Widok na Kangikitsoq Fjord, Grenlandia

Grenlandia. Dzień 5. Qinnguadalen do Kangikitsoq Fjord

Qinnguadalen do Kangikitsoq Fjord

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku Qinnguadalen do Kangikitsoq Fjord

Rano cała dolina tonie w cieniu. Na szarobure, zachodnie ściany skał powoli wkracza światło, przywracając im życie. Na wschodzie tylko lód i nieprzemijające zimno. W oddali Qinnguadalen płoną szczyty nad jeziorem Tasiusaq. Przepiękne widowisko, którym, ze względu na przenikliwe zimno, nie możemy się z byt długo cieszyć. Ruszamy przez tą dziwaczną, przykrytą cieniem krainę pagórków i księżycowych jezior. Przechodzimy do innego świata. Po płaskiej dolinie meandruje szalony, zasilający jezioro strumień. Wypływa z ogromnego rumowiska, zza którego wychylają się nieśmiało lodowce. Ponad nami masywne szczyty, spomiędzy których spływają masy lodu. Idziemy przez łąki alpejskie, nad którymi unosi się odurzający zapach ziół. Kwiaty lekko falują przy porannym wietrze.

Trekking przez dolinę Qinnguadalen, Grenlandia

Dolina Qinnguadalen, widok w kierunku jeziora Tasersuaq, Grenlandia

Gdzieś ponad nami słychać mocne podmuchy, gwizdy, świsty, które co i raz przełamują trzaski lodowej masy. Coraz wyraźniej słychać szum wody. W miarę jak ścianę zalewa słońce, podnosi się temperatura. Kolejne pola śniegu zaczynają się topić, zasilając dziesiątki strumieni, które niczym pajęczyna rozciągają się na skałach. Docieramy do ogromnego rumowiska. Tu kończy się Qinnguadalen, a zaczyna podejście na przełęcz prowadzącą do kolejnej doliny.  Pojawiają się kamienie. Jak zwykle najpierw trochę w trawie, pomiędzy krzakami, potem ogromne gruzowisko, które powoli, ale konsekwentnie pnie się pod górę. Znowu wkraczamy do innego świata. Kończy się zieleń, te alpejskie łąki z pachnącymi ziołami i meandrującymi strumieniami. Przed nami martwy, skamieniały świat, który się łuszczy, kruszy i rozpada na kawałki. Wszędzie skały i głazy, jęzory lodowcowe spływające prosto na nas, niemal na wyciągnięcie ręki. Normalnie takie miejsca widzi się na wysokości 3500 m npm. Tutaj jesteśmy zaledwie 300 metrów nad poziomem morza!

Hiking na Grenlandii

Kamienne podejście podczas trekkingu na Grenlandii

Widok na Qinnguadalen, Tasermiut Fjord, Grenlandia

Skacząc tak z kamienia na kamień, nagle zaczynam tracić orientację, gdzie jest góra, a gdzie dół. Patrzę przed siebie i widzę jakby skalny świat się rozciągał, jakbym utkwił w jakiejś lustrzanej pułapce.  Jakby świat zaginał się wokół mnie. Zastanawiam się czy to możliwe, żebym miał halucynacje… dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że patrzę na maleńkie jeziorko pośród głazów, w którym idealnie, jak w lustrze odbija się wszystko dookoła. Całe to powalające piękno okolicy uwięzione w zwierciadle gór. Przysiadamy na chwilę na kamieniach i patrzymy na wodę. Ruszamy głowami jak indyki, żeby zobaczyć, jak zmienia się obraz, jak w jakimś kalejdoskopie. Idealne odbicie przyprawia o zawroty głowy. Przepiękne góry na tle idealnie błękitnego nieba są wszędzie. Chwilami naprawdę można zapomnieć, gdzie jest góra a gdzie dół, poczuć się jak w objęciach jakiejś niewidzialnej górskiej siły.

Trekking przez przełęcz na końcu doliny Qinnguadalen, Grenlandia

Małe górskie jezioro, Qinnguadalen, Grenlandia

Za jeziorkiem kończą się nagle kamienie i wchodzimy na mały, niezasypany gruzem. Fragment doliny. Wzdłuż małego strumienia ciągną się przepiękne zielonożółte mchy, soczyście zielona trawa i aromatyczne zioła. Znowu wraca świeży zapach tymianku grenlandzkiego. Z martwego świata kamienia, w jednej chwili trafiamy na tętniącą życiem podmokłą łąkę.  Po chwili znowu kamienie. Ogromne gruzowisko pnące się coraz bardziej pod górę. Żarty się skończyły, wraca poważny trekking. Przed nami podejście po grząskim gruzie. Strome, pełne pułapek – śliskiej skały i grząskiego piasku. Kamienie uciekają spod nóg. Z trudem udaje nam się przejść połowę. Mapa każe iść na prawo, ale kierujemy się na drugą stronę w kierunku jęzora śniegu wylewającego się z góry. To okazuje się genialnym pomysłem. Dość twardy śnieg pozwala nam na łatwe podejście. Zdajemy sobie też sprawę, że… to pierwszy śnieg na Grenlandii. Z ekscytacji aż zatrzymujemy się i robimy zdjęcia. Nonszalancko pozujemy, powtarzamy podejścia. W końcu docieramy na górę.

