Lodowiec Sermeq i wyprawa na Grenlandię

Grenlandia. Dzień 9. Tasermiut Camp

Tasermiut Camp

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku Tasermiut Camp

A więc przerwa. Dzień spokoju. Bez zrywania się, składania namiotów. Taki kolonijny czas wolny, leżakowanie, cisza poobiednia. Jak zwał, tak zwał. Możemy robić nic. Skoro w pobliżu jest rzeka może wypadałoby się umyć. Postanawiamy się wykąpać w rzece. Po zamoczeniu nóg w rzece, szybko przechodzi nam ten pomysł. Rano, po zimnej nocy woda spływająca z lodowców jest jeszcze zimniejsza niż wieczorem. Ponieważ kąpiel w rzece raczej grozi hipotermią, postanawiamy się przekąpać „w menażce”. Efekt jest niesamowity. Przez ten przeszło tydzień zapomnieliśmy co to znaczy się porządnie wykąpać. Jakby to co właśnie robimy można było nazwać kąpielą…. Tak czy siak, czujemy się czystsi niż kiedykolwiek. A poranne orzeźwienie tylko pozytywnie nas nastraja na to co się dziś wydarzy lub nie wydarzy.

Poranna kąpiel w Uiluiit Kuua w dolinie Klosterdalen, Grenlandia

Po śniadaniu postanawiamy się wybrać na spacer w górę Tasermiut Fjord, żeby zobaczyć lepiej lodowiec Sermeq, który na końcu fiordu spływa do wody. Znajdujemy na mapie cypelek o nazwie Uiluiit – stąd powinno być dobrze widać cały fiord. Ruszamy przez coraz wyższe krzaki. Jedno na Grenlandii jest niezmienne – jeżeli nie ma śniegu i jest zielono, to są gęste krzaki. Po drodze próbujemy odnaleźć oznaczone na mapie ruiny wikingów. Powinny znajdować się tu pozostałości klasztoru Augustynów z X wieku, który dał nazwę – Klosterdalen – całej dolinie. Niestety, kilkaset lat na łasce Arktyki sprawiło, że jedyne co może być ruinami klasztoru to porozrzucane wszędzie kamienie. Równie dobrze jednak mogą to być po prostu głazy narzutowe przytargane tu przez lodowiec, więc skupiamy się na walorach naturalnych wyjazdu, bo te historyczne są nie do uchwycenia.

Góry nad Tasermiut Fjord, Południowa Grenlandia

Widok na Tasermiut Fjord

Po przeciśnięciu się przez kilkadziesiąt metrów gęstych krzaków, postanawiamy przecisnąć się do brzegu Tasermiut Fiord i iść dalej przy wodzie. Łatwo powiedzieć. Zmiana azymutu i kolejne przeciskanie się przez krzaki. Udaje nam się dostać na kamienisty brzeg. Mamy szczęście – jest odpływ i woda odsłoniła przybrzeżne głazy, po których da się w miarę komfortowo iść. Komfortowo jak na Grenlandię. Kamienie są śliskie, pokryte śliskimi wodorostami. Pod którymi kryje się nieskończona ilość ostrych jak brzytwa, przytwierdzonych do kamieni muszli. To i tak o niebo lepsze warunki do trekkingu niż przez krzaki czy bagno. Ostrożnie skaczemy z kamienia na kamień. Wodorosty, które od razu nazwaliśmy „kapustą” głucho chrzęszczą pod nogami.  Delikatne fale pluskają pod nogami. Woda jest przepiękna. Niczym pomarszczone lustro, w którym odbija się cudowny błękit nieba i ponure szczyty górujące nad Tasetmiut Fiord.

Trekking wzdłuż fiordu podczas odpływu

Widok na Tasermiut Fjord i lodowiec Sermeq Grenlandia

Bez dwudziestokilogramowych plecaków to jest zupełnie inny trekking. Kiedy na plecach nie masz nagle całego dobytku i zapasów na dwa tygodnie, zaczyna się myśleć w zupełnie innych kategoriach. To mogę zrobić, tu mogę wejść. Tam też. Czegoś w tym wszystkim jednak brakuje. Tego elementu męczeństwa, cierpienia ramion, grawitacji, które nazywamy świadomym, odpowiedzialnym trekkingiem. Bez wsparcia, bez wygód. Masz tyle ile jesteś w stanie unieść. Ani grama więcej. I to jest w tym wszystkim cudowne, sprawia, że wyprawa zamienia się w wielkie przedsięwzięcie. To walka z naszymi ograniczeniami, sprawdzanie siebie, testowanie swoich możliwości, planowanie, mocna rozkmina strategiczna, planowanie taktyczne. To liczenie, odmierzanie gramów jedzenia, odpowiednie pakowanie, zastępowanie jednych rzeczy innymi, lżejszymi, odcinanie metek, wyrzucanie zbędnego balastu. To zastanawianie się dwa razy, analizowanie czy dana rzecz jest nam faktycznie potrzebna.

Góra Ketil i Dolina Klosterdalen, Tasermiut Fjord

Trekking w rejonie Tasermiut Fjord

Docieramy w końcu na cypel Uiluiit. Wdrapujemy się na wzgórze, z którego mamy nadzieje będzie widać lodowiec Sermeq. Grenlandia nie bierze jeńców. Tutaj najkrótszy, wydawałoby się najprostszy odcinek musi sponiewierać, spodlić, utytłać i zmęczyć. Droga znowu prowadzi przez bagno, trawę z kamieniami i krzaki. W końcu się udaje. Stajemy na wzgórzu z którego mamy cudowny widok na lodowiec Sermeq i niemal cały Tasermiut Fjord. Jakbyśmy byli gdzieś pośrodku tego wszystkiego. Pod nami przepiękne, niebieskie wody fiordu, lekko drżące od świeżego wiatru. Nad nami cudownie błękitne niebo, po którym powoli przesuwają się pękate cumulusy. Pomiędzy nimi, przed nami wzdłuż fiordu, przepiękny wzór skalnych stożków. Poprzedzielanych u-kształtnymi dolinami. Ich smukłe sylwetki są tak zgrabne, wyglądają jak narysowane jakimś specjalnym przyrządem do szkicowania gór. Te góry przypominają mi szlaczki, które w pierwszych klasach podstawówki robiłem w zeszycie na zakończenie każdej lekcji.

Lodowiec Sermeq i wyprawa na Grenlandię

Trekking na Grenlandii w Tasermiut Fjord

Na końcu fiordu nieśmiało majaczy lodowiec Sermeq to akurat smutny widok. Według mapy lodowiec spływa prosto do Tasermiut fiordu. Obok zaznaczone są dryfujące góry lodowe, które powstają z odrywających się z lodowca kawałków lodu. Są nawet oznaczone jako „point of interest”. Z tyłu spisane są zasady bezpieczeństwa i ostrzeżenia dla łodzi, żeby nie podpływać zbyt blisko cielącego się lodowca. Tyle, że to mapa sprzed 23 lat. Od tego czasu lodowiec Sermeq cofnął się o jakieś 300 metrów odsłaniając kolejne kawałki doliny. Niesamowite, że lód po raz pierwszy odkrywa coś co powstało dziesiątki tysięcy lat temu, głęboko pod masami lodowca. Smutne, że to na skutek ocieplenia klimatu. Nieodwracalne, przynajmniej nie w naszym horyzoncie czasowym, zmiany, które nie wróża niczego dobrego. Kto nie wierzy w globalne ocieplenie, niech przyjedzie na Grenlandie. Pozażywa słońca się w niegdysiejszej krainie wiecznego lodu.

Czoło lodowca Sermeq w Tasermiut Fjord, Grenlandia

asermiut Fjord Grenlandia

Dolina Tiningnertooq i Tasermiut Fjord, Grenlandia

Siedzimy tak sobie na kamieniach, robimy na kuchence gorącą herbatę. Popijamy sobie, robimy zdjęcia, gadamy, patrzymy na fiord, na lodowiec. Albo po prostu milczymy i patrzymy. Taki „czas wolny” na naszej wycieczce. Niesamowita przestrzeń, piękno i potęga natury są tu wręcz obezwładniające. Trudno to wszystko objąć wzrokiem, głowa kręci się w każdą stronę, w każdy kierunku, w każdej osi. Już jako dziecko miałem tak z obrazkami w książkach, z krajobrazami. Dozowałem je sobie. Po malutku. Skanowałem najmniejsze szczegóły, kawałek po kawałeczku. W myślach rozbijałem obraz na tysiące elementów analizowałem każdy kawałeczek po kolei, a potem składałem je w całość. Jak puzzle. Teraz mam taki obrazek wszędzie dookoła. Skanuję wszystko po kawałeczku, przesuwając wzrok z punktu do punktu. Każda łata śniegu, głazy rozrzucone gdzieś przy brzegu, nawet cienie chmur rzucane na zboczach. Chciałbym mieć sferyczne pole widzenia, takie wypukłe, żeby móc objąć całość wzrokiem. Ogarnąć, przytulić, być jakoś bliżej tego wszystkiego. Tasermiut Fjord to niewypowiedziane piękno. Nie oddadzą go żadne zdjęcia, żadne opisy, trzeba tu przyjechać, przyjść i doświadczyć tego we własnym sercu.

Trekking po Klosterdalen wzdłuż Tasermiut Fjord

Dolina Klosterdalen i masyw Ketil Tasermiut Fjord

Tasermiut Fjord

Wracamy z powrotem do Klosterdalen. Droga nad wodą wydaje się tak prosta i przyjemna. Jest w coś w tym, że wraca się szybciej. My mamy jeszcze dodatkową motywację. Otóż wraca przypływ. Woda zaczyna nerwowo uderzać o kamienie. Oklapłe, rozłożone na kamieniach wodorosty, zanurzają się w wodzie. Ich zielone wstęgi zaczynają hipnotycznie falować na powierzchni w rytm fal. Puchną, zaczynają przysłaniach taflę wody. Trudno nawet na nie patrzeć skacząc z kamienia na kamień. Wydają się być jakąś dziwną, ruchomą masą, wywołującą zawroty głowy. W końcu docieramy do mikroskopijnej plaży na końcu Klosterdalen. Pozostaje jeszcze tylko dojść do obozowiska. Gdyby to było takie łatwe. Musimy tylko przeciskać się przez gęste krzaki pod górę. Jeszcze trochę przekleństw, trochę złorzeczeń, parę potknięć, jeszcze ostatnia „k***a!” i już jesteśmy.

Przepiękna Dolina Klosterdalen w całej swej okazałości, Grenlandia

Odpoczeynek po trekkingu w obozie, Klosterdalen

Pogoda jest przepiękna. Idealnie ciepło, pachnie trawą. Rozkładamy się na materacach twarzami do słońca i leżymy popijając herbatę. Słońce delikatnie szczypie policzki przez drobną siatkę moskitiery. Słychać szelest trawy i pyknięcia co większych much rozbijających się o materac. Chrzęszczenie suchego mchu na rozgrzanym torfowisku przy najmniejszym kroku. Wdychamy świeży zapach arktycznych ziół. Patrzymy sobie na fiord to na dolinę. Podążam sobie za idealną paraboliczną sylwetką Klosterdalen. Bujam sobie tak głową w „U” jak zabawkowy piesek na desce rozdzielczej samochodu. Ależ to jest piękny dzień. Czujemy się tak z dala od wszystkiego, że mam wrażenie, że zapomniało o nas nawet nasze własne zmęczenie. Albo po prostu wypoczywamy.

Obóz w dolinie Klosterdalen

Ognisko w Klosterdalen

Kiedy nadchodzi wieczór i zaczyna się robić zimno, postanawiamy rozpalić pierwsze ognisko podczas tej wyprawy. Ognisko na Grenlandii to nie taka prosta sprawa. Po pierwsze, dość trudno tu o opał. Nie ma drzew, są tylko liche krzaki. Do palenia nadają się jedynie wysuszone korzenie porozrzucane tu i ówdzie. Po drugie, to nie bezpieczne. Dookoła wszystko jest bardzo suche. Podpalone torfowisk, może się tlić pod ziemią przez długi czas a ogień może się pojawić nagle w innym miejscu.  Dlatego znajdujemy miejsce w pobliżu głazów, które osłaniają nas przed wiatrem, okopujemy palenisko i okładamy kamieniami. Ogień to magia. Daje ciepło, poczucie jakiejś bliskości z naturą. Trzask suchych gałęzi i pomarańczowy płomień tworzą dziwaczny spektakl, do tego teatr tańczących cieni odbijających się na głazach. Przy ognisku nawet jedzenie naszego wyjazdowego „carpaccio” z cebuli i pasztetu, popijanie zadymioną wędzoną herbatą staje się jakimś magicznym rytuałem. Grenlandzką radością wszelkiego istnienia. Patrzymy jak słup maleńkich iskier wznosi się do góry i na ciemniejącym niebie zamienia się w gwiazdy.  Czekamy i czekamy. Na ciemniejącym niebie wypatrujemy zorzy polarnej…

 

Tasermiut Camp 

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska