Widok na Tbilisi - forteca Narikala - stare miasto. Gruzja

Gruzja. Kraj kochających jedzenie

Rano ruszamy ponownie zgubić się w labiryncie ulic Tbilisi. Tym razem ruszamy w inną stronę – na północ. Aleja Davit Aghmashenebeli wysadzana jest nudnymi kamienicami z czasów carskiej Rosji, poprzetykanymi socrealistycznymi klocami z marmurów. Same drogie sklepy, restauracje serwujące zagraniczne piwo, zachodnie jedzenie i espresso. Nie nasz świat, a przynajmniej nie dla niego tu przyjechaliśmy. Uciekamy zatem w małe, boczne uliczki, tak bardzo oderwane od wielkiego świata i nie mniejszego pieniądza. Znowu idziemy w cieniu drzew, przechadzamy się w cieniu akacji, pod drewnianymi balkonami, uważając na porzucone na chodniku przedmioty.

odnowiona Aleja Davit Aghmashenebeli - Tbilisi Gruzja

Piękne stare domy przy ulicach w Tbilisi - Gruzja

Naszym celem jest bazar. To tam chcemy zjeść śniadanie. Po błądzeniu uliczkami i dość długim poszukiwaniu targowiska, trafiamy w okolice dworca. Bazar faktycznie jest, ale głównie sprzedaje się tu plastikową chińszczyznę. Naszej ukochanej części z jedzeniem próżno tu szukać. Nie wierzę, że naród, który tak bardzo kocha kuchnię, może się zadowolić takim lichym bazarem. Ale to tu pokierowała nas nasza gospodyni, Pani Inga. Owszem jest kilka straganów z owocami, jakieś ryby, mrożone mięso i kiszonki, ale głównie paczkowane słodycze i chemia. Gdzie te wszystkie sery, bakalie, świeża zielenina, gdzie czurczchele, tklapi? Kręcimy się, szukamy, aż w końcu zrezygnowani idziemy dalej w poszukiwaniu jedzenia.

Kiszonki - jeden z fundamentów kuchni gruzinskiej - na bazarze w Tbilisi, Gruzja

Orzechy, bakalie, przyprawy i adżika - przysmaki gruzińskie na bazarze - Tbilisi, Gruzja

Ser Sulguni - bazar w Tbilisi, Gruzja

Nieopodal, zupełnie przypadkiem trafiamy na magiczne drzwi. W czymś co przypominało jakąś starą halę, zobaczyliśmy schody. Na końcu schodów nasz święty graal! Bazar z jedzeniem! Na wejściu od razu uderza nas zapach zieleniny. Grube sprężyste, chrzęszczące przy dotyku pęczki kolendry, anyżowy estragon, ciemnozielona pietruszka. Śliczne różowe rzodkiewki, brzydkie – przez co na pewno pyszne – pomidory. Bezkształtne, dziobate i poplamione. Ekologiczne, najlepsze. Ogórki, cebulki, wszystkie cuda, z których powstają te pyszne, świeże sałatki. Dalej czarne bakłażany, obok zielone, żółte. Jesteśmy w niebie! Chodzę i dotykam wszystkiego, wącham. Wszyscy chcą mi wszystko sprzedać! To nie jest nasz bazar, gdzie sprzedawcy po prostu stoją. Tu się sprzedaje! Sprzedawca to nie zawód. To stan umysłu! Nikt nie potrafi zachwalać towarów tak jak Gruzini. Wszystkiego można spróbować, wszystko najświeższe, najlepsze. – Pomidory z Kachetii! Skolko nada? Stolko czetyrje? Paczemu tak mała? Biericie wsio! – Orzechy laskowe – z Megrelii, najlepsze! Skolko nada? Paczemu tak mała? I na koniec zawsze to szczere – pakuszajcie na zdarowie! –

Czurczchele - bazar w Tbilisi Gruzja

Tklapi czyli kwaśny lawasz - gruziński przysmak, Tbilisi Gruzja

Na końcu najlepsze – nabiał! Nasza miłość, słabość i trochę chyba zboczenie. Zapach serów, mleka, masła unoszący się w hali targowej – wspomnienie dzieciństwa. Sulguni – boski ser z Megrelii, niezbędny składnik chaczapuri. W wersji zwykłej i wędzonej. Chodzimy, próbujemy, aż w końcu bierzemy po kawałku – na później! Orzechy, suszone owoce. Bajecznie słodkie i aromatyczne. Orzech włoski, który tu nazywa się… grecki! Najwspanialszy ze wszystkich, tak niedoceniany, kiedyś tak u nas powszechny. W łupinach, zielony w konfiturze, zalany kolorową masą jako czurczchela. Do tego tklapi czyli kwaśny lawasz. Z moreli, jabłek, granatu, brzoskwini, mieszany, jest nawet kiwi! Wszystko to, owinięte w szeleszczący szary papier, ląduje w torbie. Musimy stąd iść, jesteśmy głodni. Obkupiliśmy się jedzeniem, a dalej nie mamy śniadania. Cały czas szukamy miejsca na jedzenie. Jak na złość nic nie możemy znaleźć. A może by tak usiąść na krawężniku, zajadać ser, pomidory, chleb. Właśnie! Chleb!

Szoti to przepyszny gruziński chleb wypiekany w piecu tandoor - Tbilisi, Gruzja

Po drodze trafiamy na gruzińską piekarnię. Kocham te miejsca miłością absolutną. W Gruzji piekarnia jest monotematyczna. Robi zazwyczaj jedną rzecz – chleb szoti. Tylko tyle i aż tyle. Mały kantorek, najczęściej w piwnicy. Z wąskimi drzwiami lub maleńkim okienkiem na poziomie chodnika. W środku stara maszyna do mieszania ciasta i ceglany piec tone, w którym piecze się chleb. Piekarz co i raz pochyla się nad piecem, niemal do niego wchodząc. Przykleja ciasto do ścian. Po kilku minutach ściąga je ręką lub specjalnym hakiem. Zaraz potem szoti ląduje na kawałku gazety, czasopisma, stronie wyrwanej z książki, jakiejś kserówce lub jakimkolwiek innym kawałku papieru. Za jedno lari jest nasz. Skubiemy ciepły chrupiący chleb, ale to przecież nie śniadanie.

Początek Alei Rustawelego - Tbilisi Gruzja

Wygłodzeni docieramy aż do Alei Rustawelego. Jej końca lub początku, zależy z której strony patrzeć. Jesteśmy tak głodni, że niemal wpadamy do pobliskiego Chinkali House. Restauracja wygląda jak w Victorii, włączając obite skajem kanapy. I tu zaczyna się knajpiana udręka tak charakterystyczna dla Gruzji. Tyle się mówi o gruzińskiej gościnności, tymczasem w każdej restauracji, w której byliśmy obsługa była fatalna. Panie są raczej nieprzyjemne i zdecydowanie nie ogarniają. Ludzi nie ma, Panie nic nie robią, stoją i rozmawiają. Gość jest tu intruzem, zaburza spokojny dzień. Po 10 minutach siedzenia i kręcenia się, Pani przynosi menu. Rzut okiem, wiemy co chcemy. I to tyle. Pani nie ma. Zajęta. Rozmawia z koleżankami. Czekamy wiercimy się, umieramy z głodu, do tego ten okropny dym papierosowy. Po kolejnych 15 minutach wychodzimy wkurzeni. I szukamy dalej. Panie nawet nie zauważyły, że wychodzimy. Tyle o gruzińskiej gościnności. Jeżeli jest – to taka szczera, w domach. Tej wyuczonej, na pokaz, profesjonalniej nie ma.

Adżarskie Chaczapuri i sałatka z orzechami - pyszna kuchnia gruzińska - Tbilisi, Gruzja

Chinkali - gruzińskie pierożki - Tbilisi, Gruzja

Kończymy w oddalonym nieco Samikitno. Nie wiem jak bardzo zła musiałaby być obsługa, żeby narzekać na restauracje w Gruzji. Jedzenie, które serwują, sprawia, że zapomina się o wszystkim złym. Po raz kolejny odpływamy karmieni boskim chaczapuri, chinkali, świeżymi warzywami z ziołami i orzechami. Kuchnia gruzińska po prostu nie ma sobie równych. To niesamowite, jak wiele składników jest wprost tych samych co w kuchni polskiej. W zasadzie wszystko opiera się na mące, jajkach, fasoli, mięsie, ziołach. To ich połączenie… Tu dzieje się magia. Jedzenie w Gruzji to rytuał, dania przychodzą po kolei, wyczekuje się ich z utęsknieniem, jakby do każdego kolejnego trzeba było dojrzeć, zasłużyć na ucztę. Miło patrzeć na ludzi naokoło, którzy ze zwykłego posiłku robia małą suprę. Głośno rozmawiają, prawie krzyczą, śmieją się, zajadają, co chwilę głośno wołają na kelnera, wybuchają śmiechem, po prostu żyją. Niesamowite jak bardzo ten naród kocha jedzenie.

Demonstracja sunąca aleją Rustawelego - Tbilisi, Gruzja

Kiedy najedzeni i zwyczajnie szczęśliwi wychodzimy, aleja Rustawelego jest zupełnie pusta. To dziwne, bo jeszcze godzinę temu ciągnęły nią w każdą stronę sznury trąbiących samochodów. Widzimy coraz więcej policji. Miga biała flaga z czerwonym krzyżem. Druga, kolejna. Wzbiera się gwar, który przechodzi w jakiś dziwny monotonny krzyk. W jednym momencie wychodzimy naprzeciw skandującego tłumu, wymachującego dziesiątkami gruzińskich flag. Maszerują powoli, krzyczą. Otoczeni kordonem policji. Demonstracja. Jakieś transparenty. Typowe demonstracyjne zamieszanie. Kto? Co? Za czym? Przeciwko czemu? Pytamy jakichś ludzi. Odpowiadają, że to przeciw rządowi. Dlaczego? Tego to już tu nikt nie wie. Tydzień temu tamci, dzisiaj ci, za tydzień kolejni. Za Rosją, przeciw Rosji, za Gruzją, przeciw innym, za nami, za nimi. Jednym słowem jak wszędzie.

Pusta aleja Rustawelego, Tbilisi Gruzja

Demonstracja kroczy w ślimaczym tempie aleją Rustawelego. Zostawiamy ją w tyle i idziemy środkiem pustej ulicy. Gdzieś tam za plecami krzyki i zgiełk zamieniają się w blednący szum. Na końcu alei – przy palcu Puszkina, życie toczy się swoim własnym tempem. Dużo samochodów, trąbią, warczą. Miejski zgiełk, życie. Jak gdyby nigdy nic. Tbilisi chyba przywykło do demonstracji. Jakby były czymś normalnym. A przecież nie są. To dziwne, nie wiem jak taka obojętność ma się do kaukaskiego temperamentu. Tutaj przecież każdy jest za albo przeciw czemuś, ale nie może być obojętny. Nie tutaj. Może ludzie są już zmęczeni, tracą nadzieję, może wolność ich zawiodła, może mieli zbyt duże oczekiwania, może się poddają?

Przepiękne kamienice popadające w ruinę - Stare Tbilisi - Gruzja

Spacer uliczkami starego Tbilisi, Gruzja

Zamyśleni, znowu wkraczamy w stare Tbilisi. Wchodzimy do tej bajki – labiryntu uliczek otoczonych walącymi się, obdrapanymi, pochłanianymi przez zieleń domami, podtrzymywanymi na sznurach od prania i rozmaitych kablach. Mają w sobie tyle piękna. Jakąś magiczną moc. To miejsce przyciąga niczym magnes. Choć wydawało nam się, że wczoraj schodziliśmy je niemal całe, dziś odkrywamy zupełnie nowe miejsca. Czujemy się jakbyśmy tu byli pierwszy raz. Spękane mury, przypominają o niegdysiejszej wielkości miasta, jego wspaniałości. Spod szczelin i odpadającego tynku wyłania się egzotyka miasta na poły europejskiego i azjatyckiego. Jakaś beztroska i radość życia. Wszystko to było kiedyś, bardzo dawno temu, zanim nad miasto nadciągnęły chmury czerwonego terroru, walka z burżuazją, industrializacja, gospodarka centralne planowana i plany pięcioletnie. Wtedy wszystko jakby się zatrzymało. Stanęło w miejscu, zamarło i zaczęło więdnąć.

Ogrody na starówce Tbilisi, Gruzja

Stare Tbilisi pod twierdzą Narikala - Gruzja

Odkrywamy te wspomnienia po starym Tbilisi, w bramach, zaułkach, studniach podwórek. Gdzieś słychać rozmowy w tym dziwnym języku. Ze starego tranzystorowego radyjka wydobywa się smętna gruzińska piosenka. Dziewczynka idzie niosąc chleb szoti, jak jakąś relikwię, kobieta rozwiesza pranie, staruszkowie siedzą kamiennych schodkach i w ciszy palą papierosy. To jedno z tych miejsc, w których dotykamy ręką ściany wzdłuż której idziemy, żeby się jakoś tak uwiązać w czasoprzestrzeni. Pod palcami chropowaty, odpadający tynk, surowe cegły. Na zmianę ciepłe drewno z łuszczącym się lakierem. Dalej zimny metal – to brama. Szybko pochłania ją delikatna winorośl. Dalej pod palcami chrzęści delikatnie ciemnozielony liść. To figowiec. I jeszcze akacje, kolejne drzewa i krzaki. I znowu kamień, drewno, metal. Gruz i złom. Taka gruzińska materia. A taka piękna. I tak ulotna. W jednej chwili znika całe to magiczne stare miasto.

Festiwal wina w Tbilisi - Gruzja - zabawa, śpiew i wino

Dereń wykorzystywany jest w Gruzji do nalewek i dżemów - Tbilisi Gruzja

Wychodzimy na gwarną, głośną Kote Afkhazi i wpadamy na jakiś festiwal wina. Niemiłosierny tłok, ludzie powoli suną od stoiska do stoiska, każdy ma w dłoni plastikowy kubeczek z rubinowym trunkiem. Wokoło niezliczone stoiska z winem. Każdy podchodzi, zamawia, pije. Ludzie tworzą wianuszki naokoło beczek, wysokich stolików barowych, lub po prostu rozmawiają w tłumie. Wsiąkamy w ten tłum uważając, żeby nikt nie przypalił nas papierosem. Przy stoiskach próbujemy słodko-kwaśnawych, aromatycznych winogron. Wszędzie ich pełno. Jakby gruzińskie wino potrzebowało gwarancji, że jest zrobione z tych winogron. Dużo tu także miękkich, czerwoniutkich owoców derenia, z których Gruzini robią ciężkie słodkie wina, nalewki oraz przetwory. Skubiemy winogrona, próbuje kwaśnego derenia. Chyba jednak lepszy jest w nalewce. Naokoło wesoło, gwarno, żywa gruzińska muzyka. Rozmowy, śmiechy zlewają się w jeden wielki szum. Jakiś męski chór zaczyna występ. Piękne dźwięczne głosy nucą żywą pieśń, która brzmi jak górski wiatr. Słuchając jej od razu myślami przenoszę się ponad szczyty Kaukazu. Coś pięknego.

Spacer promenadą nad rzeką Kura - Tbilisi Gruzja

Kiedy orientujemy się, że jest już dość późno, idziemy dalej. Chcemy jeszcze zobaczyć nabrzeże rzeki Mtkwari (Kury), na wschód od Meidan – tam, gdzie zaczyna się przepiękny wysoki na prawie 20 metrów klif, z którego zwisają jak przyczepione malownicze gruzińskie domy. Dotarcie nad rzekę okazuje się nie lada wyzwaniem. Żeby dotrzeć na bulwary nazwane imieniem Zviada Gamsahurdii, trzeba przejść przez ruchliwą Vakhtang Gorgasali. Dwujezdniowa, szeroka ulica pełna pędzących samochodów. Pasów nie ma, przejść podziemnych również. Trzeba przebiegać. Na raty. Pomiędzy pędzącymi starymi Mercedesami i Subaru. Trąbiącymi i wymijającymi nas. Nie dającymi nadziei i najmniejszej szansy na przejście. Gruzja tak wiele zaczerpnęła z Zachodu: Europy i USA. Są tu niemieckie autobusy, amerykańskie radiowozy a czapki policjantów przypominają raczej te kolegów z Nowego Jorku niż tych z Moskwy. „BUS LANE” – nawet napisy na jezdni są po angielsku! Ale zachowanie na drodze pozostało kaukaskie. Tu jeździ się jak na Kaukazie. Szybko i szalenie. Bo to jest Kaukaz. To nie góry, nie miejsce na mapie. To stan umysłu!

Spacer promenadą nad rzeką Kura - widok na skarpę - Tbilisi Gruzja

promenada nad rzeką Kura - Tbilisi Gruzja

Na bulwarze jesteśmy sami. Spacerujemy sobie powoli wzdłuż zielonkawej, mętnej wody rzeki Mtkwari. Tutaj widać już pierwsze oznaki jesieni. Delikatne złote liście szeleszczące pod nogami. Nigdzie indziej ich w Tbilisi nie widzieliśmy. Jakby jesień zaczynała się dopiero tu, za mostem Metekhi. Wsłuchujemy się w delikatny szum rzeki, patrzymy na domy postawione na szczycie klifu, z balkonami i galeryjkami zwisającymi nad przepaścią. Ktoś kto je robił musiał być doskonałym specjalistą, a ktoś kto w nich zamieszkał, musiał mu ufać. Niektóre z drewnianych balkonów są wprost kilkanaście metrów nad wodą. Biorąc pod uwagę stan balkonów na starówce, wchodzenie na nie to musi być rosyjska ruletka. Widok jest przepiękny, jeden z najładniejszych w Tbilisi. Można tak po prostu stać, słuchać, patrzeć, czuć złote liście otulające stopy na wietrze.

Wieczór w Tbilisi, rzeka Kura, Gruzja

Nieubłaganie zbliża się wieczór. Spacerujemy wzdłuż rzeki. Znowu odbywamy podróż w czasie. Ze starówki przenosiny się do nowoczesnego Rike Park, Public Service Hall. Nowa architektura kończy się tak szybko jak się zaczęła. Kończymy na moście Saarbruecken. Nie ma tu już śladu po pchlim targu, wszyscy się zwinęli ze swoimi życiorysami. Podziwiamy więc panoramę Tbilisi. Na tle złotego nieba ozdobionego ciężkimi chmurami dumnie stoi Sobór Trójcy Świętej. Robi się powoli szaro, ruch robi się coraz mniejszy. Jest coraz ciszej. Coraz wyraźniej nad Tbilisi słychać szum rzeki i drzew na wietrze niż klaksony i warkot aut. Kolory stają się coraz bardziej wyraziste. To ten krótki moment pomiędzy dniem i nocą, który kocham najbardziej. Moment przejścia. Tbilisi jest piękne.

Restauracja Racha - najlepsza kuchnia gruzińska - Tbilisi

Mamy jeszcze jedno do zrobienia. Do idealnego zamknięcia naszego weekendu w Tbilisi. Ukoronowaniem naszej podróży do kraju, w którym tak ukochane jest jedzenie, będzie oczywiście uroczysta kolacja. Wybraliśmy polecaną przez przyjaciół restaurację Racha. Nazwa restauracji może być myląca, bo przypomina to coś w rodzaju naszych barów studenckich. Już na wejściu czuć magię i tę gruzińskość. Po zejściu schodkami do piwniczki zagłębiamy się w gęstym papierosowym dymie. Tu nie ma zakazów palenia i nikomu to nie przeszkadza. Jest tłoczno, pełno, ciasno. Pani z obsługi nas olewa. Znajdujemy jeden stolik i już chcemy usiąść, ale pani każe nam siadać przy innym stoliku. – Tu jest miejsce na cztery osoby! – niemal krzyczy. Aparycją i zachowaniem przypomina kucharkę z przedszkolnych wspomnień. Typ, który pamięta się długo. Menu jest oczywiście po gruzińsku, będzie więc losowanie.

Restauracja Racha - najlepsza kuchnia gruzińska - badridżani - bakłażan nadziewany pastą z orzechów - Tbilisi

Czekanie na zamówienie się dłuży i dłuży. Pani sprząta stoły, roznosi jedzenia, ale do nas nie przychodzi. W końcu zauważamy, że zamawia się przy kasie – u szefowej – która wygląda jak starsza i jeszcze bardziej sroga wersja tej pierwszej. Zamiast losowania z menu, postanawiam zrobić sobie sprawdzian ze znajomości kuchni gruzińskiej. Rzucam kilka nazw, z których większości nie ma w ofercie Racha, więc kończę z zamówieniem na Charczo – zupę z wołowiną i orzechami, badridżani – bakłażana z pastą z orzechów włoskich i chinkali! Kiedy chciałem zamówić sześć pierożków, Pani opuściła ręce znad zeszytu i rzuciła zdegustowana – No co ty żartujesz? Minimum dziesięć! – No cóż jak mus to mus. Najwyżej zostanie… Nigdy nie zostaje.

Restauracja Racha - Pani przygotowuje przepyszne chinkali - Tbilisi

Do tego wszystkiego obowiązkowo domowe wino. Czerwone, mocne, pyszne. Dania zaczynają wjeżdżać na stół. Jemy chrupiący jeszcze ciepły chleb szoti z badridżani. Ze stolika obok spogląda dwóch gruzinów, zagadują, pytają jak się podoba Gruzja, jak smakuje jedzenie. Kiedy widzą, jak zabieramy się za chinkali, trochę złamują ręce i tłumaczą z rozbawieniem jak robić to dobrze. Proponują toast, po czym długo go wznoszą po gruzińsku. Kiedy jeden z panów tłumaczy łamaną angielszczyzną, że to za nas – gości tego pięknego kraju, mam ochotę zapytać – czy to wszystko co powiedział? – jest miło, ciepło, gościnnie, pysznie. Okazuje się też, że nasz stolik – pomimo tego, że obok składowane są wszystkie brudne naczynia – jest najlepszy z możliwych. Ma widok na kuchnię. A tam starsza Pani, która z melancholijną miną, pochylona robi chinkali.

Restauracja Racha - najlepsza kuchnia gruzińska - przygotowanie chinkali - Tbilisi

Patrzymy jak zahipnotyzowani. Nie możemy oderwać wzroku od Pani i jej pracy. Całość wygląda jak jakiś magiczny rytuał. Jednocześnie jest niesamowicie sprawna i szybka. Płat ciasta, machnięcie łyżeczką i rzadki, niemal płynny farsz mięsny jest na miękkim kwadraciku. Ten momentalnie zawija się we wprawnych dłoniach Pani, która robi z niego sakiewkę i składa dziewiętnaście idealnych „zmarszczek”, które na samej górze skręca w pępek. Bo każde chinkali składa się z tułowia, zmarszczek i pępka. Tak po prostu jest. Gotowa sakiewka ląduje obok kilku poprzednich. Kiedy uzbiera się dziesięć lub dwadzieścia – tyle, ile ktoś zamówił – całość z deseczki ląduje w garze. I tak przy każdym zamówieniu. Od nowa. Żadnych gotowców, żadnych mrożonek. Wszystko ręcznie robione.

Restauracja Racha - najlepsza kuchnia gruzińska - chinkali - Tbilisi

Pani to robi cudowne pierożki z wielką wprawą i wręcz celebrą. Przez chwilę czujemy się jak jacyś stalkerzy, bo nie spuszczamy jej z oka nawet na chwilę. To takie wciągające. Z wielkiego parującego kotła Pani wyciąga chinkali wielkim cedzakiem i wykłada na talerz. Na nim, jeszcze gorące i parujące wjeżdżają na nasz stół. Jemy tak jak pokazują nam Panowie obok. – Nie widelcem! Chinkali je się ręką! Jedną! – Sypiemy pieprz i bierzemy w rękę – O! widzisz! Idealne zmarszczki! Dobrze się trzyma i nie wyślizguje – Wgryzamy się w chinkali – Tylko delikatnie! Bardzo gorące! – przez małą dziurkę dmuchamy ostrożnie żeby ostudzić. I pijemy cudowny, aromatyczny, kolendrowo-mięsny bulion. Lekko parzy w język, czasem ścieka po brodzie. Następnie kęs, następny i następny, aż docieramy do mięsa i zjadamy je całe. I tak pięć razy…

Wieczór przed domem - popijając Saperavi rozmawiamy o przygodzie - Tbilisi, Gruzja

Po tym wszystkim musimy aż wyściskać Panią, która wyczarowała chinkali. Później na naszym tarasie, na starej wersalce, przy dziesiątkach kwiatów doniczkowych i pod sznurami kolorowego prania, wypiliśmy za nią jeszcze nie jeden toast. Wspaniałe ukoronowanie pysznego weekendu w Tbilisi. Cudowne, piękne stare miasto. Tajemnicze, magiczne, rozpadające się w najbardziej uroczy sposób jaki tylko można sobie wyobrazić. Boskie, świeże jedzenie, które chyba nigdy się nie nudzi. Przepełnione miłością, bo w Gruzji jedzenie jest oznaką miłości. W Gruzji jedzenie jest wszystkim. Gruzja to jedzenie!

Tbilisi, Gruzja