nami ciężkie niebo utwierdza nas w przekonaniu, że dziś jednak będzie padać. Żebyśmy tylko zdążyli dotrzeć do obozowiska. Żeby tylko był tam domek. To już nie tylko życzenie. To już wielka nadzieja.

Rolnictwo na Grenlandii jest w nienajlepszym stanie

Oczywiście zaczyna padać. Z ciężkiego nieba zaczyna mżyć. Ten wredny deszcz. Niby taki lekki, łagodny, ledwo tylko „pyka” na kurtce, ale po kilku minutach moczy dokumentnie. Całkowicie, konsekwentnie. Pocieszamy się, że już niedługo dotrzemy do obozowiska i schowamy się w namiocie. Po lewej stronie góry się rozstępują i otwiera się szeroka dolina Itillersuaq. Ta sama, na której drugim końcu 12 dni temu zaczęliśmy nasz trekking. Jakieś 17 km w linii prostej. To jakoś dziwnie podnosi nam morale. Jakby naszą grenlandzką przygodę spinała jakaś klamra. To oznacza także, że do naszego celu jest coraz bliżej. Nagle deszcz zaczyna zacinać, jakby poczuł, że nam za dobrze i chciał pokazać, że jeszcze nie koniec. Pojawia się rzeka. Przy brzegu rozlewisko wydaje się dość płytkie, ale szerokie i wymagające kręcenia. Patrzymy, kręcimy nosem i ruszamy w górę rzeki poszukać lepszego przejścia.

Farmy Saputit i Saputit Tasia, rejon Tasiusaq, Grenlandia

Mijamy jakieś rusztowania przy drodze. Dużo desek i stertę dużego żelastwa. Nie stare i opuszczone, ale jakby ktoś coś chciał tu budować. Wtedy docieramy do rzeki. Szeroka, rwąca i spieniona przeciska się pomiędzy ogromnymi śliskimi kamieniami. Nad nią rozszarpany most. Po prostu zmieciony, zapewne siłą wody. Od razu wyjaśnia się skąd to żelastwo. Ktoś miał tu chyba reperować ten most. Miał, ale nie nareperował. Skoro jest most, to o przekraczaniu nie ma mowy. Jedno spojrzenie na spienioną wodę i od razu się odechciewa. Kręcimy się zrezygnowani, zziębnięci i zmoczeni. Zaczynamy nawet oglądać stertę desek, czy osłoni nas od zacinającego deszczu. Jacek chce już rozbijać namiot. Proponuję zejść do ujścia i spróbować przejść przez rzekę. W końcu zostało nam już tak niewiele. Schodzimy przemoczeni. Lodowata woda nie robi już różnicy. W zacinającym deszczu ściągamy buty i zaczynamy krążyć po ujściu. Na szczęście jest odpływ i może się uda. Wszystko jest nie tak. Ostre muszle, śliskie kamienie, jakieś muliste, głębokie, czarne błocko, a na koniec śliskie glony „morska kapusta”. I jeszcze ten cholerny zacinający deszcz. Zaciskamy zęby i po prostu idziemy. Żaden z nas nic nawet nie mówi. W końcu się udaje. Wychodzimy po drugiej stronie.

Ujście rzeki Sisoorartut Kuua, Tasiusaq

Przekraczanie rzeki Sisoorartut Kuua, Tasiusaq

Jest nam tak zimno i tak wszystko jedno, że postanawiam przejść resztę w klapkach. Zresztą jest już tak blisko. Widać już biało niebieski dom. Zaraz za nim traktor, jakaś stodoła i szopy, łodzie wyciągnięte na brzeg i masa gratów, pomiędzy którymi biegają pojedyncze owce. Zabudowania jak na farmie. Trochę siada nam motywacja, bo wygląda na to, że to nie żadna hytte, tylko zwyczajna farma, na której ktoś mieszka. Cały czas, więc patrzymy dookoła gdzie tu można się rozbić. Albo zwyczajnie wybłagamy, żeby się schować choć na trochę w stodole. Tak, żeby wyschnąć, ogrzać się, zwyczajnie wrócić do żywych. Jesteśmy coraz bliżej farmy, a nikogo nie widać. Nie szczeka żaden pies, płot jest rozpruty a traktor okazuje się jedynie niebieskim wrakiem. Kiedy docieramy na miejsce, okazuje się, że oprócz owiec, nikogo tam nie ma. Wszystko wskazuje na to, że farma Nalasut jest opuszczona.

Farma Nalasut, Grenlandia

Opuszczona farma Nalasut, Grenlandia

Znowu ten dziwny stan. Czarna dziura. Niedookreślenie jestestwa. Błąd w matriksie. Jakby ktoś, kto to wszystko robił, o czymś zapomniał albo zwyczajnie odstawił robotę i poszedł zająć się czymś innym. Znowu przypomina mi się scena z „Mr Nobody” świat tworzony po kawałku na naszych oczach. Wielkie helikoptery lecące z kawałkami rzeczywistości na linach. Tutaj chyba któryś nie doleciał. Albo pilot coś pokręcił. No więc są domy. Jeden zamknięty, ale klucz wisi obok drzwi. Patrzymy przez okno, wszystkie meble są na swoim miejscu, w kuchni jakieś porozrzucane graty. Wygląda jak typowy, niezbyt dobrze utrzymany dom. Jakby ktoś po prostu rano stąd wyszedł na zakupy. O tym, że długo nie wraca świadczy spleśniała kawa w zaparzaczu. A w tej temperaturze pleśń nie mnoży się zbyt szybko. Oglądamy wszystko jak detektywi, jak biegli sądowi, jak jakieś CSI: Grenlandia. Żeby tylko się utwierdzić w przekonaniu, że tu nikogo nie ma.

Farma Nalasut nad fiordem Tasiusaq

Nocleg w opuszczonej stodole, Nalasut

I jest pytanie: wchodzić czy nie? Niby opuszczone, no ale co jak jednak ktoś wróci, a my tu sobie w czyimś domu. To ostatnie czego byśmy chcieli. Być najeźdźcami jakiegoś Innuity, zapewne uzbrojonego. Postanawiamy, że niezależnie od stanu własnościowego czy faktycznego farmy, najbezpieczniej będzie sprawdzić stodołę. Na farmie nie ma żadnych zwierząt, wszędzie tylko owcze bobki i mnóstwo gratów. Jakieś stare łodzie, silniki, traktor, taczki, potłuczone szyby, stare silniki, jest nawet sedes. Dużo niepotrzebnych rzeczy. Graciarnia na świeżym powietrzu. W stodole na ściółce leży wszystko. Jakieś worki z czymś wyschniętym i twardym, dużo białej folii, stare beczki, deski, jest nawet łódź. Ale przynajmniej jest dach. Decydujemy się na rozbicie namiotu w środku gdzieś pomiędzy całym tym bałaganem. Tak, to będzie biwak na śmietniku, ale przynajmniej będzie sucho.

odpoczynek podczas trekkingu na farmie Nalasut, Tasermiut Fjord

Nocleg na farmie Nalasut, Grenlandia

Porządkujemy trochę stodołę, układamy platformę z desek i rozstawiamy na niej namiot. Po jakimś czasie przestaje padać, więc wychodzimy na zewnątrz. Szary świat powoli zaczyna nabierać kolorów. Pijemy gorącą herbatę i kręcimy się po farmie zaglądając wszędzie, gdzie się da. Nie wiem czy to ciekawość, czy po prostu, po prawie dwóch tygodniach w dziczy tak bardzo łakniemy cywilizacji, tego ludzkiego elementu. Jakbyśmy chcieli upewnić samych siebie, że jesteśmy jeszcze częścią tego stada. Znajduję w pobliżu stare taczki, które zaciągamy do stodoły. Kiedy znowu zaczyna lać, akurat rozpalamy w nich ognisko, przy którym z przyjemnością się ogrzewamy. Kiedy przestaje padać deszcz, wystawiamy taczki przed stodołę. Klecimy sobie siedziska z jakiś desek i stalowego żelastwa i siedzimy przy ogniu. Zbieramy kawałki drewna po całej farmie i łapczywie wrzucamy je do ognia. Ciepło płomieni, widok świata wracającego do życia i ostatnie zapasy herbaty i kawy dają nam tyle radości.

Nalasut - opuszczona farma na Grenlandii, Tasermiut Fjord

Widok na Tasiusaq z opuszczonej farmy Nalasut, Grenlandia

Nareszcie możemy posiedzieć. Nic nie robić. Nigdzie nie iść. Być sobie tutaj, w tym dziwnym nie do końca wydarzonym miejscu. Cały czas nas zastanawia, gdzie są mieszkańcy farmy. Przychodzą nam do głowy głupie myśli jak jakaś zaraza czy nawiedzenie. A może ktoś po prostu wyjechał na wakacje? Słyszymy motorówkę płynąca po Tasiusaq Fiord w naszym kierunku. Kiedy już sobie zaczynamy układać historyjkę usprawiedliwiającą, dlaczego palimy komuś drewno w jego starych, kulawych taczkach, pod jego zagraconą stodołą, okazuje się, że motorówka zatrzymuje się i jacyś dwaj faceci łowią sobie ryby w ujściu rzeki, którą przekraczaliśmy kilka godzin temu. Wody fiordu niosą ich każde słowo w dziwacznym języku. Widzą nas, ale kompletnie ich nie obchodzimy. Więc zwyczajnie siedzimy sobie dalej.

Farma Nalasut, w pobliżu Tasiusaq, Grenlandia

góra Putooruttoq, w pobliżu Tasermiut Fjord, Grenlandia

Jak znaleźć opał na Grenlandii - najlepiej na opuszczonej farmie, Tasiusaq

Patrzymy tak sobie na fiord, na kolorowe domki Tasiusaq po drugiej stronie wody, na chmury tańczące na niebie, na puszyste niczym boa obłoki owijające wyrastające dookoła góry. Nic się nie dzieje. Nic się nie wydarza. Bo i nie może się zadziać. Nie tutaj. To miejsce jest opuszczone, zapomniane. Czekało tylko na nas. Żebyśmy mogli tak sobie siedzieć, patrzeć w ogień, gadać o pierdołach, wspominać, planować co zjemy po dotarciu do Nanortalik, jakie piwo wypijemy jeszcze w Tasiusaq, ile czasu będziemy się szorować pod prysznicem. O tym jak bardzo jesteśmy zmęczeni, jak zjedlibyśmy coś innego niż pasztet czy liofa. O tym jak bardzo było przerąbane, ale jak cholernie warto było tu przyjechać, przejść te wszystkie fiordy, doliny, przełęcze, lodowate rzeki, bagna, kamienie i przeklęte lasy. Siedzimy tak do wieczora. Siedzimy też cały następny dzień. Po prostu siedzimy i gadamy. Nic się nie wydarza. Bo nie ma prawa. Nie tutaj.

Opuszczona farma Nalasut

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska