Widok na Hong Kong w nocy z nabżerza w Kowloon. Na pierwszym planie charakterystyczny chiński statek żaglowy, symbol Hong Kongu - coś wspaniałego

Hong Kong. Droga w górę

To jeden z tych dni kiedy czekam na koniec pracy. Robie swoje z tym uśmiechem w środku. Coś jest tego dnia inaczej. Oprócz laptopa, do biura wziąłem plecaczek. Po pracy, zamiast wsiąść w metro jak zwykle, wsiadłam w autobus. Jadę do końca – na lotnisko. Wszystko idealnie zgrane. Wchodzę do samolotu. Po dwóch godzinach jestem w Londynie. Zmiana terminala. Jestem w kolejnym samolocie. Posiłek i spać. Nie mam nawet siły oglądać żadnych filmów. Miękki fotel starego 777 mnie oplata i pochłania bez reszty. Po 12 godzinach lotu – w piątek o 16:00 jestem w Hong Kongu.

London Heathrow - tablica przylotów i odlotów - magiczne miejsce

Ot taka weekendówka. Mam 2 dni. W niedzielę o 23:30 lot powrotny. Było tanio – jak na Hong Kong. Złożyły się daty. Byłem w Singapurze i strasznie chciałem zobaczyć Hong Kong. Żeby zobaczyć, porównać, sprawdzić, zestawić. Brakuje mi też ciągle zapachu Chin. Co to jest dla mnie zapach Chin? Dla mnie to nieodgadniony miks przypraw, owoców, zieleniny, pieczonego mięsa. To woń, która roznosi się w każdym Chinatown od Melbourne, przez Londyn i San Francisco aż po Honolulu. Wchodzę w uliczkę z knajpami i ta magiczna woń dosłownie odurza mnie za każdym razem. Tak. To chyba zboczenie.

Autobus A21 z lotniska w Hong Kongu do Tsim Sha Tsui

Hong Kong od samego początku przytłacza. Po wyjściu z terminala, powietrze dosłownie mnie obłazi. Po 16 godzinach spędzonych w klimatyzacji, 90% wilgotności i 31 stopni Celsjusz dosłownie człowieka tłamszą. Biorę autobus A21 za 33 HKD – to chyba najlepsza opcja, żeby dostać się do miasta. Niedroga i zapewnia zapierające dech w piersiach widoki wysp, mostów i miasta. Podróż trwa ok. godziny ale w żadnym razie nie jest to czas stracony. Za 100 HKD można wziąć pociąg, który dowozi do centrum w 25 minut, ale człowiek wychodzi na stacji z podziemi w samym centrum i nie wie skąd się tu wziął. Autobus wpuszcza mnie do Hong Kongu powoli, po trochu, dozując widoki. Jak to w Azji, klimatyzacja jest rozkręcona na max, wiec przydaje się bluza i taśma klejąca – do zaklejenia nawiewów nad głową. Bez tego przeziębienie murowane.

Nathan Road przy Tsim Sha Tsui, Hong Kong

Mimo stopniowego dawkowania wrażeń po wyjściu z autobusu, czuję się jakbym wpadł w jakiś szalony wir. Naokoło tysiące ludzi, tłok, napierają ze wszystkich stron, gwar, klaksony, warkot silników, światła kolorowych neonów. Ciągły ruch. Wielkie mrowisko. Moje wszystkie zmysły – nieco otępiałe ze zmęczenia – zwyczajnie wariują. Pełna dezorientacja. Tak wita mnie Kowloon. Miało być po kosztach, więc znalazłem najtańszy hostel, który znajdował się na 16 piętrze Chunking Mansions.

Kowloon, Chunking Mansions przy Tsim Sha Tsui, Hong Kong

To dziwne miejsce jest opisane w przewodnikach jako coś co warto zobaczyć. To niepojęte dla mnie zjawisko. Szkaradny blok mieszkalny w stylu lat ’60, okupowany przez wszelkiej maści imigrantów zarobkowych, z Azji południowej i Afryki. Na dole jest centrum handlowe. Wygląda jak w Bangladeszu. Kupić można tu wszystko. Na jednym straganie kobiety w burkach sprzedają ubrania, tuż obok Hindus oferuje szeroki wybór zabawek erotycznych i filmów porno. Słowem: mindfuck. Na niemal każdym piętrze znajduje się hotel. Do każdej z kilkunastu klatek prowadzą dwie windy: jedna zatrzymuje się na piętrach parzystych, druga na nieparzystych. Do wind ustawiają się gigantyczne kolejki. Ruchem kieruje pan w mundurze. Dostanie się na 16 piętro potrafi zająć kilkanaście minut. Schody – to inny świat. Tak – polecam to miejsca jako „trzeba zobaczyć” każdemu kto kojarzy Hong Kong z expatami w białych koszulach, bankami, bogactwem i wielkim biznesem. Mindfuck.

