Wioska Tasiusaq, Południowa Grenlandia

Grenlandia. Tasiusaq. Ostatni przystanek na trekkingu

Tasiusaq. Ostatnie kilometry trekkingu po Tasermiut Fjord

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, w okolicach Tasiusaq.

Przez ogromne okno stodoły wdziera się światło. Zza wełnianych obłoków oplatające Ziemię przeciskają się pojedyncze promienie słońca. Wstaje któryś z kolei ostatni dzień naszej wyprawy. Trzy dni temu dotarliśmy do cywilizacji. Dwa dni temu postanowiliśmy poczekać na łódź na opuszczonej farmie. Wczoraj była trochę przerwa w tej ostatniości, bo trudno w ogóle powiedzieć czy cokolwiek wczoraj zrobiliśmy. Po prostu przesiedzieliśmy dzień patrząc w ogień, gadając i popijając resztki herbaty. Dzisiaj znowu coś ostatniego – mamy dotrzeć do Tasiusaq, skąd jutro zabierze nas łódź. Jest w nas jakaś ekscytacja wymieszana z coraz gęstszym i bardziej wyraźnym poczuciem schyłku, domykania się jakiegoś rozdziału. Tyko jakoś ten rozdział cały czas się ciągnie. Ostatni akapit staje się przedostatnim, po przewróceniu strony wysypują się kolejne zdania bezładnie poukładane w Grenlandię.

opuszczona farma Nalasut, Grenlandia

farma Nalasut, Grenlandia

Pakujemy się powoli i zwijamy nasze brudne resztki do plecaków. Z jedzenia został ostatni liofilizat, jakieś kisielki, trochę herbaty i pasztet. Dużo wolnego miejsca w plecaku i w spodniach w pasie. Od nierobienia niczego udało nam się złapać trochę ciepła i odpocząć. Ostatnie na co mamy teraz ochotę to przechodzenie przez ujście rzeki. Co prawda, pogoda jest o niebo lepsza niż przedwczoraj, ale postanawiamy poszukać jakiegoś suchego przejścia dalej. Przechodzimy przez coś, co kiedyś było polem uprawnym. Fragmenty oczyszczone z kamieni, jakiś stary traktor stopniowo pochłaniany przez ziemie. Wszystko opuszczone, pozostawione na pastwę Grenlandii. Widocznie wraz z mostem prowadzącym do Tasiusaq farma zwyczajnie umarła. Rzeka Sisoorartut Kuua straszy jak dwa dni temu. Szeroka, rwąca, nieprzyjemna. Ruszamy więc kawałek w górę w poszukiwaniu przeprawy.

Okolice Tasiusaq, opuszczona farma Nalasut, Grenlandia

Przekraczanie rzeki Sisoorartut Kuua w dolinie Itillersuaq, Grenlandia

Po kilkuset metrach woda się nieco uspokaja. Jest tak samo szeroka, ale przynajmniej łagodniejsza i wydaje się płytsza. Dochodzimy do wniosku, że może jednak nie będzie tak źle. Tylko, że trzeba ściągać buty, spodnie i w samych majtkach próbować pokonać Sisoorartut Kuua. No więc próbujemy. Brodzimy, drobimy po kroczku jak gejsze w lodowatej wodzie. Znowu szok, miliony igieł wbijające się w ciało, które po chwili przechodzą w jakiś dziwacznie satysfakcjonujące uczucie świeżości i lekkości. Zimna krew zaczyna szaleć w tętnicach i dodaje nam sił. Kamienie raz śliskie raz ostre pokonujemy nader sprawnie i po chwili wychodzimy na miękki dywan z mchu i bażyn po drugiej stronie. Siadamy i suszymy nogi w lichym słońcu patrząc na rzekę. A co, jeżeli to było ostatnie przechodzenie na wyjeździe? Czy to nie powinno zostać jakoś uczczone? Zaakcentowane? Odtrąbione? Myślę tylko, że fajnie było przechodzić przez te wszystkie strumienie, brodzić w lodowatej wodzie, ślizgać się po kamieniach. Było.

rzeka Sisoorartut Kuua w dolinie Itillersuaq, Grenlandia

Tasiusaq Fjord, Grenlandia

Szybko docieramy do farmy Saputit. Przechodzimy krętą drogą pomiędzy pagórkami, ostrożnie otwieramy bramę i przechodzimy przez obejście. Po cichu liczymy, że zostały jakieś jagodzianki po ostatnim pieczeniu, niestety tym razem nie szczeka nawet na nas pies. Na farmie nikogo nie ma, więc po prostu ruszamy dalej. Wychodzimy z drugiej strony zamykając za sobą delikatnie bramę – pewnie ostatnią – i ruszamy w kierunku Tasiusaq. Trzymamy się drogi wygryzionej tu chyba przez spychacz. Ta szybko jednak znika pod dużym osuwiskiem. Zaczynamy więc trawers zbocza. Wracają koszmary – krzaki porastające kamienie, dziury, grząskie bagna. Ale to już przecież ostatnie. Brniemy dzielnie przed siebie co i raz spoglądając za plecy na bajkowo piękne góry, na jezioro Tasersuaq, które gdzieś tam się chowa i na Fiord Tasiusaq, który jest dla nas drogowskazem.

Trekking nad Tasermiut Fjord, Grenlandia

Po kilku kilometrach wracamy do drogi. Wygląda na to, że szliśmy równolegle do niej. Widzimy to dopiero teraz. Na mapie w ogóle nie ma żadnej drogi. W końcu, robi się jakoś dziwnie. Jakoś mniej dziko. Droga jest coraz bardziej ubita, dookoła coraz więcej rozkopanej ziemi, jakiś beton, żelastwo i śmieci – choroba ludzkości. Pasożyt ludzkiego pasożyta. Ta przeklęta grzybnia cywilizacji. Z dziewiczej natury wchodzimy w rewiry człowieka, które nierozerwalnie łączą się z syfem, śmieciami, odpadami w każdej postaci, które niczym nieudany przeszczep są odrzucane przez naturę i straszą wszędzie, gdzie tylko się znajdą. Przed nami wyrasta zdezelowana brama sklecona z jakiś desek, drutu i kawałków lin. Nie wiem, czy ma przed czymś chronić lub czegoś strzec, ale wygląda na najbardziej żałosną bramę jaką widziałem w życiu.

Droga do Tasiusaq

Zabudowania Tasiusaq, Grenlandia

Przekraczamy ten symboliczny portal do świata śmieci bardziej z niesmakiem niż z celebrą. Wygląda na to, że dotarliśmy do Tasiusaq. Ludzie nas nie witają. Komitet powitalny to kolejne śmieci. Wielka sterta – wioskowe wysypisko – tlące się i dymiące, zsuwające się powoli do fiordu. Skarpa syfu i resztek cywilizacji. Żadnej segregacji, żadnej utylizacji, tylko palenie i wrzucanie do fiordu. Po tym wszystkim co widzieliśmy przez dwa tygodnie, po tych wszystkich cudach natury, świat ludzi wita nas takim plaśnięciem na odlew. Samo Tasiusaq to jakaś nieśmiała próba zagarnięcia kawałeczka płaskiej ziemi przez ludzi. Wzdłuż jednej ścieżki rozrzuconych jest kilkanaście domów. Zupełnie bez ładu i składu. Bez żadnego porządku, tak jak leciało. Każdy stawiał dom, gdzie tylko się dało. Wszystko jakieś takie wczorajsze, w tym dziwacznym, niewiadomym etapie istnienia. Odporne na czas lub całkowicie poza nim. Ni to stare ni nowe, ni to dom, ni ruina. Po prostu trudno to jednoznacznie stwierdzić. We wszystkim podobne do niczego. Taka nijakość idealna.

Widok na Tasermiut Fjord, Tasiusaq

Pusta wioska Tasiusaq, Tasermiut Fjord

Wioska na Grenlandii

Zabudowania Tasiusaq

To co nas uderza, to pustka. Nikogo tu nie ma. Przestrzeń zieje pustką. Domy są pozamykane. Szczelne tak bardzo, że izolują całe życie. Zatrzymują je w środku i konserwują. Na zewnątrz nie ma żadnego najmniejszego śladu życia. Nie ma tego ducha wioskowego, tego życia wylewającego się z domów, rozrastającego się i kwitnącego wszędzie dookoła jak cudowne pnącze. Tutaj każdy domek jest jak inna planeta, odcięta od innych próżnią. Jedyne co świadczy o jakimkolwiek życiu to porozrzucane wszędzie graty. Jak pierścienie asteroid otaczają sterczące w Tasiusaq domy. Jakieś zdekompletowane skutery śnieżne, porozrzucane rowery, wózki dziecięce, europalety, łańcuchy, stare grille, liny, jakieś płachty, opony, stare skrzynki, wszystko to tworzy te śmieciowe Saturny. Nie widać nawet ludzi wewnątrz. Wszyscy jakby się schowali. W końcu trafiamy na jakieś dzieci bawiące się tymi dziwactwami zalegającymi wokół domów. Zdają się nas nie widzieć, jakbyśmy nie byli tu niczym wyjątkowym. Albo czymś zwyczajnie nie wartym uwagi. Przyszli – poszli, po co drążyć.

Nabrzeże Tasiusaq, Grenlandia

Tasiusaq - wioska nad Tasermiut Fjord, Grenlandia

Góry w okolicy Tasiusaq, Grenlandia

Docieramy do portu. To raczej coś, co ma po prostu przyjmować raz w tygodniu łodzie z Nanortalik. Krótka betonowa keja, jakieś kontenery, wózek widłowy i biały obdrapany barak z napisem Pilersuisoq – czyli sklep. To nasza meta! Ten punkt, w którym wszystko się kończy. Podchodzimy powoli jakby nie dowierzając, że to już tu. Że to tylko tyle. Że już koniec. Zrzucamy plecaki na europaletach leżących obok. I czujemy tą wszechogarniającą lekkość. Nareszcie ten ciężko garb odczepił się od naszych umęczonych ciał. Ruszamy po schodkach do sklepu. Mamy szczęście, sklep jest czynny dwa razy dziennie po półtorej godziny. Akurat zdążyliśmy przed zamknięciem „pierwszej” tury. Łapczywie zerkamy na półki pełne podstawowych produktów, które na co dzień sprawiałyby wrażenie dość żałosnych. Nawet zapach przejrzałych bananów dogorywających gdzieś na półce kręci w głowie. Wybieramy jakieś słodycze, pierwsze z brzegu chipsy i piwo – po jednym z każdego rodzaju, który był w sklepie i wracamy na europalety.

Koniec trekkingu w Tasiusaq

Tasermiut Fjord widziany z Tasiusaq, Grenlandia

Syknięcie, trzask kapsla uderzającego o betonową keję, brzdęk szkła i smak zimnego piwa w ustach. To nasza nagroda. To jest już podium. Ta namiastka cywilizacji. My i rzeczy zakazane. Te których nam tak bardzo brakowało przez ostatnie dwa tygodnie. To cudowne uczucie spełnienia, które smakuje chmielem. Zostawiamy rzeczy i idziemy kawałek na pobliskie skały. Okazuje się, że jest tu nowiutkie lądowisko dla helikoptera. Drewniana platforma postawiona na skałach. Rozciąga się stąd przepiękny widok na Tasiusaq, fiord i okoliczne góry dolinę Itillersuaq, w której zaczynaliśmy nasz trekking dwa tygodnie temu. Cała nasza przygoda zatacza magiczny krąg. Pod nami Tasiusaq – wioska widmo, z małym kwadratowym cmentarzem. Pojedyncze dzieci kręcą się wokół domów, jakby to była ich pora. Poza tym, we wsi hula wiatr. Po raz kolejny to wspaniałe uczucie odległości od wszystkiego i wszystkich. Tylko te graty, te śmieciowe pierścienie wokół domów przypominają nam o tym, że jesteśmy już wśród ludzi.

Panorama Tasiusaq, Grenlandia

Tasiusaq, Grenlandia

Tasiusaq, Tasermiut Fjord, Grenlandia

Kręcimy się po Tasiusaq w poszukiwaniu życia. Próbujemy zajrzeć do życia tych ludzi, którzy tak skrzętnie ukrywają się w swoich domowych mikroświatach. Zostają nam tylko te wszystkie graty. Wioskę można przejść w 2 minuty, w każdą stronę. Próbujemy przeciągnąć ten czas zaglądając w każdy możliwy zakątek. Szukamy też trochę miejsca, w którym moglibyśmy rozbić namiot. Może znajdzie się jakiś opuszczony dom? W sumie wszystkie wyglądają jak opuszczone, zapomniane i bezpańskie. Podczas zwiedzania Tasiusaq wpadamy na trójkę Szwedów, których mijaliśmy kilka dni temu w Klosterdalen. Udało im się dotrzeć na czas. Gadamy chwilę po czym rozchodzimy się każdy szukać miejsca na biwak.

Port i sklep w Tasiusaq

Obóz na europaletach w porcie, Tasiusaq, Południowa Grenlandia

Wieczór nad Tasermiut FJord

Dochodzimy do wniosku, że najlepiej będzie się rozbić w porcie. Za sklepowym barakiem, na kei rozkładamy więc sobie europalety. Na nich rozstawiamy namiot. Normalnie, nie do pomyślenia. Przecież port – obiekt strategiczny, ochrona, bezpieczeństwo. Tu nikt nawet nie zwraca na nas uwagi. Z pozostałych palet układamy sobie leżak i siedzimy tak nad wodą i popijamy resztę piwa patrząc na fiord i gadając. Z dala dobiegają nas rozmowy Szwedów. Okazuje się, że przycupnęli z namiotami wysoko na niewielkiej półce gdzieś na górze ponad Tasiusaq. Poza ich pokrzykiwaniami słyszymy tylko plusk wody uderzającej o nabrzeże. Czyli nam się udało. To już. Jesteśmy u celu. To taka nasza meta. Początek mety w każdym razie. Bo do domu jeszcze długa droga z kilkoma przystankami. Jutro odbierze nas stąd łódź i zabierze do Nanortalik. Tam zjemy, wykąpiemy się i w końcu wyśpimy w ciepłym, miękkim łóżku, kto wie, może nawet będzie wifi! A zresztą to nieważne. Jeszcze jesteśmy na mecie cały czas jesteśmy zatrzymani w tym momencie przecięcia, kiedy mijamy grubą linię, kiedy w zwolnionym tempie przerywamy szarfę. Po prostu siedzimy sobie tu na Grenlandii i pijemy piwo. I tak niech na razie zostanie.

Tasiusaq

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska