Przepiękne odbicie gór w wodach Tasermiut Fjord, Grenlandia

Grenlandia. Dzień 10. Klosterdalen do Ulamertorsuaq

Tasermiut Fjord. Z Klosterdalen do Ulamertorsuaq

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku Klosterdalen do Ulamertorsuaq

Klosterdalen to punkt zwrotny naszej wyprawy. Chyba nawet taki prawie cel. Doszliśmy tu i chyba już jakbyśmy zaczynali powrót. Przed nami jeszcze kawał drogi wzdłuż fiordu, ale mam jakieś dziwne przeczucie, jakby ta wyprawa się już kończyła. Pogoda też jest jakaś dziwna. Niby w porządku, ale jakby mówiła nam – spadajcie już do siebie. W powietrzu czuć zmianę, przesilenie, przemijanie, jakbyśmy właśnie przeżywali ostatni dzień arktycznego lata. Niby słoneczny dzień, ale to słońce jakieś blade, sprane, wyblakłe. Sine, szarawe światło tworzy dość przygnębiający nastrój. Niebo przędzie powoli kolejne chmury, które zaczynają się w koronkę oplatającą niebo. – Cirrus na niebie, pogoda się zjebie – Jacek przywołuje mądrości nauczyciela geografii z podstawówki. Coś w tym jest. Do tej pory mieliśmy ogromne szczęście z pogodą. Mam dziwne przeczucie, że już niedługo to potrwa. Ruszamy jednak przed siebie w dół Tasermiut Fjord.

Trekking przez Klosterdalen, Tasermiut Fjord, Grenlandia

Pierwsze wyzwanie to oczywiście znalezienie drogi do fiordu. Dzielnie ruszamy przez gęste krzaki. Udaje nam się dotrzeć do brzegu. Po chwili marszu docieramy do ujścia rzeki Uiluiit Kuua. Woda jest rwąca, dość głęboka, rozlewa się po śliskich kamieniach. Szukamy, węszymy, kręcimy się wzdłuż rzeki i nic z tego. Trzeba wracać i przekraczać rzekę tam, gdzie wczoraj. A raczej przedwczoraj. Prawie godzina marszu w plecy. Znowu rozbieranie się, przechodzenie przez lodowatą wodę. W taki dziwny nie-słoneczny dzień przechodzenie rzeki jest jeszcze straszniejsze. Lodowata woda sięgająca po uda to nie dyskomfort. To już jawna tortura. Potem suszenie, otrzepywanie z piasku, ubieranie się. I znowu krzaki, krążenie, podejście pod górę, zejście w dół. Lądujemy przy tej samej rzece – na szczęście już po właściwej stronie.

Tasermiut Fjord, góry, Grenlandia

Widok z Klosterdalen na Tasermiut Fjord i lodowiec Sermeq

Docieramy do pozostałości obozowiska. O tym, że ktoś tu kiedyś obozował świadczy stare palenisko i jakieś resztki spalonych śmieci. Zastanawia mnie jak bezmyślnym trzeba być, żeby palić tu plastik. My od 10 dni targamy ze sobą wszystko co nieorganiczne. Przy planowaniu wyprawy sporo czasu poświęciliśmy na wybieranie rzeczy, które nie generują niepotrzebnych śmieci, na sposobie ich zwijania, składania, wymyśliliśmy, że opakowania po liofilizatach będziemy płukać gorącą wodą zwijać w rulonik, zaciskać, aluminiowe opakowania po konserwach dokładnie deptać na płasko itd. A tutaj jacyś hunowie-podróżnicy palą sobie plastikowe worki. Brak słów. Chociaż z drugiej strony, mogli je po prostu rozrzucić dookoła. Na szczęście w Tasermiut Fjord nie ma wiele ludzi. Oby tak jak najdłużej zostało.

Przepiękne odbicie gór w wodach Tasermiut Fjord, Grenlandia

Tasermiut Fjord - podczas odpływu widać mnóstwo muszli

Schodzimy nareszcie na brzeg. Mamy szczęście, znowu trafiamy na odpływ. Woda odsłania wąską, w miarę płaską plażę. Nie musimy się przeciskać przez te koszmarne krzaki. Gładziutki piasek również okazuje się nie być idealnym podłożem do chodzenia. Miękka masa zapada się pod naszymi stopami i otacza nasze buty szczelnie miękką chrzęszczącą mazią. Szczęśliwie, większą część plaży przykrywają tysiące małży. Depczemy po niezliczonych czarnych muszlach, które wyglądają jak w garnku w restauracji. Przez myśl przechodzi mi czy są jadalne? Po 10 dniach jedzenia konserw, liofilizatów i bakalii, gdy jedynymi świeżymi produktami były cebula i czosnek, moje myśli odruchowo kierują się w stronę smacznych rzeczy. Zaczynam nawet myśleć, że przecież mamy czosnek, mamy szczyptę chili, oliwę z oliwek, nawet masło się z najdzie… białe wino zastąpi resztka whisky, pietruszkę zamienimy na tymianek grenlandzki. To nawet nie tak, że jestem akurat głodny. W sumie od początku mamy duży deficyt kaloryczny. Jesteśmy notorycznie głodni.

Lustro wody Tasermiut Fjord, Grenlandia

Lodowiec Sermeq na końcu Tasermiut Fjord, Grenlandia

Z myślami o grenlandzkich mulach wygrywa obawa o zatrucie pokarmowe podczas trekkingu. Zresztą mule znikają. Wchodzimy na kamienie przykryte gęstymi wodorostami na linii odpływu. Znowu skaczemy po trzeszczącej „kapuście wodnej”. Nad samą wodą nietrudno jest stracić równowagę. Bynajmniej nie chodzi tu o śliskie wodorosty. Przy tej dziwacznej pogodzie, tym nijakim powietrzu, jarzeniowym świetle dnia, w gładkiej jak lustro wodzie fiordu odbija się idealnie ten ponury świat. Czuję się jakbym był uwięziony w jakiejś pułapce czasoprzestrzeni. Pomiędzy dwoma światami, na tej cienkiej krawędzi, skaczę sobie po lepiszczu dwóch rzeczywistości – tej prawdziwej i odbitej, wymyślonej, fiordowej. W pewnym momencie zatrzymuję się, patrzę na fiord i nie wiem nawet czy stoję, czy leżę. Przez chwilę próbuję sobie uświadomić, gdzie jest góra a gdzie dół. Gdyby nie to, lecielibyśmy wzdłuż fiordu jak burza. Teraz co chwila muszę patrzeć na fiord, próbuję odnaleźć jakieś punkty orientacyjne. Nawet lodowiec Sermeq na końcu fiordu wygląda jak jakieś zagięcie czasoprzestrzeni. Jak jakaś dziwaczna dziura wciągająca wszystko dookoła. Jak plama, zaciek na zdjęciu.

Trekking podczas odpływu jest łatwiejszy, Tasermiut Fjord

Tasermiut Fjord, trekking

Brzeg co i raz się podnosi i opada. Czasem woda podchodzi pod same skały i musimy wspinać się na klif po zwisających korzeniach, podciągać się na krzakach, przeskakiwać, zeskakiwać. Jeżeli jest jakieś miejsce na trekkingu, w którym jeden niewłaściwy krok może się skończyć tragicznie, to właśnie jest to miejsce. Gdzieś ponad brzegiem dostrzegamy charakterystyczną ścianę góry Ulamertorsuaq. To znaczy, że zbliżamy się do pierwszej dużej doliny na trasie Nulamertorsuaq. Próba wypowiedzenia grenlandzkich nazw kończy się jak zwykle poplątaniem języka, więc po prostu nazywamy doliny „pierwsza”, „druga”, „mała”. Łatwiej. Podchodzę nieco wyżej zbocza, żeby mieć lepszy widok na góry. Są tego warte. Nagle, tuż przede mną, wyrasta domek. W zasadzie to jakaś szopa zbita ze wszystkiego co było pod ręką. Krzywe deski, małe okno, blacha falista, jakieś metalowe szkielety, jakieś plandeki i folie przyłożone kamieniami. Nic do siebie nie pasuje. Styl architektoniczny typu błąd w matriksie.

Marsz do Ulamertorsuaq. Tasermiut, Grenlandia Południowa

Trekking w południowej Grenlandii

W pierwszej chwili zastanawiam się – skąd tu w ogóle chata – szybko zdaję sobie sprawę, że to pewnie chatka dla myśliwych. To co mnie naprawdę interesuje, to czy jest otwarta! Na szczęście tak. Zaglądamy do środka. Klepisko, brudy stolik, jakaś ława. Zapach zapomnienia, pustki, z lekką nutą arktycznego brudu. Za zimno na zgniliznę, zbyt daleko od wszystkiego na pleśń. Ale można usiąść przy stole, można się wyprostować w pomieszczeniu! Takie głupie, zwyczajne rzeczy, o których na co dzień nie myślimy, a których nie mieliśmy przez 10 dni. Siedzenie na drewnianej ławie, oparcie rąk na stole – nawet tak brudnym – jest jak powrót do utraconego, zapomnianego już życia. To jakaś kompletna abstrakcja. Chcę się zatrzymać tu w Ulamertorsuaq. Chcę zostać tu na noc. Chcę zjeść przy stole, położyć się spać nie w namiocie a na tym klepisku częściowo pokrytym mchem.

Opuszczona chatka myśliwska koło doliny Ulamertorsuaq, Tasermiut Fjord, Grenlandia

Paweł znowu marudzi, że tu nie zostaje i chce iść dalej, ale nie czuję, że chcę przepuścić tej okazji. To jest jedyna chatka na jaką trafiliśmy na Grenlandii. To nie-namiot, czyli szczyt luksusu. Akurat jest już popołudnie. Fajnie tu sobie posiedzieć, popatrzeć na fiord, posłuchać skrzypiących drzwiczek. Zastanawiam się, dokąd prowadzi ścieżka koło chatki. Podążam wzrokiem dalej i dalej. Jakieś sto metrów przede mną nagle znikąd wyrasta kolorowa postać z wędką na ramieniu. Aż się rozglądam dookoła, czy nie trafiłem na pole jakiś halucynogennych chwastów. Postać zbliża się. Przede mną staje uśmiechnięta blondynka, o wysmaganej słońcem piegowatej twarzy, że spalonym nosem i z hipnotycznymi wyblakłymi niebieskimi oczami. – Typowa Dunka – myślę sobie. Tylko akcent zdradza, że nie jest ze Skandynawii. Brzmi jak… Włoszka, ale zdecydowanie nie wygląda. Rozmawiamy chwilę, opowiada, że jest tu od 3 miesięcy i razem z kumplem wspina się – o, na tamtą górę – pokazuje palcem na Ulamertorsuaq. Właśnie ustanowili jakąś nową trasę.

Tasermiut Fjord, Grenlandia Południowa

Dziewczyna mówi, że idzie łowić łososie i pogadamy jak będzie wracać. Nie wiem, czy nas spławia, czy może nasza zbiorowa halucynacja po prostu mija, ale machamy na do widzenia i zajmujemy się swoimi sprawami. Po kilkunastu minutach na drodze pojawia się gość, który wygląda jak Jake Gyllenhaal, tylko z rudą brodą. Zaczynamy gadać. Edoardo jest Włochem. Jego koleżanka Federica też. Faktycznie są wspinaczami. Okazuje się, że to Edoardo Saccaro i Federica Mingolla – dwójka włoskich wspinaczy, którzy spędzili tu ostatnie trzy miesiące. Właśnie udało im się przetrzeć nową drogę wspinaczkową – La Cura – przez południową ścianę środkowego filaru szczytu Nalumasortoq. No i my tu sobie na nich wpadliśmy. Gadamy, Edoardo idzie na ryby, potem wraca, znowu gadamy, zapraszają nas do siebie do obozu jakieś 500 metrów dalej, za rzeką. Mają ponoć wielkie sferyczne namioty, kuchnie, pełno jedzenia, mają nawet generator. Niestety nie mają łososia, bo ryby dziś nie brały. Więc znowu będą jeść lasagnę.

Dolina Ulamertorsuaq, Grenlandia

Słuchamy tego jedząc nasze liofy i chyba nie wiem czy chcę patrzeć, jak jedzą lasagne. Edoardo i Federica patrzą na nasze paczkowane jedzenie z obrzydzeniem. Nawet na Grenlandii Włosi dogodzą sobie w kuchni. Wracają zwijać obóz, bo jutro przypływa po nich łódź i wracają do Nanortalik. My tymczasem „uszczelniamy” chatkę. Jutro od rana ma padać. Prognozy mówią o 40% szans na deszcz. Słowa Edoardo na odchodne mnie trochę zmroziły – Jeżeli jest 40% szans, to na bank będzie padać. Jeżeli 60% – właźcie do namiotu i nie wychodźcie. Nawet na siku – No więc uszczelniamy dach chaty, żeby nas nie zaskoczył deszcz w nocy. Kiedy wszystko jest przygotowane, postanawiamy ruszyć na rozpoznanie. I przy okazji po wodę na wieczorną herbatę. Zaczyna się robić cholernie zimno. Chyba naprawdę to lato się dziś kończy.

Most na rzece w dolinie Ulamertorsuaq, Grenlandia

Tasermiut Fjord - trekking, Grenlandia

Po chwili marszu docieramy do rwącej rzeki wypływającej z Ulamertorsuaq. Według mapy powinniśmy ją przejść. Nie wiem, gdzie. Jest dość głęboka a prąd jest niezwykle silny. Na krańcu ścieżki zaczynają się dosłownie katarakty. Dopiero po chwili dostrzegamy, że nad wodą rozciągnięty jest most linowy. Bez niego pozostaje chyba tylko pływanie albo marsz w głąb doliny, z nadzieją dotarcia do źródeł strumienia. Niebo ma już kolor skał Nalumasortoq. Taki dziwny, nijaki szary. Nawet nie ponury. Zwyczajnie żaden. Kolor pustki – brak koloru. Wszystko wygląda jak na jakiś starych wyblakłych zdjęciach. Rzeczywistość sprana, znoszona, jak wyblakły od słońca wrak samochodu. Patrzę w dolinę. Mimo tej dziwacznej pogody jest przepiękna. Dookoła amfiteatr szczytów nad Ulamertorsuaq. Otaczające nas niemal pionowe ściany skał. Czuję się jakbyśmy stali na scenie amfiteatru. Szczyty przypominają mi stwory z Muminków. Tacy gigantyczni hatifnatowie stojący dookoła i patrzący na nas. Aż przeszywają mnie ciarki. Ależ tu jest pięknie.

Widok na rzepiękną dolinę Ulamertorsuaq - Grenlandia

Dolina Ulamertorsuaq nad Tasermiut Fjord, bieranie wody w rzece, Grenlandia

Nad rzeką trafiamy na obóz. Namiot jak z kolorowego katalogu drogiego sprzętu wyprawowego. Namiot naciągnięty tak idealnie, że na połach nie widać nawet jednej najmniejszej zmarszczki. Spotykamy dwójkę Szwajcarów, którzy od tygodnia robią tu zdjęcia okolicy. Szybko kojarzymy, że płynęliśmy z nimi łodzią z Narsarsuaq do Nanortalik. To było tak dawno temu. W innym świecie. Robi się koszmarnie zimno, więc nabieramy wodę i wracamy do domku. Paweł idzie do Włochów do obozu, kombinuje, żeby wracać z nimi jutro do Nanortalik, stamtąd jeszcze gdzieś, zrobić jakiś inny szybki trek. Nie wiem czy ma już dość trasy, czy nas, czy może to ten typ, że ciągle musi coś zmieniać, wyznaczać sobie nowe cele, zadania, zaczynać, znowu zmieniać. Może ta trasa jest po prostu za długa? Zbyt nudna? Nie wiem. Wiem tyko, że my idziemy dalej, bo ta trasa, to miejsce, ta wolność, to coś, co trudno skopiować, zastąpić, zamienić. Chcemy ją wykorzystać do końca. Nie nadgryźć i wyrzucić.

Trekking na Grenlandii - Tasermiut Fjord, odpoczynek na trasie marszu

Siedzimy tak sobie do wieczora, popijamy herbatę i gadamy. Fajnie dla odmiany posiedzieć przy stole. Mieć poczucie schronienia i nie musieć jednocześnie się kulić, pełzać. Jak co wieczór przechodzę wzrokiem po mapie całą naszą trasę na nowo. Wymyślam w głowie jutrzejszy odcinek, zastanawiam się, gdzie by tu obozować. Próbujemy zgadnąć dokąd dojdziemy, aż w końcu robi się tak zimno, że zawijamy się w śpiwory i kładziemy spać. Trzeba przyznać, że w namiocie jest cieplej. Nie wpadliśmy też, że może można wyjść i pooglądać zorzę polarną. Tak jak przez 10 poprzednich dni. Jak się później okazało, tej nocy, kiedy walczyliśmy z zimnem w chacie, na niebie pojawiła się wspaniała zorza polarna. Ponoć najpiękniejsza od 10 dni. My jej nie widzieliśmy, za to Szwajcarzy czyhali ze swoimi potężnymi aparatami i ogromnymi obiektywami. Zorzę, którą przegapiliśmy, uchwycili na tych zdjęciach. Cóż, następnym razem!

Opuszczona chatka gdzieś w Ulamertorsuaq

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska