mury otaczające Erdene Zuu - Karakorum, Mongolia

Karakorum. Erdene Zuu, perła pośród traw

Chłodny poranek. Zimna rosa na trawie. Orzeźwiający zapach jeziora. Krowy leniwie pluskające w przybrzeżnej płyciźnie cicho chrząkają, jakby chciały nas delikatnie obudzić. Najbardziej taktownie jak tylko potrafią. Lekki żar tli się w kozie. Bije od niej przyjemne ciepło. W gerze unosi się delikatny zapach dymu. Udało mi się tak dodawać drewno przez całą noc, że budziłem się dosłownie kilka razy. A może robiłem to już odruchowo i nie pamiętam. Jesteśmy wypoczęci i szczęśliwi. Jemy pyszne śniadanie z widokiem na jezioro Chubsuguł. Patrząc na zapasy, robi nam się trochę smutno. Kończą się. To oznacza jedno – kończy się też nasza wyprawa. Zdajemy sobie z tego sprawę i jeszcze bardziej chłoniemy wszystko naokoło. To nasze ostatnie dni w Mongolii. Jedziemy do Karakorum zobaczyć  Erdene Zuu, potem wracamy do Ułan Bator. Zaraz koniec.

Śniadanie z widokiem na jezioro Chubsuguł czyli Khovsgol - Khatgal Mongolia

Mongolska Syberia w okolicy jeziora Chubsuguł Khovsgol - Khatgal Mongolia

Żegnamy się z naszymi gospodarzami i ruszamy w drogę, którą przebyliśmy dwa dni temu w przeciwnym kierunku. Wjeżdżamy w zielone doliny upstrzone łatami świerków. Przejeżdżamy przez bajeczne syberyjskie doliny, mijamy rozlewiska rzek. Zatrzymujemy się na chwilę w Moron, aby uzupełnić zapasy wody. Dalej zaczynają się suche stepy, góry, koniec asfaltu. Po raz kolejny wjeżdżamy w bezdroża i znowu zaczyna się przygoda. Trzęsie, rzuca, szarpie. Trafiamy na most, którego nie było, przedzieramy się przez piaszczyste wzgórza i przypominające sawannę pola. Nagle znajdujemy się w wilgotnych, porośniętych lasami górach, potem znowu pola, suche stepy, miasteczko jedno, drugie. Przemierzamy kolejne strefy klimatyczne. Każde wzgórze, łańcuch górski, rzeka to nowy rozdział. Zupełnie inna pogoda i otoczenie.

Jazda przez stepy Mongolii

Nie liczę ile razy się gubimy i odnajdujemy drogę. Nie wyobrażam sobie, co byśmy zrobili bez Uli – nawigatora. Albo bez Uli – kierowcy, gdy zaledwie po paru chwilach za kierownicą, ogromny Land Cruisera wywija piruety niczym zgrabna, drobna baletnica. Wspina się pod strome góry, pokonuje koleiny. Szlak wyznaczają porozrzucane butelki po wódce, słupy telefoniczne i wyjeżdżone koleiny. Nareszcie trafiamy na asfalt. Zatrzymuję się na środku drogi, wyskakuje z auta i szczęśliwy skaczę krzycząc ile sił. – Nareszcie! Koniec tych pieprzonych dziur! – To prawda. Według mapy, już do samego Ułan Bator mamy asfalt. – Czyżby? – Nachodzi mnie nagle ta dziwna myśl. Mongolia udowodniła nam już nie jeden raz, że to ona rozdaje karty. Na razie jednak jedziemy równą jak stół drogą. Takie przynajmniej mamy wrażenie, po dniach spędzonych na bezdrożach. Mijamy Cecerleg, jedziemy dalej na wschód. Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach jest już wieczór. Dzień kończy się tak nagle. Szukamy nieśmiało miejsca na biwak. Postanawiamy zjechać do małej dolinki rozciągającej się w poprzek drogi.

Nasz ostatni biwak na dzikich stepach Mongolii - okolice Karakorum

Tłuczemy się po jakiś dziurach i kamieniach, przejeżdżamy przez gęste krzaki, aż w końcu lądujemy na łagodnym zboczu jakiegoś wzgórza. Wszędzie porozrzucane są dziwne kupki kamieni. Zastanawiamy się czy nie zatrzymaliśmy się czasem na jakimś starożytnym cmentarzu. Staramy się nic nie zniszczyć, nie kopać. Dookoła unosi się odurzająca woń ziół. Nad nami krążą leniwie drapieżne ptaki. Jedyną niedogodnością są uciążliwe muchy, które wzięły się tu nie wiadomo skąd. Nie zważając na nie siedzimy wpatrując się w piękne góry gdzieś hen daleko przed nami. W ciszy, każde z nas wspomina ostatnie kilkanaście dni. Nie chcemy nic powiedzieć. Wiemy, że koniec jest blisko i tak bardzo tego nie chcemy. Jakby wypowiedzenie wspomnień, zwykłe „a pamiętasz kiedy…” miałoby ten koniec przyspieszyć. Siedzimy tak w milczeniu i patrzymy w dal, wdychamy boski zapach ziół, słuchamy ogromnych chrząszczy, które buczą basem co i raz przelatując obok nas. To nasz ostatni biwak. Ostatnia noc w samochodzie. W dziczy, pośród dziewiczej mongolskiej przyrody. Szkoda.

wejście do Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - Karakorum

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - Karakorum

Rano wstajemy wcześnie, zwijamy obóz i jedziemy do Karakorum – starożytnej stolicy Mongołów założonej w połowie XIII wieku przez samego Czyngis-chana. Chcemy dostać się jeszcze przed tłumami zwiedzających do Erdene Zuu – pierwszego w Mongolii klasztoru buddyjskiego, założonego w 1586 roku. Na miejsce docieramy szybko i jeszcze przed 8:00 rano stajemy przed ogromną bramą w murach klasztoru. Jest pusto, sprzedawcy jeszcze nie otworzyli szeregu straganów, stoisk i kiosków naprzeciwko. Napisy na kolorowych, wypłowiałych tabliczkach zdradzają, że jest w nich wszystko: wifi, buuz, pocztówki, magnesy, suweniry, poczta, a nawet karty sim i zdjęcia z orłem. Szwarc mydło i powidło.

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - Karakorum - widok z otu ptaka

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - Karakorum - brama północna

My tymczasem skupiamy się na tym, po co tu przyjechaliśmy. Ogromny, masywny mur ciągnie się pośrodku stepu otaczając zabudowania klasztorne. Co kilka metrów wyrastają z niego piękne stupy – po 27 z każdej ściany. Całość wygląda jak jakaś forteca, a nie obiekt sakralny. Stojąc przed tą masywną ścianą czujemy się tacy malutcy. Zapewne o to zawsze chodziło w tego typu obiektach – ogromne, monumentalne opactwa jak Mont Saint-Michel w Normandii, Montserrat w Katalonii, Monte Cassino we Włoszech, Meteory w Grecji, Chor Wirap w Armenii, Cminda Sameba w Gruzji. Wszystkie musiały być monumentalne, przytłaczające, budzić respekt. To prosta wiadomość. Zawsze ta sama. Niezależnie od religii.

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - kiedyś było tu prawie sto świątyń, dziś zostały trzy

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - wnętrze komleksu

Przechodzimy przez stare drewniane drzwi i wkraczamy do innego świata. Wnętrze kompleksu zieje pustką. To step otoczony murami. Ogromna pusta działka. W czasach swojej świetności Erdene Zuu składało się z blisko 100 świątyń i 300 gerów, w których mieszkało blisko 1 000 mnichów. Teraz są tu trzy główne świątynie, kilka pomniejszych budynków, dwa grobowce, a także Złoty Suburgan i kilka steli kamiennych z czasów Imperium Mongolskiego. Po terenie Erdene Zuu hula wiatr, nad nami leniwie krążą orły. Jest tajemniczo, ogarnia nas jakieś dziwne uczucie magii, niesamowitości, tajemniczości. Panuje dziwny zapach, jest gorąco, powiewa lekki wiaterek, z oddali dochodzi nas przytłumiony buddyjski śpiew, zagłusza go intensywne ćwierkanie ptaków. Przechodzimy przez urządzone w jednym z budynków muzeum z bogatymi zbiorami lamajskiej sztuki sakralnej. Oglądamy przepięknie zdobione, złocone szaty, tabliczki, posągi i figurki Buddy. Staramy się wczuć w klimat tego miejsca.

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - wejście do głównej świątyni

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - główna świątynia

Idziemy dalej, przez puste przestrzenie klasztoru i docieramy do kompleksu trzech głównych świątyń. Budynki stoją nieco na uboczu, otoczone murem, tworzą zamknięty wewnętrzny krąg. Przechodzimy przez bramę i krążymy pomiędzy przepięknymi zdobionymi budynkami, oglądamy umieszczone za szybą obrazy Buddy na złotych płótnach, bajecznie kolorowe płaskorzeźby, figurki, posążki. Patrzymy zachwyceni na kolejne wcielenia Buddy: Budda Dīpankara, Budda Siakjamuni, Budda Amitabha, Budda w swoich młodzieńczych latach, Budda taki, siaki. Zewsząd spogląda na nas jowialny, łysy, okrągły pan siedzący ze skrzyżowanymi nogami. Bije od niego spokój i harmonia. Błądzenie po zakamarkach świątyń działa na nas kojąco. Do tego świergot ptaków i magiczny mruczący śpiew mnichów niesiony przez wiatr. Na wyjściu panie w mundurkach kasują od nas po 5000 MNT za wejście. Nie było ich tu, gdy wchodziliśmy. Trochę wybijają nas z tego magicznego nastroju.

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - złota stupa

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - złota stupa w centrum kompleksu

Wracamy do tego, czego doświadczaliśmy jeszcze przed chwilą. Dźwięki. Te tajemnicze głosy przyciągają nas niczym magnes. Podążając za nimi, wychodzimy ze świątyni i kierujemy się do stojącej pośrodku kompleksu złotej stupy. Stupy nazywane tu również suburganami to najprostszy typ budowli sakralnej, zazwyczaj pełni funkcję relikwiarza. To takie odpowiedniki naszych kapliczek. Wokół niej modli się w ciszy kilkoro ludzi. Nieopodal krzątają się mnisi. Tymczasem docieramy do źródła tajemniczego śpiewu. Dochodzi z geru postawionego zaraz przy stupie. Podchodzimy bliżej i bliżej. Śpiew jest coraz wyraźniejszy i coraz bardziej niesamowity. Potęguje go akompaniament trzeszczącego wiatru i ćwierkających ptaków. Zbliżamy się powoli, aby zajrzeć do środka. Staramy się zrobić to dyskretnie, żeby nie zakłócić ewentualnej modlitwy. Kiedy zaglądamy przez drzwi geru widzimy mnichów w rzędzie pod ścianą recytujących z przejęciem rytmiczne wersy. Skupieni wyśpiewują modlitwę. Dostrzegają nas, nie reagują, ale przez szacunek, nie wchodzimy, żeby nie zakłócić ich rytuału. Już mamy się wycofać, kiedy dostrzegamy panią siedzącą w głębi geru, która macha do nas zapraszająco. Pokazuje ręką naokoło wnętrze geru. Mnisi cały czas śpiewają. Przed nami dostrzegam tabliczkę „Monk Photo 15 USD”. Nagle cały czar pryska. Przygnębiające.

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - budynki głównej świątyni

Kręcimy się jeszcze pomiędzy pozostałymi budynkami klasztornymi. Uderza nas pustka, ogromna przestrzeń, po której hula wiatr. Erdene Zuu to smutne świadectwo historii Mongolii. Klasztor nie może się podnieść po wielu latach zapomnienia i zaniedbania. Został zamknięty i częściowo zniszczony podczas czystek komunistów w 1937 roku. Większość mnichów zabito, budynki rozebrano, bezcenne zabytki zniszczono a co cenniejsze zrabowano. To, co przetrwało zawdzięcza się jedynie pojedynczym żołnierzom, którzy w tajemnicy sprzeciwili się rozkazom niszczenia zawartości klasztoru. Po upadku komunizmu klasztor bardzo powoli wraca do życia, prowadzone są prace remontowe i archeologiczne, ale nadal ziele pustką i straszy. Przechodzimy przez północną bramę i wychodzimy poza teren Erdene Zuu. Za murami rozciąga się pusty step. Skwar jest niemiłosierny. Idziemy kawałek drogą wzniecając tumany kurzu. Za nami zostawiamy monumentalne mury klasztorne.

mury otaczające Erdene Zuu - Karakorum, Mongolia

Kamienny Żółw wyznaczający granice starożytnego Karakorum - stolicy państwa Czyngis-Chana

Jakieś 300 metrów za Erdene Zuu, pośrodku stepu trafiamy na kamienny pomnik żółwia. To jeden z czterech markerów wyznaczających granice starożytnego Karakorum – stolicy imperium Mongołów założonej przez samego Czyngis-Chana. Drugi żółw znajduje się kilka kilometrów na południe, pośród wzgórz. Dwa kolejne nie dotrwały do naszych czasów. Zainteresowani historią miasta udajemy się do pobliskiego Karakorum Museum. Nowoczesny budynek zaraz obok klasztoru wita nas przyjemnym chłodem i fantastyczną ekspozycją. Tu nie ma już kartonowych tablic i wyleniałych, poobgryzanych przez mole wypchanych zwierząt. Doskonałe wystawy i eksponaty pokazują historię tego miejsca od epoki brązu aż po imperium Czyngis-chana i późniejsze lata. Najciekawszym eksponatem jest ogromna makieta Karakorum.

Erdene Zuu - pierwszy buddyjski klasztor w Mongolii - budynki kasztorne

Jesteśmy pod wrażeniem. Dlaczego to miasto było tak wyjątkowe? Okazuje się, że 800 lat temu pośrodku stepów mongolskich, w stolicy imperium, żyli w pokoju wyznawcy 12 różnych religii. W mieście obok siebie stały meczety, kościoły katolickie, ormiańskie, synagoga, świątynie buddyjskie. Nikomu to nie przeszkadzało. Miasto było bardzo kosmopolityczne, sprowadzano tu lub uprowadzano rzemieślników i artystów z całego ówczesnego świata: Chorezmu w Azji Środkowej, Chin czy nawet Francji! Wszystko to opisał żyjący w Karakorum misjonarz – flamandzki franciszkanin – Wilhelm z Rubruk. Jego relacja dostępna jest na tej stronie.

Czyngis-Chan - legendarny władca Mongolii. O jego historii najlepiej uczyć się w Karakorum - założonej przez niego stolicy Mongolii

Muzeum otwiera również nieco oczy na postać Czyngis-Chana. Pomijając fakt, że jest największą postacią w historii Mongolii i jest tu traktowany niemal jak bóstwo – to na nim opiera się tożsamość Mongolii i Mongołów – jest na pieniądzach, jego imię nosi lotnisko w Ułan Bator, place, ulice, nieopodal stolicy stanął jego ogromny pomnik. Dla Europejczyków Czyngis-Chan to bezwzględny wódz dzikiej hordy, chmary, która ścierała z powierzchni ziemi kolejne miasta. Niczym szarańcza niszczyła wszystko na swojej drodze. Okazuje się, że w państwie Mongołów panowała swoboda religijna i tolerancja, a sam Czyngis-Chan był bardzo postępowy, m.in. zakazał uprowadzania kobiet (zwyczaju, który niestety praktykuje się – oczywiście nielegalnie – do dziś, np. Kirgistanie), stworzył pierwszą w historii pocztę. W kraju kwitł handel, władca nie wtrącał się w kulturę i obyczaje podbitych ludów. Czyngis-Chan zapoczątkował 800 lat temu globalizację: przeniósł niemieckich górników do Chin, a chińskich lekarzy do Bagdadu! Łącząc wynaleziony przez Chińczyków proch, miotacze ognia arabów i europejską technikę odlewania dzwonów, przyczynił się do skonstruowania pierwszej armaty. A nam Mongołowie kojarzą się z bezlitosnymi barbarzyńcami.

W środku Erdene Zuu - pierwszego klasztoru buddyjskiego w Mongolii panują pustki

Dlatego właśnie warto podróżować. Poszerzać horyzonty, poznawać inny punkt widzenia, wejść w czyjeś buty, zobaczyć jak myślą inni. Muzeum w Karakorum jest doskonałe. Nie bez powodu jest określone najlepszym muzeum poza Ułan Bator. Powala bogactwem zbiorów i estetyką podania. Wszystko jest dobrze opisane i to, co nie jest takie oczywiste, po angielsku. Można w nim spędzić cały dzień studiując historię Karakorum i Mongołów. Niestety nie mamy tyle czasu, musimy jechać dalej, do Ułan Bator. Zatem ociągając się wychodzimy z muzeum. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę, wsłuchujemy w szum wiatru unoszącego się ponad stepem, słuchamy radosnego, pośpiesznego ćwierkania ptaków. Oglądamy z daleka stupy Erdene Zuu. Chłoniemy to niesamowite miejsce, mimo, że sam klasztor był dla nas małym rozczarowaniem. Na zdjęciach wydaje się bardziej imponujący, w rzeczywistości zieje pustką. Atmosfera tego miejsca i tak jest niesamowita. Tajemnicza, magiczna. Czuć ducha Mongolii, ducha stepu.

Wyprawa do Mongolii własnym autrem to spełnienie marzeń

Wsiadamy w auto i kierujemy się do Ułan Bator. Jedziemy prawie 400 km asfaltową drogą i zdajemy sobie sprawę, że to koniec naszej przygody. Jesteśmy coraz bliżej mety. Przeżyliśmy wspaniałe dwa tygodnie w podróży, poznaliśmy niesamowitych ludzi, Mongolia odkryła przed nami swoje niesamowite piękno. Zaplanowaliśmy przejechać w tym czasie ponad 4 500 km – tak nam się przynajmniej wydawało. Drogami tak małymi, że wyznaczenie mapy na Google Maps jest niemożliwe. Okazało się, że jesteśmy w stanie zrobić zaledwie połowę naszej pierwotnej trasy, co dało w sumie ponad 3 500 km. Nie drogami, bo takich najczęściej nie było. Wytrzęsło nas niesamowicie, byliśmy brudni, niedomyci w polowych warunkach, spaliśmy pod namiotem na dachu samochodu, oglądaliśmy bajecznie piękne panoramy gór, pustyni, stepów, niesamowite letnie niebo. Widzieliśmy po raz pierwszy wschód księżyca! Jedliśmy polskie konserwy na przemian z tymi chińskimi i koreańskimi. Zagryzaliśmy mongolskim makaronem i lokalnymi warzywami. Nacięliśmy się na niezjadliwy miejscowy chleb. Odkryliśmy pyszny sok z rokitnika. Nazbieraliśmy worek wspomnień, który nieprędko się opróżni. Najgorsze w tej przygodzie jest to, że się kończy. Tak nagle i tak niespodziewanie. Przez te dwa tygodnie żyliśmy zupełnie poza czasem. Nie mieliśmy obowiązków, nic nie musieliśmy. Żyliśmy dla siebie i sobą. I oczywiście Mongolią. To najwspanialsze chwile razem – na łonie natury. To bardzo ważne, że można je z kimś dzielić.

 

 

Karakorum