Jezioro Iskanderkul o poranku - Aleksandra Wielkiego - Tadżykistan

Jezioro Iskanderkul. Po drugiej stronie

Postanawiam wyjechać z Chodżentu jak najwcześniej, jeszcze zanim nadejdzie upał. Już po 7:00 rano, zaraz po wyjściu z budynku przekonuję się, jaki byłem naiwny. Z nieba leje się żar. Promienie słońca oślepiają odbijając się od wszystkiego, od czego się da odbić. Szmaragdowa kopuła medresy przy Panszanbe jest jak Oko Saurona. Czuję jakby wszystkie powierzchnie sprzysięgły się przeciwko mnie i chciały mnie stąd wygonić. Nie tak szybko. Najpierw bazar. Szybko docieram na Panszanbe Bazar. Rano jest tu jeszcze wspanialej. Z plecakiem przedzieram się w tłumie, wybieram spośród pachnących, jeszcze gorących lepioszek i świeżutkich owoców morwy, zbieranych tej nocy, przykrytych liśćmi przed słońcem. Zrobiwszy zapasy, łapię marszrutkę, które zawozi mnie prosto na tutejszy dworzec, z którego złapię marszrutkę w kierunku Duszanbe. Nie wracam do stolicy, chcę wysiąść wcześniej i dostać się nad Jezioro Iskanderkul – perłę gór Fańskich.

plac przed bazarem Panszanbe Panjshanbe - Chodżent, Tadżykistan

Każda wizyta na „dworcu” w dowolnym dużym mieście Azji Centralnej wygląda tak samo. Po wyjściu z busa obskakuje mnie tłum krzyczących kierowców i licytują się jeden przez drugiego oferując mi przejazd do określonego miejsca. Po kolei padają nazwy – Samarkand! Pandżakent! Duszanbe! Taszkent! – Kiedy kolejno kręcę głową kolejni kierowcy odchodzą szukać innych pasażerów. Tym sposobem wokół mnie zostaje kilku jadących do Duszanbe. Dziś sprawa jest bardziej skomplikowana, mówię, że chcę wysiąść za Ajni. To znaczy, że muszę zapłacić za kurs do samego Duszanbe. Postanawiam się jednak potargować i w końcu po kilku minutach zostaje przy mnie jeden młodziak w czapce, z którym dogaduję się na 70 somoni za kurs. Oczywiście nie pytam nawet ile będziemy czekać. Sam mówi, że – pięć minut – Rzucam mu takie spojrzenie, że aż się uśmiecha. Rozumie, że ja rozumiem. Wie, że ja wiem. A ja się w sumie cieszę. Czuję się trochę jak stąd.

Świeże morwy z bazaru Panszanbe Panjshanbe - tut - Chodżent, Tadżykistan

Siadam sobie na murku i zajadam bosko słodkie morwy. Wybieram na zmianę te białe i te czarne. Murek. Bardzo ważny element każdej mojej podróży. Na murkach przesiedziałem te wszystkie chwile, które miały nie mijać. Na nich jadłem, na nich drzemałem, na nich zamieniałem się w odbiornik wszystkiego, co naokoło. Na co dzień mnie roznosi, mam ADHD, wszystko muszę szybko, od razu a na murkach zastygam. Przestaję nadawać, tylko odbieram. Murki to najlepsze obserwatoria światów codziennych, wyzwalacze uważności istnienia. Nie muszę nawet patrzeć. Słucham jak kierowcy targują się, walczą o pasażerów, jak ci pakują wielkie toboły na kolejne terenówki. Z piekarni nieopodal dociera do mnie boski zapach chlebka non. Kobiety w kwiecistych sukniach przechodzą pozostawiając za sobą egzotyczną woń kwiatów. Słyszę skwierczenie i bulgot gotującego się płowu, dobiegające z pobliskiego stoiska. Murek wyostrza wszystkie zmysły.

Droga Chodżent Duszanbe - tutaj rządzą owce - Tadżykistan

owce na drodze Chodżent Duszanbe - Tadżykistan

Z tego chłonięcia około dworcowej rzeczywistości wyrywa mnie kierowca. – Jedziemy! – macha ręką i pięć osób pakuje się do starej Vectry. Zupełnie nie wiem ile czasu minęło i skąd się wzięli ci wszyscy ludzie w aucie. Nie czekałem, nie liczyłem, po prostu odpłynąłem, wyłączyłem czas. Czy jestem już po drugiej stronie. Czy mój umysł jest już w Azji Centralnej? Jeszcze tylko szybkie tankowanie LPG i lecimy z hukiem trasą w kierunku Duszanbe. Kierowca piraci dopóki nie wjeżdżamy w góry. Kolejne zakręty i serpentyny mijamy już ostrożniej. Tu wszyscy nas wyprzedzają i trąbią. Tu droga należy do owiec. Wpadamy w sam środek ogromnego stada liczącego kilkaset sztuk. Owce i kozy, wielka brązowa masa zalewająca całą drogę. Rozlewająca się na wszystkie strony. Nie pomaga żadne trąbienie. Kolejne Ople przedzierają się powoli niczym lodołamacze. W końcu udaje się ominąć stado jakąś boczną ścieżką.

przerwa na obiad - szaszłyk - Droga Chodżent Duszanbe - Tadżykistan

Po dwóch godzinach jazdy zatrzymujemy się w zajeździe, w cieniu góry. Mała łata zieleni, osłonięta przed słońcem wierzbami. Dastarhany pośród trawy. Pora na obiad. Zamawiam szaszłyk, reszta po misce lagmana. Siedzimy razem przy Dastarchanie, kierowca przejmuje trochę obowiązki gospodarza. Wprawnym ruchem ręki rozdziera chleb i rozdaje wszystkim. Przychodzi jedzenie – przepyszne, jeszcze skwierczące, bosko pachnące szaszłyki. Kiedy tak wszyscy zajadają swoje zupy robi mi się strasznie głupio. Zdaje sobie sprawę, że oni jedzą mięso od święta. Musi im wystarczyć zupa na mięsie zagryzana chlebem. A dla mnie ten szaszłyk – 20 somoni – to tylko 8 PLN. Wysuwam talerz na środek i zapraszam wszystkich do jedzenia. Sam biorę lagmana. Chcę być po tej drugiej stronie.

Zerawszan 2 - czyli Zeravshan 2 przy drodze Chodżent - Duszanbe - tu zaczyna się droga nad jezioro Iskanderkul - Tadzykistan

wioska Zerawszan 2 - czyli Zeravshan 2 przy drodze Chodżent - Duszanbe - droga nad jezioro Iskanderkul - Tadzykistan

Po kolejnej pół godzinie mijamy Ajni miejscowość, gdzie droga odbija na zachód do Pandżakentu i Samarkandy. Z telefonem w ręku wypatruję na mapie zbliżającego się skrzyżowania w posiołku Zerawszan 2. Okazuje się, że to kilka starych budynków – ruiny kopalni węgla kamiennego przy jakimś zakręcie. Zatrzymujemy się i kierowca pyta czy na pewno chce tu zostać. Przytakuję a on podaje mi rękę, życzy szerokiej drogi i odjeżdża. Zostaję sam na pustkowiu. Scena jak z filmu – bohater stoi sam z plecakiem na rozstaju dróg, na drugim planie znika oddalający się samochód. Co dalej? Szukam mostu, mozaiki na ścianie kopalni, ruszam drogą wśród zabudowań posiołka. Okazuje się, że za pozostałościami kopalni jest normalna wioska. Domy porozrzucane, na co bardziej płaskich zboczach i wokół rzeki Iskander-Daria. Rzeki wypływającej z jeziora Iskanderkul. Ciężkie chmury zawieszone nad ponurymi gołymi skałami nadają temu miejscu przygnębiającą nutę. W jednym momencie znikają wszystkie kolory, dookoła szarzyzna. I jeszcze będzie padać. A czeka mnie 20 kilometrów marszu.

Wioska przy drodze nad jezioro Iskanderkul - Tadzykistan

Droga nad jezioro Iskanderkul - Tadzykistan

Nie taki diabeł straszny. Kiedy zaczyna lekko kropić, akurat pojawia się jakaś ładna Toyota. Macham i o dziwo auto się zatrzymuje. Trzech chłopaków z otwartymi piwami podwozi mnie prawie połowę drogi. Po drodze zatrzymują się tylko w jakimś baraku, znikają w nim, po czym pojawiają się z jakimś żelastwem – to sklep z narzędziami – tłumaczy kierowca. Normalnie pomyślałbym, że kupili łopaty, żeby mnie okraść, zabić i zakopać gdzieś po drodze, ale nie tu. Tu ludzie mimo swojej dość surowej powierzchowności emanują jakimś ciepłem i budzą moje zaufanie. Panowie wysadzają mnie we wiosce Diżik. Ruszam dalej piechotą. Ludzie we wiosce patrzą na mnie jak na kosmitę. Ich twarze wracają do normalnego wyrazu, kiedy uśmiecham się i mówię – Dobryj dzjeń! – to zawsze działa. Ktoś zagaduje, pokazuje drogę, mówi, że to daleko.

autostop cieżarówką - Droga nad jezioro Iskanderkul - Tadzykistan

w drodze nad jezioro Iskanderkul - Tadzykistan

Mijam most z otwartym szlabanem i pustą wartownią. Nikt tu niczego nie pilnuje. Z pobliskiego pola woła na mnie jakiś starszy mężczyzna. Siłuje się z pompą. Nie może jej odkręcić. Pomagam mu i wspólnymi siłami udaje nam się ruszyć wielkim lewarem stary zardzewiały mechanizm. Potem rozmawiamy. Kiedy mówię, że idę nad jezioro, Namdar – tak ma na imię mężczyzna – pokazuje mi na ciężarówkę warczącą gdzieś w górze drogi na drugim brzegu rzeki – Poczekaj tu. Ta ciężarówka zaraz będzie tędy jechać w górę, zabierze cię – tłumaczy – Nie nad samo jezioro, ale przewiezie cię przez najgorszy odcinek – Siadamy więc sobie na kamiennym murku rozmawiamy o życiu w górach Fańskich i w Polsce. Padają standardowe pytania: ile kosztuje krowa, ile owca, ile chleb, czy mam żonę, ile dzieci, czy rodzice mieszkają z dziećmi, jak duże są rodziny. Czuje się jakbym opowiadał o jakiejś obcej cywilizacji. Tymczasem, po jakimś czasie, faktycznie podjeżdża ciężarówka. Namdar macha, zamienia parę słów z kierowcą, po czym tamten z uśmiechem zaprasza mnie do szoferki.

autostop cieżarówka - Piękne Góry Fańskie - okolice jeziora Iskanderkul Tadżykistan

roboty drogowe - Góry Fańskie - okolice jeziora Iskanderkul - Tadżykistan

Kolejne kilka kilometrów największego przewyższenia pokonuję w komfortowych warunkach szoferki chińskiej ciężarówki Shacman. Z kierowcą dogadujemy się na migi – on nie zna rosyjskiego, ja tadżyckiego. Przed ostatnim odcinkiem, ciężarówka wykręca. Wysiadam i ruszam dalej w górę, odwracam się i widzę jak ciężarówka tyłem zjeżdża wąską ścieżką do koparki, która już czeka, żeby zapełnić wywrotkę kamieniami. Droga wspina się serpentyną poród rudoczerwonych skał. Gdzieś tu miał być jakiś skrót, więc odbijam z drogi i ścieżkami wydeptanymi przez kozy wspinam się stromym zboczem. Zamiast iść długim łukiem drogi, przecinam wzgórza. Niestety szybko gubię ścieżkę i muszę przedzierać się przez kamienie, krzaki, góry i doły. Uważam, żeby nie nadepnąć na żadną żmiję. Spośród kamieni, po których skaczę, co i raz wylatują ptaki. Droga przez labirynt ciernistych krzaków okazuje się nie lada wyzwaniem.

Góry Fańskie - okolice jeziora Iskanderkul - Tadżykistan

Piękne Góry Fańskie - okolice jeziora Iskanderkul - Tadżykistan

Zastanawiam się, po co mi był ten skrót. Przecież nie żeby zaoszczędzić czas. Tutaj nikt nie musi oszczędzać czasu. Tutaj czas płynie w swoim tempie. Wszystko jest inshallah – jak bóg da. Może po to, żeby nie iść drogą. I tak nic tu nie jeździ, ale droga to człowiek, cywilizacja. Ja tymczasem zgubiłem już nawet kozie ścieżki. Brodzę pośród wonnych ziół. Zapach jest odurzający. Pomimo dość silnego wiatru doskonale czuć niesamowitą mieszankę. Nutę jałowca, coś ziemistego, coś orzechowego, świeżość bławatka i tamaryszku przysiadam na kamieniu i skubię sobie chleb patrząc na otaczające mnie przepiękne, surowe góry Fańskie. Szczyty otulone są ciężkimi chmurami. Cały czas mam wrażenie, że uciekam przed deszczem. Widzę, że na otaczających mnie zboczach już pada. Mimo to mam w sobie to uczucie dziwnego spokoju, szczęścia. Jezioro Iskanderkul jest chyba gdzieś niedaleko.

pieszo nad jezioro Iskanderkul - Tadzykistan

szlak nad jezioro Iskanderkul - Góry Fańskie, Tadzykistan

Wchodzę na najwyższy punkt trasy na 2401 metrów n.p.m. i wracam z powrotem na drogę. Stąd widać już wyłaniającą się gdzieś tam hen zza skał nefrytową taflę wody jeziora Iskanderkul. Jeszcze tylko trzeba zejść… jakieś 200 metrów w pionie. Niby nic, a ostatni odcinek drogi robi wrażenie. Stroma, piaszczysta serpentyna dłuży się niemiłosiernie. W końcu docieram do jeziora. Przyciągnęły mnie tu piękne obrazki dzikiego górskiego jeziora o tafli w kolorze jadeitu. Okazuje się, że jezioro nie do końca jest takie dzikie. Na brzegu rozsiane są już dziesiątki domów. Znowu jakiś szlaban, którego nikt nie pilnuje, jakieś szyldy informującymi o wolnych pokojach. Kiedy mijam pierwsze zabudowanie, przejeżdża koło mnie kolumna pięciu nowiutkich Land Cruiserów wyładowanych Azjatami. Zatrzymują się kilkaset metrów dalej i wysadzają wycieczkę. Zdyscyplinowana grupa rusza z kijkami w górę zbocza, a obok maszyn zostaje pięciu kierowców ubranych w czarne skórzane kurtki. Palą papierosy i patrzą. Podchodzę i zagaduje. Wiozą wycieczkę z Singapuru. Proponują podwózkę do pobliskiej turbazy. Dobrze wyszło, akurat tam jadę.

Brzeg jeziora Iskanderkul - Góry Fańskie Tadżykistan

Turbaza - Jezioro Iskanderkul czyli Aleksandra Wielkiego - Tadżykistan

Turbaza to odpowiednik ośrodka wczasowego na Mazurach z czasów PRL. Drewniane domki pośród drew, niedaleko jeziora. Do tego stołówka nad wodą. Baraki, spawane barierki, wyszczerbione parkiety, zapach ziemi i wieczorna wilgoć ciągnąca od wody. Całe dzieciństwo spędziłem w takim w Makowie koło Iławy nad Jeziorakiem. Zagaduję właściciela o cenę – 140 somoni za osobę – dość wygórowaną jak na tadżyckie warunki cenę uzasadnia warunkami lux – jest ciepła woda, toaleta i ogrzewanie – to faktycznie super warunki. Kiedy zaczyna marudzić, że muszę zapłacić za dwie osoby, bo w końcu sam mam zająć dwuosobowy pokój, dziękuję mu i ruszam dalej. Od razu jakby zapomniał, co przed chwilą mówił, prowadzi mnie do mojego pokoju. Jest faktycznie czysto i wygodnie, ale ja zabieram graty i lecę nad jezioro.

Jezioro Iskanderkul czyli Aleksandra Wielkiego - Tadżykistan 1

Jezioro Iskanderkul czyli Aleksandra Wielkiego - turbaza - Góry Hisarskie - Tadżykistan

Przysiadam na drewnianym tarasie przyklejonym do pawilonu służącego jako stołówka. Znowu murek. Znowu chwile, które mają nie mijać. Skubię non, zagryzam słodkimi morelami, obok mnie na kuchence szumi herbata. I patrzę na jezioro Iskanderkul. Tu nie trzeba niczego więcej robić. Po prostu patrzeć i chłonąć. Jestem jak dziecko przyklejone do szyby cukierni. Góry, jezioro, taniec chmur na niebie, pojedyncze promienie słońca oświetlające ciepłym światłem surowe szczyty ponad wodą. I ten niesamowity, wprost nierzeczywisty kolor. Lekko pomarszczona na wietrze tafla przypomina nieoszlifowany jadeit. Ten cud natury, który swoim pięknem wprost onieśmiela, odbiera mowę. Obok karykaturalna architektura letniskowa. Koślawe, ułomne twory sklecone z desek i chropowatego betonu domki, powyginane pręty pociągnięte jaskrawą farbą olejną. Stoi tu jak jakiś nieudany psikus, który człowiek zrobił naturze.

Impreza z kierowcami - Jezioro Iskanderkul czyli Aleksandra Wielkiego - Tadżykistan

Na tarasowym dastarhanie rozsiadają się kierowcy Land Cruiserów. Pod nieobecność wycieczki postanawiają się rozerwać. Na stół wjeżdża chleb, warzywa, tutejszy kefir, herbata i oczywiście wódka. Do tego koniak. Panowie zapraszają mnie do stołu. Koniec kontemplowania natury, ale za to będę mógł ich poznać. Wciskam się gdzieś pomiędzy nich. Rozmawiamy o turystyce, opowiadają jak w ostatnich latach przybywa przyjezdnych. – Prezydent ogłosił rok 2018 rokiem turystyki – tłumaczy jeden z nich. Od razu wyobrażam sobie tą dziwną mentalność środkowoazjatyckich władców. Ogłaszam 2018 rokiem turystyki i ludzie mają przyjeżdżać… Na szczęście, tak jak w przypadku sąsiedniego Uzbekistanu, za deklaracjami idą konkretne decyzje i czyny. Teraz naprawdę łatwo się tu dostać. A naprawdę warto.

Zachód słońca - Jezioro Iskanderkul czyli Aleksandra Wielkiego - Tadżykistan

Do głowy docierają kolejne kolejki tadżyckiego koniaku popijanego gorącą herbatą. Niektórzy piją wódkę zapijając ją łyżką słonego kefiru. Dla mnie rzecz trudna nawet do wyobrażenia. Częstuję panów papierosami, które przywiozłem ze sobą z Polski, jako „przełamywacz lodów”. Działają. Robi się coraz weselej i gwarniej. Tadżyckie rozmowy robią się coraz szybsze i coraz bardziej żywiołowe. W końcu do turbazy dociera wycieczka, która wybrała się na krótki trekking do pobliskiego Jeziora Żmij. Wszyscy, razem z kierowcami znikają w środku stołówki, gdzie czeka już na nich przygotowana kolacja. Ja zostaje na tarasie i oglądam bajeczny zachód słońca. Czekam na noc i gwiaździste niebo. Chciałbym zobaczyć drogę mleczną odbijającą się w tafli jeziora Iskanderkul. Siedzę tak zakochany w tych górach bez pamięci i popijam resztki ognistego koniaku. W końcu mróz mnie wygania.

Jezioro Iskanderkul o poranku - Aleksandra Wielkiego - Tadżykistan

Poranek jest zimny, ale przepiękny. Ubrany w puchówkę, znowu z gratami, znowu na tarasowym murku, popijam gorącą herbatę i skubie non. Śniadanie idealne. Czyste, soczyście błękitne niebo. Powietrze tak doskonale przejrzyste i rześkie, że wydaje się, że można je kroić. W jadeitowej tafli wody odbijają się górskie szczyty. A gdzieś tam hen w górze wisi jeszcze przyczepiony rogal księżyca. W takie miejsca zawsze zabieram ze sobą w głowie te idealne obrazki, które gdzieś znalazłem. To właśnie one wabią mnie w takie miejsca. Zawsze chcę je skonfrontować z rzeczywistością. Zazwyczaj okazuje się, że rzeczywistość jest dużo bardziej zwyczajna w wymiarze estetycznym, za to zachwyca bogactwem i złożonością, której nie odda żadne płaskie zdjęcie. Może uwięzić tylko kolory, światło i cień. Rzadko kiedy łapie duszę. A w miejscach najważniejsza jest właśnie dusza. Wszystkie te obrazki, oczekiwania i wyobrażenia giną w końcu pod stertą wspomnień.

Kulimoron czyli jezioro Żmij - zaraz obok jeziora Iskanderkul - Tadżykistan

Widok na jezioro Iskanderkul - Tadzykistan

Zaczepia mnie właściciel i proponuje powrót do Ajni. Rzuca cenę 100 somoni i chce jechać od razu. Dziękuję grzecznie, bo zwyczajnie chcę tu zostać i rozkoszować się jak najdłużej widokiem. Zupełnie nie myślę o tym, kiedy i jak będę wracał. Zostawiam graty i ruszam pod górę zboczem na przeciwko jeziora Iskanderkul do Kulimoron, czyli jeziora Żmij. Nie ma tu żadnej ścieżki, idę po prostu pod górę, pomiędzy krzewami tamaryszku i kępami ostrych krzaków. Robi się ciepło. Po kwadransie, docieram nad jezioro Żmij schowane pomiędzy górami. Jego tafla jest idealnie gładka, odbijają się w niej okoliczne szczyty. Woda jest przeraźliwie zimna, po zamoczeniu ręce aż drętwieją. Nikt nie był mi w stanie powiedzieć skąd wzięła się nazwa jeziora, ale przezornie rozglądam się ciągle i patrzę pod nogi. Nie lubię węży. Za mną coraz piękniejszy widok na Iskanderkul.

Jezioro Iskanderkul w całej swej okazałości - Tadżykistan

Postanawiam wejść jeszcze wyżej, żeby mieć lepszy widok na jezioro. Kręcę się pomiędzy kamieniami i krzakami, w końcu docieram na szczyt wzgórza, z którego rozciąga się bajeczny widok na Jezioro Iskanderkul i okoliczne szczyty. Stąd nie widać koślawych domów szpecących brzegi jeziora. Jest tylko natura. To znowu to miejsce, w którym się siada, patrzy i zapomina o świecie. W którym nie chcemy liczyć czasu, tylko być jednością z naturą. Chłonąć ją, połykać garściami jak maluch watę cukrową. Cały ten świat zgniatać w mały kawałeczek, ściskać w dłoniach. Nie lubię tego momentu, kiedy w końcu trzeba wstać i iść dalej. Ciągle jest jakieś dalej, coś czeka, coś tam trzeba. Nie mogę po prostu tu zostać, być. Chyba jednak nie jestem jeszcze po drugiej stronie. Jest we mnie troszeczkę Azji, ale cały czas walczy z nią moja Europa.

ścieżka nad Wodospad na rzece Iskander-Daria, obok jeziora Iskanderkul - Tadżykistan

Platforma widokowa nad Wodospadem na rzece Iskander-Daria, obok jeziora Iskanderkul - Tadżykistan

Za pagórkiem postanawiam zejść na dziko w dół i wyjść gdzieś koło wodospadu na rzece Iskander-Daria wypływającej z jeziora. Ponoć woda spada tu z 40 metrów. Droga w dół jest trudna, najpierw trafiam na wielkie gruzowiska i gęste krzaki aż kończę na górze stromego, dość grząskiego zbocza. Krążę szukając zejścia aż w końcu decyduję się niemal schodzić. Parę poślizgnięć, obity tyłek, trochę strachu i jestem już na ścieżce – najprawdopodobniej prowadzącej do wodospadu. Po krótkim spacerze, docieram do wodospadu. Kotłująca się woda z przeraźliwym hukiem spada z prawie 20 metrowego urwiska. Zaraz nad nim znajduje się platforma widokowa. Stara, wielokrotnie spawana konstrukcja nie budzi zaufania. Cała skrzypi si się chybocze. Mam wrażenie, że drży pod wpływem huku spadającej wody. Wchodzenie na platformę to jakiś dziwny rodzaj masochizmu. Zadawanie sobie w głowie pytania – czy to wytrzyma? – wydaje mi się na miejscu. Tak jak sama myśl, że można na to wejść. A mimo to wchodzę. I przerażony schodzę. To nie dla mnie.

Wodospad na rzece Iskander-Daria, obok jeziora Iskanderkul - Tadżykistan

Wodospad na rzece Iskander-Daria, okolica jeziora Iskanderkul - Tadżykistan

Zamiast platformy znajduję dobre miejsce na skałach nieco powyżej wodospadu. Tutaj mogę się rozkoszować widokiem gór i nieco bardziej umiarkowanym szumem wody. Samego wodospadu nie widać dobrze, ale wyraźnie czuć jego obecność. Przez wąski kanion patrzę na okoliczne góry. Ich piękny pomarańczowy kolor kontrastuje z ciemnoszarymi, zacienionymi skałami wokół wodospadu. Wracam ścieżką nad jezioro. Podczas całej mojej wycieczki nie natrafiłem na ani jednego człowieka. Widzę z daleka długi warkocz kurzu – to karawana Land Cruiserów z Singapurczykami wspina się serpentynami w drodze powrotnej. Jeszcze idę posiedzieć nad jezioro, staram się je zapamiętać, zapisać w pamięci. Ładnie zapakować i skatalogować pośród moich najpiękniejszych wspomnień. W końcu ten ciężki moment. Zakładam plecak i ruszam.

Droga z jeziora Iskanderkul - rzeka Iskander-Daria - Tadzykistan

Jezioro Iskanderkul i rzeka Iskander-Daria - Tadzykistan

Droga powrotna o dziwo nie jest taka straszna. Jakbym miał więcej sił. Nawet strome, kręte podejście po piaszczystej drodze nie zmniejsza mojego optymizmy. Patrzę dookoła, oddycham powietrzem przesyconym aromatem ziół, wsłuchuję się w szumiącą w oddali rzekę przeciskającą się kanionem. Życie jest piękne. Na szczycie drogi postanawiam iść łukiem, który wczoraj ominąłem. W tą stronę droga wygląda sensowniej. Ta okolica, wczoraj zasnuta ciężkimi chmurami wyglądała złowieszczo, jakoś tak postapkaliptycznie. Przy słonecznej pogodzie i błękicie nieba, wszystkie barwy nabierają nasycenia, ostrości. To wspaniałe uczucie, kiedy nie musisz patrzeć na coś, bo czujesz jakbyś był częścią jakiegoś obrazu, sceny, całości. Jakby to wszystko było po części tobą i w tobie. To jak pływanie w materii piękna. Gdzie nie spojrzę tam bajka. Cały świat wokół mnie jest bajką. Chłonę go całym sobą, jestem jego częścią. Właśnie tak wyobrażam sobie działanie narkotyków.

Piękna pogoda - Droga z jeziora Iskanderkul - rzeka Iskander-Daria - Tadzykistan

Kiedy docieram do miejsca, gdzie wczoraj wysadziła mnie wywrotka, słyszę zbliżające się zza pleców auto. Po chwili pojawia się rozklekotany stary terenowy Hyundai. Zatrzymuje się a zza kierownicy wychyla się starszy mężczyzna, który zaprasza do auta. Akurat przeszedłem spory kawałek, upał i plecak zaczęły mi się dawać we znaki, więc uznaje, że mogę skorzystać. Przednia szyba jest tak potłuczona, że nie wiem jak kierowca może cokolwiek widzieć. Rozmawiamy o Tadżykistanie, o mijanych wioskach, o ludziach i o tym jak zarabiają. – Wszystkie te domy budują ludzie pracujący w Rosji – mówi pokazując na szkielety budynków – Pracując tu, nigdy nie zarobisz na dom – dodaje. Potem sypie się litania narzekań na korupcję urzędników. Dziwi mnie, że w dosyć konkretnie kształtującej się dyktaturze, ludzie tak swobodnie mogą mówić. Rzecz nie do pomyślenia w sąsiednim Uzbekistanie, nie wspominając o Turkmenistanie.

Wioska Diżik - Droga z jeziora Iskanderkul - rzeka Iskander-Daria - Tadzykistan

Po drodze zgarniamy kolejnych pasażerów. W końcu auto wypełnia się po brzegi. Teraz już nie ma dyskusji i narzekań. Jednak ludzie na siebie uważają. Kierowca proponuje, że zabierze mnie do Ajni – tam bez problemu znajdziesz taksówkę – ja jednak postanawiam wysiąść przy trasie w Zerawszan 2. Na odchodne daję kierowcy 10 somoni za podwózkę, za co bardzo serdecznie dziękuje i po chwili znika za zakrętem. Znowu zostaję sam z plecakiem przy drodze. Właściwie to nie sam. Nieopodal, pod ogromną betonową wiatą stoi kilkulatek w szkolnym mundurku. Spogląda na mnie, co chwila z ciekawością. Po kilku minutach próbuje zagadać półsłówkami po rosyjsku. Odpowiadam, że byłem nad jeziorem i czekam na transport do Duszanbe.

Zerawszan 2 - stara kopalnia węgla - droga nad jezioro Iskanderkul - Tadżykistan

Taksówki jeżdżą, problem w tym, że wszystkie są pełne. Kierowcy jadą z Ajni dopiero, kiedy auta się zapełnią. Zastanawiam się czy nie popełniłem błędu wysiadając tutaj. Mogę liczyć jedynie na auta jadące z dalszych miast, z których ktoś już wysiadł. W sumie to się nie przejmuję. Nagle pojawia się starszy mężczyzna – Azad – który z uśmiechem ciekawości zagaduję mnie. Kiedy słyszy, że jestem z Polski, zaczyna opowiadać o służbie w Legnicy o polskich jabłkach, zakupach. Niesamowite jak bardzo ten sam epizod jest skrajnie różny. Dla niego pobyt w Legnicy to przygoda życia, dla mnie to okupacja mojego kraju. Pyta o Polskę, o Unię Europejską o życie. Opowiada o życiu we wiosce – A zresztą – macha ręką – co ja ci będę opowiadał, sam zobacz, zapraszam do siebie na herbatę – mówi. Uwielbiam to tadżyckie – dawaj poczajkujem – to niesamowite zaproszenie do czyjegoś świata, zaszczyt, którego w Europie już raczej nie dostąpimy. Słyszał ktoś, aby np. w Niemczech ktoś zagadał przyjezdnego na przystanku i zaprosił do domu?

Owce na drodze do Duszanbe - Tadżykistan

Owce blokujące drogę z Chodżentu do Duszanbe - Tadżykistan

Jak na złość zatrzymuje się taksówka. Nawet na nią nie machnąłem. Akurat jest jedno miejsce i kierowca odruchowo upycha pasażerów i ich tobołki. Z bólem serca dziękuję i ściskam dłoń Azada przykładając moją lewą rękę do serca, jak w zwyczaju mają Tadżycy. Pakuję się na tylny rząd zdezelowanej Zafiry przez bagażnik i odjeżdżamy. Od razu żałuję, że nie zostałem. Tak bardzo chciałem posłuchać o Azadzie i jego sadach owocowych, z których żyje, o jego synach pracujących w Rosji. Chciałem z nim siedzieć na dastarhanie i popijać herbatę, poopowiadać mu o „Małej Moskwie” i o Polsce. Mogłem zostać jeszcze parę godzin. Po prostu. Niestety schrzaniłem. Nie jestem po drugiej stronie. Wygrał strach przed lecącym czasem, chęć dotarcia gdzieś jak najszybciej.

Trasa z Chodżentu do Duszanbe - przejazd przez góry - Tadżykistan

Przepiękne góry fańskie - Trasa z Chodżentu do Duszanbe -Tadżykistan

No więc jadę. Wracam do Duszanbe, nie wiem po co. Zostawiam za sobą przepiękne góry, jezioro, spokój i rześkie poranne powietrze. Przede mną znowu miejski zgiełk, klaksony, zapach spalin, dużo ludzi, którzy się dokądś spieszą. Z pomocą przychodzą mi owce. Czyżby chciały mnie uratować? Drogę blokuje ogromna brązowa, włochata i becząca masa. Doganiamy stado owiec, przez które przeciskaliśmy się wczoraj. Zwierzęta nie ustępują, zajmują całą szerokość drogi. Kierowcy trąbią, krzyczą, ale nic to nie daje. Powoli przeciskają się, uważając na każde zwierzę. Dzięki owcom opuszczam góry wolniej. Pomogły mi skraść jeszcze kilka z tych chwil, które miały nie minąć, a minęły. Bezpowrotnie jak zawsze…

Gdzieś po drodze znad jeziora Iskanderkul do Duszanbe, Tadżykistan

Książki o Tadżykistanie:

Erika Fatland. Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Ludwika Włodek. Wystarczy przejść przez rzekę

Jacek Hugo Bader. W rajskiej dolinie wśród zielska

Krzysztof Samborski. Zjadłem Marco Polo

Marcin Sawicki. Morze Światła. Opowieści Tadżyckie

Marta Owczarek, Bartek Skowroński. Pod Stopami Słońca. Motocyklami po Bezdrożach Azji

Szukasz noclegów?

Zarejestruj się, żeby dostać zniżkę:

50 PLN na pierwszą rezerwację na booking.com

100 PLN na pierwszą rezerwację na airbnb

Po prostu kliknij, zarejestruj się i rezerwuj.