Widok na masyw Ketil, Przełęcz pomiędzy doliną Tupaassat a Klosterdalen, Tasermiut Fjord, Grenlandia

Grenlandia. Dzień 7. Tupaassat do Klosterdalen

Tupaassat do Klosterdalen

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku Tupaassat do Klosterdalen

Wiatr szaleje do późnej nocy, ale w końcu ustaje. Budzą nas tylko głuche trzaski, tąpnięcia, pęknięcia. Bicie serca lodowca, jego powolny oddech. Skały spadające gdzieś w środku nocy, plusk wody, ogłuszający szum. Grenlandia żyje.  Rano pogoda jest idealna. Soczyście błękitne niebo, ani jednej chmurki, promienie słońca wychylające się powoli zza ośnieżonych szczytów, ściana cienia przesuwająca się powoli po górach naprzeciwko, błyszczące wody jeziora. Zapowiada się cudowny dzień. Poranna kawa w takich okolicznościach to coś więcej niż rytuał, rozmowa o poranku, omawianie przetrawionych przez noc wrażeń z poprzedniego dnia, wodzenie palcem po mapie i ustalanie trasy, zastanawianie się co kryje się za kolejnymi liniami i kropeczkami na mapie. Dziś to jakaś dziwna błogość. Zwyczajne siedzenie i patrzenie na jezioro, oddychanie rześkim górskim powietrzem, rozkoszowanie się promieniami słońca lekko liżącymi po twarzy.

Lodowiec ponad doliną Tupaassat

Przekraczanie strumienia na Grenlandii

Ruszamy powoli w górę doliny Tupaassat. Przed nami dość proste podejście. Niezbyt strome i skomplikowane. Oczywiście jak to na Grenlandii, wszystko co wydaje się proste, takie finalnie nie jest.  Najpierw trzeba się do tego podejścia dostać. Wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale okazuje się, że najpierw musimy przejść kawał kamienistą plażą, za którą nie wiadomo skąd pojawia się strumień. Albo dwa, albo nie wiadomo ile. Woda wpływająca z góry rozlewa się na wszystkie strony. Kolejne odnogi strumienia wydają się płytkie i wąskie, ale ich przejście nastręcza nam nie lada trudności. Przede wszystkim woda jest dość głęboka, mniej więcej do kolan. Nie chce nam się ściągać dopiero co założonych butów.  Po drugie kamienie, ostre, duże, śliskie, skakanie po nich odpada, tak jak chodzenie na boso. Po trzecie nurt strumienia jest tak silny, że próby przejścia w nieodpowiednim miejscu skończą się nieuniknioną wywrotką. I to wszystko na niemal płaskiej powierzchni. Patrząc z kilku metrów nadal nie wierzę, że to takie skomplikowane.

Góry nad doliną Tupassaat. trekking na Grenlandii

Widok na dolinę Tupassaat, Grenlandia

Krążymy, obchodzimy strumień, parę razy zawracamy. W końcu, po przejściu kilku, potem kilkunastu odgałęzień strumienia docieramy do podejścia. Oczywiście nie jest to widziana z daleka trawa, a gęste krzaki rozpostarte na wielkim gruzowisku. Nie mam pojęcia jak to się dzieje. Czy na Grenlandii jakoś inaczej załamuje się światło? Czy tu występują fatamorgany? Czy nasze umysły i wyobraźnia są tak ograniczone, że wszystko upraszczają i z przyzwyczajenia nie widzą krzaków, tylko spłaszczoną trawę. Wygląda na to, że Grenlandię można pojąć tylko w jakichś innych kategoriach. Nic co znamy z naszej codzienności tu nie pasuje.  Nierówna ziemia, doły, dziury, kamienie zarośnięte krzakami, które zaczepiają o buty, ciągną, nie chcą puścić nogi. Łapią i ciągną kijki. Czasem czuję się jak w jakimś dziwacznym bagnie, które w moment chce mnie pochłonąć.

Trekking przez Fiordy na południu Grenlandii, Tasermiut Fjord

Odpoczynek podczas trekkingu, Grenlandia południowa

Podejście okazuje się koszmarnie trudne. Do nierówności i krzaków dochodzi upał. Piękna słoneczna pogoda to przekleństwo. Pot leje się z nas strumieniami, czuję jak kolejne warstwy przyklejają się do mnie, jak gorące krople spływają po policzkach, do oczu. Kiedy myślę, że nie może być gorzej. Pojawiają się one. Muszki. Nie mogły znaleźć gorszego momentu. Każde miejsce, w którym nie ma choć skrawka cienia zajmują momentalnie chmary muszek. Znowu próbują dostać się wszędzie. Mokra od potu moskitiera przeszkadza w oddychaniu. Od odganiania się tracimy równowagę. Z tęsknotą czekamy na każdy najlżejszy podmuch wiatru, który oprócz chwili orzeźwienia przynosi także ulgę od muszek. Patrzymy jak przybliża się sterczący przed nami stożkowaty szczyt. Mamy nadzieje, że wraz z wypłaszczeniem znikną muszki, krzaki i kamienie.  Brniemy do góry z nadzieją, że bliżej lodowca będzie chłodniej.

Trekking na Grenlandii

Przepiękne widoki podczas trekkingu na Grenlandii

W końcu docieramy do wypłaszczenia. Muszki nie odpuszczają, ale zatrzymujemy się na odpoczynek na ogromnych skałach, z których rozpościera się przepiękny widok na całą dolinę Tupaassat aż do fiordu Kangikitsoq. Wszystkie te kręgi piekielne przez które przeszliśmy wczoraj i dziś. Podejście z krzaków i skał, jezioro ze skałami i ruchomymi piaskami, za nim znowu skały i krzaki, Drepanocladus Dam i kamienie, dalej znowu krzaki i kamienie, aż do fiordu. Cały dzień. Kamienie i krzaki – istne piekło. Nie do dostrzeżenia na tym bajecznie pięknym obrazku. Jednak coś jest z tym załamywaniem światła, tą zagiętą czasoprzestrzenią. Patrząc na to wszystko nie myślimy o tym co było, tylko rozkoszujemy się widokiem. Nawet cały czas krążące wokół nas koszmarne muszki nie są wstanie wyprowadzić nas z transu. Czyżbyśmy byli masochistami. A może Grenlandia oszukuje nasze zmysły? Może to jakaś fatamorgana?

Trekking przez dolinę Tupassaat, na Grenlandii

Ruszamy dalej. Przed nami gołe skały zza których wylewają się pola śnieżne z zalegającej tam na górze czapy lodowej.  Ze gór o łagodnie opadających zboczach nagle strzelają w górę niemal pionowe szczyty. Wygląda jakby te góry kiełkowały. Jakby ze starej, zmęczonej, zerodowanej skały wyłaniała się nowa, twarda, strzelająca odważnie do nieba. Krzaki pod nogami stopniowo karleją, trawa robi się coraz cieńsza i niższa. Muszki przestają latać chmarami, w końcu znikają w ogóle. Chyba robi się dla nich za zimno. Wkraczamy w krainę surowych, szarych skał 300 m npm. Ze ścian spływają strużki wody, które łączą się w dziwacznym rozlewisku, kamiennym bagnie. Wszędzie dookoła kamienie. Wielki jęzor kamieni spływający ze wszystkich zboczy, łączący się w jedno tuż przed nami. Wydaje się jakby kamienie pochłaniały wszystko na swojej drodze. Ogromna kamienna szarańcza wciągająca cały tutejszy zielony mikroświat.

