Obóz podczas trekkingu na Grenlandii

Grenlandia. Dzień 4. Dolina Qinnguadalen

Dolina Qinnguadalen

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku doliny Qinnguadalen.

Ten dzień od początku zaczyna się dziwnie. Sprany, wyblakły, przesiąknięty zimnym, wilgotnym powietrzem. Wyżęty z kolorów. Ciężkie stalowe chmury zwiastują lodowaty, siąpiący deszcz. Taki, który nie daje szans, moczy wszystko. Jeszcze wczoraj, soczyście zielona dolina Qinnguadalen jest dziś zupełnie bez kolorów, jak grzbiet starej książki, zalegający gdzieś w czeluściach biblioteczki. Pogoda kompletnie nas demotywuje. Nic nam się nie chce. Czekamy na deszcz, ale postanawiamy iść do przodu. Szybko stygnąca kawa, owsianka, powolne pakowanie obozu, zwijanie obślizgłego, wilgotnego namiotu w rulon i możemy ruszać. Droga wydaje się banalnie prosta – wystarczy iść w głąb doliny. Tylko gdzie zacząć. Polana, na której rozbiliśmy namioty odcięta jest od doliny gęstym lasem. Jedyne miejsce, w którym nie ma drzew, to rwąca, lodowata rzeka.

Obóz nad jeziorem Tasersuaq w ujściu doliny Qinnguadalen, Grenlandia

Jedzenie na trekking na Grenlandii trzeba bardzo starannie zaplanować

Szukamy, próbujemy, sprawdzamy. Wszędzie drzewa. Decydujemy się brnąć w las. Istny koszmar. W Qinnguadalen znajduje się jedyny na Grenlandii naturalny las. Daleko mu do lasów jakie znamy. Tworzą go karłowate, kilkumetrowe brzozy, jarzębina i inne, trudne do sklasyfikowania, rachityczne drzewa liściaste. Cienkie gałęzie wiją się w każdą stronę, zaczepiają o siebie, tworząc chaszcze nie do przebycia. Do tego krzaki. Są wszędzie, gdzie tylko nie ma drzew. Te sięgają zaledwie do pasa, ale są równie straszne. Przedzieramy się co i raz czując grube pajęczyny na twarzy. Wolę nawet nie myśleć o pająkach, które zbieram. Po prostu staram się przeć przed siebie. Okazuje się to niemożliwe. Tu nie da się przejść, tam rzeka, a tam z kolei zalana łąka. Pojawia się bagno z dziwaczną rudą warstwą błota wystającą spod przegniłej trawy. Znowu kręcimy jak robaczki, w kółko, bezsensowną, chyba najdłuższą możliwą drogą.

Dolina Qinnguadalen w chmurach Grenlandia

Qinnguadalen to jedyny naturalny las na Grenlandii

Po godzinie okazuje się, że przeszliśmy niecałe 500 metrów. I cały czas wiszą nad nami te ciężkie chmury. Deszcz ciąży jak wyrok, spodziewamy się go w każdej chwili, a on nie nadchodzi. Nasze morale są na poziomie brudnej, wysuszonej trawy wyrastającej z błota. Docieramy do rzeki. Przez chwilę przyspieszamy, podążając kamienistym starorzeczem, ale i to szybko mija. Znowu przeciskamy się przez chaszcze. Postanawiamy podejść nieco zboczem doliny tam, gdzie będzie mniej „lasu” i nie ma bagna. Okazuje się jednak, że krzaków jest jeszcze więcej, za nimi są kamienie, dużo kamieni, całe pasy gruzowiska. Do tego z góry spływają kolejne strumienie. Żeby przekroczyć niektóre z nich, musimy podchodzić w górę. W przeskakiwaniu po kamieniach przeszkadzają rzucające się pomiędzy kamieniami łososie. Nie wiedziałem, że na Grenlandii są łososie, ale jaka ryba próbowałaby skakać w górę strumienia w takim miejscu!?

Przekraczanie strumienia na Grenlandii

Przekraczanie rzeki w dolinie Qinnguadalen, Grenlandia

Kolejne lasy i krzaki z daleka wydają się nieszkodliwe. Dopiero z bliska czuć jaki to koszmar. Nasz marsz zamienia się w jakiś morderczy runmageddon. Z trudem wdrapujemy się na wzgórze, na którym według mapy powinny być ruiny Wikingów. Okazuje się, że to jeden głaz i jakieś kamienie, o których trudno powiedzieć, że kiedykolwiek tworzyły razem cokolwiek. Na pewno nie chatę wikingów. Chyba, że naprawdę dawno temu. Przeciskając się przez kolejny las, nagle słyszę krzyk zza pleców. Jacek woła – zgubiliśmy namiot! – W pierwszej chwili to dla mnie tak abstrakcyjne, że nawet trudno mi to sobie wyobrazić. Po sekundzie, w ogóle mnie to nie dziwi. Przeciskanie się przez te gęste chaszcze, które zaczepiają o wszystko, ciągną, przyciskają, szarpią… W tych warunkach namiot przytroczony do plecaka, po prostu został gdzieś w krzakach. Dociera do mnie co innego – bez namiotu jesteśmy w dupie – mówię do siebie, bo Jacek już dawno wrócił w gęstwinę szukać namiotu. Trudno mi nawet zgadywać, którędy szedł, więc zwyczajnie czekam i liczę na to, że znajdzie namiot. Po 15 minutach wraca z paczką. Koszmar jakiś.

