Abyaneh - Domki z czerwonej cegły z drewnianymi balkonami ułożone schodkowo na zboczu góry, Iran

Ukryte skarby Iranu. Abyaneh, pustynia Maranjab i Nushabad

Przy śniadaniu poznajemy Francuzkę, której ktoś przez noc ukradł spod drzwi buty… Wydaje mi się to niemożliwe. Nie w hostelu, nie tutaj. Dziewczyna w ogóle ma dość i tylko czeka na wizę do Turkmenistanu, żeby stąd spadać. Podróżuje sama i skarży się, że w Iranie w cale nie jest tak cukierkowo. Mężczyźni ją zaczepiają, ocierają się, gwiżdżą, wykonują niedwuznaczne gesty. Trochę nas to dziwi, w końcu cały czas jesteśmy na etapie euforii. Z drugiej strony odbiór Iranu przez samotnie podróżującą kobietę daje do myślenia. Cieszymy się, że jesteśmy we dwójkę. Zamawiamy kierowcę, który za 10 EUR ma nas zawieźć do Abjane (Abyaneh) – odległej o 70 km starożytnej wioski położonej na zboczu góry Karkas (3899 m npm). Abyaneh słynie z przepięknej zabudowy. Domki z czerwonej cegły z pięknymi drewnianymi balkonami są ułożone schodkowo na zboczu góry. Ze względu na długą historię i izolację wioski, starsi mieszkańcy nadal mówią tu w dialekcie partyjskim, który jest praprzodkiem obecnie używanego farsi.

Taksówka z Kaszanu do Abyaneh, dorga przez pustynie, Iran

Pustynia w okolicach Kaszanu, Iran

Ruiny perskiej twierdzy we wiosce Abyaneh, okolice Kaszanu, Iran

Żółty, zdezelowany Peugeot 405 zabiera nas punktualnie z ulicy. Kaszan szybko zostawiamy za plecami i przecinamy pustynię niczym żółta strzała. Upał jest niemiłosierny, po otwarciu okna uczucie jakby ktoś dmuchał suszarką do włosów na gorącym powietrzu. Do tego kierowca samobójca. Ludzie w Iranie albo są szaleni albo mają szósty zmysł. Obstawiałbym to pierwsze. Za oknami przesuwa się wyschnięta ziemia porośnięta kępkami krzaków. W oddali majaczą ogromne góry w kolorze piasku. Czasami przy drodze migają tablice ze smutnymi twarzami męczenników z czasów wojny iracko-irańskiej. Jak się okazuje męczennikiem jest tu każdy kto zginął w walce o Iran. Po półtorej godziny wjeżdżamy w dolinę, z której bucha zieleń. Droga zaczyna kręcić, a zza zakrętu wyłaniają się pierwsze wioski powciskane na zbocza i przyrzeczne skarpy. Wszystko wygląda tu jak tysiąc lat temu.

Wioska Abyaneh (Abjane)

Ulice Abyaneh - średniowieczna wioska w górach, Iran

Abyaneh - Iran

Iranki w tradycyjnych strojach, Abyaneh, Iran

Objeżdżamy górę i wjeżdżamy do miasteczka Abyaneh. Kierowca nas wysadza i pokazuje, gdzie będzie czekał. Momentalnie wsiąka w irańską codzienność – rozmowy z taksówkarzami i handlarzami, takie bliskie small talki. Jakby w Iranie wszyscy się znali, mieli wspólnych krewnych, znali tych samych ludzi… może po prostu mają coś ze sobą wspólnego – są Irańczykami. Nie każdy naród tak potrafi. My z kolei wsiąkamy w kręte wąskie uliczki Abyaneh. Dookoła nas rudoczerwone domy z cegły, tynkowane mieszanką gliny i siana. Chropowate, kruche ściany sypią się przy dotknięciu. Przed słońcem uliczki chronią rozłożyste figowce, pod którymi chowają się całe rodziny. W wąskich kanałach wzdłuż ulic, cienką stróżką płynie krystalicznie czysta woda. Momentalnie przenosimy się w czasie. A więc to tak wyglądało życie kilkaset lat temu! Przepięknie zdobione drewniane drzwi, okucia i płaskorzeźby wspominają czasy, w których piękno było ważniejsze niż cena a przedmioty były tworzone a nie masowo produkowane.

Abyaneh - górskie miasteczko w pobliżu Kaszanu, Iran

Ulice Abyaneh - okolice Kaszanu, Iran

Balkon w zabytkowych domkach, wioska Abyaneh, Iran

Próbujemy się zorientować zgodnie z mapą. Droga niby prosta, ale dajemy sobie spokój i po prostu idziemy przed siebie. Gubimy się w małych uliczkach pomiędzy ruinami. Wspinamy po starych domkach, dopóki nie trafimy do pokoju, w którym zapadła się podłoga. Część wioski wygląda jak po bombardowaniu, ale to po prostu czas. Tutaj wszystko żyje swoim życiem. Tutaj nikt niczego nie sprząta, nie burzy, bo i po co? W końcu samo sczeżnie. Wtedy na jego miejscu wyrośnie nowe. Jak w naturze. Do kilkusetletnich domów z czerwonej gliny przyssały się liczniki na wodę. Wyglądają niczym jakieś pajęczaki z rur, kleszcze-golemy. Życie toczy się tu bardzo powoli. Większość spośród 305 mieszkańców Abyaeneh po prostu chowa się w domach przed upałem. Po ulicach kręci się garstka zwiedzających. Niektórzy z nich w wypożyczonych tradycyjnych strojach. Haftowane hidżaby z Abyaneh przypominają trochę nasze ludowe chusty. Kolorowe panie chodzące ulicami wioski na pierwszy rzut oka przypominają więc koło gospodyń wiejskich.

Ruiny twierdzy we wiosce Abyaneh, okolice Kaszanu, Iran

Twierdza we wiosce Abyaneh, okolice Kaszanu, Iran

W południe z nieba leje się żar. Jesteśmy na wysokości ponad 2200 m n.p.m. ale i tak upał daje się we znaki. Chowamy się w cieniu. Ktokolwiek tu chodzi, przemyka od cienia do cienia. Spod balkonu pod figowca, od przejścia do przejścia, od drzewa do drzewa. Chcę koniecznie zobaczyć jeszcze miasteczko z twierdzy na wzniesieniu naprzeciwko. Zostawiam Ulę w cieniu, przy gorącej herbacie miętowej i ruszam przez labirynt uliczek. Kierowca chce iść ze mną, mówi, że nie trafię. Ja postanawiam zaryzykować – idę po mapie z maps.me. Przeciskam się przez jakiś zagajnik, idę wzdłuż murka, w końcu wychodzę na polance pod wzniesieniem. Tutaj wspinam się po dość stromym, wysuszonym na popiół zboczu. Mijam ruiny zapadniętych chat i docieram w końcu pod fortecę. To raczej gliniana skorupka sprzed kilkuset lat, która powoli dożywa swoich dni.

Abyaneh - Domki z czerwonej cegły z drewnianymi balkonami ułożone schodkowo na zboczu góry, Iran

Kiedyś musiał to być piękny perski fort. Teraz wygląda jak zamek z piasku. Odwracam się. Przede mną rozpościera się przepiękny widok na Abyaneh. Za pięknymi strzelającymi w niebo topolami, wyrasta wioska. Rude domki wspinają się schodkami po zboczu. Poprzetykane pojedynczymi figowcami tworzą istny amfiteatr. Z Abyaneh, spomiędzy domków nie dobiega żadne zgiełk, żaden miejski gwar. Słyszę tylko delikatny trzask wiatru w uszach. Gdzieś spomiędzy domków dobiega beczenie owcy, gdzie indziej szczekanie pasa. Ktoś coś rąbie. Słychać nawet jakieś pojedyncze pozdrowienia. Żadnych aut, klaksonów, wyjących klimatyzatorów. Piękne miejsce, które zatrzymało się w czasie. Chciałoby się tu tak siedzieć w tym delikatnym wiaterku i patrzeć, wsłuchiwać w Abyaneh.

Abbasian Historical House

Restauracja Morshedi, Kaszan, Iran

Jedzenie w Iranie - Willa Morshedi, Kaszan, Iran

Wracamy do Kaszanu w największy upał. Plan jest prosty – musimy się schować i zjeść. Kierowca wysadza nas przy Morshedi Restaurant , która okazuje się znajdować w przepięknym tradycyjnym domu. Kelner zamyka nas w zacisznym i chłodnym pokoju, z widokiem na patio. Oprócz standardowego kebaba, jemy kurczaka w sosie fesenjan – z sosem z granatu i orzechami włoskimi. Po raz kolejny zdajemy sobie sprawę, że w Iranie jedną porcją najedzą się spokojnie dwie osoby. Kiedy nabieramy nieco sił, ruszamy labiryntem uliczek Kaszanu. Przemykamy jak zjawy szukając cienia, żeby dotrzeć do pobliskiego Abbasian Historical House (Abbāsi House). Tutaj znowu magia. Dość małe drzwi, za którymi przestrzeń puchnie, rozszerza się, jakbyśmy weszli do innego wymiaru, w którym na przestrzeni zwykłego domu daje się upchnąć pałac. Każde wejście do tradycyjnego irańskiego domu jest jak przejście przez portal do innego świata.

Witraże zabytkowy dom Abbasi House - Kaszan, Iran

Abbasi House - Kaszan, Iran

wnętrze Abbasi House - Kaszan, Iran

podwórko Abbasi House - Kaszan, Iran

Abbasian należał do magnata, który zajmował się handlem szkłem. Interesy chyba szły bardzo dobrze. Dom jest ogromny. Na rezydencję składa się w sumie sześć połączonych ze sobą domów. Kilka z nich zostało przerobionych na restauracje, hotel, do zwiedzania została najbardziej reprezentacyjna część. Tu mieszkał Abbasian i przyjmował interesantów. Pokój do zawierania umów jest przepiękny. Doprawdy nie wiem jak w otoczeniu takich pięknych reliefów i sztukaterii, pod takim sklepieniem i przy takich witrażach można się skupić na interesach. Jak targować będąc onieśmielonym takim pięknem? Może właśnie o to chodziło? Przechadzamy się ukrytymi korytarzami, wspinamy po wąskich schodach na poddasze. Mnóstwo małych drzwi, ukrytych przejść. Istny labirynt. Wszystko to wciśnięte w ziemie, ukryte, z zewnątrz idealnie zamaskowane, zakamuflowane w rudych murach, z których wystaje siano. Irańskie domy w Kaszanie są jak kryształ ukryty w skale. Szkoda, że nie zdołamy zobaczyć ich wszystkich.

Sanktuarium Mohammed Helal Shrine

Mauzoleum Mohammed Helal Shrine - Aran Bidgol, przedmieścia Kaszanu, Iran

Mohammed Helal Shrine czyli Mauzoleum świętego Hilal ibn Ali - Aran Bidgol, przedmieścia Kaszanu, Iran

Wracamy na chwilę do hostelu, zabrać nasze rzeczy. Francuzka znalazła buty – tak jak myślałem, ktoś je zgarnął przy sprzątaniu – ale nadal chce wyjechać. Życzymy szerokiej drogi i ruszamy na spotkanie z kierowcą, który zabierze nas na pustynię Maranjab. W zasadzie Maranjab to tylko nazwa wioski. Pustynia nazywa się Dasht-e Kavir czyli Wielka Pustynia Słona. Ma rozmiary 800 na 320 km i jest jedną z dwóch ogromnych pustyń Iranu. Za 40 EUR mamy odwiedzić kilka miejsc – m.in wysychające jezioro Namak, wydmy – spać w karawanseraju, potem odwiedzić podziemne miasto Noushabad. Robimy szybkie zakupy, wsiadamy w starego Nissana Patrola z Islamem i ruszamy! Pierwszy przystanek to Mauzoleum świętego szyickiego Hilal ibn Ali – syna Alego i wnuka proroka Mahometa (Mohammed Helal Shrine).

wnętrze Mauzoleum Mohammed Helal Shrine - Aran Bidgol, przedmieścia Kaszanu, Iran

kopuła w Mauzoleum Mohammed Helal Shrine - Aran Bidgol, przedmieścia Kaszanu, Iran

Szybko docieramy do miejscowości Aran Bidgol na przedmieściach Kaszanu. Islam prowadzi nas do mauzoleum. Tłumaczy, że to bardzo ważny ośrodek religijny szyitów. Nie mieliśmy w ogóle pojęcia że istnieje, nie znamy się też dobrze na niuansach szyickich świętych, ale to miejsce zwyczajnie powala na kolana. Mauzoleum jest przepiękne, perfekcyjnie symetryczne, całe pokryte baśniowymi kafelkami. Szmaragd, złoto, granat. Wersety z Koranu, motywy roślinne. Wszystko to błyszczy w promieniach popołudniowego słońca. Wchodzimy do środka osobno, każde do „swojej” części. Stąpam po miękkim dywanie. Mijam zakratowaną kryptę jakiegoś świętego podświetloną na zielono. W środku trochę jak w bibliotece. Ludzie siedzą sobie na dywanie. Modlą się, czytają Koran… po prostu sobie są. Nie ma tu żadnych obrzędów, żadnych rytuałów. Każdy jest z bogiem po swojemu. W części dla kobiet dużo dzieci, część odrabia lekcje, inne bawią się ze sobą pod czujnym okiem matki. Nie o takim islamie słyszymy w telewizji. Nie o taki Iranie czytamy w gazetach. Wtedy dociera do mnie, że może to właśnie tak powinien wyglądać dom boży? Miejsce, do którego ludzie przychodzą nie bo wypada, nie bo taka tradycja, nie żeby odbębnić obrządek, ale z potrzeby serca, bo chcą sobie pobyć ze swoim bogiem. Niezależnie czy poprzez czytanie, spanie czy leżenie i patrzenie w sufit. Sufit tak piękny, że mógł powstać tylko jako wyraz czystej miłości do boga.

Maranjab. Pustynia Dasht-e Kavir

Pustynia Dasht-e Kavir, Maranjab, Iran

Wycieczka na Pustynie z Kaszanu, Dasht-e Kavir, Maranjab, Iran

Wielbłady - Pustynia Dasht-e Kavir, Maranjab, Iran

Ruszamy na pustynię. Miasteczko kończy się szybko. Ciach i zostaje tylko piasek, przez który przebijają się kępki suchej trawy i niskich krzewów. Auto szarpie i podskakuje na wybojach. Jest niemiłosiernie gorąco. Dookoła surowa pustynia. Wjeżdżamy na skarpę, z której rozciąga się przepiękny widok na okolice. Wysiadamy. Gdzie okiem spojrzeć – piasek. Piasek w każdej postaci. Złoty, szary, jakiś fioletowy, gdzieś dalej biały. Miękki i drobny i grudowaty. Tu goły, tam porośnięty krzakami. Jest wszędzie, aż po horyzont, który zamykają góry. A może to fatamorgana? Stoimy tak i podziwiamy a gorący wiatr wieje nam w twarz. Cały czas nie mogę się pozbyć wrażenia, że to suszarka do włosów. Wkraczamy do krainy wielbłądów. Są wszędzie. Pasą się, przebiegają przez drogę. Nieśmiałe uciekają przy próbie podejścia. To niesamowite zwierzęta, z daleka atak dostojne, z bliska jakieś dziwnie pokraczne z kompletnie głupkowatym wyrazem twarzy. Na pewno mają dużo wdzięku.

Słone jezioro Namak

Pustynia Maranjab - słone jezioro Namak, Iran

Pokłady soli, słone jezioro Namak, Pustynia Maranjab, Dasht-e Kavir - Iran

Pustynia Maranjab, a właściwie Dasht-e Kavir - słone jezioro Namak, Iran

Zachód słońca, jezioro Namak, Pustynia Maranjab - Dasht-e Kavir, Iran

Docieramy nad wysychające jezioro Namak. Mijamy wielkie wywrotki. Jadą po sól, którą buldożery zdzierają ze środka wyschniętej słonej pustyni. Po jeziorze nie ma ani śladu, tylko wielka biała tafla. Jak to w przypadku słonych jezior, wydaje się, że to sucha kryształowa pustynia, tymczasem sól to jedna wielka breja przypominająca konsystencją mokry śnieg. Droga zjeżdża do jeziora i prowadzi przez środek słonej pustyni, po fragmencie ziemi wystającej spod zdartej soli. Zatrzymujemy się gdzieś daleko, gdzie brzegi jeziora wydają się wspomnieniem. Tutaj możemy zobaczyć z bliska, dotknąć tego pasjonującego słonego bagna. Nie mogę się powstrzymać i wkładam ręce to miękkiej masy. Taki solny peeling. Mocno zmineralizowany i konkretnie wysuszający. Islam tłumaczy, że w jeziorze jest dużo cennych minerałów np. litu. Może więc taplanie się w tej soli nie jest dobrym pomysłem. Niesamowite, że od tej błyszczącej białej tafli kompletnie załamuje się perspektywa. Trudno powiedzieć czy coś jest blisko czy daleko. Czy to jest właśnie fatamorgana? Islam pokazuje nam sztuczki ze zdjęciami. Ustawia nas odpowiednio i pstryka. Stań tu. Tam teraz się połóż. A ty stań tam. Podnieś nogę. Ułóż ręce tak. I tak w kółko. Potem na zdjęciach trzymam Ule mikrusa na ręce, potem Ula mnie mikrusa pod butem. Skaczemy na 2 metry do góry, trzymamy słońce i tak dalej.

Wydmy Maranjab

Zachód słońca, Pustynia Dasht-e Kavir, Maranjab, Iran

zachód słońca na pustyni Maranjab, Dasht-e Kavir, Iran

Zachód słońca na wydmach, Pustynia Dasht-e Kavir, Maranjab, Iran

Nasze cienie się wydłużają, zaczyna się robić późno więc zbieramy się, żeby zdążyć na zachód słońca na pustyni. Jakbyśmy na niej nie byli… chodzi jednak o to, żeby zobaczyć go na wydmach. Pewnie na wydmach jest bardziej. Docieramy do jakiejś studni, przy której krzątają się wielbłądy. Pasterz spogląda na nas z obojętnością i wraca do pojenia wielbłądów. Islam pokazuje nam wydmy i mówi, że poczeka. A więc czeka nas przeprawa przez grząski piasek – nic za darmo. W taki upał nie jesteśmy zbytnio napaleni na wspinanie się po wydmach, ale… dlaczego by nie. Wchodzimy na jedną, z niej na drugą, przecież nie są takie strome. Piasek skrzypi pod butami, cienkie źdźbła trawy powiewają na wieczornym wietrze, po piasku przemykają małe pajęczaki i żuki pozostawiając niekończące się szlaczki. Gdzieś w oddali kica sobie zając. Siadamy na górze i spoglądamy dookoła. Nad cudownie pomarszczonym piaskiem, gdzieś w oddali słońce robi się coraz bardziej czerwone, potem przechodzi w purpurę, aż znika gdzieś daleko pośród sinego nieba. Dookoła nas nieskończone wydmy, które cały czas promieniują gorącem i światłem, jakby cały dzień je pochłaniały, żeby właśnie teraz oddawać. Warto było się tu gramolić.

nocleg w Karawanseraju Ahmad Eco-Camp, Pustynia Maranjab, okolice Kaszanu, Iran

Zapada zmierzch a my ruszamy do karawanseraju. Ahmad Eco-Camp ma być million star caravanserai – bo ponad głową widać nieskończenie wiele gwiazd. Wszystkie wycieczki oferują właśnie ten karawanseraj zamiast Maranjab  nad jeziorem Namak, mówiąc, że tam są słabe warunki, zimno i skorpiony. Nasz karawanseraj przypomina coś pomiędzy ruiną a opuszczonym motelem z horroru. Pokoje są brudne, w łazienkach nie ma wody, a wzięcie prysznica po całym dniu to mordęgą. Zaraz po zapaleniu światła zlatują się całe chmary owadów, w tym ćmy wielkości dłoni. W efekcie moich rozpaczliwych prób, w zatęchłej dziurze biorę prysznic z chmarą nocnych owadów, które później muszę z siebie ścierać ręcznikiem. Tak czy siak, fajnie spędzić noc na pustyni. Dopóki możemy, siedzimy na dastarchanie, wsłuchujemy się w odgłosy pustyni i przez kolorowe lampy karawanseraju próbujemy oglądać nocne niebo. Islam powiedział, że można przejść się małą ścieżką obok, w stronę jeziorka, tylko żeby patrzeć pod nogi, bo tu wszystko żyje. To znaczy – nie idziemy. Z obiecanych miliona gwiazd było trochę mniej, ale i tak pięknych. Jak to na nocnym niebie. Możemy spokojnie spać.

Ruiny twierdzy w Nushabad

Twierdza Nushabad, okolice Kaszan, Iran

Ruiny Twierdzy Nushabad, okolice Kaszan, Iran

Rano po śniadaniu przyjeżdża po nas Islam i ruszamy do Nushabad obejrzeć twierdzę i podziemne miasto. Jedziemy przez coraz bardziej nagrzaną pustynię. Podskakujemy na wybojach i kręcimy się dookoła głębokich kolein. Nagle – pstryk! – i już jesteśmy w mieście. Po środku zabudowań, znikąd wyrasta twierdza. Wygląda jak ogromny zamek z piasku pozostawiony przez jakieś znudzone dzieci. Kiedy się zatrzymujemy, auto chrząka, trzeszczy, skrzypi i gaśnie. Islam próbuje odpalić, ale nie działa. Pytamy czy wszystko w porządku – tak, tak wszystko ok, idźcie zwiedzać – Islam odpowiada uśmiechnięty. Kiedy idziemy do twierdzy on łapie za telefon i dzwoniąc gdzieś podnosi maskę i zaczyna reperować swojego Patrola. Twierdzy nikt nie pilnuje, stoi sobie jak jakiś pustostan. Jest w kiepskim stanie. Wdrapuję się na mury po wydeptanych śliskich ścieżkach, udaje mi się nawet wspiąć na jedną z wież. Widać, że ktoś tu pomieszkuje. Jest palenisko i jakieś materace. Wspinam się na samą górę, skąd rozpościera się świetny widok na okolice. Miasto z cegły, z którego co i raz strzelają w niebo minarety i złote kopuły meczetów. Szkoda, że zabytki nie są tu otoczone opieką. Trudno się dowiedzieć czegokolwiek na temat zamku. Nikt o niego nie dba. Smutne jest to, że pewnie niedługo zniknie – z mapy miasta i z ludzkiej pamięci.

Podziemne miasto Nushabad

Wejście do podziemnego miasta Nushabad, okolice Kaszan, Iran

Cysterny podziemnego miasta Nushabad, okolice Kaszan, Iran

Słyszymy nagle ryk silnika. Islam odpalił Patrola, więc się zbieramy, zanim maszyna się rozkraczy na dobre. Wjeżdżamy w labirynt uliczek i po chwili wysiadamy przed zejściem do cysterny. Historia miasta jest nierozłącznie związana z wodą – sama nazwa Nushabad oznacza „miasto smacznej, zimnej wody”. Jeden z królów dynastii Sasanidów rozkazał wybudować miasto wokół studni, z której pił. Przez duży portal schodzimy stromymi schodami 18 metrów pod ziemie. Lądujemy w środku ogromnej cysterny, w której składowana była woda. Islam, tym razem jako przewodnik opowiada, jak składowano tu wodę, jak dodawano specjalnej mieszanki soli i wapna, żeby się nie zepsuła. Przestrzeń jest ogromna – ponad nami rozpościera się wielkie sklepienie z małych, płaskich cegieł. Zaraz obok wchodzimy do systemu podziemnych tuneli tworzących podziemne miasto Nushabad.

Podziemne miasto Nushabad, okolice Kaszan, Iran (2)

Podziemne miasto Nushabad, okolice Kaszan, Iran

Uwielbiam podziemne korytarze. Od czasu tułaczki po paryskich katakumbach nie mogę przejść obojętnie obok żadnego tunelu, piwnicy czy podziemia, więc cieszę się jak dziecko kiedy wchodzimy do tuneli. Mijamy kolejne korytarze i pomieszczenia a Islam opowiada historię Nushabad. Podziemia zostały wykute na trzech poziomach na głębokości od 4 do 18 metrów. Rozciągają się praktycznie pod całym miastem. Wybudowane 1500 lat temu ze względów bezpieczeństwa. Okolica była od zawsze niespokojna. W razie napadu, mieszkańcy zwyczajnie schodzili pod ziemię i mogli siedzieć tu tygodniami. Rozbudowany system zapewniał i samowystarczalność. Wejść jest wiele i są poukrywane po całym mieście. Niektóre z nich prowadzą do prywatnych domów. Do dzisiaj nie udało się znaleźć wszystkich.

Podziemia Nushabad, okolice Kaszan, Iran

Korytarze podziemnego miasta Nushabad, okolice Kaszan, Iran

Przechodzimy przez część mieszkalną, kuchnie, toalety, magazyny. Tłumaczy zawiłości. Przejścia pomiędzy poziomami były zaprojektowane tak, żeby przechodzić zawsze z dołu do góry – dzięki takiemu nieintuicyjnemu rozłożeniu wrogom w razie wtargnięcia trudniej było znaleźć drogę na dół. Kręte korytarze ułatwiały zastawianie zasadzek, a dziury w podłodze to pamiątki po zapadniach. Rozmarzyłem się, a wycieczka kończy się tak nagle jak się zaczęła. Z dziesiątek kilometrów korytarzy, do zwiedzania dostępnych jest tylko kilkaset metrów. Cała reszta jest zamknięta dla zwiedzających ze względu na słaby stan i częste podtopienia. Przechadzamy się jeszcze raz przez całość. A nuż zapomnieliśmy o jakimś przejściu, jakimś pasażyki. A może będzie jakieś zejście… niestety nie. Wychodzimy na ulicę i lądujemy w zupełnie innym miejscu. Jakiś zaułek. Próbujemy się odnaleźć na mapie, ale nie pamiętam gdzie było wejście. Krążymy, błądzimy, w końcu trafiamy na Islama, który zaczął nas szukać. Tak jak mówił – wyjście było ukryte. W jakimś zaułku, kilka przecznic od cysterny.

Bazar w Kaszanie, Iran

Droga z Kaszanu do Esfahanu, Iran

Wracamy do Kaszanu. Najpierw przedzieramy się przez bazar w poszukiwaniu kantoru. Trochę nas rozczarowuje – zamiast orientu, przypraw, dywanów i tych wszystkich baśniowych produktów, wszędzie chińska tandeta śmierdząca gumą i plastikiem. Plusem jest to, że nikt tu nie zaczepia, nie namawia, nie naciąga. Ludzie uśmiechają się, pozdrawiają, witają, pytają skąd, dokąd, jak się podoba, życzą miłego zwiedzania. Panuje miła, przyjazna atmosfera. Łapiemy Snappa na dworzec autobusowy i już po chwili siedzimy w autobusie jadącym do Esfahanu. Wspominamy intensywne dwa dni. Iran bardzo mocno oddziałuje na zmysły, wręcz atakuje. Wszystko jest odczuwalne ze zdwojoną siłą, takie mocne, wyraźne. Może to przez ten koszmarny upał. I ludzie. Naprawdę niesamowici. Ale niejednoznaczni. Emanujący radością, dobrem, ciekawością, ale z drugiej strony konserwatywni. Na pewno Iran nie jest taki jaki widzimy w telewizji, ale jeszcze go chyba nie rozgryźliśmy. Może kiedyś…

Abyaneh, Wielka Pustynia Słona, Iran