Hostel na 16 piętrze Chunking Mansions, łóżko przy samym oknie, Hong Kong

Hotel to klasyczny azjatycki rzeźnik, jakie spotyka się w Singapurze, Kuala Lumpur czy Bangkoku. Jest tanio, ale ciasno. Łazienka z tych gdzie prysznic trzeba brać siedząc na ubikacji. Ciepła woda to zbytek – rury idą po ścianach na zewnątrz budynku, wiec woda i tak jest letnia. Sypialnia: cztery osoby na pięciu metrach kwadratowych, więc czułem się jak w czołgu. Łózko na max 180 cm wzrostu, czyli 17 cm za mało. Kłania się spanie na „za dziesięć trzecia” zaklinowany pomiędzy jedną ścianą a drugą. Zaczynałem się nawet krzywić, kiedy nie zobaczyłem widoku. Leżąc na piętrowym łóżku odwróciłem się i odsłoniłem zasłonkę. Byłem na 16 piętrze, przy samej szybie! Przede mną, pode mną i naokoło – kolorowe miasto. Czułem się dosłownie jakbym unosił się w powietrzu.

Spacer po Kowloon, od Chunking Mansions, Hong Kong

Na tak małej powierzchni pokoju, znajomości nawiązują się ekspresowo. Chociażby, żeby zejść z łóżka, musisz poprosić współlokatora, żeby wyszedł z pokoju. Tak poznałem moich towarzyszy. Kolejna abstrakcja: Pedro – Portugalczyk mieszkający w Bangkoku, buddysta i Anton – Rosjanin mieszkający w Chinach, znający kilkanaście języków regionu, żartowaliśmy, że zapewne z FSB. Do tego chiński backpacker z Czengdu… Znajomości znajomościami, ale przyjechałem tu wdychać moją Azję. No i umieram z głodu. Czas zapolować na coś. Wskakuję więc w wir hongkońskiego życia.

Temple Street night market - przepyszne jedzenie, Hong Kong
Temple Street night market to pierwsze miejsce, gdzie można zjeść dobrze i za niewygórowaną cenę. Mnóstwo stoisk z jedzeniem, dużo owoców morza. Tyle przewodniki. Generalnie wszystkie źródła prowadzą tam. klasyczny bazar ze wszystkim, w tym Minionkami pod każdą postacią (od mydła i świec aż po zawieszki na walizki) nie różni się zbytnio od przeciętnego chińskiego bazaru. Dużo tanio, wszędzie to samo. Najważniejsze jest jednak jedzenie. Jedna z uliczek jest po obu stronach usiana wiadrami koszami, skrzyniami i akwariami, wypełnionymi wszelkiego rodzaju rybami, skorupiakami, ślimakami i innymi wodnymi stworzeniami, które niebawem skończą na kuchni a potem na talerzach.

Temple Street night market - stoisko z owocami morza, Hong Kong

Woda w pojemnikach wprost buzuje od ruszających się skorupiaków. Nie wiedziałem, że w ogóle istnieje tyle rodzajów krewetek, homarów, langustynek i innych, które nawet nie wiem jak się nazywają. Ślimaki w muszlach o wszelakich kształtach: zakręcone, płaskie i podłużne, wyglądające jak patyki. Góry świeżych ostryg, wyglądających niczym sterty kamieni. Ryby w kolorach tęczy, z ostrymi zębami i dziobami na pół głowy. Płaskie ryby z oczami po jednej stronie głowy, podłużne, okrągłe. W paski, kropki. Kraby ze szczypcami związanymi taśmą, próbujące wszelkich sztuczek żeby się wydostać z pudełka. Homary dziarsko pływające w akwariach.

Temple Street - owoce morza - te popularne i zupełnie odjechane. Hong Kong

Do tego pokrzykiwania sprzedawców, machanie rękami, głośne zamówienia, szybkie ścieranie plastikowych stołów brudną ścierką i ten zapach. Odurzająca woń przepysznego jedzenia. Smażony czosnek i chili, pieprz syczuański i inne aromatyczne przyprawy, gotowany ryż jaśminowy, ryby, olej sezamowy, sos sojowy. I ten niesamowity chiński pierwiastek. Gdyby dało się uchwycić ten zapach, uwięzić go gdzieś i mieć zawsze przy sobie. W tych gorszych momentach, kiedy smutno, kiedy źle, wymknąć się, zaszyć gdzieś, odkręcić, zamknąć oczy i powąchać. I w jednym momencie przenieść się w to magiczne miejsce, które odurza zmysły i wypełnia człowieka szczęściem.

Temple Street market - owoce morza tutaj to poezja. Przepyszne, świeże, powalają zapachem i smakiem, Hong Kong

Jest drogo. Ceny jak w Londynie. Trochę szok, spodziewałem się że będzie taniej. Przeciętne danie 120 HKD, piwo 0,6l 30 HKD, krab 200 HKD. Raz się żyje, na stół wjeżdżają wybrane przeze mnie krewetki, przyrządzone na piekielnie ostro i zimne japońskie Asahi. Jedzenie doprawione taką ilością pieprzu syczuańskiego można by spokojnie serwować przed wizyta u dentysty. Działa odrętwiająco na całe usta. Niesamowite uczucie. Samo jedzenie to tylko część doświadczenia. Druga, to siedzenie przy plastikowym stoliku, na plastikowym krześle, patrzenie, słuchanie, chłonięcie Chin. Azji. Tego innego świata. Najlepiej poznawać świat od i przez kuchnię.

krewetki w pieprzu syczuańskim, Temple Street market, Hong Kong

Kiedy pierwszy głód został zaspokojony, mogę ruszyć do miejsca, które znam z pocztówek, filmów, książek i praktycznie każdej wzmianki o Hong Kongu. Nabrzeże Tsim Sha Tsui. To stąd rozpościera się panorama Hong Kongu. To tu każdy będąc w mieście, zwyczajnie musi być. Jak zwykle staram się nie używać komunikacji, tylko chodzić, chodzić, chodzić – żeby potem móc więcej zjeść. Idąc z miasta, panoramę zasłania Museum of Art. Zbliżając się do nabrzeża wzbiera we mnie to podniecenie, które zawsze mam będąc o krok od jednego z TYCH widoków, które znamy ze zdjęć. Niby wiemy co nas czeka, ale czujemy się jak dziecko rozpakowujące prezent po choinką. To ta radość. To oczekiwanie. Nóżka pracuje, radość w sercu rośnie, na twarzy pojawia się banan.

Panorama Hong Kongu w nocy - z promenady - to czysta poezja

Czy to na pewno tu? Tłum robi się coraz większy, wychodzę na promenadę i zza morza ludzi widzę przesmyk i tak długo wyczekiwany Hong Kong. Na drugim brzegu setki wieżowców. Są daleko, ale są tak wysokie, tak duże, że wydaje się, że można je sięgnąć ręką i bawić się nimi jak klockami. Wszystkie tona w światłach. Migają, zachwycają kolorami. Zupełnie jakby licytowały się między sobą, walczyły, który zdobędzie uwagę widowni na dłużej.

Przepiękny widok noca na panoramę Hong Kongu

HSBC, Bank of China, IFC2 – wszystko to prawdziwe perełki nowoczesnej architektury. Zachwycają kształtem, wysokością, detalami. Teraz patrzą na mnie. Majestatyczne, ożywione milionami kolorowych diod. Święcą, migają, pulsują. Najpiękniejszy jest całokształt. Wszystkie te magiczne figury razem tworzą niesamowity spektakl świateł. Kropka nad i są przepływające co i raz chińskie łodzie żaglowe. Podświetlone wyglądają jak kolorowe lampiony unoszące się na wodzie. Widok epicki. Na takie przywitanie liczyłem. Teraz będę mógł zasnąć.

panorama hong kongu o poranku - problemem jest smog

Otwieram oczy i zastanawiam się czy to nie sen. Przekręcam się i odsłaniam zasłonkę. Znowu unoszę się 50 metrów na ulicą. Tak, jestem w Hong Kongu. Pora na poranne bieganie po promenadzie. Sprzęt do biegania zajął mi jakieś 80% mojego bagażu i nie przyjechał tu na darmo. Jest 6:00 rano. Temperatura 31 stopni Celsjusza, wilgotność jakieś 70%. Bieganie w takich warunkach to tortura. Gorąco, serce wali, zmęczenie. Ale warto. Widoki na Hong Kong w ciągu dnia. Znowu wychodzę na promenadę jakby po raz pierwszy. Znowu radość, uśmiech, podniecenie.

Pomnik Bruce Lee na promenadzie, nabrzeże Kowloon. Widok na Hong Kong jest przepiękny

Na promenadzie mało ludzi. Mijam głównie expatów, biegających i wyprowadzających psów. Na każdej zielonej przestrzeni, których w Hong Kongu jest bardzo, bardzo mało, trafiam na chińczyków ćwiczących tai chi. To niesamowite z jaką gracja potrafią się poruszać ludzie, nawet ci starsi. Będąc na promenadzie warto patrzeć pod nogi. Na tamtejszej alei gwiazd można trafić na odciski dłoni takich gwiazd chińskiego i hongkońskiego kina jak Jakie Chan czy sam Sam Hui.

Aleja sławy gwiazd honkońskiego kina - Jackie Chan. Hong Kong

Powrót do abstrakcyjnego Chunking Mansions. Mimo wczesnej pory Hindusi zaczepiający mnie i chcący mi sprzedać garnitur szyty na miarę, mimo że jestem w stroju do biegania, śmierdzę i ociekam potem. Tłum przy windach, wiec decyduje się na wycieczkę na 16 piętro. W windzie i tak bym oszalał z gorąca. Po prysznicu na toalecie czas na zwiedzanie. Oczywiście punkt pierwszy to jedzenie. Śniadanie to dla nas zazwyczaj kanapki, jajecznica, może płatki na mleku. Ewentualnie coś na słodko, do tego kawa, sok pomarańczowy. Ja chcę jeść tak jak jada się w Hong Kongu.

Śniadanie w Kowloon - przepyszne flaki z makaronem, Hong Kong

Dawno już skreśliłem congee – czyli owsiankę na wywarze mięsnym, w tysiącu opcji: od tych z żabimi udkami aż po te na żeberkach. Mój układ pokarmowy nie jest wstanie przyjąć owsianki z czym innym niż mleko. Taka na wywarze mięsnym to chyba już najgorzej. Spacerując po cały czas jeszcze w miarę sennych ulicach Kowloon, dostrzegam małe drzwi i kolejkę. W tej samej chwili dochodzi do mnie zapach. Tak. Wąska knajpa, zatłoczona, kilka stolików. Ludzie wchodzą, szybko jedzą i wychodzą. Obsługa się uwija tak szybko, że trudno nadążyć i zobaczyć co robią. Do tego kucharz szykuje zupy za szybą. Widzę wielkie naczynie z duszącą się powoli wołowiną: mostek, flaki, ścięgna, kawałki przerośnięte tłuszczykiem, żylaste i pełne aromatycznej galaretki. Do tego góry misek i warkocze makaronu wyciągane wprawnym ruchem z parującego gara.

śniadanie w Hong Kongu to nie kawa i tosty. Talerz gorącej zupy z makaronem i mięsem - to jest to

Ani przez chwilę nie mam wątpliwości, że tu zjem. Jestem sam, nie ma jedynek, a miejsca się nie marnuje. Pani dosadza mnie do jakiejś pary, pokazuje co chce i po minucie dostaję miskę gorącego, parującego i aromatycznego szczęścia. Żeby nie przesiadywać za długo przy stole, w barze jest zakaz robienia zdjęć jedzenia. Nie ma szans, muszę to pamiętać. Szybka fotka i po chwili zadowolony głośno siorbię boski makaron popijając ożywczym bulionem i zagryzam żelowatymi ścięgnami i rozpływającymi się w ustach kawałkami flaków. Mało śniadaniowe. Dziwnie wchodzi o 9:00 rano, ale ten zapach… Najlepiej.

Nabrzeże Kowloon, w oddali panorama Hong Kongu

Po jedzeniu mogę zwiedzać. Kierunek jest oczywisty – nabrzeże. Promenada jest już konkretnie zatłoczona. Hong Kong po woli budzie się do życia i cały czas przyspiesza. Więcej, szybciej, teraz. Ludzie chodzą coraz szybciej, zajmują coraz więcej miejsca na chodniku, wylega ich coraz więcej na ulice. Ludzie chodzą, siedzą, robią zdjęcia. Wszędzie selfie z kijka. Ku mojemu zdziwieniu sam staję się atrakcją dla chińczyków z Mainland China – jak mówią o Macierzy. Wielokrotnie podchodzili do mnie i chcieli robić sobie ze mną zdjęcia. To dlatego, że w Chinach 197 cm wzrostu to gigant. Spacer po promenadzie w ciągu dnia jest raczej męczący ze względu na tłumy, ale widoki zdecydowanie wynagradzają wszelkie trudy.

kultowy środek transportu w Hong Kongu - Star ferry - czyli osławiony prom z Kowloon do Hong Kongu

Na druga stronę – czyli wyspę Hong Kong – można się dostać metrem, ale to grzech. Za 3,4 HKD można przepłynąć kanał promem Star Ferry, uważanym – zupełnie słusznie – za najtańszy rejs widokowy na świecie. Zielono białe wysłużone łodzie przeprawiają dziennie tysiące ludzi miedzy przystaniami. Sama przeprawa do doświadczenie. Warto to zrobić nie raz. Podczas rejsu na południe widok jest powalający. Tropikalna, górzysta wyspa usiana wieżowcami ze szkła i stali przybliża się co i raz. Drapacze chmur stają się coraz większe, bardziej majestatyczne i przytłaczające. Dopływając do terminala, przy którym w niebo wystrzeliwuje IFC2 czuje się jak mrówka. Wieżowiec jest tak ogromny, że nie ma szans na uchwycenie go w kadrze. Jego karłowaty brat IFC1, który, przysłonięty innymi, ledwo widać, jest zaledwie 24 metry niższy naszego Pałacu Kultury, który wydaje się kolosem.

widok na panorame Hong Kongu z promu Star Ferry, na pierwszym planie budynki IFC1 i IFC2

No to jestem we właściwym Hong Kongu. Szkło, stal i beton. Szarość drapaczy chmur przytłacza. Odrobinki soczystej, tropikalnej zieleni nieśmiało wyłania się gdzieniegdzie z ziemi. Centra handlowe, banki, biurowce, znowu centra handlowe. Potem następne i następne. Tak wygląda Hong Kong.

drapacze chmur w Hong Kongu - charakterystyczny HSBC oraz Bank of China Tower

Hong Kong to oprócz drapaczy chmur przede wszystkim estakady i ulice

Wymieniony w przewodniku Prince’s Building wyobrażałem sobie jako wspaniałe kolonialne pozostałości po Koronie brytyjskiej. Okazało się, że to kilkudziesięciopiętrowy wieżowiec z centrum handlowym. Wszystkie budynki połączone są ze sobą ciągiem kładek i pomostów, po części klimatyzowanych. Dzięki nim można przejść przez całą dzielnicę, de facto nie wychodząc na zewnątrz. Nie jest to takie głupie biorąc pod uwagę, że często tu pada.

Budynek HSBC i Bank of China Tower - jedne z najbardizej charakterystycznych drapaczy chmur Hong KonguTo co zdecydowanie zachwyca, to architektura. Nie ma dwóch takich samych budynków. Mówienie o nich dzieła sztuki to mocne semantyczne nadużycie, ale znaczna większość z nich coś w sobie ma. Im dłużej patrzy się na ich sylwetki tym więcej szczegółów można dostrzec. Abstrakcyjny budynek HSBC – niby prosty kloc ze szkła i stali a jednak wydaje się się jakby falował. Windy umieszczone na zewnątrz, wymyślne kształty, nieregularności. Bank of China Tower – to chyba jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Hong Kongu. Podobno inspirowany budową łodygi bambusa, innym przypomina tasak do mięsa. Można na niego patrzeć godzinami. w dzień, w nocy – oświetlony milionami diod, z dołu, z drugiej strony kanału.

Budynek IFC - jeden z najwyższych w Hong Kongu

Najwyższym budynkiem na wyspie Hong Kong jest IFC2. Ten gigant przypominający maszynkę do golenia dosłownie powala swoim ogromem. Pnie się w górę zaraz przy przystani, wiec schodząc ze statku można go podziwiać praktycznie od samej ziemi. Jest tak wielki, że aby objąć go w kadr zdjęcia, trzeba odpłynąć spory kawałek od brzegu. Ten budynek, jak wiele innych tu, przyciąga, sprawia, że zadzieram głowę do góry, potykam się na chodniku. Może to perfekcyjne wykorzystanie feng shui przy projektowaniu tych perełek sprawiło, że można się nimi cieszyć bez przerwy.

blokowiska hong kongu na zboczu the peak

Jak zawsze, będąc w takich miejscach, mam jeden cel – wydostać się z nich, unieść się nad nie, ogarnąć je wzrokiem. Najwięcej jak się da, objąć je całe. Nasycić się pełnią. W przypadku Hong Kongu, sprawa jest prosta – The Peak Tower. To wieża położona na wzgórzu nad miastem, na wysokości prawie 400 m n.p.m. dostać się tam najłatwiej i najszybciej starym tramwajem, kursującym tu od ponad 100 lat. Łatwo powiedzieć. Kolejka na stacji – kilkaset osób. Szybka kalkulacja. Wychodzi, ze będę czekał jakieś 6 godzin. Na mapie znajduję Old Peak Rd i idę.

old peak road prowadzi na sam szczyt Victoria Peak, Hong Kong

Spacer prowadzi w górę, ulicami Hong Kongu. Ulice kręcą coraz bardziej, robią się coraz węższe. Co chwila zakręcają, wiją się na boki, w dół, potem znowu pod górę. Tu nie ma już sklepów, biur. To dzielnica mieszkalna. 30-to i 40-to piętrowe wieżowce, niektóre tak cieniutkie, że wydaje się jakby mieszkania miały w nich po 10 metrów kwadratowych. Żeby oszczędzić miejsce, wszystkie kable i rury na zewnątrz. Miasto pnie się cały czas w górę. Co zrobić. 7,5 miliona ludzi na tak małej powierzchni.

w miarę wspinania się na Victoria Peak, zza gęstej dżungli coraz lepiej widać Hong Kong

Stopniowo bloki ustępują i wchodzę w najprawdziwszy las deszczowy. Soczysta zieleń, wszechogarniająca wilgoć, powietrze tak ciężkie i gęste, że można je kroić. Upał, woda spływająca po stromych, błyszczących skałach. Dźwięki wszędobylskich egzotycznych ptaków. A jeszcze kilkadziesiąt metrów w dole stałem przed osiedlami wieżowców, za złotymi bramami na pilota, z szafirowymi basenami, mieszkańcami wyprowadzającymi na spacer swoje shih-tzu i shar-pei.

Panorama Hong Kongu oraz Kowloon z Victoria Peak. przepiękny widok

Po kilkudziesięciu minutach spaceru po naprawdę stromym szlaku, docieram na szczyt. W tym miejscu najbardziej obawiałem się rozczarowania. Tego, że widok okaże się przereklamowany, że nie będzie to to, czego się spodziewałem. I nie było. Tego nie można się spodziewać. Po wyjściu na dach ujrzałem Hong Kong w całej swej wspaniałości. Miliony ton szkła, stali i betonu bezlitośnie wciśnięte w tropikalny las, góry i wodę. Ten widok to pean na cześć cywilizacji i osiągnięć człowieka. To dowód na to, że ludzie są wspaniali, że potrafią ujarzmić przyrodę. Oswoić ją, podporządkować sobie. Albo tak nam się tylko wydaje.

Widok z Victoria Peak: wieżowce na wyspie Hong Kong oraz na Kowloon - miasto jest przepiękne

Ten widok trochę oszukuje. Sprawia, że jesteśmy pyszni. Zaczynamy zbytnio wierzyć w swoje możliwości. Zapominamy jak ważna jest natura. Równowaga, szacunek, dbanie o nasze otoczenie. W pogoni za kasą, zapominamy, że drenujemy bezlitośnie i nieodwracalnie nasz dom. Okradamy naszych potomków z natury. Ten obraz to rozpędzona, bezlitosna cywilizacja i stateczna, majestatyczna natura. Jak to miejsce będzie wyglądało za 50 lat. Czy nasze wnuki mają szansę zobaczyć na żywo nosorożca? Pandę? Czy zdążą zobaczyć Vanuatu tonące centymetr każdego roku? Ten widok zachwyca, ale i przeraża. Daje do myślenia. Co z tym zrobisz, zależy wyłącznie od Ciebie.

 

Hong Kong