Dolina Tupaassat, Grenlandia

Wspaniałe widoki na Grenlandii - Tupaassat

Znowu podchodzimy pod górę na kolejny „stopień” doliny. Jakież zdziwienie, kiedy robimy ostatnie kroki, przed nami, na wysokości oczu ukazuje się tafla wody. Ten kamienny jęzor to zwyczajna kamienna grobla, która utrzymuje całkiem spore jezioro wypełniające szczelnie całą przełęcz. Przepiękna ciemnoniebieska woda dosłownie drży. Wiatr smaga ją wywołując krótkie i niskie fale uderzające w brzeg z niesamowitą prędkością.  Znowu jakbyśmy patrzyli na jezioro w przyspieszonym tempie. Uważnie obserwujemy całe jezioro, żeby znaleźć najlepszą drogę. Z lewej – masy śniegu i wielkie gruzowisko spadające do samego jeziora, z prawej – zbocze z drobnymi kamieniami, nawet OK, ale końcówka zbyt stroma, nie da się przejść. Nie mamy więc wyboru. Szczęśliwie wielki jęzor śnieżny opadający ze szczytów stopniał przy jeziorze na tyle, że da się je obejść.

Trekking do doliny Klosterdalen, nad Tasermiut Fjord

lud nad jeiziorem przełęcz Tupaassat

Ruszamy przy zwisającej ścianie twardego śniegu. Niemiło chodzi się ze świadomością, że jeśli tylko coś się oderwie czy osunie, to zepchnie nas prosto do lodowatego jeziora i pogrzebie na zawsze. Chwila strachu i wychodzimy na gruzowisko. Wcześniej zmęczony, styrany podejściem i dosłownie zniszczony przez słońce odżywam. Na początku dzisiejszego trekkingu ledwo człapałem, nie nadążałem za chłopakami, zwyczajnie miałem dość. Teraz wskakuje na kamienie i zaczynam po nich hasać jak kozica górska. To gruzowisko jest ogromne, znowu muszę skakać w górę, w dół, krążyć trochę, ale idzie nadzwyczaj łatwo. Jest chłodno, rześko i cudownie. Wracają wszystkie siły. Oczywiście nieodłącznym elementem skakania po kamieniach są wywrotki. Mimo skupienia, nie udaje się ich uniknąć. Wraca otrzeźwienie. Jesteśmy z dala od cywilizacji i ostatnie czego bym tu chciał to złamanie, skręcenie czy chociaż stłuczenie czegokolwiek. Pojawiają się gładkie, strome zbocza o sporej ekspozycji, chwila strachu mrowienie w stopach i w dłoniach, ale się udaje.

Jezioro na przełęczy pomiędzy doliną Tupaassat a Klosterdalen,

W końcu zbliża się koniec kamieni. Jezioro zakręca i zza monotonnej kamiennej kurtyny wyłaniają się przepiękne ogromne szczyty kolejnej doliny, która jest gdzieś przed nami. Wchodzimy na kraniec przełęczy. Jeszcze tylko jedno lekkie podejście. Już widzę jak powoli wyłania się ścięta charakterystyczna pół-kopuła góry Ketil – wizytówki Tasermiut Fjord. Nie patrzę przed siebie, żeby podejść na samą przełęcz i nareszcie zobaczyć ścianę gór nad doliną Klosterdalen w całej swej okazałości. Nie chcę tak po kawałeczku, po trochu, chcę od razu całość. Na raz. To samo robiłem podchodząc po raz pierwszy do Grand Canyonu 15 lat temu, tak samo udawałem, że nie podglądam kiedy robiłem ostatnie kroki przed szczytem Pik Uchitiel 2 miesiące temu. Jakbym sam się ze sobą droczył. Pamiętam dokładnie te ujęcia zapisane w głowie. Te momenty przed długo wyczekiwanymi widokami. Superstary szurające po pomarańczowej skale, buty oklejone śniegiem, a teraz buty poszarpane i pocięte przez kamienie. I jest! Widok za milion dolarów.

Widok na masyw Ketil, Przełęcz pomiędzy doliną Tupaassat a Klosterdalen, Tasermiut Fjord, Grenlandia

Nagle pod nogami wyrasta niewielka łąka. Jesteśmy na przełęczy. Przed nami w dole rozpościera się przepiękna, soczyście zielona dolina Klosterdalen, przez którą meandruje rzeka Uiluiit Kuua. Jej rozlewiska tworzą esy floresy, jak wzory na piance latte. Spomiędzy ciężkich stalowych chmur przebija się słońce, strzelające w dolinę tańczącymi strumieniami światła. Naprzeciwko nas, po drugiej stronie doliny korona szczytów masywu Ketil. Pomiędzy trzema masywnymi bryłami, kilkanaście ostrych szczytów, przypominających zęby rekina. Wierzchołki zaczepiają o gęstniejące nad nimi chmury. Widok jest dosłownie nie z tej ziemi. Stoimy i patrzymy. Wiatr delikatnie szumi dookoła. Nikt nawet nie ma odwagi się odezwać. Bo i po co. Co słowa mogły by tu wnieść. Trochę nie wierzę, że to naprawdę. Może wywaliłem się na kamieniach, straciłem przytomność i sobie śnię. Dyskretnie szczypię się w rękę. Nawet przez chwilę nie przychodzi mi do głowy, że to głupie.

Obóz na przełęczy pomiędzy doliną Tupaassat a Klosterdalen, Grenlandia

Na skraju przełęczy znajdujemy murek ułożony w półkole – miejsce na namiot. – To chyba znak, prawda? – rzucam żartem, ale momentalnie zdaję sobie sprawę, że naprawdę możemy tu dziś zostać. Nigdzie nam się przecież nie spieszy. Możemy się tu rozbić. Jacka nie trzeba przekonywać.  Paweł standardowo chce lecieć na dół. Przecież dolina, dopiero 14:00, mieliśmy dojść do brzegu fiordu, pokazuje, że to dwie godziny i idzie. Odpuszczamy. Niech idzie. Nie chce nam się go przekonywać. My chcemy tu zostać. Zwyczajnie usiąść na dupie, popijać gorącą herbatę z kubka, ogrzewać o niego dłonie i patrzeć na ten cud natury. W końcu po to przyjechaliśmy na Grenlandię. Zwolnić, robić wszystko inaczej niż tam. Nie uciekać, nie gonić. Nie czuć presji. Wszystkie „muszę”, „powinienem”, „trzeba” zostawiliśmy za sobą. Tego przecież chcieliśmy – spokoju, natury. Zdaje sobie sprawę, że nawet tutaj tak łatwo o tym zapomnieć i przeoczyć to, po co leci się tak daleko.

Przełęcz pomiędzy doliną Tupaassat a Klosterdalen, Tasermiut Fjord

Rozbijamy obóz. Wejście do namiotu wychodzi centralnie na Klosterdalen i masyw Ketil. Postanowiliśmy sobie zrobić taki telewizor. Nawet leżąc w namiocie będziemy mogli patrzeć. Paweł w końcu decyduje się zostać a nami. Myślę sobie, że fajnie, może trochę chłopak zwolni, wyluzuje. Po to tu w końcu jesteśmy. Kuchenka szumi, dookoła wieje wiatr. Nie ma czasu. Istnienie odmierza trzask kamieni w oddali, trzaski lodowca. Przed nami spektakl światła nad doliną, chmury dotykające pobliskich szczytów. Przestrzeń, przyroda, magia. Kręcimy się dookoła, skaczemy z kamienia na kamień, siedzimy na murku, pijemy herbatę, gadamy, chowamy się do namiotu przed mżawką, kiedy przestaje, znowu wychodzimy, znowu ogrzewamy się gorącymi kubkami, patrzymy jak chmury rozbijają się o góry, jak nad fiordem wychodzi błękitne niebo i tak w kółko. Aż do wieczora. Dobrze tak nic nie robić.

Przełęcz pomiędzy Tupaassat a Klosterdalen 

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska