Koreanki w tradycyjnych stronjach fotografujące się w Tumuli gongwon - grobowce królów z dynastii Shilla - Gyeongju, Korea Południowa

Gyeongju. Za siedmioma górami

Busan o poranku przypomina każde inne miasto. Ogromna masa samochodów przeciskających się powoli ulicami. Wszyscy jadą do pracy. Ta przerażająca monotonia dnia powszedniego. Pobudka, mycie zębów, auto i tępa jazda w trybie miejskie-zombie. Spaliny, nerwy, kolejny dzień w pracy. Za biurkiem, przy ladzie, przy jakiejś konsolce pełnej przycisków, za kółkiem. Te spojrzenia ludzi podświadomie pytających samych siebie – Czy dziś wydarzy się coś wyjątkowego? Chcemy się dostać do Gyeongju. Przeciskam się zapchanymi ulicami pod dworzec skąd mam wypożyczyć auto. Nie jest to łatwe. Kiedy wpisałem koreański adres wypożyczalni w Google maps, pokazało mi zupełnie inne miejsce. Jakiś budynek. Przeszukałem więc jakieś fora i strony, żeby odnaleźć właściwą lokalizację wypożyczalni Avis. Ma być gdzieś koło dworca w Busan. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, więc wyruszam co świt, żeby zdążyć na otwarcie.

Ulice Busan o poranku - Korea Południowa

Oczywiście adres, który pokazuje mapa to jakiś dom w dzielnicy zaraz obok dworca. Przypadkiem trafiam na jakiś rosyjski dystrykt. Wszędzie rosyjskie sklepy, restauracje, cyrylica wystukane „wizy do Korei”, „wycieczki”, „praca”, „nauka koreańskiego”, „masaż”. Wszystko to ozdobione lampionami w kolorze czerwcowych truskawek. Trudno stwierdzić, gdzie jestem. Błądzę więc po uliczkach i pytam o wypożyczalnie. Nikt mnie nie rozumie. Niestety Koreańczycy mówią po angielsku jeszcze mniej niż Japończycy. Nie pomaga tu nawet rosyjski. Kończę przy dworcu, gdzie po przeczesaniu każdego zakątka, postanawiam zapytać u konkurencji. Dostrzegam przypadkiem tabliczkę „AJ car rental” jakimś cudem napisaną łaciną. Nie widać wejścia, więc wchodzę do garażu. Tam pan w pięknie uprasowanym mundurze i białych rękawiczkach kieruje ruchem. Na pytanie o „car rental” uśmiecha się i pokazuje mi drogę do windy. Nie mówi, które piętro, jadę więc ze wszystkimi na 5. Tam widzę tabliczkę „AJ car rental„. Z biura odsyłają mnie na… parter – do wypożyczalni. Tam panowie uśmiechają się nieśmiało i pytają o rezerwację. Tłumaczę, że szukam Avisa, bo tam mam rezerwację. Pan z rozbrajającym uśmiechem odpowiada – We are Avis – .

Autostrada w Korei - droga z Busan do Gyeongju - Korea Południowa

No tak, jakby tak się przypatrzeć, logo AJ i AVIS są podobne. Szczególnie w alfabecie koreańskim. Wypożyczenie auta w Korei to jednak nie lada sztuka. Przyda się trochę szczęścia. Papierologia na szczęście nie trwa zbyt długo. Podpisuje milion oświadczeń i po 15 minutach odjeżdżam przepięknym Hyundaiem Accentem. Białym, jak większość aut w Korei. Teraz czuje, że się wtapiam w to miejsce. Dosłownie. Pierwsze chwile za kółkiem to jak wkroczenie do nowego świata. To wyczuwanie ruchu, zasad, zwyczajów. Czy wolno to, czy można tamto. Siup! I już staję się częścią tej rzeki samochodów. Potem serpentyny, podjazd przerażająco stromą wąską uliczką, slalom pomiędzy śmietnikami i motocyklami i jestem pod hotelem. Zgarniamy rzeczy i uciekamy z miasta. Żegnamy Busan z lekkim smutkiem, ale przecież tyle jest jeszcze Korei do odkrycia! Zupełnie nie wiem dlaczego, spodziewałem się, że ludzie tu będą jeździć jak w Japonii – spokojnie i kulturalnie. W Korei jeździ się po Azjatycku – szybko, jak narwaniec. Jednocześnie wydaje się, że to bezpieczne, a jeżeli nie bezpieczne, to czuć, że kierowcy wiedzą co robią. Nie ma tu środkowoazjatyckiego szaleństwa czy południowo-wschodnioazjatyckiego chaosu. Coś nowego.

Eomuk - ciasto rybne na patyku - koreański street food - Korea Południowa

Miasto kończy się powoli, stopniowo, kiedy wydaje nam się, że już z niego wyjechaliśmy, nagle za zielonymi górami pojawiają się kolejne wieżowce. Aglomeracja Busan jest ogromna. Dopiero później, za górami, za lasami, za tunelami, droga i pomiędzy zielonymi wzgórzami. Jest kompletnie pusto, jak w jakimś apokaliptycznym filmie. Jedynymi oznakami cywilizacji są stacje benzynowe. Poza tym spowite mgłą i chmurami góry i lasy. Podróż jak w bajce. Za góry, za lasy. Wydaje się, że jest ich więcej niż siedem. Po kilku przestaje już liczyć, bo boje się, że zasnę za kółkiem. Zatrzymujemy się na jednej z tych dziwnych stacji przypominających nam, że świat się nie skończył i ludzie nie wyginęli. Wręcz przeciwnie. Są tu i mają się dobrze, o czym nie omieszkają mówić, a raczej krzyczeć. Kupujemy horrendalnie drogą czarną kawę i coś co zawsze chcieliśmy spróbować – eomuk, znane tez jako odeng – to dziwaczne ciastko rybne na patyku. Podawane z ketchupem i musztardą, okazuje się być perwersyjnie dobre. Taki rybny pączek rozmoczony w rosole. Popijamy go czarną kawą. Jest Korea, jest dziwnie.

świątynia Bulguksa - brama wjeściowa - Gyeongju, Korea Południowa

świątynia Bulguksa - Gyeongju, Korea Południowa

świątynia Bulguksa - drewniane dachy budynków - Gyeongju, Korea Południowa

Po półtorej godziny jesteśmy już w Gyeongju. Niecałe 100 km, a wydaje nam się, że przejechaliśmy całą bajkę ze wszystkimi jej górami i lasami. Mijamy miasto i dojeżdżamy do świątyni Bulguksa. To klasztor buddyjski z VII wieku, który jakimś cudem przetrwał inwazję japońską. Bulguksa rozłożona jest na serii tarasów na porośniętych pięknym iglastym lasem zboczach góry Toham-san. Zaskakująco mało tu ludzi, parking jest niemal pusty. Za masywną drewnianą bramą, która sama w sobie mogłaby być już gwiazdą niejednego muzeum, ruszamy zacienioną aleją do serca klasztoru. Bulguksa przypomina jakiś wspaniały pałac, czy nawet miasto. Wspinamy się wspaniałymi schodami i wchodzimy w labirynt korytarzy, przejść i placyków, na których są kolejne świątynie. Wszystko wykonane jest z drewna. Bajecznie wyrzeźbione i pomalowane.

świątynia Bulguksa - kolorowe lampiony z modlitwami - Gyeongju, Korea Południowa

lampiony w świątyni Bulguksa - Gyeongju, Korea Południowa

świątynia Bulguksa - przepiękne malowane figury - Gyeongju, Korea Południowa

Za kolejnymi przejściami otwierają się małe placyki. Każdy szczegół potrafi tu przyciągnąć uwagę, rozproszyć, sprawić, że idąc w jedno miejsce, nagle skręcamy i idziemy gdzieś indziej. Przepięknie malowane rzeźby, błyszczące figury, grawerowane dzwony ukryte w cieniu kandelabrów. Na jednym z placów, w niebo strzelają dwie pagody: Seokgatap i Dabotap, która została uwieczniona na rewersie monety o nominale 10 wonów. Kiedy przemykamy drewnianymi korytarzami, ponad naszymi głowami powiewają setki kolorowych papierowych lampionów z przyczepionymi modlitwami. Zahaczam o nie ręką, żeby się poruszały. Uwielbiam słuchać tego cichego chrzęstu, tego delikatnego trzasku papieru, „pykania” karteczek z modlitwami. Z pomocą przychodzi mi wiatr, który lekko porusza lampionami, tworząc z nich kolorowe morze falujące ponad moją głową. Widok hipnotyzujący.

Kompleks świątynny Bulguksa - Gyeongju, Korea Południowa

Świątynia Bulguksa, stupy Seokgatap i Dabotap - Gyeongju, Korea Południowa

świątynia Bulguksa - kompleks - Gyeongju, Korea Południowa

Łapię się na tym, że ciągle tu uciekam od ludzi, którzy pojawiają się tu zewsząd, wciskają przez każde drzwi, każde przejście. Chciałbym słyszeć tylko szelest tych lampionów powiewających na wietrze. Czuję jakby inni ludzie ogołacali to miejsce z przygotowanych dla mnie przygód, zabierali te wszystkie obrazy, okradali mnie. Na szczęście udaje się znaleźć zakątki, do których inni jeszcze nie dotarli, wyrwać te krótkie chwilę podróżniczej intymności, w których można dotknąć drewnianej ściany, złapać, uczepić się tej historii. Poczuć pod palcami tą niedoskonałość drewna, suchość piasku, miękkość papieru. Tak, żeby nikt nie zobaczył, żeby tego nie zabrał. W Korei wszystkie zabytki nabierają szczególnego piękna przez tą ekskluzywność, niemożność cieszenia się nimi w samotności, brak tej podróżniczej intymności, bycia sam na sam z historią, z duchem tego miejsca. Ta niedostępność sprawia, że trzeba o te miejsca walczyć, kombinować, wysilić się, przyjść wcześniej, odpowiednio wszystko zaplanować. Odwiedzanie świątyń w Korei to takie podróżnicze zrób to sam. Jak taka zupka chińska. Można po prostu zjeść na sucho makaron, można zalać wrzątkiem albo ugotować, dodać warzywa, mięso i zrobić z tego całkiem smaczne danie. W Bulguksa za bilet wstępu dostajemy właśnie „wstęp”, z którego samo musimy złożyć doświadczenie.

świątynia Bulguksa - główny budynek - Gyeongju, Korea Południowa

świątynia Bulguksa -przepiękny kamienny most - Gyeongju, Korea Południowa

Klasztor Bulguksa widok z lotu ptaka Gyeongju Korea Południowa

Kiedy klasztor zaczynają zalewać tłumy z autokarów, powoli się wycofujemy. Okazuje się, że weszliśmy tu bocznym wejściem. Od frontu, do którego zmierzamy, klasztor otacza przepiękny park ze stawami i mostami. Przysiadamy gdzieś na ławeczce w cieniu drzew. Przed nami niewielki staw, nad którym rozpościera się przepiękny kamienny most. Widok jak z pocztówki. Góry, drzewa, niebo. I ten most. Okazuje się, że to niemal skarb narodowy. Oczywiście pełen symboli, ponoć 33 stopnie symbolizują tu 33 etapy na drodze do oświecenia. Ja też doznaję oświecenia. Po raz pierwszy dostrzegam jesień. Pośród tych wszystkich drzew puszących się jak pawie, przeciskają się złote, w kolorze płomieni i krwistoczerwone. Do tej pory wszędzie widzieliśmy soczystą zieleń. Jeju wprost buchało wegetacją, w drodze z Busan mijaliśmy skąpane we mgle, pokryte gęstym lasem wzgórza. Dopiero tutaj pojawiają się oznaki jesieni. Jakbyśmy minęli jakąś niewidzialną granicę czterech pór roku. Jakby dopiero tu, ośmielona przez bogów, natura w końcu nie bała się grać w przemijanie. Myślę sobie, że to jakiś znak. Korea, z całą swoją innością, całą dziwnością, to jednak ten sam mały świat.

Pola wokół miasteczka Gyeongju, Korea Południowa

Gyeongju, Miasto muzeum, Korea Południowa

Wracamy do Gyeongyu. Miasteczko przypomina nieco wioskę, do której ktoś po prostu dobudował dzielnicę wieżowców. Za polami owsa zwyczajnie wyrastają kilkupiętrowe bloki, poprzeplatane kablami, a wzdłuż ulic w oczy kłują kolorowe reklamy i neony. To wszystko otoczone zielonymi górami, na których pojawiają się złote plamy jesieni. Ot i całe miasto. Jesteśmy głodni i jak na złość nie możemy znaleźć żadnej knajpy. Wszystko tylko sklepy z elektroniką, jakieś serwisy i warsztaty, do tego pełno piekarni specjalizujących się w chlebie Hwangnam. To popularnie zwany Gyeongju bread, czyli ciasteczka z owsianej mąki nadziewane słodką pastą z fasoli. Na pewno chcemy ich spróbować, ale później. Zrezygnowani trafiamy nawet do informacji turystycznej, w której pani poleca iść ulicą w stronę bazaru, który nakreśla długopisem na papierowej mapce. Dosłownie kilka kroków za informacją, trafiamy na dworzec autobusowy, przy którym porozrzucanych jest kilka knajpek. Tylko w Korei przydworcowe knajpy mogą być tak czyste i zadbane. Niesamowite, że jednocześnie zachowują swoją zwyczajność i przydworcowość. Ten kompletny brak nadęcia i bezpretensjonalność połączone ze swojskością.

Hwangnam czyli gyeongju bread czyli ciasteczka owsiane z nadzieniem ze słodkiej fasoli - specjalność Gyeongju, Korea Południowa

Tumuli gongwon - kopce grobowce królów z dynastii Shilla - Gyeongju, Korea Południowa

Po obiedzie ruszamy w końcu obejrzeć miasto. Pierwszy przystanek to oczywiście piekarnia, w której kupujemy Gyeongju bread. Nie jest to łatwe, ponieważ niemal wszędzie sprzedawane są w paczkach po 10 sztuk. Trochę ryzykowne, żeby wziąć „na spróbowanie”. My mamy szczęście, już w piątej trafiliśmy na chlebki sprzedawane pojedynczo. Są OK, ale słodka pasta z fasoli to chyba jednak nie nasze klimaty. No, ale to Azja, tu trudno znaleźć słodycze. Przynajmniej to co my nazywamy słodyczami. Piekarnia akurat jest naprzeciwko wejścia do Tumuli-gongwon. To duży, ogrodzony murem park z idealnie przystrzyżoną trawą pokrywającą kilkunastometrowe wzgórza. Wygląda jak jakieś pole golfowe, na którym nagle pojawiły się wielkie zielone trawiaste wydmy, lub jak jakieś fale zielonego oceanu trawy. Te zielone wzgórza to tumuli – grobowce władców królestwa Silla, pochodzące z 5 wieku naszej ery. Koreańska wersja egipskich piramid. Jest ich tu 23. Bardziej subtelne i zrobione z mniejszym rozmachem, ale służące temu samemu celowi – zapewnieniu władcy godnego życia po życiu. Z dala od ludzkiej ciekawości i chciwości. W końcu kto by wpadł na to, że te wzgórza do zakopane piramidy.

Tumuli gongwon - wnętrze Cheonmachong - grobowca królów z dynastii Shilla - Gyeongju, Korea Południowa

Koreanki w tradycyjnych stronjach fotografujące się w Tumuli gongwon - grobowce królów z dynastii Shilla - Gyeongju, Korea Południowa

Przechadzamy się alejkami pomiędzy kolejnymi grobowcami. Dookoła pięknie przystrzyżona trawa, o którą cały czas dbają dziesiątki pań pojawiających się znikąd i wyrównujących najmniejsze źdźbło. Zadbane alejki wysadzane są idealnie przycięty drzewa, powiewającymi na wietrze wierzbami i pigwowcami, które uginają się pod ciężarem owoców wielkości gruszki. Wchodzimy do Cheonmachong – jedynego w Gyeongju tumuli otwartego dla zwiedzających. W środku replika grobowca ze wszystkimi wspaniałymi skarbami, które miał na sobie i wokół siebie pochowany tu władca. Przekrój piramidy i sposób jej tworzenia przywołuje na myśl wspomnienia książek o starożytnych cywilizacjach. Niepojęte jest dla mnie jak tysiące lat temu, kiedy my biegaliśmy jeszcze po lasach, tutaj budowano już takie piramidy. W takich miejscach zawsze urzeka mnie kompletnie inne podejście do śmierci niż u nas. My skupiamy się na tragedii śmierci, odejściu i tęsknocie, ciągle rozdrapujemy rany. Męczymy się przygnębiającymi pomnikami, szarymi, dołującymi.

Miasto muzeum - okolice Tumuli gongwon - Gyeongju, Korea Południowa

stare koreańskie domy, Miasto muzeum - okolice Tumuli gongwon - Gyeongju, Korea Południowa

U nas cmentarze są depresyjne. Te wszystkie ponure krypty i grobowce. Cmentarz od razu kojarzy się z horrorem. Widzimy tylko śmierć. Koreańczycy skupiają się na pięknie życia, które pozostało. Zmarły nie odchodzi, a rusza w podróż. Śmierć to nie koniec, tylko kolejny etap w podróży. Tutaj cmentarze są o życiu, nie o śmierci. I to jest piękne. Piękne jest to miejsce. Wypełnia je jakiś nieokreślony spokój. To faktycznie miejsce wiecznego odpoczynku. Nawet ludzie zdają się tu jacyś inni. Nadal jest ich dużo, kręcą się, robią zdjęcia, ale wszystko to jest jakieś wolniejsze, spokojniejsze. Ten spokój przenosi się na ulice otaczające park. Za niewysokim murkiem stoją przepiękne drewniane domy w stylu koreańskim. Trudno powiedzieć czy to świątynia, prywatny dom czy jakieś muzeum. W zasadzie całe Gyeongju wygląda jak jedno wielkie muzeum na świeżym powietrzu.

Park Wolseong-gongwon - Gyeongju, Korea Południowa

cheomseongdae – najstarsze obserwatorium astronomiczne na Dalekim Wschodzie - Gyeongju, Korea Południowa

Docieramy do kolejnego, jeszcze większego parku. Gyeongju zdaje się składać tylko z parków, pozlepianych ze sobą kwartałami domków. Wolseong-gongwon wygląda jak pole golfowe – wielka, płaska przestrzeń pokryta idealnie przystrzyżoną, soczyście zieloną trawą. Gdzieś dalej, przy granicy drzew w ciągną się kolejne rzędy grobowców tumuli, za nimi las. Idziemy wzdłuż alei, przy której rosną piękne kolorowe kwiaty. Pośrodku parku stoi samotnie cheomseongdae – najstarsze obserwatorium astronomiczne na Dalekim Wschodzie, Azji, możliwe, że nawet na świecie. Wybudowana została w VII wieku. Od tej pory tak tu sobie stoi. Prosta, dziewięciometrowa kamienna wieża to w zasadzie kalendarz. 12 kamieni podstawy symbolizujące 12 miesięcy roku, 30 warstw reprezentujące 30 dni miesiąca, całość wykonana z 366 kamieni. Od samego patrzenia na wieżę przechodzą mnie ciarki. Wyobrażam sobie koreańskich uczonych, którzy wspinają się na wieżę i obserwują z jej szczytu gwiazdy. Ileż bym dał, żeby móc tam wejść i popatrzeć na gwieździste niebo. Dotknąć tego kamienia. Stąpać po tych samych schodach co wszyscy nadworni astronomowie dynastii Silla.

ruiny fortecy Banwolseong - Gyeongju Korea Południowa

Idziemy dalej na południe Gyeongju, przez park. Pod granicą drzew pojawia się siatka powleczona kolorową folią i jakieś baraki. Według mapy, powinny być tu ruiny fortecy Banwolseong. Faktycznie są ruiny. Dopiero co odkopane. Według tabliczki, całe te porośnięte lasem wzgórza to dawna twierdza Banwolseong, czyli Forteca półksiężyca. Zbudowana dwa tysiące lat temu, zniszczona jakiś tysiąc lat później, była siedzibą królów dynastii Silla. Teraz jej pozostałości są powoli odbierane naturze. Za kolorowym ogrodzeniem robotnicy uwijają się jak w ukropie. Delikatnie odkopują, warstwa po warstwie, resztki fortecy. Ależ to musiało być kiedyś ogromne. Teraz przypomina gigantyczne okopy wyłożone kolorowymi workami z piaskiem. To jedna z tych atrakcji, która atrakcją nie jest, bo jej nie widać. Tu trzeba wytężyć nie zmysły a wyobraźnię. Zbudować fortecę w głowie. Wyobrazić sobie jak wyglądała. Lubię takie ćwiczenia. To taka podróżnicza gra. Z kolejnych kawałeczków składa się całość. Od tego jak bardzo jesteśmy otwarci na odbiór, zależy co nam ostatecznie wyjdzie. Zabawa dla wytrwałych i ciekawskich.

Gyeongju Gyochon Hanok Village - Gyeongju, Korea Południowa

Most Woljeonggyo - Gyeongju, Korea Południowa

Na jednej z tablic w parku widzę coś, co już wiem, że muszę zobaczyć. Most Woljeonggyo bardziej przypomina pałac niż przeprawę przez rzekę. Szybka orientacja i bez wahania ruszamy wzdłuż parkanu. Za małym laskiem kończy się park i wpadamy w labirynt małych uliczek. Po obu stronach bajecznie piękne domy. Okazuje się, że lądujemy w samym środku Gyeongju Gyochon Hanok Village– to taki skansen wsi koreańskiej, tyle że jest otwarty i stanowi po prostu część Gyeongju. To tak jakby u nas kawałek np. krakowskiego Kazimierza lub warszawskiej Pragi zamienić na muzeum, gdzie eksponatami są żyjący tu ludzie. Część z domów jest nowa, ale zbudowana w idealnym starokoreańskim stylu. Nie widać tu żadnej chałtury, ani śladu oszczędności czy plastikowego kiczu. Wszędzie tylko pachnące, chropowate drewno. Jeden z domów – ten największy i najpiękniejszy – okazuje się być właśnie mostem Woljeonggyo. Dopiero z bliska widać jego ogrom. Trudno go objąć wzrokiem. Chcemy oczywiście wejść, ale jak na złość most jest zamknięty, właśnie wychodzi z niego jakaś wycieczka dzieciaków. Takie momenty to ćwiczenie dla cierpliwości i pokory. Tłumaczymy sobie, że przecież most i tak najlepiej widać znad rzeki a nie z niego samego. Idziemy więc na drugi most popatrzeć na to cudo.

zachód słońca, Pałac Donggung, Wolji Pond - Gyeongju, Korea Południowa

Pałac Donggung, Wolji Pond - Gyeongju, Korea Południowa

zachód słońca nad Wolji Pond - Pałac Donggung, Gyeongju, Korea Południowa

Słońce powoli zaczyna się zachodzić. Gyeongju zmienia kolor. Powietrze robi się złote i coraz bardziej świeże. Południowy ciepły wieczór został gdzieś za siedmioma górami. Tu zmierzch powoduje delikatną gęsią skórkę. Chłodny wiatr liże po karku. Ruszamy do Anapji pond, zwanego też Wolji Pond – stawu, nad którym niegdyś rozpościerał się Pałac Donggung. Nad wodą stoi kilka odrestaurowanych budynków. W jednym z nich stoi makieta pokazująca jak wyglądał Pałac Donggung. Całość zapiera dech w piersiach. Koreańskie pałace przypominają trochę domki z zapałek. Wykonane z takim pietyzmem, tak piękne i doskonałe w swojej prostocie. Kryte korytarze, placyki z idealnie zagrabionym piaskiem, poszczególne skrzydła królewskiego pałacu. Tak inne od naszych średniowiecznych warowni. Papier i drewno zamiast kamienia. Lekkość i światło, zamiast tych ociężałych ciemności. Inny świat. Cały czas próbuję sobie wyobrazić jak tu się kiedyś żyło. I pustka. Chcę porównywać do historii Europy, ale to pułapka. Ciągle upraszczamy, szukamy podobieństw, porównać. A może tu działa się historia równoległa? Patrząc na replikę pałacu obiecuję sobie zagłębić się w historię Korei.

Zachód słońca, Stare miasto w Gyeongju - Korea Południowa

Stare miasto w Gyeongju - Korea Południowa

Obchodzimy jeszcze staw, żeby zobaczyć te piękne altany z każdej strony. Zaraz obok, za małym, po rozwalanym płotkiem pole owsa a centralnie przez nie przechodzą tory kolejki. Tak to już jest. Historia grzebie takie wspaniałości, przysypując je zwyczajnością. Trafiamy akurat na bajkowy zachód słońca nad wodą. Robi się chłodno i nie chce nam się czekać na iluminację pałacu Donggung – a to jeden z „pocztówkowych” widoków z Gyeongju. Szczerze mówiąc całe Gyeongju wygląda jak pocztówka, nie potrzebuje iluminacji. Wracamy przez dzielnicę małych uliczek i glinianych dachówek w pobliżu parku tumuli-gongwon. Gubimy się pośród podwórek, murków i ogródków. Z domów bije ciepłe światło, niczym ze świec. Z małych warzywnych ogródków słychać cykające świerszcze. Nad głowami zwisają z drzew wielkie pigwy. Przenosimy się w czasie. Jedynym dowodem na to, że nadal jest XXI wiek, są pajęczyny kabli oplatające domy. Gyeongju to nie tylko muzeum bez ścian, jak piszą przewodniki. To miasto z bajki. Pełne magii, historii, niesamowitości. Przecież dawno temu… za siedmioma górami, za siedmioma lasami i za siedmioma rzekami…

Gyeongju, Korea