Góry na Południowej Grenlandii

Odpoczynek podczas marszu przełęcz Qinnguadalen Grenlandia

To, co miało być przełęczą, okazało się kolejnym – jeszcze większym gruzowiskiem – tyle że nieco bardziej płaskim. Kamienie kończyły się na jeziorze, które szczelnie wypełniało całą dolinę. Strome skały schodziły do samej wody. Próbujemy zorientować się jak przejść ponad jeziorem.  Wychodzi na to, że mapa mówi prawdę, trzeba przejść z prawej strony, potem podejście i przejście górą. A więc na nic łatwe podejście po śniegu. Musimy przejść po kamieniach na drugą stronę gruzowiska. Z sercem na ramieniu przeskakujemy po ogromnych głazach. Znowu dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Albo na odwrót. Znowu ruchy po wektorze muchy. W końcu docieramy nad krystalicznie czyste wody jeziorka i sprawnymi susami dostajemy się do miejsca, gdzie powinno być podejście.  Tylko, że go nie ma.

Trekking po śniegu, Południowa Grenlandia

Góry wysokie na 300 m npm, Granlandia

Przed nami strome podejście po drobnym, spadającym do samego jeziora gruzie. Kilkanaście metrów do góry zaczyna się łata lodu. Nie ma szans na przejście po niej. To nie śnieg tylko mokry, wyszlifowany lód. Obok pionowa ściana. Rozglądamy się nerwowo i zastanawiamy co robić. Patrzymy jak tu naokoło podejść do góry. – Może tu, tam i potem tam… nie bez sensu – pada co i raz – albo tu i tam… nie… – lustrujemy dokładnie całe góry dookoła jeziora. Jedyna droga prowadzi przez pionową ścianę. Na ścianie są pęknięcia i wąskie półki. Teoretycznie da się podejść jak po drabinie. Jakieś 10 metrów do góry, potem po wąskiej półce jakieś 20 metrów, duża ekspozycja i dalej powinno być już płasko. Wygląda to sensownie. Do wyboru mamy zawrócić. Patrzymy na ogromne gruzowisko za nami. Na mapie sprawdzamy, że w zasadzie nie ma innej drogi. Moglibyśmy po prostu zawrócić i dojść do wioski, w której za 9 dni przypłynie po nas łódź.

Górskie jezioro, żeby je przejść trzeba się wspinać, Tasermiut Fjord

Trekking w południowej Grenlandii

Boimy się, ale postanawiamy spróbować. Składamy kijki, wiążemy do plecaka. Przybijamy piątkę – zróbmy to – i podchodzimy. Paweł wchodzi pierwszy. Po woli, przyklejony do ściany, pokonuje kolejne półki, przesuwa się nad kilkunastometrową przepaścią. W końcu krzyczy, że jest dobrze. Patrzymy jeszcze raz na siebie z Jackiem i ruszamy po kolei. Teraz ja przyklejony niczym gekon przesuwam się po centymetrze, pokonuje kolejne półki, które okazują z się tak bardzo wąskie. Z tej perspektywy każde 30 centymetrów zamienia się w metr. Plecak nagle ciąży bardziej. Moje ciało jest spięte, czuję, że moment nieuwagi od razu skończy się drgnięciem i utratą równowagi. Na dole jest kilkanaście metrów do skały, potem stromy gruz i wody jeziora. Chwila nieuwagi i w najlepszym przypadku szpital – jeżeli uda się wezwać pomoc i ktoś tu do nas dotrze… Kolejne podejście, jeszcze trochę na kolanach.

Najlepszy trekking na Grenlandii

Spocone dłonie, mrowienie w stopach, patrzę na ścianę przede mną, czuję zimną skałę na policzku. W końcu ręka Pawła, podciągnięcie, jestem bezpieczny. Teraz patrzę w dół. Jacek pyta czy może iść. Widząc co przeszedłem, mam ochotę powiedzieć – nie rób tego – ale wiem, że ja już tą drogą nie wrócę, a on nie może zostać sam. – Dawaj, tylko ostrożnie! – rzucam i zaciskam kciuki. Po kilku minutach jesteśmy razem na górze. Siadamy, na kamieniu, patrzymy na jezioro pod nami i góry dookoła. Schodzi z nas stres. Piękno okolicy dociera do nas dopiero po chwili.  Patrzę w szmaragdowe wody jeziora pod nami i czekam aż suchy chłodny wiatr pokona zimny pot na moich plecach – No to o tym kawałku trasy nie będziemy opowiadać mojej siostrze – mówi Jacek. Pewnie dlatego, że to moja narzeczona i chciałbym, aby tak pozostało. Uśmiecham się i postanawiamy zrobić wspólne zdjęcie na pamiątkę najtrudniejszego i najbardziej niebezpiecznego odcinka trasy.

Lodowce na południu Grenlandii

Widok na Kangikitsoq Fjord, Grenlandia

Schodzi z nas stres i ruszamy dalej. Szybko przechodzimy dookoła jeziora. Przed nami rozpościera się kolejna dolina. W górach obok nas ledwo wystaje czapa cofającego się lodowca. Poniżej nas płaska dolina, którą pośród traw meandruje niewielka rzeka. Zejście wydaje się niezwykle łagodne, droga łatwa a dalej zejście do fiordu. Po tym co dziś przeszliśmy, wszystko teraz wydaje się takie proste. I tak faktycznie jest. Schodzimy łagodnym zejściem do doliny. Krzaków jest zaskakująco mało, a jeżeli już, to są niskie i miękkie. Dolinę zaczyna akurat wypełniać słońce, robi się ciepło. Postanawiamy rozłożyć się i zjeść obiad. Moczymy obolałe nogi w zimnym strumieniu. Cały stres mija, ten niebezpieczny kawałek staje się tylko odległym wspomnieniem. Dzielą nas już światy.

Dolina w południowej Grenlandii

Pranie w rzece, Grenlandia

Kangikitsoq Fjord i koniec doliny Tupaassat

W końcu ruszamy w dół doliną. Droga prowadzi wzdłuż rzeki, pośród pachnących łąk, pomiędzy porozrzucanymi głazami. Niemal nie musimy się martwić żadnymi głazami. Chyba z przekory, wchodzimy na jakieś napotkane skały, żeby zrobić sobie zdjęcia. Po czterech kilometrach marszu, docieramy do krańca fiordu Kangikitsoq, w którym łączą się dwie doliny: ta, którą idziemy – nienazwana, oraz prowadząca na północ Tupaassat. Przed nami rozpościerają się dziwaczne stożkowate pagórki. Jeden obok drugiego, niemal w rzędach, wyglądają jakby ktoś je usypał. Jak starożytne kopce grobowe.  Pomiędzy nimi pożółkła wysoka trawa falująca na wietrze. Przepiękne miejsce, pełne jakiejś tajemniczej energii. Znajdujemy płaską polanę pomiędzy wzgórzami, z miękką wyściółką z porostów i trawy. Już wiemy, że tu zostajemy na noc. W sumie jeszcze jest dość wcześnie, około 16:00. Słońce cały czas wysoko świeci i miło szczypie w policzki. Chcemy z tego skorzystać. Wystarczy emocji na dziś. Czas na odpoczynek. W końcu mamy wakacje… na Grenlandii…

Pierwsza kąpiel od tygodnia, rzeka nad Kangikitsoq Fjord, dolina Tupaassat

Obóz nad Kangikitsoq Fjord

Obóz na skraju doliny Tupaassat, Grenlandia

Rozstawiamy obóz i ruszamy do strumienia się umyć. Piąty dzień bez kąpieli. To już chyba najwyższy czas. Podgrzewamy lodowatą wodę na kuchence, chwila gimnastykowania i okazuje się, że da się wymyć w menażce wody. Potem moczenie nóg w lodowatej wodzie i chodzenie na boso po krzaczkach bażyn – najlepszy masaż świata. Umyte ciało odżywa. Pompujemy materace i rozkładamy się na trawie. Leżymy tak i patrzymy na góry. Słońce przyjemnie szczypie w policzki, od środka rozgrzewa słodka malinówka. Znowu gadamy, o tym co było, co będzie i co być może nigdy się nie zdarzy, o receptach na lepszy świat, o fizyce, o górach. Nasze słowa rozpływają się gdzieś w pachnącym zielem powietrzu. Wspominamy to co dziś zrobiliśmy. Po raz pierwszy tu naprawdę się baliśmy. Ale zdecydowaliśmy się to zrobić, bo uwierzyliśmy w siebie i swoje możliwości. W rozsądek. Nie było w tym brawury, szaleństwa. Była chłodna kalkulacja. Tutaj, na Grenlandii nie ma miejsca na brawurę. Ani na pomyłki. To zjawiskowo piękne miejsce nie wybacza. W końcu słońce zachodzi i momentalnie robi się przeraźliwie zimno. Zaszywamy się w śpiworach i odpływamy ku następnym przygodom.

Nad Kangikitsoq Fjord

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska