Panorama Ho Chin Minh City czyli Sajgonu - Wietnam

Ho Chi Minh. Sajgon i Tunele Wietkongu

Kolejny dzień witamy w Sajgonie. W zasadzie to nie Sajgon tylko Ho Chi Minh City, albo po prostu HCMC. Już na wyjściu z samolotu wita nas upał. Wilgotne, gorące powietrze, które klei się do skóry razem ze spalinami. Wysiadamy z autobusu z lotniska i czujemy, że jesteśmy gdzieś pośrodku diabelskiego młyna. Wszystko dookoła pędzi, wszystko jest szybsze niż do tej pory, bardziej kolorowe, głośniejsze. Mam wrażenie, że Sajgon to kofeina w czystej postaci. Ulice to kolorowe rzeki. I Motory! Myśleliśmy, że Hanoi to miasto motorów. Sajgon to jeden wielki ul, w którym zamiast pszczół bzyczą motory. Na nieco ponad 10 milionów mieszkańców, po ulicach jeździ ich aż 9 milionów. To koszmar dla pieszych. Znowu przechodzenie ulicy staje się dziwacznym rytuałem, który można przyrównać jedynie do przejścia przez Morze Czerwone.

Rzeka motocykli na ulicach Ho Chin Minh City czyli Sajgonu - Wietnam

Uliczny fryzjer Ho Chin Minh City - Wietnam

Dentysta na ulicy - Ho Chin Minh City czyli Sajgon - Wietnam

Uliczny fryzjer - okolice Ho Chi Minh, Wietnam

Krok wiary wprost pod pędzące motory, które rozstępują się niczym ławica sardynek, opływają nas ze wszystkich stron. Kolejny krok, znowu rzeka maszyn ustępuje. I tak dalej, aż do przejścia na drugą stronę. Ze śmiechem spoglądamy na turystów – na oko, ze Skandynawii – którzy naiwnie czekają aż motory się zatrzymają i ich przepuszczą… zrzucamy graty w hotelu i idziemy na miasto. Spacer ulicami Sajgonu jest dość męczący ze względu na wszechogarniający hałas, duży ruch i upał. Miasto jest ładne, w stylu kolonialnym. Taka duża dzielnica willowa schowana w cieniu pięknych drzew. Poprzetykana komunistycznymi gargamelami. Wszystko tutaj dzieje się na ulicy. Lusterko na murku, przed nim krzesło – fryzjer. Drzemie sobie w fotelu czekając na klienta. Za chwilę to samo – golibroda. Jednak nie, to uliczny dentysta. Wystarczy usiąść i pan oferuje borowanie. Albo rwanie na żywca. Choć kto wie, może ma i znieczulenie?

War Remnants Museum

Wycieczka do War Remnants Museum, czyli muzeum wojny - Ho Chi Minh City, Wietnam

War Remnants Museum, czyli muzeum wojny - Ho Chi Minh City, Wietnam

Labiryntem ulic docieramy do War Remnants Museum. Muzeum wojny. A raczej wojen. W zasadzie wygląda to na propagandową wioskę. Zza muru już z daleka widać lufy armat i wirniki helikopterów. Na podwórzu amerykański sprzęt: czołgi, transportery, śmigłowce, samoloty. „Zdobyczne” krzyczą zewsząd napisy. Próbuję skojarzyć gdzie je zdobyto. Tabliczki nic na ten temat nie mówią, więc domyślam się, że to sprzęt, który Amerykanie zostawili podczas pospiesznej ewakuacji Sajgonu w 1975 roku. W środku już jesteśmy pewni, że to miejsce bardziej propagandowe niż historyczne. Wydźwięk jest jednoznaczny – przyjechali Amerykanie i zaczęli mordować Wietnamczyków. Nie jestem fanem amerykańskiej polityki zagranicznej, ale charakter muzeum najlepiej oddaje nazwa jednej z wystaw „Historic truths” – już ona sugeruje, że każdy ma swoją prawdę i jest ich wiele. Tutaj pokazywana jest „prawda” Wietnamczyków.

Zdjęcia z War Remnants Museum w Sajgonie, Ho Chi Minh, Wietnam

Pałac Zjednoczenia - Ho Chi Minh, Wietnam

Kolejne sale pełne są zdjęć okrucieństw popełnionych przez armię amerykańską. Są oczywiście zdjęcia z masakry w My Lai, fotografia nagiej dziewczynki uciekającej przed bombardowaniem. Wstrząsające obrazy bezsensownych okrucieństwa wojny. Na innych zdjęciach żołnierze amerykańscy celują do Wietnamczyków z broni, przesłuchują ich, stoją nad ciałami. Jest też cała wystawa poświęcona mieszance pomarańczowej czyli tzw. agent orange – śmiercionośnej broni, którą Amerykanie faktycznie zdewastowali niemal pół kraju. To bardzo silny defoliant, który Amerykanie zrzucali z samolotów na wietnamską dżunglę. Miał zabić wszystkie rośliny. Co gorsza agent orange był wymieszany z dioksynami, które truły ludzi. To chyba najstraszliwsza broń jakiej kiedykolwiek użyto przeciwko ludziom. Oprócz zdjęć przedstawiających kompletnie zniszczoną ziemię – przed i po – opryskach defoliantem, jest cała galeria dzieci z wszelkiego rodzaju chorobami – od zajęczej wargi przez ospę, odrę, wodogłowie aż po zespół Downa – wszystkie z podpisem, że to przez dioksyny. Zwiedzający mają nietęgie miny po tym seansie okrucieństw, ale humory zdają się poprawiać kiedy wychodzą przed budynek – tu można pozować przy czołgach i zjeść lody.

Pałac Zjednoczenia

Plakaty propagandowe na ulicach miasta Ho Chin Minh City - Wietnam

Rada Ludowa Ho Chin Minh City - Wietnam

Nieopodal War Remnants Museum, docieramy do Pałacu Zjednoczenia. Nazwa na mapie brzmi dumnie. Na miejscu okazuje się, że za wysoką stalową bramą pośród ogromnego, idealnie przystrzyżonego trawnika stoi szpetny pałac w stylu lat sześćdziesiątych. Wygląda jakby jedyna emocjonujące zdarzenie jakie miało tu miejsce to 30 kwietnia 1975 roku, kiedy tę stalową bramę staranował rozpędzony czołg Wietkongu. Zaraz po tym żołnierz wbiegł do pałacu i wywiesił flagę Wietkongu. Tak został zdobyty Pałac Zjednoczenia. Od tej pory nic więcej się tu nie zadziało. Nie można nawet wejść na teren pałacu. Strażnik mówi, że jest przerwa obiadowa. Później. Idziemy dalej wzdłuż plakatów propagandowych i sztandarów z sierpem i młotem. Wygląda jakby w centrum było tego więcej. Kilka przecznic dalej trafiamy na przepiękny budynek w stylu kolonialnym. Wybudowany w 1908 roku Hotel de Ville, pod rządami komunistów, został zaadaptowany na siedzibę rady miejskiej Sajgonu. Teraz można go podziwiać jedynie z zewnątrz. A jest co.

Wieżowce Ho Chi Minh City, Wietnam

Od pałacu biegnie szeroka aleja Nguyen Hue – prowadząca aż do rzeki Sajgon. Ruszamy więc pomiędzy dziwaczną mieszaniną kolonialnych budynków, drapaczy chmur i jakiś gargameli o bliżej nieokreślonym rodowodzie. Mamy ważną misję. Chodzimy po biurach podróży – od drzwi do drzwi i poszukujemy wycieczki do tuneli Wietkongu oraz delty Mekongu. Slalomujemy pomiędzy fontannami, rozkopanymi budową metra ulicami. Wchodzimy w małe uliczki. Po odwiedzeniu jakiś pięciu biur, dochodzimy do wniosku, że wszyscy oferują to samo, różnice w cenach są minimalne, zależy czy ktoś chce łodzią czy busem, w małej czy dużej grupie. Zrobiliśmy sobie listę i po porównaniu i krótkiej analizie, wybraliśmy Kim Travel. Poszukiwania zaprowadziły nas aż do placu Tran Hung Dao. To chyba największe wyzwanie w Wietnamie. Aby dotrzeć do rzeki, czeka nas przejście przez 5 pasów jezdni, po których bez przerwy jeżdżą auta i motory. To jest rytuał przejścia. Nasz chrzest. Po tym już wiemy, że możemy wszystko.

Spacer ulicami Ho Chi inh City - Wietnam

Promenada w Ho Chin Minh City - Wietnam

Docieramy do promenady, żeby siedząc nad rzeką odetchnąć nieco zażyć spokoju, uwolnić się od gęstego, lepkiego powietrza pełnego spalin. Przysiadamy na ławce w cieniu akacji i palm. Jest spokój. Faktycznie cały ten zgiełk Sajgonu wydaje się odległy, mimo że za naszymi plecami cały czas ciągnie się rzeka maszyn. Rzeka nie ma w sobie nic pięknego. Zupełnie płaska tafla za którą wyrastają bezduszne szklane drapacze chmury. Gdzieniegdzie wystają pokraczne dźwigi. Nie ma tu na co patrzeć. To nie żaden bulwar nad rzeką. Jakby Sajgon odwrócił się do rzeki plecami. Jesteśmy zawiedzeni. Lecąc do Wietnamu, nie spodziewaliśmy się niczego specjalnego po Hanoi. Sajgon za to kojarzył nam się z egzotyką, czymś żywiołowym… sam nie wiem czego się spodziewaliśmy. Tymczasem niepozorne Hanoi nas rozkochało. Sajgon natomiast okazał się żywiołem. Ogromne, zatłoczone, gorące i śmierdzące spalinami. Azjatyckie miasto, ale trochę wyzbyte magii. No nic, może jeszcze gdzieś tu znajdziemy magię. Cały czas szukamy. Jedno jest pewne – będąc tu, staje się jasne skąd się wzięło powiedzenie „Ale Sajgon…”.

Notre Dame i Poczta Główna w Sajgonie

Katedra Notre Dame - Sajgon czyli obecnie Ho Chi Minh City, Wietnam

Budynek Poczty Głównej, Ho CHi Minh City, Wietnam

Poczta Główna Ho Chin Minh City, Sajgon - Wietnam

Kawałek dalej docieramy do pomarańczowej Notre Dame. Neoromańska, ceglana katedra wygląda dość dziwnie w tej części świata. Trochę jak w domu. Taki kawałek Europy w samym sercu Azji. Sam budynek szału nie robi ponadto wygląda na to, że komunistyczna władza chyba jednak walczy z kościołem – a przynajmniej z jego walorami estetycznymi, katedra z obu stron jest szczelnie obstawiona ogromnymi rusztowaniami, które dosłownie zasłaniają ją całą. Efekt: mały, osaczony kościółek gdzieś pomiędzy rzeką aut i motorów, otoczony, stłamszony, zastraszony. Dużo większe wrażenie robi budynek Poczty Głównej. Wchodzimy do środka bo myśleliśmy, że to dworzec kolejowy. W środku, okazuje się, że to poczta. Duża i stara. Z przepychem francuskiej architektury – wszystkich tych płaskorzeźb i żeliwnych okuć – kontrastuje skromny portret Ho Chi Mina, spoglądający na nas z góry. Jego spojrzenie dobrego dziadzia towarzyszy nam gdy wypisujemy pocztówki z Wietnamu.

Park w Ho Chin Minh City - Wietnam

Sztuka uliczna Ho Chin Minh City - Wietnam

Swiątynia Mariamma - Ho Chi MInh, Wietnam

Sajgon jest nowoczesny i praktyczny, zupełnie niesentymentalny. Trudno tu o magiczne zakątki jak w Hanoi, starówkę, w której aż chce się zgubić. A jednak udaje nam się znaleźć kilka perełek. Trafiamy na Park Tao Dan. Okazuje wytchnieniem – nie śmierdzi tu tak spalinami, jest jakoś ciszej. Na trawie ludzie ćwiczą Tai chi. Pomiędzy plumeriami i akacjami kryją się wymyślne rzeźby. Ludzie drzemią na trawie. Sajgoński azyl. Nieopodal trafiamy na hinduską świątynię Mariamma. Te bogato zdobione, kolorowe bramy zawsze dodają tyle życia, sprawiają, że się uśmiechamy. Lekki zapach kadzidełek, których na co dzień nie znosimy, tutaj daje jakieś dziwne poczucie spokoju.

Panorama Ho Chin Minh City - dawny Sajgon - Wietnam

Panorama Ho Chin Minh City czyli Sajgonu - Wietnam

Basen na dachu hotelu, coś do przeżycia w Ho Chi Minh City, Wietnam

Kiedy zwalniamy, zdajemy sobie sprawę jak brudni i zmęczeni jesteśmy. Upalny wilgotny Sajgon wyssał z nas życie. Na szczęście blisko mamy hotel. Wyjątkowo wzięliśmy droższy hotel – przekonał nas basen na dachu, który rozkochał mnie od pierwszego wejrzenia – przynajmniej na zdjęciach. Niestety hotel okazał się dramatyczny – pewnie był ładny 40 lat temu, od tamtego czasu nic się nie zmieniło – ale basen na dachu jest jeszcze piękniejszy niż na zdjęciach. Odświeżeni rozkładamy się na leżakach i patrzymy na panoramę miasta. Z tej perspektywy Sajgon jest piękny. Patrzenie z góry jest trochę jak oglądanie dzikiego zwierza zza krat. Widzimy wszystko, czujemy, słyszymy, ale przynajmniej nas nie ugryzie. Jeszcze jedna rzecz mnie wciąga – patrzenie na rzekę motocykli. To trochę jak film o owadach na Discovery. Te wszystkie płynne, skoordynowane ruchy… wygląda to jak rój pszczół, srebrzysta ławica ryb, klucz dzikich gęsi. Te wszystkie blaszane, głośne śmierdzące graty zamieniają się w żywy organizm.

Deptak Bui Vien

Nocna Rzeka motocykli na ulicach Ho Chin Minh City czyli Sajgonu - Wietnam

Bulwar Bui Vien Ho Chin Minh City czyli Sajgon - Wietnam

Kiedy robi się ciemno, postanawiamy znaleźć coś do jedzenia. Jak na złość nie możemy trafić na nic w pobliżu hotelu. Jak na złość wszędzie sklepy i stragany z owocami. Może w sumie nie zależy nam tak bardzo. Chodzenie po Sajgonie sprawia nam przyjemność. Trzeba tylko uważać na motocyklowego Krakena. Docieramy aż do deptaka Bui Vien. Sklepy z badziewiem, knajpy, jaskrawe światła, głośna muzyka, panie zachwalające swoje wdzięki. Typowy deptak ze wszystkim. Ta ulica to Sajgon w miniaturce. Gorący, duszny, głośny i śmierdzący. Atakuje wszystkie zmysły, męczy, przytłacza. A jednak ciężko byłoby się z nim rozstać. Ma w sobie jakąś radość, uśmiech. Tyle życia, energii i kolorów. Zdaję sobie sprawę, że w sumie polubiłem Sajgon.

Bun Cha 145 - Ho CHi Minh, Wietnam

Szukamy restauracji Buncha 145. Nietrudno ją znaleźć. To jedyny lokal, do którego stoi kolejka. Udaje nam się, bo akurat zwolnił się jeden stolik dwuosobowy, a jesteśmy jedyną dwójką. W środku uśmiechnięty właściciel pokazuje menu i tłumaczy. Przede wszystkich chcemy zjeść bun cha – potrawę z kotletów wieprzowych zalanych bulionem, podawanych z ziołami, marynowanym imbirem i makaronem ryżowym. Kiedy jednak widzimy menu, bierzemy do spróbowania dosłownie wszystkiego: ryba smażona w zielonym ryżu, sajgonki, smażone tofu, szaszłyk. Wszystko jest piękne, absolutnie pyszne i w małych porcjach, aby można było spróbować wszystkiego. Siedząc tu zapominamy o całym świecie. Rozmawiamy, próbujemy pysznych rzeczy, a pan donosi nam kolejne talerzyki. Na koniec przeprasza, że wszystko tak długo trwało, mówi, że jego tata – właściciel restauracji – jest w szpitalu i mają niedobór ludzi. W takich miejscach czas płynie przecież inaczej. Życzymy panu zdrowia dla taty i z bólem serca wychodzimy, żeby inni też mogli się nacieszyć tym cudownym miejscem. Pora spać. Jutro tunele Wietkongu.

Cu Chi. Tunele Wietkongu

Tunele Wietkongu - Ko Chi Tunnels - w pobliżu Ho Chin Minh City Wietnam

Szałas Wietkongu w dżungli Tunele Ko Ch Tunnels - Ho Chin Minh City czyl Sajgon - Wietnam

Rano stawiamy się przed maleńkim budynkiem Kim Travel i ruszamy busikiem w kierunku Cu Chi zwiedzać tunele Wietkongu. Wietnamczycy nie znają tego określenia. Dla nich to po prostu Cu Chi Tunnels. Kiedy pytaliśmy w biurze o wycieczkę na „tunele Wietkongu”, panie nie rozumiały, po wytłumaczeniu tylko chichotały. Dlaczego nie Wietkongu? Sieć tuneli powstała w latach 40, za czasów okupacji francuskiej. Miejscowi chłopi zbudowali je, żeby niepostrzeżenie przemieszczać się z wioski do wioski. Dopiero później – w latach ’60 – Wietkong wyremontował i rozbudował sieć tuneli do ponad 250 km. Partyzanci stworzyli tu całe podziemne miasto – na kilku poziomach. Odgrywało ono kluczową rolę w komunikacji i walkach – wszystko zaledwie 30 km od stolicy Wietnamu Południowego! To między innymi te tunele zgotowały Amerykanom piekło, zmusiły ich do zrzucania napalmu i defoliantów i w końcu doprowadziły do ich porażki.

Wystawa - Tunele Wietkongu w Cu Chi Tunnels - Wietnam

Tunele Wietkongu - Ko Chi Tunnels - w pobliżu Ho Chin Minh City czyli Sajgonu - Wietnam

Kiedy docieramy do Cu Chi, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że z tuneli Wietkongu zrobiono park rozrywki. Nadciągające zewsząd autokary zapychają parking wykarczowany pośrodku dżungli, w której drzewa rosą podejrzanie równo, w idealnych rządkach. – To posadzona dżungla. Po wojnie była tu pustynia. Cały teren był zniszczony napalmem i defoliantem – tłumaczy przewodnik. Pierwszy przystanek to jakaś chata ukryta do połowy w ziemi. Przewodnik uruchamia nam film pokazujący historię tuneli Wietkongu. Przekaz jest doskonale prosty. W krainie mlekiem i miodem płynącej, gdzie chłopi wiedli szczęśliwy żywot, nagle pojawili się Amerykanie. Zaczęli bombardować, palić i mordować. Dzielni chłopi pochowali się w tunelach i zorganizowali partyzantkę. Nie wiadomo skąd wzięli broń i mundury, wyszkolili się i dzielnie stawiali opór najeźdźcy. Rozglądam się po sali i wtedy do mnie dociera. To nie park rozrywki dla turystów. To propaganda dla młodych Wietnamczyków.

Pułapki - zapadnie w tunelach Wietkongu - Ko Chi Tunnels - w pobliżu Sajgonu - Wietnam

Pułapki w tunelach Wietkongu - Ko Chi Tunnels - w pobliżu Sajgonu - Wietnam

Wąską ścieżką wchodzimy w dżunglę. Po dosłownie kilku krokach przez drogę pełznie wąż. Wszystko dookoła żyje. W liściach pełzają jaszczurki. Pająki na drzewach są tak duże, że rzucają niemal cień. Kiedy w pewnym momencie się zatrzymujemy przewodnik każe spojrzeć pod nogi. Kuca i otwiera kawałek ziemi Chodziliśmy nad tunelami, a tu są malutkie wejścia. Tak klaustrofobiczne, że nikt nie ma nawet ochoty spróbować. Szczególnie, że wszystko dookoła żyje. Kto wie co wpadło do ciemnej dziury. Kiedy dochodzimy do kopca termitów, przewodnik pokazuje małą dziurkę – to przewód wentylacyjny tuneli. Opowiada od razu jak Wietnamczycy myli się ukradzionym amerykanom mydłem i rozkładali w tunelach – przy ujściu szybów wentylacyjnych – ich mundury, żeby zmylić psy tropiące. Część naszej wycieczki nie dowierza. Jeżeli ktoś myślał, że Wietkong to banda wieśniaków chowających się w lesie, to grubo się mylił. Ci ludzie pokonali najpotężniejszą armię świata z jej helikopterami, napalmem i foliantami.

Wystawa w Tunelach Wietkongu - Ko Chi Tunnels - w pobliżu Sajgonu - Wietnam

Stary czołg w Tunelach Wietkongu w Cu Chi Tunnels - Wietnam

Kawałek dalej pułapki. Doły, wszelkiego rodzaju zapadnie i kolce. Pomysłowość ludzi jeżeli chodzi o zadawanie bólu lub śmierci drugiemu człowiekowi jest nieograniczona. Przed nami pułapki, które kaleczą ludzi w każde możliwe miejsce, kolce, które wbijają się w ciało pod każdym możliwym kątem, obracają się, szarpią, miażdżą, przyciskają, blokują. Sztuka robienia krzywdy opanowana do perfekcji. Boli mnie na samą myśl jak to działa. Zaczynają się pomieszczenia – zakamuflowane korytarze, kuchnia, jakieś magazyny. Makiety obrazują jak wyglądało życie partyzantów Wietkongu. Pomiędzy manekinami siedzącymi w kółeczku przemykają jaszczurki. Kawałek dalej znajdujemy nawet stary amerykański czołg. Ponoć to maszyna zdobyta przez partyzantów z Wietkongu. Nie pytam jak jeden czołg wjechał do dżungli i został zdobyty, bo to chyba może być niestosowne. Po co poddawać tu w wątpliwość bohaterstwo partyzantów z Wietkongu? Zresztą uczciwie muszę przyznać, że pomimo nieznacznego ubarwienia historii i lekkie wybiórczości, wycieczka jest bardzo interesująca.

Strzelnica, Tunele Wietkongu, Cu Chi, okolice Ho CHi Minh, Wietnam

Strzelnica - Tunele Wietkongu, Cu Chi, okolice Ho CHi Minh, Wietnam

Następny przystanek to strzelnica. Głuche huki wystrzałów słychać było przez cały czas zwiedzania, ale to tu robią się naprawdę nieznośne. Dla chętnych jest strzelanie. Można wybierać z długiej listy. Ceny są zupełnie nieatrakcyjne – droższe niż w Polsce – ale przynajmniej można się pochwalić, że się strzelało z karabinu w Wietnamie, w tunelach Wietkongu. Największą popularnością cieszy się oczywiście AK-47 Kałasznikow. Dla tych z grubszym portfelem i większymi ambicjami jest jeszcze karabin maszynowy M60 lub – dla najbardziej wymagających – zamontowany na jeepie Browning M1919. Ktoś się nawet decyduje wydać fortunę na kilkadziesiąt nabojów do tej armaty. Radość nie trwa długo. Spust, chwila szarpania, tępy huk i trzydzieści parę kul ląduje gdzieś w ścianie wznosząc tumany pyłu. Ot i po zabawie. Ale na twarzy strzelającego widać pomieszanie szoku z jakąś nieopisaną radością.

Zejście do Tuneli Wietkongu w Cu Chi Tunnels - Wietnam

Wycieczka Tunele Wietkongu, Cu Chi Tunnels - Wietnam

Na koniec gwóźdź programu – zejście do samych tuneli. Czekałem na to cały dzień, ale sama myśl o tym, że zejdę tam na dół wywołuje u mnie dość mocny dyskomfort. Nie chodzi tu o ciemność i ciasnotę. To nie klaustrofobia. Chodzi o to co tam może żyć. Te wszystkie węże i pająki, które mogą tam wpełznąć. Przewodnik tłumaczy, że – tak, węże włażą do tuneli i to często – ale codziennie rano żołnierze wchodzą do tunelu i go czyszczą z nieproszonych gości. Miejmy nadzieje, że dokładnie. Wchodzimy przez wymurowane wejście. Momentalnie przejście kurczy się do rozmiarów dziurki od klucza. Wszyscy idą w kucki, ja muszę na kolanach. Jest kompletnie ciemno, ktoś świeci komórką. Temperatura tu na dole jest apokaliptycznie wysoka. Do tego wilgotność. Momentalnie jesteśmy mokrzy. Krążymy tunelami, przeciskamy się przez małe przejścia, przechodzimy przez jakąś salę – ponoć szpital – i z powrotem na czworakach pełzniemy dalej. Po drodze, w jakiejś alkowie, mijamy żołnierza, który w kucki sobie siedzi i pilnuje tuneli. Zupełnie jak jakaś pani na krzesełku w muzeum.

Klapki ze starych opon - Tunele Wietkongu - Sajgon - Wietnam

Tunele Wietkongu - Ho Chin Minh City czyli Sajgonu - Wietnam

Po jakiś 150 metrach nareszcie światło. Z nieukrywaną ulgą wychodzimy na powierzchnię. Tunele są ekstremalnie niewygodne, szczególnie dla wysokich osób. Do tego koszmarnie tam gorąco i wilgotno. Natomiast klimat jest w nich absolutnie wyjątkowy. Pytam o resztę tuneli – te wszystkie przejścia pod strumieniami, jaskinie, kwatery na kilku poziomach, ale przewodnik tłumaczy, że są zamknięte, ze względu na słaby stan techniczny. No i nikt ich nie czyści z gadów. To wystarczający argument, aby przeszła mi ochota na drążenie tematu. W jednym z szałasów trafiamy na nietypowy sklep z równie nietypowymi pamiątkami. Sprzedawane są tu klapki ręcznie robione ze starych opon. Dokładnie takie, w jakich chodzili partyzanci Wietkongu. Dalej trafiamy na kolejne wejścia do tuneli. Tym razem, decyduję się spróbować. No skoro wyciągają wszystko co mogło tam wpaść… Nie wiem jak Wietnamczycy mogli z tego korzystać – skakać do tego, chować się i robić zasadzki. Ledwo się do tego zmieściłem. O wychodzeniu znienacka – i to jeszcze z bronią – można zapomnieć. Takie to małe. Cóż nie jest mi pisane być partyzantem.

Ben Thanh Market. Street food w Sajgonie

Ben Thanh Markiet - Ho Chi Minh, Wietnam

Sajgonki na straganie na Ben Thanh Market - Ho Chi Minh, Wietnam

Do Sajgonu wracamy w czasie największych korków. Droga powrotna jest dwa razy dłuższa niż w tamtą stronę. Miasto stoi. Z busika patrzymy z zaciekawieniem na chaos i brak jakichkolwiek zasad. Jednocześnie zadziwiające jest, że wszystko to jakoś dziwnie działa. W końcu docieramy na Ben Thanh Market – dużą halę, w której znajduje się bazar. Oprócz badziewnych pamiątek są nasze ukochane owoce i warzywa. Przede wszystkim jednak jest jedzenie. Znowu zaczyna się nasz chocholi taniec pomiędzy stoiskami. Szukamy, zaglądamy, wąchamy, uciekamy przed naganiaczami. W końcu siadamy przy jednym ze spokojniejszych stoisk gdzie pani serwuje nam bun cha, sajgonki i naleśnika banh xeo. Zajadamy to wszystko z przepyszną, aromatyczną zieleniną, dookoła ganiają karaluchy a my podziwiamy rządki kolorowych napojów. Nie wiemy czy to desery, jakaś chemia czy zwyczajne ozdoby. Wyglądają jak jakieś magiczne mikstury. Galaretki, wężyki gluty. Cokolwiek to jest, chcemy kiedyś tego spróbować.

Ulice Ho Chin Minh City o zachodzie słońca - Sajgon - Wietnam

Po ulicach Ho Chin Minh City jeździ ponad 9 milionów motocykli - Wietnam

Wracamy do hotelu. Przy powoli zapadającym wieczorze, spacerujemy ulicami Sajgonu. Przedzieramy się przez nieprzebytą rzekę skuterów, podglądamy ulicznych sprzedawców. Dookoła jest tyle szczegółów, na które dopiero teraz zwracamy uwagę. Wcześniej całą energię musieliśmy poświęcić na to, żeby nie dać się zabić na ulicy, lub nawet chodniku – bo skutery jeżdżą także chodnikiem. Kiedy oswoiliśmy się nieco z ulicami Sajgonu, zaczynamy dostrzegać jego klimat, wyczuwać atmosferę. Dochodzę do wniosku, że ja naprawdę zaczynam lubić to miasto. Głośne, śmierdzące, zatłoczone i gorące. Niby nie ma tu starówki, zabytków, na pierwszy rzut oka, nie za bardzo jest tu klimat. Ale wystarczy kilka dni, a człowiek zaczyna to miasto czuć. Jest coś w Sajgonie, co sprawia, że chciałbym tu wrócić. Jakiś luz, masa energii, kolory, nawet te cholerne motocykle. Tak. Sajgon naprawdę daje radę…. nie wiem dlaczego cały czas mam w głowie Sajgon. Przecież oficjalnie to Ho Chi Minh City, czyli HCMC. Ale tu i tak każdy mówi – Sajgon. Może dlatego.

Sajgon. Wietnam