Helikopterem nad Grenlandią. Epilog

Z Tasiusaq do Narsarsuaq. Lot helikopterem nad Grenlandią

Podróż z Tasiusaq do Nanortalik i lot helikopterem Disko Line z Nanortalik do Narsaqsuaq.

Tasiusaq

W Tasiusaq jest ponuro, zimno i mokro. Siąpi okropny, lodowaty deszcz. Na namiot zawiewa z każdej strony. Staramy się nie dotykać zimnych od deszczu połów. Jest ósma rano. Pospaliśmy nieco, ale do łodzi do Nanortalik o 12:55 zostało nam jeszcze kilka godzin. Czas leci bardzo powoli, jakby ugrzązł w odpychającej grenlandzkiej aurze. Próbujemy się ukryć przed światem w naszym namiocie rozstawionym gdzieś na uboczu portu. Jakoś przeczekać, przebrnąć przez ten cholernie zimny i mokry dzień. Śniadanie, herbata i rozmowy pozwalają nam zabić godzinę. Jacek stwierdza, że nic nie będzie w stanie go wyciągnąć z namiotu. Ja nie mogę się jakoś ułożyć, więc ubieram się we wszystko co mam i wychodzę na zewnątrz. Łudzę się, że w ruchu, gdzieś tam poza namiotem uda mi się przyspieszyć czas.

Wioska jest martwa. W szarej, jadowitej rzeczywistości wygląda jak jakaś mara, senna zjawa. Nic się nie dzieje. Próbuję na siłę znaleźć w Tasiusaq cokolwiek, co przypomina życie. Chodzę pomiędzy domami, próbuję znaleźć jakieś schronienie przed nawracającymi podmuchami deszczu. Zaglądam w przez szyby do opuszczonych domów. Jak na złość, wszystko zamknięte na cztery spusty. Jedyną namiastką jakiegokolwiek ruchu, istnienia, jest mała góra lodowa, która przybłąkała się do Tasiusaq wraz z wodami przypływu i osiadła na mieliźnie przy plaży. Zniknęli nawet Szwedzi ze swoimi namiotami na półce ponad wioską. W pewnym momencie wyłaniają się zza domów z plecakami i przemykają w moją stronę. – Na statek? – pytam, z nadzieją, że przynajmniej nie będę tu marzł samotnie. – Tak, tak, do Nanortalik! – moje serce wypełnia lekkie ciepełko radości, że sobie tu posiedzimy w deszczu i pogadamy. – O! Jest nasza łódź – rzuca Szwed pokazując na małą motorówkę, która właśnie zawinęła do kei. Zanim się orientuję, chłopaki klepią mnie po ramieniu, machają i już siedzą w łódce. Silnik głośno warczy, łódka się oddala i znika gdzieś hen na wodzie.

Poranek w Tasiusaq, Grenlandia

Ja tymczasem próbuję znaleźć choć trochę suchego miejsca. Próbuję przysiąść na kamieniu gdzieś pod rusztowaniami, pod jakimś transformatorem. Z góry kapie woda. Przesuwam się balansując pomiędzy ogromnymi psimi kupami porozrzucanymi wszędzie. Próbuję przysiąść, oprzeć się, kucnąć, stanąć. Wszystko po to, aby uchronić się przez tym okropnym siąpiącym deszczem, lodowatymi podmuchami liżącymi nieprzyjemnie każdą część ciała, która przez nieuwagę okaże się odsłonięta. Ok południa postanawiamy złożyć namiot i czekać już razem. W końcu już zaraz będzie łódź. Zabierze nas nareszcie z tego zimna. Zwijamy klejący się od wody namiot, byle już, byle szybko, wyschnie potem. Zazwyczaj składanie obozu zajmowało nam jakieś 20 minut, teraz uwinęliśmy się w niecałe pięć. No i zostaliśmy tak sami, na zimnym wietrze i deszczu.

Dobry znak! Do portu zaczynają się schodzić ludzie. Jakiś mężczyzna z siatką, tu jakaś kobieta. A więc łódź się zbliża. Teraz już jesteśmy w tym razem. Uczestniczymy w tym niesamowitym obrządku wyrabiania czasoprzestrzeni. Urabiania jej, przekładania, zawijania niczym ciasta na chleb. Tego całego oczekiwania, wypatrywania, wzdychania, przestępowania z nogi na nogę, zerkania, kopania nogą jakiegoś kamyczka, rozglądania się, drapania po nosie. Wszystkie te małe gesty służące kurczeniu czasoprzestrzeni, żeby tylko łódź się już pojawiła. Po naszym ratunku nie ma nawet śladu. O 13:00 otwiera się sklep. Bez żenady, zostawiamy nasze rzeczy w przejściu i staramy się ukraść choć odrobinę ciepła płynącą ze środka. Pani, która otworzyła sklep pokazuje, żeby wejść do środka. Wchodzimy więc i na nowo odtwarzamy nasze czasoprzestrzenne czary. Łączymy nasze siły, żeby przyspieszyć ruch atomów, żeby świat dział się szybciej. Oglądam po kolei jakieś sieci rybacki, liny, kurtkę ze skandynawską flagą, która kosztuje 4 tysiące złotych, ale wygląda na naprawdę ciepłą.

Port w Tasiusaq, łódź Disko Line

Patrzymy przez okno na fiord i naprawdę chcemy, żeby czas się skurczył jak wełniany sweter uprany na 60 stopni. Chcemy już stąd uciec. Od tego zimna, od deszczu. Od brudu, zmęczenia, przygody. Przygoda się już zdarzyła i nie chcemy, żeby się zepsuła. Chcemy ją zakonserwować w formalinie naszych wspomnień. Zostawić tak jak jest, już nie ruszać, nie kombinować, żeby nie popsuć. Po prostu już starczy. Tymczasem czas ciągnie się w nieskończoność. Kolejne minuty, kolejne kroki, szelesty toreb, chrząknięcia. Tracimy już nadzieję. Pani w sklepie pociesza nas uśmiechnięta, że łódź przypłynie, co tylko przedłuża nasze tortury. W końcu, po dwóch godzinach, na fiordzie pojawia się mały biały punkcik. Potem robi się coraz większy i staje się czerwony. Oprócz rozbijanej wody, widać już kadłub łodzi. To nasza! Ślizga się po wodzie fiordu, z gracją zawija przed keją i powoli podchodzi do cumowania.

Na pokładzie pojawia się uśmiechnięta znajoma pani. Ta sama łódka co dwa tygodnie temu. Całą naszą przygodę obsługuje jedna łódka. Jakby właśnie ona, z tą konkretną załogą była przypisana do spełniania naszych marzeń o przejściu południowej Grenlandii na piechotę. A więc dzieje się to tak szybko, tak niezauważenie, tak po prostu. Nasze nogi odrywają się od ziemi i lądujemy na łodzi. W środku jest ciepło, duszno, przez zaparowane szyby widzimy jak za nami coraz szybciej oddala się Tasiusaq. Przyspieszone bicie naszego serca zagłusza warczenie silnika. Teraz liczy się ciepło i miękkie fotela. Łódź unosi się lekko na falach. Mkniemy przez fiord. Wypływamy z tej paskudnej pogody, przecinamy kolejne chmury, aż w końcu wypływamy na morze. Po chwili, przed nami pojawia się Nanortalik. Po chwili lądujemy na znajomej betonowej kei. Pani macha nam ze statku a my z plecakami ruszamy przed siebie, pomiędzy domki.

Nanortalik

Hostel w Nanortalik, Grenlandia

Nanortalik, południowa Grenlandia

W biurze Nanortalik Tourism odbieramy nasz depozyt i ruszamy do naszego domku dla lalek. Zastanawiamy się cały czas jak zorganizować zostawianie bagaży, jedzenie, mycie. Niby żaden problem, ale po tak długim czasie, wszystko naraz jest dla nas priorytetem. Postanawiamy najpierw zostawić bagaże, wybrać się na zakupy, potem prysznic, na końcu jedzenie. Domek jest tak bardzo kuszący – ciepło, miękkie łóżka, woda z kanistra nad blaszanym zlewem. Ruszamy do supermarketu Brugseni. Automatyczne drzwi otwierają się przed nami i wstępujemy do innego świata. Te wszystkie kolory, zapachy, asortyment. Obiektywnie wygląda to jak niewielki supermarket, który się zamyka i wyprzedaje wszystko, co ma. Półki pustawe, ale dla nas to i tak ósmy cud świata. Dosłownie głupiejemy próbując wybrać co zjemy i wypijemy. Tu jakieś piwo, tu jeszcze cola, tu czekolada, może ciasteczka i jeszcze chipsy, do tego kiełbaska, taka siaka, i jeszcze serek, może pomidorek, i jajeczko w promce. Tyle dobra! Stojąc po chleb, jeszcze postanawiamy wziąć po ciastku – to jakiś marcepan, to palmiera. I jeszcze to z czekoladą. Dwa dzikusy w mieście.

Cmentarz w Nanortalik, Grenlandia

Port w Nanortalik

Prysznic w Nanortalik to nie jest łatwa sprawa. W naszym hostelu go nie ma, ale można iść do hotelu Kap Farvel  i tam się wykąpać. Doświadczenia z jedyną łaźnią we wsi mam już z Mongolii więc zupełnie mnie to nie dziwi. Zbieramy ręczniki, czyste ubrania z depozytu, nieużywane przez dwa tygodnie żele, szampony, maszynkę do golenia, grzebień. Mam tak dość moich butów trekkingowych, że postanawiam iść przez cały Nanortalik w klapkach. Jest zimno, ale jakoś tak przyjemnie, świeżo, nie ma już tego przenikliwego zimna i wilgoci. Robi się pięknie, popołudniowy Nanortalik tętni, jeżeli nie życiem to kolorami pięknego nieba i chmur. Szybko znajdujemy hotel, ale jest zamknięty na cztery spusty. Na restauracji kartka, że jedzenie trzeba zamawiać dzień wcześniej, nie ma recepcji, nie ma wejścia. Okrążamy hotel, znajdujemy jakieś drzwi i po prostu zaczynamy się do nich dobijać. Ktoś tu przecież musi być.

Zwiedzanie Nanortalik nie trwa zbyt długo

Boisko w Nanortalik

Po jakiś pięciu minutach przeciągłego pukania, ktoś w końcu ulega. Znudzona młoda dziewczyna z białymi słuchawkami w uszach otwiera nam i prowadzi do środka. Pokazuje, żeby iść na górę i gdzieś znika. Znajdujemy dwa prysznice. Jest woda! Cudownie mokra, czysta, gorąca! Rytualne obmycie powyjazdowe, tajemnicze ablucje. Dziwny moment, kiedy po tylu dniach zmywasz z siebie to całe zmęczenie, brud, ból, pot, ale czujesz wielką ulgę, ale jednocześnie, że z całym tym ciężarem, zmywasz też z siebie ten kawałeczek przygody. Coś ulotnego, nie do odzyskania, nie do utrzymania, to coś jak ta magiczna przestrzeń, której nigdy nie da się uchwycić na zdjęciach. To coś, czego zawsze brakuje we wspomnieniach, aby były kompletne, pełne. Element czysto ludzki. A może właśnie magiczny.

Nanortalik Museum to ten mały domek

Miasteczko Nanortalik, Grenandia Południowa

W takich momentach uświadamiam sobie, jakim cudem jest gorący prysznic, pachnące mydło i resztki szamponu z business lounge’a na lotnisku w Moskwie. Na co dzień nie doceniamy takich rzeczy, nawet o nich nie myślimy. Po dwóch tygodniach upodlenia nie marzyłem o niczym innym. Po kąpieli okazuje się, że to co miało być opalenizną, dość łatwo się zmyło. Nie mam mahoniowej skóry, a jedynie lekko przyrumienioną i przypalony nos. Próbujemy jeszcze złapać hotelowe wifi, zameldować się w domu, dać znać, że przeżyliśmy, dotarliśmy, jesteśmy. W końcu czyści jak nigdy, z włosem powiewającym na chłodnym grenlandzkim wietrze, ruszamy do naszego domku dla lalek przez ładne uliczki Nanortalik pod przepięknym popołudniowym niebem. W domku możemy w końcu usiąść, zjeść, napić się piwa. Podsumować, cieszyć się, poleżeć w cieple, na miękkim łóżku, po prostu się poobijać. Potem, tuż przed zamknięciem sklepów o 19:00 kupić jeszcze jedno piwo i kontynuować nasze rozmowy na pustych ulicach Nanortalik. Potem trzeba iść spać. Jutro o 8:20 rano helikopter do Narsarsuaq.

WIdok na okolice Nanortalik

Fiordy i wyspy w pobliżu Nanortalik, Grenlandia

Rano budzi nas przepiękny dzień. W powietrzu czuć tą samą jesień, która zaskoczyła nas kilka dni temu nad Tasermiut Fjord. Jakieś słodkie przemijanie, schyłkowość, doprawiające otaczającą rzeczywistość smakiem i kolorami. Rześkie powietrze przecinane promieniami porannego słońca. Te cieniutkie promienie, które dają niesamowite światło, ale ani trochę ciepła. Ta ostrość i rześkość powietrza. Ta trudna do zdefiniowania nuta północy we wszystkim dookoła. Zdajemy sobie sprawę, że to jest właśnie koniec. Nasz ostatni dzień na Grenlandii. Tak nagle. Tak już. Teraz dziś. Za 6 godzin mamy samolot do domu. Ale jeszcze do niego daleko. Jeszcze cały czas jesteśmy w Nanortalik, najpierw musimy się dostać do Narsarauaq. Wszystko jeszcze może się wydarzyć. Cały czas jesteśmy jeszcze wśród natury, wśród fiordów. Tutaj wszędzie rządzi Grenlandia. Morze, góry, wiatr i chmury. Te ostatnie akurat urządzają fantazyjny pokaz swoich możliwości.

Chmury nad fiordem, Nanortalik

Poranny widok w Nanortalik na Grenlandii

Wysoko ponad nami, niemal idealnie na pół niebo przecinają gęsto rozsiane cirrocumulusy. Wygląda to jakby nad nami rozciągała się właśnie kurtyna. Nad fiordem gęste kłęby mgły przelewają się, rozlewają, owijają i pochłaniają kolejne góry. Idziemy podekscytowani przez puste poranne Nanortalik do lądowiska helikoptera. Okazuje się, że cała droga zajmuje nam ledwie pięć minut. Na miejscu „odprawiamy się” przy maleńkiej ladzie i mamy ponad godzinę wolnego do przylotu helikoptera. Z niepokojem patrzymy na chmury przetaczające się pomiędzy szczytami, spływające z gór niczym mleczne wodospady. Pani z obsługi uspokaja nas, że – helikopter pewnie przyleci…– postanawiamy więc wejść na pobliskie wzniesienie i popatrzeć na okolicę. Przeskakujemy przez podmokłą łąkę i po kamieniach wdrapujemy się na górę.

Poranek w Nanortalik, lądowisko helikoptera

Nanortalik, Grenlandia Południowa

Nanortalik rano

Siedzimy skuleni na kamieniach. Świeży, poranny podmuch północy smaga nas po twarzach. Rozkoszujemy się ostatnimi momentami Grenlandii. To odruchowe kulenie się, żeby mroźny wiatr nie przeciskał się przez kołnierz, gdzieś po plecach. Te obezwładniająco piękne widoki. Tego niesamowitego, jesiennego poranka nijaki Nanortalik wygląda jak jakiś wspaniały pejzaż. Dzięki temu światłu, w tym ostrym powietrzu nawet te nudne domki, jakieś kominy, żelastwo czy kontenery w porcie wyglądają pięknie. Tak bardzo soczyście, wyraźnie, tak bardzo północnie. I te tańczące dookoła chmury. Piękny słoneczny dzień i chmury jako mistrz drugiego planu. Jako didaskalia tego wspaniałego przedstawienia. Rozglądamy się tak dookoła, w jakimś autodestruktywnym akcie wypatrując helikoptera, który zabierze nas z tego arktycznego raju i dostarczy do starego świata.

Lądowisko helikoptera, Nanortalik

Transport na Grenlandii to przede wszystkim Helikopter Disko Line, Nanortalik

Dostrzegamy maleńki błysk gdzieś w powietrzu. Po chwili znowu, i jeszcze raz. Z góry wyłania się sylwetka helikoptera. Pojawia się znikąd i mgnieniu oka jest już nad nami. Zatacza koło, do uszu dociera świszczący łopot wirnika i po chwili czerwony helikopter jest już na ziemi. Kiedy wydawało nam się, że teraz wszystko zadzieje się szybko, ku naszemu zaskoczeniu, na ziemi panuje niesamowity spokój. Wirnik zwalnia powoli, w końcu się zatrzymuje. Po chwili do maszyny podjeżdża… koparka z przyczepką, żeby zabrać bagaże. Z Narsarsuaq przyleciała dziś tylko poczta, jakieś bambetle i jeden gość z plecakiem. Rozładunek, załadunek, kręcenie się koparki w te i we wte zajmuje dobry kwadrans. W końcu z niecierpliwieni ruszamy w kierunku helikoptera. Rozsiadamy się w ciasnej kabinie, gdzieś z tyłu, oddzieleni od reszty taśmami przedziału bagażowego.

Lot helikopterem z Nanortalik do Narsarsuaq, Grenlandia

Lot helikopterem z Nanortalik do Narsarsuaq, Grenlandia - widoki są niesamowite

Drzwi maszyny zatrzaskują się z hukiem, do uszu dobiega świst wirnika, który stopniowo zamienia się w jeden wielki huk. Potem szarpnięcie i to uczucie, kiedy winda szybko rusza do góry. Świat powoli odkleja się od nas, rozciąga. Patrzę w dół i jesteśmy już kilkaset metrów nad ziemią. Ruszamy! Nanortalik się kurczy, domki stają coraz mniejsze, a ulice i ścieżki zamieniają w pajęczynę rozciągnięta hen pod nami. Kiedy podnoszę wzrok jesteśmy już nad górami. Przede mną roztacza się jeden z najwspanialszych widoków w życiu. Nieprzebrane, nieskończone łańcuchy górskie, szczyty ostre niczym zęby rekina, poszarpane, postrzępione, wspaniałe, w świetle porannego słońca. Przed nami otwiera się cała Grenlandia. Góry, U-kształtne doliny lodowcowe, fiordy, rzeki, strumienie, lodowce wijące się pomiędzy szczytami. Ponad tym wszystkim, hen daleko białe połacie lądolodu Grenlandii. Biała czapa przykrywająca całą wyspę, po której można przejść na wschodnie wybrzeże.

Transport helikopterem z Nanortalik do Narsarsuaq, Grenlandia

Widok z Helikoptera, Grenlandia Południowa

Przepiękne widoki, Lot helikopterem z Nanortalik do Narsarsuaq, Grenlandia

Przepiękna pogoda na Grenlandii pozwala się cieszyć takimi widokami

przelot helikopterem z Nanortalik do Narsarsuaq, Grenlandia

Pogoda na Grenlandii wyjątkowo nam się udała - widok z helikoptera

Lot helikopterem to nie tylko transport, to wycieczka krajoznawcza, Grenlandia

Lodowiec widziany z helikoptera, Grenlandia

Krajobraz Grenlandii, widok z helikoptera

Góry, Lot helikopterem Grenlandia

Góry i fiordy, Lot helikopterem, Grenlandia

Góry i fiordy widziane z helikoptera, podczas lotu z Nanortalik do Narsarsuaq, Grenlandia

Fiordy Południowej Grenlandii, Lot helikopterem

Podczas lotu helikopterem z Nanortalik do Narsarsuaq, Grenlandia

Siedzimy tak z nosami przyklejonymi do szyby i oglądamy Discovery na żywo – w HD i stereo. Przed oczami mamy najwspanialszy możliwy show – naturę w całej swej okazałości. Surową, piękną, prehistoryczną, toporną i tak bardzo delikatną jednocześnie. Przed oczami przemykają nam tysiące lat historii Ziemi, ale także ponad dwa tygodnie spędzone tam na dole. Błyszczące tafle jezior i rozlewisk przypominają nam o jeziorach, które musieliśmy omijać, wijące się rzeki o lodowatych, rwących wodach, które przekraczaliśmy. Podmokłe łąki przywodziły na myśl bagna, które tak głośno przeklinaliśmy. W końcu góry – wspaniałe, milczące szczyty, które podążały za nami wzrokiem wszędzie, gdzie tylko poszliśmy. W jednej chwili wszystko to staje się tak odległe jak pożółkłe kartki pamiętnika ja stara baśń powtarzana przez pokolenia, która zanika stopniowo w mroku dziejów. W ten sposób Grenlandia wymyka nam się z rok, przechodzi przez palce jak drobny gładki piasek wypłukany przez wody płynące pod lodowcem.

Narsarsuaq

Narsarsuaq - ostatnie chwile przed wylotem z Grenlandii

Mural w Narsarsuaq - Innuici

Kiedy tak zastanawiam się czy to wszystko było naprawdę, czuję lekkie tąpnięcie. Lądujemy w Narsarsuaq. Przygoda kończy się tak nagle jak się zaczęła. Jakby ktoś nagle przestawał czytać wspaniałą opowieść, zamykał pożółkłe strony starej księgi i rzucał cicho – nno… pora spać. Dokończymy jutro – Pozostaje nam jedynie usiąść na słońcu – tym cieniutkim, zimnym arktycznym słońcu, doprawiającym rzeczywistość wspaniałym kolorem przemijania – zerknąć jeszcze raz na mapę, przejechać palcem po naszej trasie, dopić ostatniego małego Faxe’a. Poklepać pustawy, luźno zapakowany plecak, dopiąć brudną kurtkę i zapakować się do samolotu. Tak właśnie kończy się jedna z najwspanialszych przygód – trekking po Tasermiut Fjord. To taka trochę nasza powieść. O życiu, przemijaniu, rzeczach ważnych i nieważnych. O samodzielności, ale i braterstwie. O słabości i o sile. Ona o nas razem i o każdym z osobna. Napisaliśmy ją sobie sami. Dla siebie. W sercach i rozumach. A ja tu głupiutki próbuję ją przelać na papier…

Narsarsuaq

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska