Fiord Kangikitsoq widok z doliny Tupaassat Grenlandia

Grenlandia. Dzień 6. Dolina Tupaassat

Dolina Tupaassat

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku dolina Tupaassat

Noc była przeraźliwie zimna. Najzimniejsza do tej pory. Cały namiot od spodu pokrywa szron, który przypomina bardziej ściany nierozmrażanej lodówki. Poranne drgawki po wyjściu ze śpiwora to już normalka, ale dziś jest najgorzej. Z niecierpliwością czekamy aż słońce wyjrzy zza gór, aż zimne powietrze ucieknie z powrotem nad fiord. Z przyjemnością łapiemy gorące metalowe kubki z kawą. Ściana cienia powoli się kurczy a świetlista łuna zbliża się do nas. W końcu przychodzi. Przy pierwszych promieniach słońca wszystko odżywa. Oszroniona trawa momentalnie pokrywa się rosą. W nasze ciała wraca życie. Idziemy na jeden z pagórków popatrzeć na okolice. Doświadczam czegoś nowego. Chodzenie w klapkach po wilgotnej trawie i krzewach jagodowych to całkiem nowe, dziwaczne i zagadkowo przyjemne doświadczenie. Stopy ślizgające się w mokrych od rosy klapkach, zapadanie się w zimne, drapiące krzaczki. Przedziwny masaż o jakim w życiu bym nie pomyślał.

Kangikitsoq Fjord i dolina Tupaassat wzgórza

Obozowisko w Dolinie Tupaassat, Grenlandia

Poranny widok dosłownie powala na kolana. Stoimy na jednym z kilkudziesięciu pagórków, wyrastających wprost z płaskiej ziemi.  Jesteśmy na końcu fiordu Kangikitsoq, u zbiegu dwóch dolin, z których niegdyś wypływały lodowce. Wielkie masy śniegu nadal czają się gdzieś tam w górze, ale znikają coraz szybciej. Zostawiły po sobie soczyście zielone doliny pełne kamieni, rozcinane przez meandrujące strumienie. Niebo jest idealnie błękitne, słońce wyszło zza ściany gór na wschodzie. Wilgoć w powietrzu sprawia, że nad wodą unosi się delikatna mgiełka, która pochłania ujście fiordu i góry na południu. Za nami dolina Tupaassat jest w miarę wypłaszczona, aż do ogromnego gruzowiska, które tworzy gigantyczny stopień. Całe to miejsce to jeden wielki punkt widokowy. Gdziekolwiek by nie patrzeć: góry, lodowce, fiord. Pogoda jest idealna. Ciepło, słonecznie, bezchmurnie, znad fiordu powiewa świeża bryza.

Dolina Tupaassat przy fiordzie Kangikitsoq Grenlandia

Koniec doliny Tupaassat, Kangikitsoq Fjord, Grenlandia Południowa

Niestety, wraz ze słońcem pojawiają się muszki. Zaczynają kąsać, wlatywać do nosa, ust, uszu, oczu. Skutecznie wyganiają nas z naszego punktu widokowego. Obóz składamy już szczelnie owinięci moskitierami. Roje muszek towarzyszą nam także przy marszu w głąb doliny Tupaassat. Sam trekking wydawał się prosty – podłoże płaskie, przejście po kamieniach przez strumień – co może nam się przytrafić. Pojawiają się kamienie, dużo kamieni, które trzeba obchodzić. Kamienny labirynt zarośnięty krzakami. Do tego strumień jest szeroki, głęboki i w żadnym wypadku nie nadaje się do przejścia. Próbujemy w kilku miejscach, idziemy wzdłuż wijącego się strumienia, przez gruzowiska i wzgórza, przeciskamy się przez krzaki i wszystko na nic. Miejsce wskazane na mapie jako przeprawa dawno nie istnieje. Rzeka jest zbyt głęboka i szeroka, a prąd zbyt silny. Przypominam sobie, że w Internecie czytałem o jednym miejscu przeprawy. Kilka lat temu dwie osoby zginęły tu porwane przez rzekę podczas próby przeprawy.

Strumienie i zalewowe jeziora Trekking na Grenlandii

Drepanocladus Dam - jezioro zalewowe w dolinie Tupaassat, Grenlandia

Za porozrzucanymi głazami wyłania się szmaragdowy zalew Drepanocladus Dam. Powstało po osunięciu się głazów polodowcowych, które zablokowały bieg strumienia wypływającego z okolicznych lodowców. Woda zaczęła meandrować i oczywiście ominęła skały, ale jeziorko pozostało. Wkrótce pojawiły się kolejne, mniejsze.  Wszystkie razem tworzą teraz barierę nie do przejścia więc wbrew mapie decydujemy się iść zachodnią stroną doliny Tupaassat. Niestety przed nami pojawiają się kolejne kamienne labirynty. Zaczynamy wdrapywać się na kolejne ogromne skalne bloki. Znowu skakanie, zawracanie, szukanie przejścia. Dochodzimy do miejsca, w którym trzeba ze skał zeskoczyć w dół, z którego nie wiem czy da się wydostać. Paweł rzuca kija i schodzi, my z Jackiem decydujemy się wrócić i przejść ogromne gruzowisko dookoła zboczem doliny. Dość stromym, ale przynajmniej bez kamieni.

Krzaki i muchy - największe niedogodności na Grenlandii

Trekking po kamieniach - Grenlandia

Na trekkingu na Grenlandii mamy zazwyczaj do wyboru: kamienie albo krzaki. Tym razem wybraliśmy to drugie. Moskitiera przyklejająca się do spoconej szyi i muszki wlatujące do rękawów, zamiast perspektywy połamania się na głazach. Wiem, że nie powinniśmy się rozdzielać, ale nie czuję się komfortowo idąc za kimś drogą według mnie niebezpieczną, tylko dlatego, że on tamtędy idzie. Tutaj rozsądek i świadomość własnych możliwości wygrywa z instynktem stadnym. Szczęśliwie wszystkim nam udaje się dotrzeć do… kolejnych kamieni, tworzących kolejny stopień doliny Tupaassat. Tym razem na szczęście mniejszych. Po tych wystarczy poskakać niczym sarenka z dwudziestokilogramowym plecakiem i jesteśmy na początku kolejnego szmaragdowego jeziora. Długie na jakieś 3 kilometry szczelnie wypełnia dolinę całą szerokością. Na szczęście, po naszej stronie zbocze wydaje się dość łagodnie opadać i możemy w miarę spokojnie iść wzdłuż wody.

Kolejne gruzowisko do przejścia - trekking, Grenlandia

górskie jezioro na południu Grenlandii trekking

szmaragdowe jezioro na trekkingu w Grenlandii

Droga wzdłuż jeziora jest całkiem przyjemna. Idziemy praktycznie cały czas przy linii wody, czasami wspinając się na zbocze, żeby ominąć zatoczki ze stromymi skałami schodzącymi prosto do wody, czy ruchome piaski przy brzegu. Przed nami, na końcu jeziora pojawia się kolejne podejście-stopnień do dalszej części doliny. Obok, zza szczytu sięgającego 1700 m npm. Wyłania się lodowiec. Z dołu wygląda jak wielka lodowa półka zawieszona gdzieś hen w górze, na wysokości jakichś 1500 m npm. Wiemy z mapy, że wylewa się prosto z ogromnej czapy pokrywającej wnętrze całego lądu Grenlandii. Wystarczyłoby więc wdrapać się tu do góry a po lodowcu można by przejść na drugą stronę wyspy. Teoretycznie oczywiście. Widoki zapierają dech w piersiach. Widać tu potęgę natury i małość człowieka. Tutaj z wysokości 146 metrów npm, doskonale widać ogrom i skalę otaczających nas szczytów. Są przytłaczające, mimo że zaledwie sto metrów wyższe od naszej Śnieżki.

Trekking nad jeziorem polodowcowym w dolina Tupaassat, Grenlandia

Trekking nad jeziorem gdzieś na Południu Grenlandii

Po przejściu mniej więcej trzech czwartych jeziora, nagle docieramy do strumienia powietrza spadającego z góry z lodowca. Zaczyna niemiłosiernie wiać. Woda na jeziorze ze szmaragdowej tafli zamienia się w pomarszczoną, pulsującą ponurą masę. Z całą siłą spływa prosto na nas, jak po zjeżdżalni, ciężkie zimne powietrze znad lodowca. Rozpędzone zamienia nasze kurtki w żagle. Z trudem przemy do przodu. Jest zimno, do tego słońce chowa się za górami, co potęguje chłód. Jedyny plus jest taki, że nareszcie zniknęły muszki. W końcu docieramy do końca jeziora. Miejsce wydaje się idealne na obóz – jest tu w miarę płasko, jest woda, są nawet miejsca po biwaku oznaczone kamieniami. W zasadzie to ułożone z kamieni murki, które miały osłaniać namiot przed wiatrem uderzającym z całą siłą z góry lodowca.

Trekking nad jeziorem w dolinie Tupaassat, Grenlandia

Górskie jezioro w dolinie Tupaassat, Grenlandia

Decydujemy się rozbić tutaj z nadzieją, że wiatr w końcu ustanie. Zresztą robi się późno i dalszy marsz stoi pod znakiem zapytania.  Na mapie dolina Tupaassat z zielonej, robi się brązowa, co oznacza, że może być trudno znaleźć miejsce na biwak. Do tego przeszliśmy już przez 3 takie przełęcze pomiędzy dolinami i to zdecydowanie nie są miejsca na biwak. Na koniec, zdajemy sobie sprawę, że możemy zwolnić, bo zrobiliśmy trasę w bardzo dobrym tempie. Słowem mamy czas, żeby rozkoszować się naturą Grenlandii, jej dzikością. Obecnie ta dzikość mogłaby nieco zelżeć. Zaczynamy od układania murków z kamieni dookoła namiotów. Na szczęście, ktoś to kiedyś przed nami robił, trzeba więc tylko poprawić i podciągnąć nieco do góry. Potem z trudem rozstawiamy namioty, które szarpią podmuchy zimnego wiatru spadające wprost znad lodowca.

Przygotowanie obozu pod lodowcem w dolinie Tupaassat, Grenlandia

Wody jeziora są tak lodowate, że trudno nawet nabrać wody do menażki. Tafla niespokojnie drży smagana wiatrem. Całą dolinę wypełnia cień. Słońce liże jedynie wschodnią ścianę gór. Możemy tylko pozazdrościć. Za to jutro rano powinno być lepiej. Słońce powinno do nas dotrzeć w miarę szybko. Trzask jak przy autostradzie, do tego łopotanie namiotów i szelest niespokojnie smaganych wiatrem krzaków. Chowamy się w namiotach i przez otwarte poły patrzymy na nerwowo drżącą taflę jeziora. Za nią w oddali dolna część Tupaassat i fiord Kangikitsoq. Nawet przy takiej zawierusze, od tego miejsca bije niewytłumaczalny spokój. Jemy z trudem podgrzaną kolację i popijamy gorącą herbatą. Schowani w swoich namiotach próbujemy przekrzykiwać wiatr. Potem w końcu przestajemy i zaszywamy się w śpiworach odcięci od tej zawieruchy szeleszczącą warstwą namiotu.

Obóz pod lodowcem w dolinie Tupaassat, Grenlandia

Obóz nad jeziorem w dolinie Tupaassat, Grenlandia

Z każdym dniem czujemy, że jesteśmy dalej od wszystkiego. Sami, kompletnie sami, zdani jedynie na siebie. To poczucie odległości, w którym tęsknotę za światem znieczula baśniowo piękna przyroda. Świat zewnętrzny, pozostawiony daleko za nami, wydaje się jakimś dziwnym snem, odległym wspomnieniem, w którym realni wydają się tylko nasi bliscy. Ale oni też są w tym innym świecie. Przynajmniej teraz. Grenlandia naprawdę jest jakąś dziurą w czasoprzestrzeni. Fajnie się w tym zasypia. Fajnie się tu śni.

 

Nad jeziorem, gdzieś w połowie doliny Tupaassat

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska