Widok na Hong Kong ze szczytu Victoria Peak

Hong Kong. Droga w dół

Z Peak Tower przegonił mnie wzmagający wiatr. Właśnie ogłoszono 3 stopień alarmu tajfunowego. Co to znaczy? nikt nie był mi w stanie wytłumaczyć. Tu podobno to normalka. Po poziomie 3 jest już tylko 8, co oznacza już poważną sprawę. Chciałem więc skorzystać i zobaczyć jak najwięcej zanim tajfun uziemi mnie gdzieś na 16 piętrze hostelu.

Lemury - gwiazdy zoo w Hong Kongu. Król Julian jak się patrzy

Droga w dół to jakby trochę inny świat. Jakbym trafił do innego Hong Kongu. Przede wszystkim, wylądowałem w ZOO. Tutaj to otwarty park, w którym można natrafić na dziesiątki egzotycznych ptaków, leniwce, szopy pracze, ogromne żółwie, gibony, makatki i wiele, wiele innych. To znowu nieco mieszane uczucia. Najsmutniejszy widok to orangutany. Ciche powolne, o tak złożonej i genialnej mimice twarzy. Wyglądają jak starzy, zagubieni, smutni ludzie. Każdy, kto widział orangutana na żywo, rozumie co mam na myśli. Z drugiej strony wariaty lemury – Juliany. Te znacznie podnoszą mnie na duchu po małpiastych. Ich szelmowskie spojrzenia, pozy narwańców sprawiają, że trudno się do nich nie szczerzyć.

schodzę z Victoria Peak i wkraczam w betonowe królestwo Hong Kongu - bambusowe rusztowania, zgiełk, ruch, jak na bazarze

Kolejny punkt na trasie wycieczki to świątynia Man Mo. Żeby się tam dostać, kieruję się do Soho i na zachód, omijając centrum i sterylne biurowce. Ta część miasta jest brudniejsza, bardziej obskurna, ale przyjemniejsza i bliższa rzeczywistości. Wydaje się bardziej namacalna. Widać, że tu żyją ludzie. W wilgotnym powietrzu czuć jedzenie, trochę dymu, spaliny, zapach życia w azjatyckim mieście. skoro są ludzie, to musi być gdzieś bazar. Dosłownie chwilę po tym jak to pomyślałem, znalazłem się w samym środku ulicznego bazaru.

Ulice Hong Kongu momentalnie zamieniaja się w bazary, kupic mozna na nich niemal wszystko. Owoce i warzywa są przepiękne

Bazary z jedzeniem to miejsce, w którym dostaje zwyczajnego świra. Nie wiem co jest takiego w chodzeniu po straganach i oglądaniu warzyw, owoców, wszelkiego zielska, ryb, czy nawet mięsa – w tym głów, podrobów, a nawet ogonów jeszcze nie obranych ze skóry. Ja się tym po prostu jaram. Patrzę jak ludzie kupują, jak się targują, jak żyją. Przy okazji cieszę wzrok kolorowymi produktami. Oglądam nieznane owoce i warzywa. Biorę je do ręki, sprawdzam czy są miękkie czy twarde, czy kłują. Wącham, sprawdzam jak pachną. Do czego można je przyrównać. Jednym słowem odkrywam nowy świat i staram się go sobie od razu usystematyzować. Takie ćwiczenie mózgu i wszystkich zmysłów.

bazar na ulicach Hong Kongu - dzieisątki rodzajów ryb i owoców morza

Najważniejszy jest chyba węch. Trochę zapomniany i w zasadzie rzadko wykorzystywany przez ludzi zmysł. Dla większości coś albo śmierdzi albo ładnie pachnie. Nic pomiędzy. Ja zawsze staram się odkrywać wszystko pomiędzy. Wącham wszystko. Pęczek świeżej, wilgotnej kolendry. Małe, poobijane żółte mango. Rambutan, pitahaya czyli dragon fruit, gruszka nashi. Nawet tofu, kiełki nie wiem czego czy grzyby shitake to super zmysłowe wrażenia. Zobaczyć to jedno. Powąchać – to jest doświadczenie. Czy inaczej odkryłbym najpiękniejszy zapach jakiego doświadczyłem – kwitnące pomelo?

stoiska z warzywami na targu w Hong Kongu to również magia. Kolory, zapachy i smaki łączą się

Niemal prosto z gwarnego bazaru, błądząc labiryntem ulic i uliczek, w końcu trafiam do chińskiej świątyni Man Mo – największej w Hong Kongu. To zupełnie inny świat. Ukryta w malutkim budynku, niepozorna, schowana za rusztowaniami i plandekami. Oaza spokoju. Na zewnątrz szaleje wiatr i siąpi deszcz. W świątyni jakby czas się zatrzymał. Wszechogarniającą ciszę i spokój zakłóca sporadyczny łoskot młotka i wiertarki – w rogu świątyni trwają renowacje.

Świątynia Man Mo Temple to kompletnie inny świat - cichy azyl po środku tętniącego życiem ogromnego miasta, wytchnienie w czasie tajfunu. Hong Kong

zapach kadzidełek i tajemniczy dym unoszący się wewnątrz swiątyni Man Mo nadają temu miejscu niepowtarzalny klimat i charakter

Poza tym, świątynia to azyl. Powietrze jest wilgotne, przenika je dym i lekki, niegryzący aromat kadzideł. To sprawia, że kolory – pomimo ostrej, wszechobecnej czerwieni – są jakby wyblakłe. To miejsce wyciszone, pełne zadumy. Nawet dla kogoś z tak odległej kultury jak europejska. Nawet nie znając zasad religii, w takiej ciszy człowiek momentalnie oddaje się medytacji – każdy po swojemu, na tyle na ile potrafi. Zwisające leniwie spiralne klosze, żyrandole i półeczki oraz karteczki z modlitwami robią niesamowite wrażenie. To miejsce jest magiczne.

szerokie ulice Hong Kongu a na niech niezliczone samochody, korki

Po wyjściu ze świątyni ani śladu po ulewie. No może poza kałużami i rwącymi potokami w rynsztokach. To miejsce to naprawdę azyl. A więc można spacerować dalej. Teraz kolej na Wan Chai. Przecinam więc dzielnicę biurowców siecią genialnych kładek i mostów i po kilkudziesięciu minutach jestem w kolejnej, bliższej sercu dzielnicy. Tu tez biurowce zastąpiły kilkudziesięciopiętrowe bloki mieszkalne, na ulicach walają się śmieci, wszędzie pachnie jedzeniem i jest swojsko. Ludzie znowu krzyczą, kaszlą, plują na ulicę, handlują, targują się, śmieją, słowem – żyją.

Wan Chai - kolejna interesująca dzielnica Hong Kongu

Wan Chai to nie jest część miasta gdzie chodzi się po muzeach czy ogląda pomniki. Tu się po prostu jest. Chodzi się gwarnymi uliczkami i ulicami, przeciska w tłumie pędzącym nie wiadomo dokąd. Nieważne z której strony idziemy, zawsze naprzeciw nam płynie morze ludzi. Ulice pełne są sklepów i sklepików, restauracji, barów. Niektóre ulice są zamknięte, na ich środku wyrastają stragany. Sprzedają wszystko – od Minionków i komórek aż po sprzęt AGD i meble.

W Wan Chai pośród wysokich blokowisk w maleńkich uliczkach poukrywane sa bazarym na których kupić można dosłownie wszystko: od owoców i warzyw aż po sprzęt AGD

Wan Chai - nie wiadomo gdzie kończy się ulica a zaczyna bazar

Jak zwykle przyciągają mnie miejsca z jedzeniem. Po raz kolejny zapachy, których nie mogę zidentyfikować. Nie mogę się im też oprzeć. Mięso pieczone, duszone, grillowane, smażone, na głębokim oleju, surowe, ryby, czosnek, chili, trawa cytrynowa, kolendra, zwyczajne szaleństwo dla zmysłów. Przerażający drób wiszący na hakach w całości, z głową, boczki, żeberka. Do tego co i rusz stragany z kolorowymi warzywami i owocami. Wszystko jest świeże i piękne. Kupuję kilka pitahayi i prześliczny zestaw do domowego curry – świeże liście kafiry, trawa cytrynowa, galangal i chili – może uda się przemycić do UE.

prześliczne warzywa i zestawy do curry na bazarze Wan Chai. Zamierzam przywieźć takie do Polski

pieczony, chrupki i delikatny boczek, kaczka i dziesiątki innych pysznych mięs - specjalność jednego ze stoisk w Wan Chai, Hong Kong

Kręcąc się po zaułkach Wan Chai, zupełnie straciłem poczucie czasu. To jedno z tych niepozornych miejsc. Ot, zwykła ulica, sklepy, bloki. A jednak, można wsiąknąć. Po prostu błąkać się bez celu. Razem z miejscowymi chować się pod markizy i stragany kiedy nadchodzi nagła ulewa. Kiedy tylko minie, razem z nimi, w jednej masie wylec z powrotem na ulice. Zatrzymać się na chwilę, rozejrzeć, obserwować, wtopić się w tłum, dać się ponieść energii i mocy Hong Kongu.

setki kobiet koczujące na ulicy. To jedyny wolny dzień dla tysięcy imigrantek pracujących jako pomoce domowa czy opiekunki dla dzieci. spędzają go poza domami, w których pracują

Wracając do Kowloon znów przedzierałem się systemem kładek pomiędzy centrami handlowymi i biurowcami. Inaczej się nie da. idąc chodnikiem, można zwyczajnie trafić na ślepy zaułek lub zmoknąć jak kura w jednej z dziesiątek ulew, które spadają na miasto każdego dnia. Na kładkach dzieje się coś dziwnego. Po obu stronach, pod murkami siedzą dziesiątki, setki młodych kobiet wszelakiej maści: Chinek, Malajek, Tajek, Filipinek. Wszystkie rozkładają się jak na pikniku – na tekturach, kocach, wyjmują jedzenie w plastikowych pojemnikach. Przez większość dnia siedzą, rozmawiają, śmieją się, jedzą. Wygląda to jak piknik na betonie. No bo niby gdzie indziej, jak w tu nie ma parków – nie ma po prostu na nie miejsca w rozrastającym się mieście.

niedziela - setki jeżeli nie tysiące młodych kobiet spedza cały dzień na świezym powietrzu - najczesciej w przejsciach pomiedzy budynkami

Podobnie jest na części ulic w Hong Kong Central. Ulica jest zamknięta dla ruchu, na niej – zazwyczaj pod kładkami – rozsiadają się dziesiątki zazwyczaj młodych kobiet. W pierwszej chwili myślałem, ze to bezdomne, ale za dobrze wyglądały i było ich za dużo. Okazuje się, że to rzesze opiekunek do dzieci i sprzątaczek, dla których niedziela jest jedynym dniem wolnym. Chcąc wyrwać się z domu swoich pracodawców lub klaustrofobicznych klitek hosteli, cały dzień spędzają na świeżym powietrzu. Naturalnie gdzieś, gdzie nie zmokną – na krytych kładkach. To logiczne. Takie hongkońskie betonowe pikniki.

kultory prom Star Ferry łączący Kowloon i Hong Kong

Wracam na Kowloon promem Star Ferry. Widok na północną stronę nie jest tak imponujący jak na południową, więc nie dziwi mnie, że dosłownie wszyscy pasażerowie – od lokalsów po turystów – są wpatrzeni w panoramę Hong Kongu z tyłu statku. Nie dziwne. Ten widok zostaje w pamięci na długo. Chce się przychodzić na nabrzeże, tylko po to, żeby go podziwiać. Mało która panorama miasta budzi we mnie tyle emocji. Taki zachwyt. Tyle szacunku ale i przerażenia co ludzie zrobili z tą skalistą, tropikalną wysepką.

nabrzeże w Kowloon - piękne figury z papieru, w środku puste, świeci się tylko lampa

przedziwna sztuka na nabrzeżu Kowloon, Hong Kong

Zapada zmrok, kręcę się po promenadzie i cały czas kontempluję Hong Kong. Po prostu trudno się odkleić. Oprócz mnie setki, tysiące ludzi. Mimo co chwila powracającego deszczu, dzielnie chodzą, stoją, robią zdjęcia. Zresztą na promenadzie sporo się dzieje. Jedną z ciekawszych – oczywiście dziwnych – atrakcji są figury bohaterów z chińskich kreskówek. Wyglądają jakby były z bibuły, mienią się niesamowitymi kolorami podświetlane od środka.

i jestem z powrotem w Kowloon, wracam na Tsim Sha Tsui do hotelu w Chunking Mansions. Moja wizyta w Hong Kongu dobiega powoli końca

To był długi dzień. Teraz czas na obowiązkowy punkt, czyli jeszcze więcej jedzenia, jeszcze więcej zapachów i obowiązkowe, przydziałowe, orzeźwiające, schłodzone Tsing Tao. Mimo zmęczenia wpadam ludzki potok, wielki tłum na Nathan Road. Daje się ponieść temu miastu. Jest kolorowo, jest głośno. W żołądku pali po ostrych krewetkach, w głowie buzuje już trochę drugie piwo. Światło, kolory, zgiełk, wszystko to sprawia, że niemal unoszę się ponad chodnikiem. Tak, euforia wywołana podróżowaniem, pysznym jedzeniem i alkoholem to mój ukochany stan. Na ziemie sprowadzają tylko co jakiś czas namolni hindusi wciskający garnitury szyte na miarę, zegarki (Rolex – perfect copy), hasz lub panienki. No ale cóż, świat nie jest doskonały i wszyscy o tym wiemy.

wieczorny widok na Hong Kong z nabrzeża w Kowloon

Ciągnie mnie cały czas na promenadę. W tym stanie jeszcze bardziej. No więc jestem tu znowu. Zmęczony, szczęśliwy, że udało mi się wyrwać zza biurka na 2 dni na drugi koniec świata. Zrobiłem coś, co dla większości byłoby głupotą, szaleństwem, stratą pieniędzy. Czy to ważne co ktoś myśli? To mój czas, moje pieniądze. To moje życie i moje szczęście. Po raz kolejny udowodniłem sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych, że jestem uzależniony od podróżowania, że nie potrafię przyjąć czegoś za pewnik, że chcę poznawać, odkrywać, że nie uwierzę, dopóki nie zobaczę (i nie powącham!). Że świat jest mój.

Hong Kong: znaki na ulicy - ze względu na lewostronny ruch - muszą cały czas przypominać, w którą stronę należy się oglądać.

A jutro wstanę, znowu cały dzień będę chłonął Hong Kong. Wieczorem wsiądę w samolot, żeby nazajutrz o 11 być za biurkiem i robić swoje. Tylko lepiej i z uśmiechem na twarzy.

 

Hong Kong