Rzeka Qinngua jest trudna do przejścia

Przedzieramy się przez jedyny natualny las na Grenlandii

W lesie Qinnguadalen zostawiamy nasze nerwy. Po kolei wybuchamy, krzyczymy, przeklinamy. Co kilka minut słychać głuchy trzask i szelest upadającego człowieka. Potem wiązanka najgorszych przekleństw. Chcemy ten las wykarczować, spalić, zrównać z ziemią. Dochodzi do mnie, że to ścisły rezerwat. Każde z tych cienkich, rachitycznych drzewek, nie wyższych niż 3-4 metry, może mieć kilkaset lat. Tak powoli rosną drzewa na Grenlandii. Myślę o tym co podeptaliśmy, powyginaliśmy, złamaliśmy podczas marszu. Pocieszające jest to, że niemal nikt tu nie chodzi. Bo i po co. Po kilku godzinach w lesie, podczas których przeszliśmy zaledwie kilka kilometrów, bagno jawi się wybawieniem. Kiedy kończą się drzewa, niemal skaczemy z radości. Po chwili chlupania i zapadania się w podmokłej łące sami już nie wiemy. Wydaje się, że już niedaleko. Dokąd? Do końca tego miejsca. Co jest dalej? Nie wiadomo. Nie widzimy, ale nie ma już tego co za nami. I to się liczy.

Podczas trekkingu na Grenlandii mamy do wyboru las bagno albo kamienie

Karłowaty las na Grenlandii podczas trekkingu w rejonie Tasermiut Fjord

Podejście pod górę w krzakach jest gorsze niż krzaki na płaskim. Żeby było jeszcze gorzej, Grenlandia serwuje kamienie, po których trzeba skakać i wspinać się. Ostatni wysiłek wyrzyna z nas siły i chęć do marszu. Na górze padamy na kolana. Ze szczęścia. Przed nami wypłaszczenie. Niska miękka trawa, jagody i bażyny. Pośród łąk porozrzucane kamienie i wielkie głazy narzutowe, ale na tyle luźno, że bez problemu możemy iść. Gładzę ręką miękką trawę i nie mogę się nacieszyć, że koszmar jest już za nami. Przeszliśmy niecałe 10 kilometrów, a czuję się jakbym przebiegł maraton z plecakiem. Niedługo docieramy do tajemniczego jeziora. Szmaragdowa tafla rozlewa się przed wysokimi, ostrymi szczytami, które nieśmiało wyłaniają się zza chmur. – Udało nam się tym deszczem – uśmiecham się pod nosem, kiedy zdaję sobie sprawę, że przecież nie spadła ani kropla.

Trekking w Qinnguadalen Grenlandia

Górskie jezioro w w dolinie Qinnguadalen - idealne miejsce na camping

Nad jeziorem kamieni jest więcej. Pojawiają się kopce, góry, zagłębienia, niecki, wielkie głazy. Całość wygląda jak jakieś miasto zamienione w kamień. Taka grenlandzka Kapadocja. I to dziwaczne księżycowe jezioro o mętnej wodzie gdzieś z tyłu. Momentalnie czuję, że chcemy tu zostać. Chce mieć stąd wspomnienie. Zasnąć tutaj. Obudzić się tu. Paweł chce iść dalej. Znowu. Mówi, że jeszcze wcześnie, dopiero przecież 16:00. Zastanawiam się, dokąd mu się tak spieszy, ale w sumie wszystko mi jedno. Mamy czas. Zostajemy – chcemy być częścią tego miejsca. Po to tu przyjechaliśmy. Kręcimy się wokół skał, żeby znaleźć miejsce pod namiot. Patrzę do miejsca, z którego przyszliśmy. Nie ma już drzew, nie ma piekła. Jest przepiękny widok na dolinę. I jest miejsce na namiot. To właśnie to miejsce. Fabryka wspomnień – obrazów, scen, momentów.

Obóz podczas trekkingu na Grenlandii

Zachód słońca na Grenlandii - Tasermiut Fjord

Zrzucamy plecaki w końcu plecaki i stawiamy namiot tak aby móc z niego patrzeć na dolinę. Takie miejsce z widokiem. Hotel z milionem gwiazdek – na niebie. W końcu ściągamy buty, siadamy na kamieniach i patrzymy w dal. Whisky pali w przełyku, z każdym łykiem ciało przeszywa gorąca fala. Gadamy o głupotach albo o rzeczach poważnych. Śmiejemy się, smucimy albo zwyczajnie zamykamy się i po prostu patrzymy przed siebie. Jak trawa faluje na wietrze, jak chmury wspinają się po stromych ścianach gór, jak rozbijają się i znikają. Słuchamy powiewów wiatru i trzasku lodowca gdzieś w oddali. To był koszmarny dzień, ale warto było to wszystko przejść, żeby dotrzeć w to miejsce, w takim stanie. Żeby móc tu tak siedzieć, nic nie robić, tylko patrzeć, słuchać, rozmawiać, trochę się upić. Nie tyle alkoholem, ale tym niesamowitym poczuciem wolności, bezkresu, nieskończoności, tym mikrokosmosem Grenlandii.

Gdzieś w połowie Qinnguadalen

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska