Rzeka Uiluiit Kuua, Klosterdalen

Grenlandia. Dzień 8. Klosterdalen

Klosterdalen

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku dolina Klosterdalen

Budzą nas chmury. Szybko poruszające się chmury. Kiedy otwieramy namiot, jesteśmy pośród nicości. Mgła jest wszechogarniająca. Zimna, gęsta, wilgotna. Namiot samotnie sterczy pośród pustki. Dookoła nie widać nic. Poranek do poprawki. Jakoś dochodzimy do siebie, staramy się ogarnąć, nie otwierając nawet namiotu. Nie wpuszczając lodowatej nicości do środka. Po kubku gorącej herbaty próbujemy jeszcze raz. Tym razem przed nami zza chmur wyłania się Klosterdalen. Obłoki pędzą dookoła nas jak na starym, przyspieszonym filmie. Co i raz zasłaniają i odsłaniają świat. Czepiają się szczytów, zahaczają o nie, rozciągają wokół, przeskakują nad nimi. Chmury poruszają się we wszystkich płaszczyznach. Cały świat wokół nas tańczy. Czujemy się, jakbyśmy się z naszym namiotem unosili się gdzieś wysoko pomiędzy chmurami. W głowie mam podróż na grzbiecie smoka Falkora z Neverending Story. Ależ to jest magia!

Masyw Ketil w chmurach, Dolina Klosterdalen, Grenlandia

Las w dolinie Klosterdalen, Grenlandia

Tkwimy pomiędzy chmurami i czekamy na słońce. Nie zapowiada się. Obłoki cały czas pędzą dookoła nas, więc decydujemy się schodzić. Nie ma czekana na suchy namiot, chłopaki zaczynają też się nerwowo kręcić. Chyba wystarczy mojego tańca pośród chmur. Schodzimy w dół Klosterdalen. Najpierw w chmurach, w końcu wyłania się dolina. Skaczemy po kamieniach, staramy się ominąć kolejne zarośnięte krzakami dziury i szczeliny pomiędzy głazami. Ponad nami zza pędzących chmur coraz śmielej przebija się słońce. W miarę jak schodzimy w dół, Klosterdalen się wypłaszcza i odsłania w swej całej, szerokiej okazałości. Wtedy wchodzimy do piekła. Przed nami znowu las. Przeklęte drzewa. Znowu walka o życie, omijanie, przecinanie jakiś bagien, błądzenie pomiędzy sprężynującymi gałęziami, nerwowe ściąganie pajęczyn z twarzy. Kompletna dezorientacja i złość. A miało być tak pięknie. Już widzieliśmy rzekę, którą mamy przejść. Jedyne co widzimy to strome, ostre szczyty górujące ponad doliną.

Widok na dolinie Klosterdalen i Tasermiut Fjord, Grenlandia

Dolina Klosterdalen zarośnięta krzakami, Grenlandia

Żeby znaleźć rzekę wyciągam nawet kompas. Słyszymy już plusk wody, szum strumienia, ale nie możemy się do niego dostać. W oddali słyszymy trzask gałęzi, jakieś nieokreślone głosy. Czyżby ludzie? Po 8 dniach trekkingu, w końcu spotkamy jakichś ludzi? Głosy zbliżają się i oddalają, znikają i pojawiają się znowu. Coraz bliżej. Jakbyśmy my i oni tańczyli wokół siebie, bawili się w podchody. W końcu, wychodzimy z lasu i widzimy rzekę! Nad nią, przy łacie piachu trzy postaci. Właśnie przeszli rzekę. Krzątają się bez butów i szykują kuchenkę. Wychodzimy nieśmiało, witamy się. Musimy wyglądać koszmarnie, bo parzą na nas jak na yeti. Trójka Szwedów wyruszyła wczoraj znad fiordu z packraftami. Planują przejść naszą trasę tylko w drugą stronę – nad jezioro Tasetmiut i potem na raftach do Tasiusaq. Opowiadamy im o szlaku, planują dotrzeć do wioski na tą samą łódź co my – za 6 dni. My z kolei pytamy o przejście rzeki – pokazują nam płyciznę, po której właśnie przekroczyli rzekę.  Rozmawiamy o Klosterdalen. Narzekamy na krzaki. Nie pocieszają nas – Krzaki zaraz się kończą. Dalej jest bagno. I znowu krzaki – Kiedy mówię, że planowaliśmy dojść do fiordu w dwie godziny wybuchają śmiechem. W sumie słusznie. Już idziemy ponad dwie godziny, a przeszliśmy może jedną czwartą trasy.

Rzeka Uiluiit Kuua w dolinie Klosterdalen, Południowa Grenlandia

Bród z rodzaju tych, których nie lubię najbardziej. Płytki, ale nie na tyle, żeby przejść go w butach, ale przechodząc na bosaka zastanawiasz się po cholerę było zdejmować buty, potem suszyć nogi, zakładać buty z powrotem. Strata czasu, zbędne przystanki. I ta lodowata woda! Po pierwszym wykręcającym szyję szoku, znowu to wspaniałe uczucie. Błogość i świeżość, jakiś mój rzeczny masochizm. Za rzeką, standardowy rytuał. Spacer po przyjemnie kłującej trawie, potem walka z każdym, nawet najmniejszym ziarenkiem piasku na stopach. Każdy okruszek, którego nie wytrzemy będzie nas torturował w butach. Będzie bezlitośnie kłuł, ocierał, drapał. Aż do krwi. Stąd ta cholerna precyzyjna operacja „ziarnko piasku”, która zajmuje tyle czasu i uwagi. I jeszcze skarpetki, które jak na złość co i raz spadają na ziemię. Akurat na jedyną w promieniu 3 metrów łatę piasku. Najgorzej, kiedy zapominam, że się suszę i opieram nogę o ziemie… cała zabawa od nowa.

Bagno w dolinie Klosterdalen, Grenlandia

Za rzeką przeciskamy się przez kilkusetmetrową łatę krzaków i wychodzimy na rudawą łąkę. Pierwsza myśl – Ale super – doskonale synchronizuje się z westchnięciem ulgi. Już po kilku krokach okazuje się, że to bagno. Chodzimy po gigantycznym dywanie, który się trzęsie jak budyń. Z każdym krokiem buty zapadają się po kostki w rudawej mazi, która wyłazi spod trawy niczym piekielna otchłań. Szukamy co większych kęp trawy, na których można w miarę normalnie stanąć, próbujemy slalomować pomiędzy nimi. Teraz szukamy z utęsknieniem choć najmniejszego krzaczka. Znikąd ratunku. Klniemy i brniemy do przodu. Zygzakiem, naokoło, staramy się podążać na jeden azymut – fiord. Jak na złość, chmury nad nami się rozchodzą.  Zza szarawych obłoków pojawia się bajecznie piękne, błękitne niebo. Słońce zaczyna przypiekach. Momentalnie robi się gorąco a nawet nie ma gdzie się zatrzymać i zdjąć kurtki. Do tego pojawiają się muchy! Koszmar doliny Klosterdalen.

Odpoczynek podczas trekkingu na Grenlandii

Widok w głąb doliny Klosterdalen, Grenlandia

W pewnym momencie drogę przecina nam rdzawy potok. Na tyle szeroki, że nie da się go przeskoczyć.  Idziemy wzdłuż, w jedną i drugą stronę szukając przejścia. W końcu znajdujemy dość wąskie miejsce i decydujemy się przejść. Pierwsze zakusy na jednego susa rozwija mały test dna. Po wbiciu kijka, ten zapada się na jakiś metr! Byłby ładny sus – prosto w rdzawy muł. Przejście na boso też więc odpada. Wbijając kijki co i raz, idziemy w dół strumienia, w końcu docieramy do koryta rzeki Uiluiit Kuua, przecinającej Klosterdalen na pół. To jakieś zalane starorzecze, z dala od głównego nurtu. Dość płytkie, woda najwyżej po kolana, podłoże wygląda solidnie, pełno kamieni, prądu praktycznie nie ma. Zastanawiam się, dokąd można by tędy dojść. Krótko debatujemy, ale Paweł decyduje się wracać i przecinać z powrotem bagno. Odwraca się, żeby przeskoczyć po łacie piachu z powrotem na bagno. Robi krok i w tym momencie wpada po pas, w miękki mokry piach. Nerwowo wygrzebuje się zanim orientujemy się z Jackiem co takiego się stało. Jakoś nie pali nam się wracać na bagno. No to można ściągać spodnie i ruszać korytem rzeki.

Przeprawa przez rzekę Uiluiit Kuua, Klosterdalen, Tasermiut Fjord

Rzeka Uiluiit Kuua, Klosterdalen

Tak też robimy. Woda wydaje się jeszcze bardziej lodowata niż dotychczas. Dno jest pełne kamieni. W zimnej wodzie nawet zwykłe rzeczne otoczaki zdają się być ostre niczym szkło. Każdy krok i zaciskam zęby. Potem grząski, drapiący piasek, w który zapadamy się po kostki. Po kilku minutach marszu w wodzie, praktycznie przestajemy czuć, że jest lodowata. Chcemy wychodzić, ale widzę, że na brzegu cały czas jest bagno, więc rzucam, żebyśmy szli dalej wodą. Idzie się całkiem przyjemnie, buty i tak już zdjęliśmy, więc dlaczego by nie. Tu przynajmniej nie ma bagna. Zmoknąć też już nie zmokniemy. Słońce ładnie zaczyna świecić, nad wodą jakby mniej much. Trekking w wodzie. Brzmi głupio, ale działa! Dopiero po jakimś kilometrze łąka wygląda sensownie, a woda robi się coraz głębsza. W końcu można wyjść z wody, chociaż ten sposób marszu w sumie przypadł nam do gustu. Wystarczy tylko raz zdjąć buty. Najważniejsze, żeby nie ściągać ich i potem nie zakładać w kółko.

Doliina Klosterdalen, Grenlandia Południowa

Klosterdalen, Tasermiut Fjord Grenlandia Południowa

Po wyjściu z wody, idzie się zdecydowanie lepiej. Znowu jest trochę bagna, trochę krzaków, ale chyba pobudzone w lodowatej wodzie krążenie, sprawia, że jakoś inaczej to wszystko odbieramy. Fiord przybliża się coraz szybciej. Ziemia się utwardza, robi się nawet przyjemnie. Znowu łąka z porozrzucanymi głazami narzutowymi. W końcu wchodzimy na dużą, w miarę płaską skałę, na której według mapy powinien być obóz. To znaczy kawałek płaskiego miejsca na obóz, z dostępem do wody. Widać stąd przepiękny Tasermiut Fjord i góry po drugiej stronie. Wydawało nam się, że będziemy nad samą wodą, tymczasem do brzegu jest jakiś kilometr. Do tego odcinają nas od wody gęste krzaki. Poniżej skał meandruje rzeka Uiluiit Kuua. Wygląda na to, że na przeciwko jest lepsze miejsce na obóz. Tylko żeby się tam dostać, trzeba znowu przejść rzekę!

Widok na Tasermiut Fjord

Widok na Tasermiut Fjord, obozowisko w Klosterdalen

Schodzimy na dół, w gęste krzaki. Rzeka wyrasta nagle, rwąca, głęboka. Idziemy kawałek w górę i udaje nam się znaleźć dość płytkie miejsce na przeprawę. Ściągamy spodnie i przechodzimy wodę ponad kolana. Rwący nurt próbuje nas wywrócić, śliskie kamienie uciekają spod nóg. Próbuję wciskać odrętwiałe stopy gdzieś pomiędzy większe kamienie, znaleźć jak najmniej śliską powierzchnię. Muszę kombinować, skręcać, szukać jak najpłytszego przejścia. Nie da się po prostu przeciąć rzeki w linii prostej. W końcu się udaje. Wychodzimy na mikroskopijnej plaży po drugiej stronie. Wydaje nam się, że obozowisko jest tuż tuż, więc zamiast zakładać buty, przeciskamy się przez porośnięte krzakiem bagno w klapkach. A miało być tak blisko. Jeszcze jakieś starorzecze, podejście pod piaszczystą skarpę i wychodzimy na odsłoniętej polanie z przepięknym widokiem. Przed nami Tasermiut Fiord. Za nami przepiękna, ogromna dolina Klosterdalen. Czy może być lepsze miejsce na obóz?

Rwąca rzeka Uiluiit Kuua, miejsce przeprawy, Klosterdalen

Przeprawa przez rzekę Uiluiit Kuua, dolina Klosterdalen, Grenlandia

Rozbijamy obóz na nagrzanym torfowisku. Wysuszony mech delikatnie łaskocze gołe stopy. Wszystko wydaje się teraz takie udane. Takie proste. Jest ciepło, słonecznie, przyjemnie. Dmuchamy materace i rozkładamy się na słońcu. Mokre ubrania schną porozkładane na kamieniach i wywieszone na gałęziach. Kuchenka szumi, nad kubkiem gorącej herbaty unosi się gęsta biała para. Nawet muszki nie są nam w stanie zepsuć tego pięknego popołudnia. Widoki dookoła są boskie, nawet nie trzeba się zbytnio wysilać. Otwieram oczy leżąc – widzę ostre szczyty masywu Ketil. Sięgam po herbatę – widzę fiord. Przekręcam się zamieszać obiad – przede mną boska Klosterdalen. Nic dziwnego, że to miejsce, to najpopularniejszy punkt turystyczny na południu Grenlandii. Wszystkie wycieczki z Nanortalik przypływają właśnie tu. Tutaj są obozowiska w dziczy, trekking w dolinie, wspinaczka. Tymczasem jesteśmy tu sami. I to jest wspaniałe. Mamy to miejsce tylko dla siebie!

Obozowisko w Klosterdalen, Tasermiut Camp, Grenlandia

Obóz Tasermiut Camp, Klosterdalen

Okazuje się, że piasek i nowe buty mocno sobie ze mnie zadrwiły i przydałby się jeden dzień odpoczynku. W sumie mamy jeszcze dużo czasu. Do Nanortalik droga prosta – jakieś dwa – trzy dni, wzdłuż fiordu. Siadamy więc z mapa i planujemy kolejne dni wyprawy. Zastanawiamy się czy warto iść w górę Tasermiut Fjord, do kolejnej doliny Tiningnertoog, w głąb niej, przez przełęcz masywu Tininnertuup Qaqqat aż do lodowca Sermitsiaq, gdzie jest punkt widokowy na lodowiec Sermeq spływający do fiordu. Na mapie szlak wygląda na taki do przejścia, ale biorąc pod uwagę jak wyglądają tu doliny, jak układają się izolinie wysokości, rezygnujemy. Paweł zastanawia się jeszcze czy nie pójść tam na lekko, bez namiotu, ale jakby nie patrzeć, wydaje się to poważną wyprawą, na którą chyba średnio mamy siłę. Lepiej chyba rozkoszować się przepiękną naturą Klosterdalen, choć jeden dzień. Na spokojnie. Zrobić sobie biwak w kompletnej dziczy.

Klosterdalen, nad Tasermiut Fjord

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska