Panajachel, jezioro Atitlan, Gwatemala

Jezioro Atitlan. Idealne nicnierobienie

7:00 rano. Antigua jak zwykle piękna, dostojny wulkan Agua góruje nad miastem. Czubek w chmurach. Słońce. Zieleń. Przepiękne uliczki. Nie chce się wyjeżdżać. Dobra, w drogę! Zgodnie z planem – jedziemy nad jezioro Atitlan. A raczej o mały włos byśmy nie pojechali. Oczywiście autobus nie przyjeżdża tam gdzie miał, tylko gdzieś indziej. – Gdzie? Pytamy w kawiarnio-piekarni, spod której powinien ruszać. – Tam, idźcie tam – i Pan pokazuje nam na jakąś ulicę. – Ale gdzie? – No tam… OK, nie dogadamy się. Idziemy wzdłuż ulicy. Za pięć siódma. Trochę nerwowo. Pytam przypadkowego przechodnia moim bardzo podstawowym acz nienagannym hiszpańskim o nasz autobus. Pokazuje w tym samym kierunku co tamten i mówi „casa roja”. To już konkret, znajdujemy czerwony dom z wielka metalową bramą. Trochę ludzi z tobołami, ktoś z plecakiem. Bingo. Oczywiście autobus przyjeżdża jakieś 15 minut po czasie. Mamy szczęście, normalnie obsuwy są po godzinę-dwie.

img_8834

Nasz autobus nad jezioro Atitlan to stary amerykański żółty school bus, który odsłużył swoje w USA, następnie przyjechał tu na własnych kołach z kilkoma przystankami – najprawdopodobniej w Meksyku – na wymianę silnika, dodanie dodatkowych rzędów siedzeń no i oczywiście malowanie i chrom! W Gwatemali bezpieczeństwo i jakość podróży ocenia się po wyglądzie autobusu. Stary, szary, bury i zdezelowany – czekaj następny. Ładnie pomalowany, z błyszczącym chromem, diodami, wielkimi Boziami za kierowcą, różańcami, naklejkami i głośną muzyką – wsiadaj. Skoro kierowca dba o autobus, hamulce też na pewno są dobre.

img_6432

Do Panajachel nad jeziorem Atitlan  jest 78 km. Podróż trwa cztery godziny. W Gwatemali z czasem przejazdu autobusami jest jak z cenami w Zakąski Przekąski – wszystko po 4, 8 lub 12. Tutaj to liczy się w godzinach. Nie zrozumiem tego nigdy, ale nie żałuję ani minuty spędzonej w naszym chicken busie. Jest głośno – silnik warczy, wieje – drzwi są cały czas otwarte, tłoczno – w każdej kolejnej wiosce, miasteczku wsiadają i wysiadają ludzie. Dostojni. Uśmiechnięci. Majowie. Kobiety ubrane w suknie w bajecznych kolorach. Mężczyźni w kapeluszach, z kolorowymi ponczami na koszulach. Oczywiście jest ciasno. W rzędzie przeznaczonym dla dwóch osób, siedzą po trzy-cztery, jak są dzieci, to wejdzie nawet i sześć. Mamy komfort, bo chyba się nas boją – nie dosiadają się do chyba jedynych turystów w autobusie.

img_6439

Cztery godziny drogi nad jezioro Atitlan przegadujemy z Bzu o jedzeniu. Temat rzeka. Nie wiedziałem, że da się tyle o tym mówić. Oboje coraz bardziej wkręcaliśmy się licytując się kto co lubi a czego nie. Inspiracja do rozmowy – chlebek bananowy zabrany przez Bzu z Antigua. Nazwanie tego co jedliśmy po prostu „chlebkiem bananowym” to grzech ciężki. To jest ambrozja. Ósmy cud świata. Piekarski Mt Everest. Nie wiem czy jest inne jedzenie tak proste i tak pyszne. Zapach chleba pozostawał w plecakach jeszcze na kilka dni. Oszałamiający aromat bananów, wanilii, brązowego cukru, maślanego ciasta. W autobusie zapach jest tak intensywny, ze aż ludzie się oglądają co jemy. Nie zainteresował nas żaden z obnośnych handlarzy jedzeniem, którzy wsiadali do autobusu przy każdej możliwości i oferowali swoje specjały. A mieli prawdziwe perełki: tacos, ryż z fasolą i kurczakiem, kukurydzę. Wszystko wyglądało bosko, zabójczo smacznie i świeżo. Ale my mieliśmy nasz pan de banano. Tylko dlaczego tak mało!? To cudo zostało stworzone (nie po prostu upieczone!) w miejscu (nie jakiejś tam piekarni!) Dona Luisa Xicotencatl w Antigua. Już wiem, że muszę tam wrócić przed powrotem do Polski.

img_6438

Droga nad jezioro Atitlan mija szybko. Za oknem zmienia się krajobraz. Do gór i wulkanów dochodzi prześliczne błękitne jezioro i… palmy kokosowe! Po 11:00 jesteśmy w Panajachel. Małe miasteczko nad jeziorem, z którego żyje. Dużo straganów, biur podróży, sklepów, bank. Rozglądamy się za autobusami na dalszą część podróży, zasięgamy informacji w informacji turystycznej, wymieniamy pieniądze, szukamy łódki do San Pedro la Laguna. Upał straszny, chce się pić. Inwestujemy Q5 czyli 2 zł, w świeżego kokosa. Pisząc o kokosach – dla tych którzy nie jedli świeżych – to twarde jak decha, brązowe małe coś, co widzicie w supermarketach to nie jest kokos. To jakiś wyrób kokosopodobny. Nie wiem co to ma wspólnego z kokosem. Jeszcze mniej niż „banan unijny” z prawdziwym małym, brzydkim, poplamionym bananem prosto z drzewa. Prawdziwy kokos jest wielkości głowy, zielono-żółty. W środku ma twardą część ze skorupą. To chyba sam środek – jakiś wysuszony – nam serwują w sklepach. Pan przy nas „oprawia” wielki orzech maczetą, wtyka słomkę i wręcza ogromną kulę wypełnioną orzeźwiająco zimnym nektarem. Nie wiem jak to się dzieje, że w największe upały, woda w kokosie – nawet takim, który leży na straganie – jest przyjemnie chłodna. Do tego przepyszny kokosowy miąższ. Galaretowata kokosowa masa. Tłusta, ale niewiarygodnie smaczna. Bzu się martwi, że nie będzie czym jej wyjąć. Na wypadek takich nieprzewidzianych sytuacji wożę ze sobą łyżeczkę. Chodzimy z plecakami w upale i skrobiemy na zmianę pysznego kokosa.

img_6465

Po drodze na plażę, kupuję na straganie ceviche. To surowa, posiekana rybę, krewetki i małże z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryczki i soli. Wszystko świeżo robione. Surowa ryba ze straganu w taki upał. Jest południe, więc pewnie długo to nie leżało na słońcu. Ryzykuję. Uznałem, że zatrucie pokarmowe od czegoś takiego jest zbyt oczywiste, żeby się przydarzyć. Nic mi nie będzie. A nawet jeśli – dla tego smaku warto było!

img_6455

 Siadamy sobie nad wodą. Patrzymy, delektujemy się pięknem. Błękitna tafla jeziora. Lekko zachmurzone niebo. Wulkany leniwie drzemiące po drugiej stronie wody. Do tego upał, palmy, zieleń, żółty piasek. Wakacje. Już to czujemy. Tu nic nie trzeba. Tu się po prostu jest. Wszystko zostało gdzieś z tyłu. Nie ma codziennych problemów, zmartwień, obowiązków. Jest tylko Atitlan. Robimy zdjęcia, szczerzymy się. Obok nas dzieciaki kąpią się w jeziorze. Wesołe, krzyczą, skaczą z liny przymocowanej do drzewa. Ja też tak chce! Wyglądali jakby robili to codziennie po szkole i nigdy im się to nie nudziło. To tak, jak u nas chodzenie po szkole „na pola”. Siedzieliśmy w trawie, rzucaliśmy kamieniami, czasem kopaliśmy w piłkę, tłukliśmy butelki, paliliśmy ogniska. Oni mają jezioro. I to jakie!

img_9039

Idziemy na łódkę do San Pedro. Oczywiście trzeba czekać aż zbierze się komplet. Mamy szczęście, tym razem niecałe 15 minut. Płyniemy przez Atitlan. Na jeziorze zaczyna trochę wiać, robią się fale. Łódka pruje jak gdyby nigdy nic. Skaczemy – dosłownie – cały czas. Góra dół, góra dół. Wszyscy wyskakują i mają twarde lądowanie na ławkach. Ja mam podwójnie źle z moim wzrostem – najpierw walę głową w sufit kabiny, później walę tyłkiem w ławkę. I tak jakieś sto razy. Aż dziw, że niczyj żołądek nie zastrajkował.

img_9055

San Pedro la Laguna jest urokliwe. Położone u podnóża wulkanu, senne, spokojne, nieuporządkowane. Ale ma w sobie coś, co do niego ciągnie. Pierwszy przystanek – kawa. Lokalna. Nie żadna eko, organiczna itp. Tu nikt o tym nie słyszał. Tu jest po prostu kawa stąd. Tania i dobra. W okolicach uprawiane są jedne z najlepszych ziaren na świecie. Znowu siedzimy na tarasie, sączymy, nic nie robimy. Bo się nie chce. Tylko siedzimy. Wolno nam. Po to chyba człowiek tyra cały rok w korpo, żeby mieć kilka chwil na „marnowanie czasu” w bajkowych miejscach. Przy okazji łapiemy wifi, orientujemy się w terenie i załatwiamy hostel.

img_6477

Od początku wiedziałem gdzie chce spać, kiedy tylko zobaczyłem zdjęcia. Zazwyczaj zdjęcia hosteli w Internecie są przekłamane. Postanowiłem, że mimo wszystko zaryzykuje. Hostal Fe – nad samym jeziorem, z otwartym tarasem, z którego można skakać do jeziora. Wiem, że to zrobię. W barze pytam czy wolno – w sensie, czy pod spodem ktoś nie utopił jakiegoś traktora, betoniarki itp. – gość mówi, że każdy kto skoczy, dostaje raz dziennie darmową kolejkę tequili. Wymiana spojrzeń, przebieranie nogami. Plecaki siup w kąt i do wody. Po kolei, bo ktoś musi robić zdjęcia. Ludzie naokoło – mimo że sami nie wyglądają na normalnych – patrzą trochę jak na wariatów. Bez zastanowienia. Lecę. Taras się kończy. Słońce świeci. Chwila, w której zatrzymuje się czas. Jestem tu. 10 tysięcy kilometrów od wszystkich problemów. Latam. Naokoło przestrzeń. Co za mną? Nieważne. To jedna z tych chwil, dla których warto żyć. Obraz, który pozostaje w pamięci na zawsze. Cieszę się, że mam ją uwiecznioną.

Lago Atitlan San Pedro La Laguna

Potem to na co chyba oboje tak długo czekaliśmy. Nicnierobienie. Chyba najbardziej niesamowite jakie miałem. Tequila. Piwo. Taras, miękkie poduchy, słońce. Telefony idą na bok. Każde z nas po prostu leży patrzy na jezioro. Jak na życzenie, barowe dicho zamienia się nagle w ścieżkę dźwiękową z Sugarmana. Amnezja w czystej formie. Nie myślisz o niczym, po prostu się wyłączasz. Pstryk i już. Totalny reset. Tylko ty, jezioro i Sugarman. W sumie nawet nie próbujemy gadać. Nie ma krępującej ciszy. Jest reset. To nie czas na gadanie o jedzeniu. Mówiąc „naładować baterie” mam na myśli właśnie taki stan. Nie myślisz co masz zrobić, dokąd iść. Nie zastanawiasz się nawet, która jest godzina. Bo po co? Tak mija dzień. Ktoś by powiedział, że leżenie w hotelu w taki miejscu to marnowanie czasu. Gucio prawda! Właśnie po tam przyjechałem. Chłonąć to co mnie otacza – niesamowite widoki, zapachy, dźwięki. Amnezja idealna. Jezioro Atitlan!

img_9177

Szybki spacer po okolicy jeszcze przed zmrokiem i kolacja. Quesadillas na jednym ze straganów i chlebek bananowy od babci na ulicy. Pyszny, niestety do ideału trochę mu brakuje. Wieczór na tarasie. Hamaki, piwo i kolejne rozmowy – o jedzeniu, o filmach, o książkach, o muzyce. Albo po prostu leżenie i milczenie. I patrzenie w gwiazdy. W barze jest impreza, ale ja odpuszczam. Szkoda zdrowia. Amerykanie potrafią się bawić. Jeden z naszych współlokatorów – „Król Julian” – wpada o 3 rano i idąc od drzwi przez cały pokój dosłownie „wychodzi” ze spodni – bez użycia rąk – po czym zasypia w swojej pościeli z Ben Tenem. Abstrakcja.

img_9067

Rano pobudka o 6:00 i bieganie. Zanim zrobi się upał. Postanowiłem zrobić sobie przebieżkę wzdłuż jeziora Atitlan. Widoki tak piękne, ze dosłownie zapierają dech w piersiach. Najpierw kawałek przez miasto, potem wzdłuż plantacji bananów i dalej brzegiem jeziora. Po drodze mijają mnie kolorowe autobusy, pick-upy i wszędobylskie tuk-tuki. Po raz pierwszy widziałem, żeby do tuk-tuka weszło 7 osób! Czytałem, że pobliskie drogi nie są zbyt bezpieczne, ale zaryzykowałem. W końcu biegnę miedzy wioskami. Są ludzie, nic mi się nie stanie. Mijam kilkanaście pojedynczych osób i dopiero przy którejś z kolei zdaję sobie sprawę, że każdy chodzi tutaj z maczetą! Później przeczytałem, że maczeta to nie broń, tylko narzędzie rolnicze, wiec to tak, jakby u nas ktoś chodził z motyką albo grabiami. Około 7:00 robi się niesamowity upał wiec zawracam.

img_6536

Drugi dzień amnezji. Plan na dziś – nicnierobienie. Śniadanie, leżenie, delektowanie się piękną pogodą, jeziorem. Kajaki! Tak! Popływać po jeziorze. Szybkie rozeznanie co i gdzie. Powtórka z liczebników hiszpańskich i lecimy szukać kajaków. Są tuż obok. Pan chce Q40. Po długim targowaniu dajemy Q10 za 2 osoby na 2 godziny. Płyniemy na jezioro. Jak najdalej, na środek. Widać San Pedro i pozostałe wioski San Juan, San Pablo, San Marcos – wszyscy święci dookoła jeziora. Wyglądają magicznie. Pomiędzy jeziorem a wulkanem. Jakby były przyklejone i trzymały się na słowo daję. Niby nie grzeszą urodą, ale są naprawdę urokliwe. Gdyby mi ktoś pokazał zdjęcie tego miejsca i kazał zgadnąć gdzie to jest, trudno byłoby mi nawet wskazać kontynent. Południowa Europa? Afryka? Może Azja? Zarazem do niczego nie podobne i magiczne. To magia tego miejsca. Przyciąganie jeziora Atitlan. Bohaterami są tutaj wulkany. Można na nie patrzeć bez końca. Po prostu są. Woda jest przyjemnie orzeźwiająca i zarazem umożliwiająca komfortową kąpiel.

img_6565

Upał jest straszny więc kołując po jeziorze postanawiam zahaczyć o sklep i kupić coś orzeźwiającego. Bzu przerażona, bo pierwszy raz na kajaku, a ja z piwem! Dwa małe. Po chwili sama się przełamuje. Wypływamy na środek zatoczki i dryfujemy przez chwilę rozkoszując się widokami. Powiedzieć, że to miejsce jest wyjątkowe to za mało. To jest czysta magia. Po prostu chce się tu być. Szukamy jeszcze jakiegoś fajnego kąpieliska. Jest sporo pułapek. Jezioro Atitlan ma to do siebie, że lubi się podnosić (wulkany, którymi jest otoczone, cały czas pracują). Dlatego też można np. spotkać kilkadziesiąt metrów od brzegu płycizny z drzewami. Co gorsza, miejscami ktoś te drzewa poprzycinał, tak, że nie widać ich na powierzchni wody a są zaraz pod nią. Można się pokiereszować. Niestety też, miejscami pływa sporo śmieci – to trzeci świat – tutaj nikt nie słyszał o segregowaniu odpadów, nikt się nawet nie przejmuje koszami na śmieci. Śmieć wyrzuca się tam gdzie się jest. Siup i po problemie. Boli mnie to strasznie i nie mogę się do tego przyzwyczaić. Do stert śmieci na poboczach dróg. Miasta są o dziwo dosyć czyste – są regularnie zamiatane. Małe wioski już nie. Oby Gwatemala i cały trzeci świat nie utonęły w śmieciach.

img_9200

Po kajakach idziemy na miasto. Znowu pyszna kawa. Wizyta na targu. Błądzenie pomiędzy kolorowymi straganami z mikroskopijnymi ostrymi papryczkami chilli, zielona kolendrą, ogromnymi melonami i arbuzami, górami żółtych bananów i odurzająco pachnących mango. Niby to brzydkie, blaszane stragany. A jednak. Co chwilę magia kolorów i aromatów. Wesołe miasteczko dla zmysłów. Wszystkiego chce się dotknąć, wziąć do ręki, powąchać. Obejrzeć, zapamiętać. To są przecież zwykłe warzywa. A jednak, pozostały w pamięci. Wszystko jest tak piękne i pyszne, że trudno wybrać. Mango i banany – tak, to są dwa dowody na to, ze Bóg jest i nas kocha. Do tego miejscowe mandarynki. To nie to co u nas: twarde, błyszczące, równe, z naklejką. Tutaj owoce są prawdziwe, nie sklepowe. Brzydkie, poobijane, matowe, nierówne, z plamami, brudne, często kolory nie przypominają tego co znamy ze sklepów. Przy tym są idealne w swojej niedoskonałości i zabójczo pyszne. Jedzenie ich ma jedną wadę. Już nigdy nie spojrzysz na shit z marketów tak samo.

img_9199

 Stragany z jedzeniem przyciągają. Jest coś w obskurnych drewnianych stołach, na których stara kobieta w stroju Majów rozkłada codziennie około południa duże garnki z tym co przygotowała rano. Niby proste jedzenie, nic specjalnego. Podane też bez szczególnej celebry: blaszany, średnio domyty talerz i plastikowy widelec. O serwetkach nie wspominam. Całość konsumowana na murku obok. Patrząc co jedzą inni. Jak jedzą. Co i z czym. Co robią. Gdzie idą, co kupują. Słowem: jak oni to robią!?

img_6590

Nieodłączny element trzeciego świata i oczywiście jedzenia – bezpańskie psy. Są wszędzie. Leniwe, nieagresywne, trochę otępiałe, zawsze głodne. Kiedy tylko siadamy, naokoło nas, jak spod ziemi pojawia się zgraja psów. Wyczuły: jest udko z kurczaka – będzie kość. Przecież jej nie zjem. Momentalnie nas otaczają, siadają, łapią kontakt wzrokowy i patrzą. Głęboko w oczy, co chwila kiwając głową i oblizując się. I tak cały posiłek. Ten psi „tryb sępa” mnie aż speszył. Ten wzrok mówił – daj mi tą kostkę, a zrobię dla Ciebie wszystko! -.  Wyznanie nieskończonej miłości. Po zjedzeniu, na 3-4 rzucamy kości jak najdalej w jednym kierunku, żeby psy za nimi pobiegły i sami uciekamy.

img_6596

I znowu taras, znowu hamaki i jezioro Atitlan. Tym razem plany na kolejne dni. Jutro się rozjeżdżamy. Bzu czeka przeprawa do Meksyku, ja lecę w drugą stronę – do Lanquin i parku Semuc Champey. Więc leżymy przy piwie z nosami w przewodnikach i ulotkach z biur podróży, porównujemy ceny, sprawdzamy, liczymy, kombinujemy. Słońce świeci, jezioro szumi, wulkany cały czas na nas patrzą. Plany ułożone, bilety kupione. Przed obojgiem długi dzień. Pobudka o 4:00, cały dzień w drodze. Dwa dni nad jeziorem, a czuje się jakbym był tu już tydzień. Przecież ja dopiero co tu przyleciałem! W sumie nie – kończy się właśnie czwarty dzień – z czternastu. Czas jednak leci nieubłaganie szybko. Idziemy na pożegnalne nachos – każde z na bierze po całym talerzu. Kolacja przy świecach. Przejedzenie totalne.

img_6606

Restauracja z tarasem nad samym jeziorem. Chyba nie sezon, bo jesteśmy jedynymi gośćmi. Prosimy o wyłączenie światła, żeby było widać gwiazdy na niebie. Widać podwójnie, bo odbijają się w tafli jeziora. Kolejny obraz – tego już aparat nie uchwyci. Na pewno nie z moimi zdolnościami fotograficznymi. I znowu cały czas rozmowy o jedzeniu. Oboje jesteśmy na tym punkcie skręceni. Piwo, potem drugie. Hamaki. Nie chce się z nich wstawać. W barze, jak co wieczór szykuje się impreza – nowa dostawa amerykanów. Życzymy sobie – buen viaje! – umawiamy się, że kiedyś jeszcze na siebie wpadniemy i lecimy spać. Jutro będzie ciężki dzień.

San Pedro la Laguna, jezioro Atitlan, Gwatemala