Alejki ze świeżymi rybami - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Pożegnanie z Japonią. Targ Rybny Tsukiji

Budzik zrywa nas brutalnie o 5:00 rano. Ruszamy niemal nieprzytomni na Tsukiji Market – największy na świecie hurtowy targ rybny i jeden z największych na świecie targów żywnościowych. Żeby dotrzeć tam o sensownej porze i cokolwiek zobaczyć, musimy wstać wcześnie. Nawet nie próbujemy się zebrać na sławną aukcję tuńczyków. Trzeba by wstać o 3:00 rano, wziąć taksówkę, czekać kolejne 1,5 godziny w chłodzie, żeby popatrzeć na licytację. Nasza niezrozumiała miłość do bazarów będzie zaspokojona zwyczajną wycieczką po Tsukiji Market.

Wejście na Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Wczesnym rankiem miasto drzemie. To ta złudna, oszukańcza godzina, kiedy Tokio wydaje się być mało zaludnionym miastem. Ulice są niemal puste, widać pojedyncze, snujące się sennie postacie. Trudno przypuszczać, że za godzinę zacznie się tu prawdziwe piekło. Pierwszy przystanek to stacja. Tak jak wczoraj, zostawiamy plecak w przechowalni. Nauczeni wczorajszym doświadczeniem – robimy zdjęcie szafy, zdjęcie pobliskiej mapki z zaznaczeniem lokalizacji szafy i jeszcze na wszelki wypadek zdjęcie otoczenia. To oszczędzi nam później szukania tego właściwego depozytu. Jeszcze tylko jedna stacja senną kolejką, spacer równie zaspanymi ulicami i jesteśmy przed targiem rybnym Tsukiji.

Stragany na Targu Rybnym Tsukiji - Tokio, Japonia

Hurtownia - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Duża hala Tsukiji otoczona jest piętrowym parkingiem. Bryła przypomina bezduszne zaplecze jakiegoś centrum handlowego. Ze środka wylewają się i rozjeżdżają na wszystkie strony małe samochodziki dostawcze wypakowane kartonami, skrzynkami i styropianowymi pudłami. Wchodzimy nieco ukradkiem, przez parking. Staramy się unikać głównego wejścia, przy którym stoją ochroniarze i do 9:00 nie wpuszczają na targ zwiedzających. Sęk w tym, że kiedy w końcu można tam swobodnie wejść, w zasadzie nie ma już czego oglądać. Cały towar jest już sprzedany, zapakowany w pudełka i zaczyna opuszczać halę targową. Po co w ogóle chodzić na bazar, oglądać ludzi sprzedających ryby? Takie podglądanie jest dla nas kluczową częścią każdej podróży. Zbliża nas do miejsca, w którym jesteśmy, pozwala w jakiś niewytłumaczalny sposób nawiązać więź z ludźmi. Bez słów, gestów. Daje nam też jakieś poczucie przynależności do tego miejsca, bardziej niż przeciętny przyjezdny. Jakbyśmy dzięki takiemu podglądaniu codziennego życia, powoli się z nim stapiali.

Alejki ze świeżymi rybami - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Świeże ryby - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Ruszamy plątaniną korytarzy i alejek wytyczonych pomiędzy ścianami z kartonów. We wnętrzu hali Tsukiji jest chłodno, co w połączeniu z naszym niedospaniem powoduje, że co i raz nasze ciała przeszywa dreszcz. A może to z wrażenia? Naokoło nas pojawiają się dziesiątki, setki różnych ryb, owoców morza, glonów i innych organizmów, które trudno zaklasyfikować. Spacer bez atlasu morskiej fauny jest jakiś niepełny. To jak wycieczka do oceanarium. Możemy oglądać wszelkiej maści ryby – od tych małych do wielkich, ponad dwumetrowych. Są srebrne i ciemno szare, są czarne, ponuro brązowe, czerwone, ale są i takie w kolorach tęczy. Są całe, są już wyfiletowane. Ułożone i posegregowane – każdy rodzaj w oddzielnym pudełku wypełniony topniejącym lodem. Wszystkie bajecznie świeże – kilka godzin temu złowione w morzu.

Świeży tuńczyk na stoiskach - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Małże, muszle, owoce morza - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Stragany z rybami ciągną się bez końca. Pomiędzy nimi można znaleźć styropianowe skrzynki wypełnione ślimakami. Muszle w każdym możliwym kształcie i kolorze. Do tego ostrygi, jeżowce, strzykwy, trepangi, homary, kraby, rozgwiazdy, kalmary, ośmiornice, płaszczki, wątróbki, świeża ikra, jeszcze w ogromnych błonach. Kręgowce i bezkręgowce. Ryby i płazy. Wszystko, co jest w morzu i jest jadalne, jest na tym bazarze. Okazuje się, że Japończycy potrafią przyrządzić i zjeść niemal wszystko, co pływa lub pełza w oceanie. Co więcej, najczęściej robią to na surowo! Na wielu stoiskach, mimo że Tsukiji to targ hurtowy, sprzedający przyrządzają świeżutkie sashimi ze swojego asortymentu. Przodują w tym te sprzedające tuńczyka.

Sprzedawca kroi świeżego tuńczyka - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

kawałki świeżego tuńczyka - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

To specjalne stragany. Czuć, że to najlepsza rzecz, jaką można tu nabyć. Towar wyjątkowy, dla najbardziej wymagających klientów. Są oczywiście ogromne płaty szaro brązowego, głęboko zamrożonego tuńczyka, cięte mechaniczną piłą. Wielkie zamrożone srebrzyste cielska w mgnieniu oka zamieniają się w krwistobrązowe bloki lądujące w pudłach. Są też świeże ryby. Poukładane na lodzie, wyłożone najbardziej poszukiwane i szanowane kawałki. Idealnie wyfiletowane, wycięte z wielkim znawstwem i pietyzmem przez panów pochylonych nad rybą w ogromnym skupieniu, wymachujących płynnie długimi cienkimi i zabójczo ostrymi nożami. Po kilku pociągnięciach opasły kawałek ryby zamienia się w piękny pas idealnie wzorzystego mięsa, przypominającego raczej kawałek kamienia szlachetnego niż ryby.

Świeże wasabi -Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Trufle i grzyby Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Naszą uwagę przyciąga coś, co przypomina jakąś obcą formę życia. Jakby gigantyczne zielone polipy delikatnie poukładane w pudełkach z wodą i lodem. Zielony kolor i horrendalnie wysoka cena – 25 000 jenów, a więc 800 PLN za kilogram – nie pozostawiają wątpliwości. To świeże wasabi. Bezcenny korzeń japońskiego chrzanu dostępny przede wszystkim w Japonii. To, co dostajemy w lokalach sushi, nie ma z nim byt dużo wspólnego, to mieszanka zwykłego chrzanu i barwnika. Wygląda pięknie, dostojnie i pysznie. Prawdziwe wasabi może być tylko świeżo starte, bo bardzo szybko ulatniają się z niego olejki eteryczne i traci swoją ostrość. To chyba jakaś luksusowa część targu, bo kilka stoisk dalej trafiamy jeszcze na czarne trufle, jakieś inne drogie grzyby i znane nam z Okinawy wodorosty z maleńkimi bąbelkami wypełnionymi orzeźwiającym płynem o smaku morza.

Wnętrze hali - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Wózki transportowe - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Błądzimy tak po zakamarkach Tsukiji Market, przemykamy pomiędzy straganami starając się nie przeszkadzać sprzedawcom w finalizowaniu transakcji, nie zwracając na siebie uwagi i nie irytując ich zbytnio. W końcu cały czas jesteśmy tu trochę na nielegalu. W pewnym momencie, orientujemy się, że coś tu nie gra. Czegoś nam brakuje. – Co jest zawsze na targu rybnym? – Niemiłosierny smród! Na Tsukiji go nie ma. Mimo ogromnej liczby ryb – tych mrożonych i świeżych, w ogóle nie czuć tego nieprzyjemnego zapachu. Do nozdrzy dochodzi jedynie świeży zapach morza. To niesamowite, bo faktycznie można się poczuć jak na morzu a nie na śmierdzącym rybim targu. Skąd ten piękny, świeży zapach? Nieprzyzwoicie świeże ryby i jeszcze bardziej nieprzyzwoite dbanie o czystość. Wszystko tu jest od pucowane, zlewane wodą, myte, wycierane.

Codzienny poranny handel na Targu Rybnym Tsukiji - Tokio, Japonia

Wózek na parkingu Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Przechodzimy z hali do hali uważając na szalejące wszędzie wózki. W zależności od malowania przypominają Minionki lub R2-D2. Tyle, że pędzą 20km na godzinę a ich narastające pikanie oznacza, że za sekundę nas rozjadą. Dalej przedzieramy się przez platformy załadunkowe, na których kolejne maleńkie, niemal zabawkowe dostawczaki zapełniają się kartonami świeżych ryb i owoców morza. Wszystko to rozjeżdża się do restauracji w Tokio i okolicach i jeszcze dziś zostanie ze smakiem zjedzone. Najczęściej na surowo. Sami zaczynami być głodni, oczywiście pierwsze co nam przychodzi na myśl to sushi. Nie ma znaczenia, że jeszcze nie ma 8:00 rano. Perspektywa jedzenia surowej ryby z sosem sojowym na śniadanie nas nie przeraża. Szczególnie, że będzie to nie byle jaka ryba. Gdzież można zjeść lepszą niż na targu rybnym Tsukiji?

Kaisendon Ooedo - lokal serwujący sushi na targu rybnym Tsukiji - Tokio, Japonia

Rządek małych barów z sushi widać już z daleka. W zasadzie widać kolejkę do nich. Maleńkie pawilony na 5-10 miejsc, gdzie przy barze mistrzowie szykują sashimi. Od razu możemy poznać, które miejsce jest w przewodniku. Stoi do niego sznureczek turystów spoza Japonii. Więc ten odpuścimy. Obok są takie, do których nie ma kolejki, te też podejrzane. Idziemy kilka miejsc dalej, znajdujemy taki z kilkunastoosobową kolejką i sympatycznym panem wpuszczającym i wypuszczającym ludzi. Kaisendon Ooedo jest maleńki, w środku może jednocześnie przebywać maksymalnie 10 osób. Po odstaniu jakiś 30 minut, kiedy przed nami jest jeszcze kilka osób, pan grzecznie prosi nas o zamówienie. Wybieramy po zestawie z menu obrazkowego wiszącego na zewnątrz, pan wklepuje do tableta, żeby kuchnia mogła już przygotowywać danie. To przyspieszy proces i pomoże rozładować kolejkę.

W lokalu Kaiendon Ooedo - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

Kaisendon czyli surowa ryba w misce ryżu - lokal Ooedo - Targ Rybny Tsukiji - Tokio, Japonia

W końcu, po kolejnych 15 minutach, udaje nam się wejść do środka. Siadamy przy barze i od razu dostajemy gorącą, aromatyczną machę. Idealnie nas rozgrzewa, bo chodzenie po targu i później czekanie w kolejce w rześkim poranku dało nam się we znaki. Po chwili przed nami pojawiają się dwie miski pełne sashimi na ryżu, czyli właśnie kaisendon. Uśmiechają się do nas przepiękne kawałki tuńczyka: ciemnobrązowe i bladoróżowe. Do tego jakaś makrelopodobna, tłusta, aromatyczna biała ryba rozpływająca się w ustach. Kawałki duże, treściwe, idealne. Pod nimi doskonale przygotowany japoński ryż, kawałki słodkiego omleta i oczywiście świeżo starte wasabi. Szkliste, chrupiące maleńkie kawałeczki przyjemnie kręcące w nosie. Do tego kropelka ciemnego, gęstego sosu sojowego.

Śniadanie na Targu Rybnym Tsukiji - Kaisendon Ooedo - Tokio, Japonia

Wszystko to za prawie 3000 jenów – prawie 100 PLN – porcja, czyli tyle ile zapłacilibyśmy za taką porcję sushi w Polsce. Tyle, że jak na Tokio to kilkakrotnie więcej niż na mieście. Czy warto? Jedzenie jest naprawdę boskie, pytanie tylko czy amatorzy sushi rozpoznają różnicę pomiędzy tym, a shushi z miasta, sporządzonego pewnie z tych samych ryb, za 1/3 tutejszej ceny? My raczej nie znamy się na sushi na tyle, żeby wyczuć różnicę. Ale całe to doświadczenie: podglądanie handlarzy na targu, potem czekanie w kolejce, patrzenie jak inni jedzą, w końcu możliwość skosztowania kaisendon w tym właśnie miejscu jest warte zachodu i pieniędzy.

Dworzec Tokyo Station - Tokio, Japonia

Okolice dworca Tokyo Station - wieżowce - Tokio, Japonia

Z targu rybnego Tsukiji ruszamy z powrotem na Tokyo Station, żeby dostać się do pałacu cesarskiego i otaczających go ogrodów. Przede wszystkim jednak, po wyjściu ze stacji wyjściem zachodnim mamy nareszcie okazję zobaczyć budynek dworca. I tu mały szok. Od drugiej – wschodniej strony dworzec praktycznie zlewa się z centrum handlowym i wieżowcami ze szkła i stali. Tutaj – inny świat! Elegancki, ceglany budynek z początku XX wieku przywołuje na myśl stara Japonię. Nie ma tu też tłumów, życie toczy się spokojnie swoim tempem. Wystarczy jednak się obrócić, aby z powrotem wpaść w wir tokijskiego szaleństwa. Znowu drapieżne szklane drapacze chmur, masy ludzi w garniturach, ciągły pośpiech i ten dziwny, mechaniczny pęd. Japończycy wydają się być robotami. Idą równo, w tym samym kierunku, wszyscy podobnie ubrani. Tu nie ma jednostki, są tylko cząsteczki składające się na jeden wielki organizm.

Ogrody Pałacu Cesarskiego są z zamknięte dla zwiedzających - Tokio Japonia

Ogrody Pałacu Cesarskiego - Tokio Japonia

Po krótkim spacerze docieramy do Ogrodów Pałacu Cesarskiego. To ogromna zielona plama na mapie Tokio, coś jakby taki Central Park, płuca miasta. Piękne kształtne drzewa wyłaniają się zza murów otoczonych fosą i wieżami strażniczymi. Wygląda to jak umocnienia fortecy z jakiejś gry fantasy. Idziemy do mostku, żeby wejść. Tam budka strażników i szlaban. Wejścia nie ma zamknięte. Tylko zorganizowane wycieczki. Załatwiane z dużym wyprzedzeniem. – Pałac jest zamknięty dla publiczności – mówi z uśmiechem, nieco łamaną angielszczyzną strażnik. Okazuje się, że w środku nie ma nawet cesarza, bo ten urzęduje i mieszka gdzie indziej. Pałac cesarski w Tokio i ogrody to atrapa. Nie do zwiedzania. Idziemy więc wzdłuż fosy, przez ogromny, wybetonowany plac. Tu nawet z parku nie da się skorzystać. Zamiast zatopić stopy w miękkiej zielonej trawie musimy szorować o okropny beton. Dalej kolejna brama i jeszcze jedna, i znowu most. Szlabany, strażnicy. Zamknięte. Zwiedzania nie ma. Nawet nie ma gdzie usiąść, posłuchać śpiewu ptaków i popatrzeć na ciężkie stalowe niebo zamykające się nad miastem. Trzeba iść, Tokio narzuca swoje mordercze tempo.

W drodze do dzielnicy Roppongi - Tokio Japonia

Roppongi Hills, okolice Mori Tower - Tokio Japonia

Ruszamy na południe, przez pustą dzielnicę biurową. Ulice są absolutnie puste. Jak w londyńskim City w weekend. Wszyscy są w pracy. Po ulicach co i raz tylko przemknie dumnie prezentująca się taksówka Toyota Comfort z szoferem białych rękawiczkach. Maszerujemy przez wymarłe miasto. Jakby powietrze było tu toksyczne, duszące. Wszyscy chowają się za szybami biurowców. W swoim azylu, zaciszu biura. Ruch wraca, kiedy docieramy do Roppongi. Tu kończą się biurowca a zaczyna życie. Kolory, gwar, warkot silników, te miejskie wibracje. Bicie serca tego ogromnego organizmu. Roppongi Hills to arcyciekawy projekt urbanistyczny. Zaprojektowany i wykonany na początku stulecia miał być czymś w rodzaju utopijnego mikromiasta. Samowystarczalna społeczność, czy raczej osiedle, a może raczej megakompleks mieszkalny. Według planu miał poprawić jakość życia mieszkańców zapewniając im wszystko od dogodnych warunków mieszkaniowych, przez powierzchnię biurową, sklepy, restauracje, bary, kluby aż po obiekty kulturalne i rozrywkowe jak kina, galerie, muzea, parki itd.

Rzeźba Maman - Luise Bergeois - Roppongi Hills, pod Mori Tower - Tokio Japonia

Widok na Tokyo Tower spod Mori Tower, Roppongi Hills - Tokio Japonia

Roppongi miało pokazać nowe oblicze megamiast. Czy wyszło? Chyba tak, pomysł został przeszczepiony do innych kompleksów: Tokio Midtown i Toranomon Hills. Docieramy do serca kompleksu Roppongi Hills – 54-piętrowej Mori Tower. Błądzimy naokoło, po labiryntach przejść, mijamy amfiteatr i ślimaki ruchomych schodów. Po drodze niespodzianka! Dosłownie wpadamy na ogromnego pająka – rzeźbę Maman – Luise Burgeois’a. Jest w sumie kilkanaście rzeźb Maman porozrzucanych po całym świecie, m.in. w Bilbao, Londynie, Ottawie, St. Petersburgu, Seulu, Hamburgu, Paryżu, czy Hawanie. Niesamowicie zobaczyć jedną z nich. Chwilę później jesteśmy w ogrodzie w stylu Edo – Mohri Garden. Przechadzamy się wąskimi ścieżkami pomiędzy gęstymi kwiecistymi krzewami, pod pięknymi, kształtnymi drzewami. W małym stawie odbijają się sylwetki zimnych drapaczy chmur, które strzelają w niebo zaraz ponad linią drzew. Stal i szkło uwięzione w tafli wody.

Mori Garden - Roppongi Hills, Tokio Japonia

Siedzimy na ławeczce w parku – w tej mikroskopijnej plamce zieleni pośród morza betonu – i patrzymy na ten śmiały projekt – przyszłość urbanistyki. Jak w tak bardzo konformistycznym społeczeństwie, gdzie w zasadzie nie liczy się jednostka tylko ogół, powstał projekt, którego celem jest stworzenie idealnego osiedla miejskiego? Na czym ta idealność ma polegać? W jaki sposób ludziom ma się dobrze żyć? Chodzi chyba o to, aby maksymalnie zoptymalizować życie mieszkańców. Zapewnić im wszystko – zakupy, basen, teatr, restauracje, masaże, koncerty a nawet wydarzenia sportowe – na wyciągnięcie ręki. Dzięki temu nie będzie zaprzątał sobie głowy bzdurami, będzie mógł się skupić na pracy dla dobra ogółu. Życie prywatne zupełnie pomiesza się z życiem zawodowym, nie będzie wiadomo gdzie kończy się praca a zaczyna dom. Z domu wyjadą podstawowe czynności, które go tworzą – gotowanie, sprzątanie, wspólnie spędzany czas. Bo przecież można zjeść w pracy, sprzątaniem małego mieszkania zajmie się robot i serwis a wieczór można spędzić ze znajomymi na piwie w barze na dole. Jeżeli tak ma wyglądać przyszłość, to ja mówię stop.

Tunel ze stacji Shinjuku do Tokyo Metropolitan Government Building czyli Tokyo Tocho - Tokio Japonia

Przygnębieni ruszamy dalej. Idąc staramy się zapomnieć o piekielnej idei Roppongi Hills– utopijnego kompleksu mieszkalnego. Wyciągamy z Tokio pozytywną energię, to pulsujące wszędzie, kipiące życie. Docieramy aż do Shibuya, stamtąd od razu jedziemy na Shinjuku. Chcemy obejrzeć Tokio z góry. Są na to co najmniej trzy sposoby. Pierwszy to Tokyo Skytree – najwyższa wieża telewizyjna na świecie – ale ta jest na drugim końcu miasta. Druga: Tokyo Tower – czerwono-biały klon wieży Eiffela, który minęliśmy po drodze na Roppongi Hills. Trzecia – najlepsza, bo darmowa i oferująca świetny widok w samym centrum Tokio to Tokyo Metropolitan Government Building – Tokyo Tocho – budynek ratusza z dwiema 234-metrowymi wieżami, z których rozpościera się powalająca panorama metropolii.

Ze stacji Shinjuku praktyczne nie wychodzimy. W tłumie odnajdujemy znaki i dosłownie dajemy się ponieść do Tokyo Metropolitan Government Building. Przenosi nas zautomatyzowany system chodników i schodów. Trasa ciągnie się parę kilometrów. Mijamy kolejne wyjścia, przejścia, wejścia. Kolejne znaki informują, że już się zbliżamy. Jeszcze przejście przez stację metra, przejście podziemne… Potem oczywiście się gubimy, wychodzimy na powierzchnię, błądzimy jeszcze w jakiś podziemiach, po parkingach i jesteśmy! Winda do wieży południowej wynosi nas tak szybko, że ciśnienie w naszych uszach nieco nie nadąża. Otwierają się drzwi i przed nami niekończące się morze betonu.

Tokio widziane z Metropolitan Government Building - Tokyo Tocho - Japonia

Jest wszędzie. Każdą najmniejszą przestrzeń wypełnia zimny beton. Przypomina to powierzchnię Gwiazdy Śmierci z Gwiezdnych Wojen. Kanciaste budynki, z dala wyglądają ja jakaś chropowata narośl na powierzchni Tokio. Ciągną się po horyzont, nie widać ich końca. Miasto wydaje się cały czas rosnąć, kiełkować. Zimne pędy ze szkła, stali i betonu strzelają w górę jakby ścigały się, kto pierwszy, kto wyżej do słońca. Nagle jest – Życie! – spostrzegamy samotną zieloną wysepkę ze wszystkich stron zjadaną przez betonową czeluść. To Shinjuku Gyoen National Garden. Zieleń aż razi po oczach. Napierające ze wszystkich stron miasto wydaje się ją ściskać i wyciskać z niej wszystkie soki. Ta mała plamka zieleni jeszcze bardziej uświadamia, jaką betonową pustynią jest Tokio. Myślałem, że takie widoki zarezerwowane są jedynie dla apokaliptycznych filmów science-fiction.

Panorama stolicy Japonii - Tokio z Metropolitan Government Building - Tokyo Tocho - Japonia

Do tego to przygnębiająco ciężkie niebo. Chmury są jak z ołowiu. Wydaje się, że próbują nas zgnieść a opór stawia jedynie wieża, w której się znajdujemy. Jest przytłaczające, masywne, dominujące. Momentami wydaje się, jakby tam w górze było wielkie lustro, które odbija jałową betonową pustynię metropolii. Scena jak z Incepcji. Przez chmury przebijają się nieśmiało pojedyncze promienie słońca. Chcemy się jeszcze dostać się na sąsiednią – północną – więżę, żeby mieć lepszy widok na część miasta, którą zasłania. Zjeżdżamy na dół i momentalnie gubimy się. Trzeba wjechać na piętro, zjechać, przejść szeregiem jakiś dziwnych przejść. W końcu się udaje, kolejna superszybka winda wynosi nas na taras północnej wieży. Tu widoki są jeszcze bardziej dołujące. Więcej otwartych przestrzeni. Widoku nie przesłaniają tu rzędy wieżowców stojących tuż obok Metropolitan Government Building. Tu widać jak na dłoni całe to betonowo-stalowo-szklane pustkowie.

Tokio z Metropolitan Government Building - Tokyo Tocho - Japonia

Wytchnienie znajdujemy z drugiej strony gdzie ten apokaliptyczny krajobraz zasłaniają pobliskie budynki. Ich widok jest kojący – z bliska ich kształty, kontury sprawiają wrażenie bliskich, przyjaznych. Kojarzą się z życiem, ludźmi, jakby miały twarz, w przeciwieństwie do bezosobowej, bezdusznej pustyni. Nie wiem skąd, ale przez głowę przechodzi mi nieprzyjemna myśl o trzęsieniu ziemi. To chyba przez te ogromne otwarte i wydawałoby się puste przestrzenie. Wolałbym go nie doświadczyć tu na górze. No i ten czas… patrzymy na zegarek – już prawie 17:00… musimy jechać! – Za 5 godzin samolot do domu. Dlaczego on musi lecieć tak szybko?

Harajuku - ulica Takeshita Dori - rewia mody młodych Japończyków - Tokio, Japonia

Wracając kradniemy jeszcze trochę czasu na szybką wycieczkę po Harajuku. Pretekst banalny – może kupimy jakieś pamiątki… – Nie wiem po co sami się oszukujemy, oboje przecież dobrze wiemy, że chodzi o to, żeby jeszcze raz się tam przejść. Zgubić w tłumie, zbliżyć do tego miejsca, nawiązać z nim jakąś więź, przynależeć tu bardziej niż to się należało każdemu innemu przyjezdnemu. Trafiamy na Takeshita Dori znowu, kiedy słońce powoli chyli się ku zachodowi. Ten ulotny moment. Piękne, ciepłe różowe światło wypełnia miasto, wyostrza kontury, kolory. Wszystko wydaje się ładniejsze. Zalewa uśmiechnięty tłum ekscentrycznie ubranych ludzi. Bije od nich wspaniała energia. Czas się zbierać… Ale skoro już tu jesteśmy… to jeszcze na moment… Przecież równie dobrze możemy przejść do Shibuya i tam wsiąść w pociąg.

Skrzyżowanie Shibuya - mekka turystów w Tokio, Japonia

Tłum na skrzyżowaniu Shibuya - Tokio, Japonia

Idziemy więc a niebo robi się cudownie różowe. Ciężkie szare chmury zalane światłem przypominają teraz bardziej płomienie. Im bliżej Shibuya tym bardziej tłum gęstnieje. Przy skrzyżowaniu zaczyna się już wieczorny Armageddon. Znowu dziesiątki policjantów, megafony, gwizdki, ludzie ściśnięci jak w boksach startowych. Ogromny prawie kontrolowany tłum. Obok nas kapitan Jack Sparrow, dalej BB-8, Piccachu i jakieś inne Pokemony, Mario i Luigi, Minionki. Wszyscy na pokład! Gwizdki i okrzyki zlewają się w jedno z gwarem tłumu. Musimy to zrobić jeszcze raz. Sygnał! Tłum rusza. Wsiąkamy w niego, niemal z zamkniętymi oczami dajemy się jeszcze raz ponieść Shibuya. Płyniemy rzeką ludzką. Naokoło nas kolorowe, niemal komiksowe billboardy i neony, ponad nami przepiękne płonące niebo. W nas – Shibuya!

Tokio nocą widziane z pokładu samolotu - Japonia

Zdążyliśmy. Jeden pociąg, drugi, jeszcze szybka kolacja na Tokyo Station i na lotnisko. Jak zawsze, życie na krawędzi. W iście tokijskim tempie. Sami nie wiemy jak to zrobiliśmy. Pięć dni, trzy miasta, pięć shinkansenów, prawie 2 tysiące kilometrów, wyspa królików, daniele w Nara. Mało snu, dużo chodzenia, jeszcze więcej emocji, obrazów i wspomnień. Misek ramenu dla spokoju sumienia nie liczymy. Japonia dla nas to kosmos. Kompletny odjazd, podróż do innego wymiaru. Zaskakująca na każdym kroku – pomieszanie nowoczesności i tradycji, to stan umysłu i nowe spojrzenie na wszystko, co znaliśmy do tej pory. To kalejdoskop wspaniałych smaków, tajemniczych zapachów i pięknych wspomnień. To uśmiechy lekko zakłopotanych Japończyków i kiwanie głową. I Tokio… W dzień przypomina betonową pustynię, w nocy to wulkan. Kipiący światłem, energią, życiem. Tęsknię już w samolocie, patrząc na światła Tokio zasłaniane przez szare ciężkie chmury i znikające stopniowo za chmurami. – Do zobaczenia! –

Tokio, Japonia