Orzeł, sokół, sęp, orłosęp, jastrząb i wiele wiele innych drapieżnych ptaków można spotkać w mongolskim stepie

Kanion Galuut. W krainie orłów

Budzi nas odurzający zapach tych dziwnych dzikich ziół. Połączenie lawendy, rozmarynu i czegoś jeszcze. Parując w porannym słońcu wydzielają magiczną, wspaniałą woń. Naokoło, z cicha popiskując, biegają pomiędzy kępkami traw małe myszki. Po ziemi mkną cienie orłów, które nie wiadomo kiedy, pojawiają się na niebie. Dookoła wspaniała dolina, z której wyrastają górki, pagórki i skały. Mniejsze i większe. Porośnięte trawą i z gołej skały. Jest pięknie, ciepło i pachnąco. Teraz wszystko musi się udać. Jedziemy do kanionu Galuut a potem na północ do drogi asfaltowej w okolicach Cecerleg i zwiedzamy ajmak północnochangajski (Arkhangai). Według mapy to łatwizna. Musi się udać!

biwakowanie w Mongolii należy do bardzo przyjemnych. widoki, zapachy, dźwięki są wspaniałe. okolice Galuut Canyon, Mongolia

Przejeżdżamy przez coraz bardziej urodzajne tereny. Wraca zieleń. Czuć więcej wilgoci w powietrzu, góry na północy robią swoje. Nawet jeżdżenie po szerokich dolinach staje się trudniejsze. Już nie da się ot tak po prostu przejechać na przełaj, żeby wrócić na drogę, która znika. Czyhają tu pułapki – grząskie, podmokłe łąki, w których auto momentalnie się zakopuje. Jedziemy coraz uważniej, wolniej i ostrożniej. Więcej wody, to więcej zwierząt. Mamy wrażenie, że wszystko naokoło się rusza. Polne myszki, myszoskoczki czy coś jeszcze innego. Biegają, skaczą pomiędzy norami, które są dosłownie wszędzie. Jeżeli są gryzonie, są i drapieżne ptaki. To jest kraina orłów. I nie tylko. Sokoły, sępy, orłosępy. Pierwsze okazy budzą nas zachwyt i niedowierzanie. W końcu nie tak łatwo zobaczyć orła. Nie tutaj. Tu są wszędzie. Przepiękne, duże, majestatyczne.

Orzeł, sokół, sęp, orłosęp, jastrząb i wiele wiele innych drapieżnych ptaków można spotkać w mongolskim stepie

jaki to częsty widok na mongolskim stepie - Mongolia

Żegnamy już chyba na dobre pustynie i suche stepy. Widać coraz więcej śladów ludzkich osiedli. Drogę jest nieco łatwiej znaleźć. Przynajmniej, jeżeli chodzi o kierunek. Wystarczy jechać wzdłuż słupów linii telefonicznej – te przecież są pomiędzy miastami. Coraz więcej jest stad zwierząt. Są oczywiście nieśmiertelne owce i kozy, jak wcześniej, tyle że ich ilość zaczyna być obezwładniająca. Tu stada liczą po grubo kilkaset sztuk. Są też konie, nie ma już natomiast wielbłądów. Pojawiają się ogromne włochate krowy znane szerzej jako jaki. Ich niezdarne małe kroczki, niesymetryczne, poszarpane futro sprawiają, że trudno przejść obok nich nie uśmiechając się od ucha do ucha.

Miasteczko Galuut w pobliżu Bayankhongor czyli Bajanchongor, Mongolia

Galuut w pobliżu Bayankhongor czyli Bajanchongor, Mongolia

Szybko trafiamy do miasteczka Galuut. Jak większość mongolskich osad, z daleka przypomina tarczę do Masterminda. Różnokolorowe dachy wciśnięte gdzieś pomiędzy drewniane szlaczki płotów. Z bliska bardziej przypomina połączenie Edoras z „Dwóch wież” J.R.R. Tolkiena i miasteczka z „Krwawego Południka” Cormaca McCarthy’ego. Szczególnie położone w tak dramatycznym otoczeniu. Góry, pobliski kanion, ogromne wyschnięte koryto rzeki pełne szarych kamieni. Miasteczko jak zwykle proste. Kilka rzędów drewnianych płotów, skrywających gery i proste domki, pomiędzy nimi ulice z ubitej ziemi. Gdzieniegdzie wystają słupy. Nad zabudowaniami krążą orły. Zakreślają leniwie ósemki, czuwają, jakby pilnowały miasta. Zwykłe, zapomniane miasteczko o niesamowitym klimacie. Jest tu tak niesamowicie pusto. Wiatr dosłownie szaleje na ulicach. Tak bardzo nic nie ma. Takie miejsca działają na mnie jak magnes. Tutaj nic się nie ma nic do roboty. Tu się po prostu jest.

pusta droga gdzieś w Mongolii, okolice Galuut

Jaki na drodze do Galuut Canyon Mongolia

Galuut to dla nas to postój po drodze do kanionu, chcemy więc uzupełnić zapasy wody. Znajdujemy studnie, oczywiście zamknięta. Postanawiamy więc wrócić po wodę później, w drodze powrotnej z kanionu. Miasto kończy się w jednej chwili, droga wije się przez szeroką dolinę prosto do gór gdzieś hen na horyzoncie. Niebo jest ogromne, przytłaczające, wydaje się, że zaraz spadnie nam na głowy. Drogę przejmują zwierzęta. Mimo ogromnych przestrzeni – jak okiem sięgnąć pastwiska – one wybierają środek drogi. Leżą od niechcenia na śladach aut. Zdziwione, dlaczego tędy jedziemy, od niechcenia przesuwają się wydając przy tym dziwne, podobne do fukania odgłosy. Do tego owce. Widzimy jakieś małe skulone futro centralnie przed nami. – Ile ich tu leży? – pytam – Dwie, do trzech – rzuca Ula, a ton jej głosu wskazuje, że jest w tej dziedzinie ekspertem. Po chwili włochata kulka rozpierzcha się na wszystkie strony, wybiega z niej sześć owiec! Przez co do końca wyjazdu jej estymacje w tych kwestiach będą już na wszelki wypadek zawyżane.

Galuut Canyon - wspaniałe widoki na pustynie, Mongolia

Kanion Galuut Mongolia

W końcu, po pokonaniu niezliczonej liczby pagórków, ominięciu tysięcy zwierzaków, jazdy przez cichy, rozległy step docieramy do końca drogi. Jesteśmy nad rzeką Galuut Gol. W wolnym tłumaczeniu oznacza to gęsia rzeka. Trudno się nie domyślić, że chodzi o jej kształt. Kanion ma długość 350 kilometrów. Rozmiar kosmiczny – Wielki Kanion Kolorado jest zaledwie niecałe 100 km dłuższy – ale w mongolskich realiach to nic nadzwyczajnego. Przestrzenie są tu tak ogromne i tak puste, że zupełnie nie rzuca się to w oczy. W najwęższym miejscu kanion mam zaledwie metr szerokości. W ogóle nie jest za szeroki, co powoduje, że woda w nim szaleje. Z głębi kanionu dochodzi wyraźny szum wody, momentami przechodzący w dudnienie, co niesamowicie kontrastuje z ciszą stepu, którym jeszcze przed chwilą jechaliśmy.

pacer nad kanionem Galuut. Mongolia

orzeł latający ponad kanionem Galuut, Mongolia

widok na Kanion Galuut Canyon.Mongolia

Wspinamy się na ścianę kanionu i po chwili jesteśmy już kilkadziesiąt metrów wyżej. Spacerujemy w niemiłosiernym upale wzdłuż krawędzi urwiska. W dole bladozielona rzeka przebija się przez wąskie szczeliny. Echo odbija się od ciemnych, ostrych skał porośniętych okrągłymi kępkami krzaków. Naokoło nas pustka, ogromne przestrzenie. Ponad nami gorące powietrze przecinają ogromne drapieżne ptaki. Na ziemi migają tylko ich ogromne plamy jak w jak w teatrzyku cieni. Gdzieś daleko naprzeciwko pędzi stado koni gnane przez pasterza. Scena jak z filmu na National Geographic. Idziemy ostrożnie wąziutkimi ścieżkami wzdłuż urwiska. Przysiadamy, patrzymy, wsłuchujemy się w szum rzeki, patrzymy na otaczające nas góry i stepy. Wspaniałe miejsce. Droga prowadzi dalej i dalej, zakręca razem z biegiem rzeki, przybliża się to oddala od krawędzi. W końcu odchodzi od kanionu i wychodzi w głąb płaskowyżu. Od tego momentu kanion jest niedostępny. Nie depczą go ciekawskie buty przyjezdnych. Rzeką też trudno się tam dostać. Niesamowita jest świadomość, że są na naszej planecie takie miejsca. Wydawałoby się tak bliskie, w zasięgu ręki, a tak niedostępne.

Okolice kanionu Galuut Mongolia

Ovoo - sterty kamieni to przydrożne talizmany - mają przynieść szczęście. Mongolia

Wracamy do Galuut. Odprowadzają nas orły kołujące wysoko nad naszym autem. Krążą nad nami jakby nas pilnowały. Zataczają ósemki, majestatycznie szybują. O ich obecności przypominają nam ogromne cienie przecinające trawę naokoło. Na ziemi z kolei czekają na nas owce, kozy, jaki i konie. Wszystkie tak od niechcenia ustępują nam miejsca, jakby chciały nam przypomnieć, że są tu u siebie a my jesteśmy tylko gośćmi. Zatrzymujemy się obok jednego z tajemniczych ovoo. To stosy kamieni rozrzucone po całej Mongolii. Są czymś pomiędzy kapliczką, pomnikiem, talizmanem a punktem orientacyjnych. Mongołowie zawsze zatrzymują się przy każdym, schodzą z konia, składają ofiarę. Dlatego często można na ovoo znaleźć butelki po wódce, pieniążki, jakieś plastikowe tabliczki czy wstążki z modlitwami. Może to jest właśnie przepis na pomyślna podróż po Mongolii.

Droga do Galuut Canyon Mongolia

bezdroża Mongolii, okolice Galuut

Czyżbyśmy przeoczyli ten zwyczaj? Czyżby nieskładanie ofiar przy ovoo było przyczyną kłopotów? Najwyraźniej, bo nagle Ula przekazuje mi złą wiadomość – Kabel do iPhona się zepsuł, jeden już kompletnie, drugi za chwilę będzie kaput – Przez ostatni tydzień tak w samochodzie trzęsło na wybojach, że od drgań kabel się zakręcił, dosłownie „obrał” z osłonki i naderwał. Wszystko tak powoli i niepostrzeżenie, że nie mieliśmy szans go naprawić. Mieliśmy zapasowy, a że korzystaliśmy z nich na zmianę lub jednocześnie. Oba kable są martwe. Analizujemy sytuację. Mamy po jakieś 50% baterii, tryb samolotowy i jakieś 100 km do najbliższego miasteczka. Ruszamy więc na północ. Teraz naszym celem jest miasteczko Żargalant (Jargalant) sklep, w którym dostaniemy kabel. Nie chodzi oczywiście o internet, tego i tak nie mamy. Nawet nie o zdjęcia. Mamy zapasowy aparat. Sęk w tym, że bez telefonu nie mamy Maps.me, czyli naszej mapy z GPS-em. Bez tego jesteśmy absolutnie ślepi. Papierowa mapa do niczego się nie przyda przy braku dróg i znaków.

Klasztor buddyjski w Mongolii - gdzies pośrodku stepu w okolicach miasteczka Galuut

przepiękny klasztor w pobliżu Galuut w Mongolii - podczas naszej wizyty akurat w remoncie

Od tej pory te same drogi, te same góry, te same rzeki stają się bardziej obce, wrogie, groźne. Kiedy każdy znikający procent baterii i droga ku niewiadomemu budzi kolejne wątpliwości: Czy zdążymy? Jak trafimy? A co jak? Początkowy stres przechodzi. Jedziemy, wszystko będzie OK. Tak to już jest z planowaniem w Mongolii. Po prostu trzeba się dać ponieść. Efekt? Pośrodku niczego (współrzędne GPS), wyjeżdżasz zza góry a przed tobą, nie wiadomo skąd przepiękny klasztor. Jak w jakimś pięknym śnie, ładniejszy niż na jakiejkolwiek pocztówce. Śliczne budyneczki z zakręconymi zdobionymi dachówkami, drewnianymi gankami, zdobionymi elementami. W tle idealne błękitne niebo z jeszcze bardziej idealnymi chmurkami, naokoło góry. Po prostu bajka! Zatrzymujemy się i Ula od razu leci do bramy klasztoru. Znika na chwilę, po czym wychyla się, macha, skacze żebym przyszedł.

Buddyjski klasztor w okolicach Galuut Mongolia

Klasztor buddyjski w pobliżu Galuut w Mongolii - wnętrze świątyni

Okazuje się, że klasztor jest zamknięty na cztery spusty. Akurat trwa renowacja – jest przywracany do życia po latach zapomnienia i zapuszczenia w czasie komunizmu. Panowie remontujący chętnie ją wpuszczają i zapraszają. Widać, że każdy gość jest tu mile widziany. Nic dziwnego, pośrodku niczego, gdzie łatwiej spotkać orła niż człowieka. Robotnicy otwierają nam świątynie, zapalają światło, częstują cukierkami i zapraszają do oglądania. Główny budynek, pięknie malowany, kolorowy bardziej przypomina obecnie magazyn. Zniesiono do niego chyba wszystkie dewocjonalia z całego kompleksu. Wszędzie stoją różnokolorowe figurki, jakieś poduszki, dywany, złocone pojemniki, gadżety, bibeloty, jakieś książki. Dosłownie wszystko. Pachnie starociami i rozgrzanym drewnem. Kolory wprost kłują w oczy, są tak soczyste i wyraźne, a wdzierające się słońce jeszcze bardziej je ożywia. Miejsce zachwycające. Nie ma o nim słowa w żadnym przewodniku. Nie ma go na mapach. Gdyby nie zdjęcia zastanawiałbym się w ogóle czy w ogóle istnieje.

Flora i fauna Mongolii, gryzonie na stepie

Docieramy w końcu do Jargalant i dosłownie przeczesujemy miasto w poszukiwaniu sklepów. W każdym z kilku sklepów jest wszystko i to samo. Artykuły od a do zet. Szwarc mydło i powidło. Można kupił łopatę, mrożone udka kurczaka, wódkę i kolorowe tipsy. Oczywiście w żadnym nie ma kabla do iPhone’a. Są jakieś uniwersalne i do Androida. W jednym sklepie pani sprzedająca ma kabel i oferuje, że nam naładuje telefon, ale szkoda nam trochę czasu, więc ruszamy dalej. Procenty w telefonach coraz bardziej spadają. Używamy maps.me na zmianę, żeby jak najbardziej oszczędzać baterię. Ruszamy dalej, do kolejnego miasteczka – Czulut (Chuluut) Kolejne 100 kilometrów. Pędzimy i podskakujemy na wybojach a nam przyglądają się ze zdziwieniem setki gryzoni, które są tu dosłownie wszędzie. Małe i duże pieski preriowe niezdarnie gramolą się do swoich nor i przeskakują koło auta. Jak na złość po drodze przepiękne widoki, pojawiają się kolejne punkty spoza mapy.

kamienie jeleni - deerstones - na stepach Mongolii

kamienie jeleni - deerstones sprzed 4 tysięcy lat - wspaniała lekcja historii

Zatrzymujemy się przy kręgu kamieni jeleni tzw. deerstones (współrzędne GPS). Skalne bloki pochodzą sprzed ok. 2 000 lat p.n.e. Przedstawione są na nich sylwetki lecących do nieba reniferów lub jeleni. Prawie połowa z odkrytych kamieni znajduje się właśnie w Mongolii, reszta na terenach rosyjskiej Syberii. Nie wiadomo do końca kto i po co je stawiał. Wyglądają niesamowicie. Zachwyca dokładność i kunszt wykonania. Sposób rzeźbienia i barwienia. W końcu przetrwały tyle lat. Podobnie jak petroglify, tak i kamienie stoją sobie po prostu pośrodku niczego. Żadnej ochrony, żadnych biletów, żadnego płotu, żadnych zwiedzających. Po prostu są. Tak jak były przez tysiące lat. Można podejść, dotknąć sztuki sprzed czterech tysięcy lat! Poczuć pod palcami nierówności, chropowatość kamienia ślady narzędzi. To jest dopiero lekcja historii. Można jej dosłownie dotknąć!

Zjazd z góry gdzieś w Mongolii - droga z Jargalant do Chuluut

Droga z Jargalant do Chuluut w Mongolii - przeprawa przez górskie bezdroża to prawdziwe piekło

Bateria nieubłaganie się zużywa. Dalej droga prowadzi w góry i zamienia się w koszmar. Zamiast w miarę ubitej ścieżki kończymy na stromym podjeździe, pełnym kamieni. Prędkość auta spada poniżej 10 km/h. Początkowo nas to nie martwi, ale po dwóch godzinach takiej jazdy przez góry, po trakcie składającym się wyłącznie z kamieni i nieubłaganie zbliżającym się zmierzchu zaczyna się robić nieciekawie. To najgorszy odcinek, jaki przejechaliśmy. Jesteśmy wykończeni i wytrzęsienie. Musimy robić postoje, żeby odpocząć i przez chwilę nie podskakiwać na wybojach. Zastanawiamy się czy nie zawrócić – Ale co dalej? – Kiedy niemal tracimy już nadzieje, zjeżdżamy z gór. Droga powoli się wypłaszcza, kamieni jest coraz mniej. Pojawia się rwąca rzeka, zostawiamy góry za sobą, wyjeżdżamy nareszcie do szerokiej doliny, na końcu której powinno być kolejne miasto – Czuluut (Chuluut).

górska droga z Jargalant do Chuluut, Mongolia

Miasto majaczy gdzieś daleko na horyzoncie a my ścigamy się z zapadającym zmierzchem. W zasadzie już planujemy, że gdzieś tu się rozbijemy. Mamy miasto w zasięgu, nie możemy się więc zgubić a jutro kupimy kabel i wszystko będzie OK. – To przejedźmy jeszcze kawałeczek – Co i raz mówimy sobie – Tylko za tą górkę i już – Próbujemy nawet się gdzieś rozbić, ale okazuje się, że cała szeroka na jakieś 2 kilometry dolina to jedna wielka rozjeżdżona droga służąca też jako pastwisko. Więc jedziemy. Do Czuluut trafiamy tuż przed zmrokiem. Kolejne miasteczko pośrodku niczego. Przeczesujemy wszystkie trzy sklepy. Oczywiście po kablach do iPhona ani śladu. Jedna Pani wybiega za nami ze sklepu i proponuje wyjazd na łowienie ryb w pobliskiej rzece. Cóż, jest prawie 21:00, jesteśmy gdzieś pośrodku Mongolii, bez mapy i GPS-u. A może by tak rzucić wszystko i iść na ryby?

Chuluut miasto w prowincji Arkhangai, Mongolia

Mamy jakieś 60 kilometrów do drogi asfaltowej. Decydujemy się, jechać dalej. Na asfalcie się nie zgubimy. Jadąc w którąkolwiek stronę dotrzemy do jakiegoś dużego miasta. Znowu kawałek czarnej drogi staje się naszym graalem. Ruszamy więc na północ, najpierw szeroką doliną, potem droga wije się pomiędzy pagórkami. Zmierzch zapada szybko i jedziemy w zupełnych ciemnościach. Przy braku jakiejkolwiek nawierzchni oznacza to toczenie się kilkanaście km/h. Co i raz wpadamy w dziury, jakieś kałuże i grząskie mokradła. Jedyną wskazówką są dal nas niewyraźne, co i raz znikające ślady kół. Gdzieś w oddali widać światła innego samochodu jadącego w tym samym kierunku. Małe punkciki skaczą gdzieś tam, po czym znikają. Znowu zostajemy sami w ciemnościach. Po jakimś czasie pojawiają się słupy telefoniczne. Teraz jedziemy wzdłuż nich. Około północy, kiedy ostatnia bateria pokazuje już 7% jesteśmy zmęczeni, ale już prawie u celu. Mapa pokazuje, że jeszcze tylko most, jakieś 2 kilometry i jesteśmy na asfalcie. Już widzimy światła samochodów mknących po drodze przed nami…

Okolice Chuluut - droga ciągnie się przez szerokoą doline. Mongolia

Maps.me każe jechać prosto, droga pod nami skręca. Nie pierwszy raz tak się dzieje. Zaczynamy kręcić, jechać jakimiś wąskimi przesmykami, zjeżdżamy niemal do rzeki. Droga znika. Wracamy. Widzimy jakieś auto wspinające się gdzieś za nami pod górę, której nie widać. Dwa światełka gdzieś na niebie. Znikają. Wracamy do miejsca gdzie miał być most. Zatrzymujemy się, jak się okazuje – w ostatniej chwili. Wysiadam i orientuję się, że dwa kroki dalej jest przepaść! Zbliżam się do krawędzi, poniżej ciemno, słychać tylko huczącą gdzieś w dole rzekę. Świecę czołówką, ale wieczornej mgiełce ledwo co widać. Gdzieś tam daleko tafla czarnej jak smoła wody – Było blisko! – Znowu wracamy i szukamy drogi. – Nic tu nie ma – zastanawiamy się gdzie jest ten cholerny most. Jesteśmy dokładnie w miejscu gdzie powinien się zaczynać. W końcu zrezygnowani postanawiamy rozbić się tu gdzie stoimy. Asfalt widać gdzieś na horyzoncie, znajdziemy go w ciągu dnia. Nie potrzebne nam są telefony. Droga doprowadzi nas do miasta. Jest zimno, jesteśmy głodni. Wdrapujemy się w kurtkach do namiotu. W śpiworach jemy suche bułki zagryzając jajkiem na twardo, ogórkami i tuńczykiem z puszki. W oddali słychać ujadające psy pasterskie z któregoś z gerów w okolicy. Mamy wrażenie jakby cały czas się do nas zbliżały. Boimy się. Panują egipskie ciemności. Trudno nam usnąć. To nie jest jeden z tych przyjemnych wieczorów. To nie będzie łatwa noc. Noc nad przepaścią. Życie na krawędzi.

Gdzieś nad przepaścią, rzeka Chuluut