Kości ludzkie, Ossuarium, pod cmentarzem montparnasse, katakumby - Paryż

Katakumby Paryża. Królestwo umarłych

Paryskie Katakumby. Noc jest dziwna. Ciężko spać oddychając tak gęstym powietrzem. Budzę się w środku nocy i panikuję. Nie wiem czy mam otwarte, czy zamknięte oczy. Ten dziwny moment, kiedy szeroko rozwieram powieki i wydaje się, że jest jeszcze ciemniej niż wtedy kiedy miałem je zamknięte. Pojawiają się dziwne, nieme wizje. Jakieś łuny światła, jakby ktoś szedł. Wiem, że nie mogę tego widzieć, bo jesteśmy w zamkniętym pomieszczeniu. Kiedy udaje mi się usnąć, kilkakrotnie budzi mnie muzyka. Nagle widzę światła w małej le chatiere, która oddziela nas od korytarza. Głośna muzyka lecąca z boomboxów zbliża się. Widzę nogi przemykające korytarzem, owinięte bladymi wstęgami światła. Muzyka szybko cichnie, światła zanikają. Po chwili znowu ta straszna ciemność i cisza. Czasem ktoś zajrzy, poświeci latarką po oczach, wtedy macham i mruczę do oślepiającego światła – bonsła! – słyszę jakiś mruk w odpowiedzi i błysk znika. Idą dalej. Nikt się tu nami nie przejmuje. Na szczęście nikt nie chce tu wchodzić i robić imprezy. Zajęliśmy dla siebie całą salę. Co za noc. Moją pierwszą noc spędzoną w katakumbach.

Ulice w katakumbach, Paryż

Murale pod Paryżem Nielegalna ekspolaracja - katakumby Paryż

Murale pod Paryżem 2 Nielegalna ekspolaracja - katakumby Paryż

Pobudka jest dziwna. Nie ma przecież cyklu dobowego. Nie ma światła dnia, które by nas naturalnie budziło. Zamiast budzika jest Sławek, który ogląda torbę ze śmieciami. Zostawiliśmy ją na ziemi i dobrały się do niej szczury. Przez sen wydawało mi się, że słyszę jakiś szelest. A więc to to… Nie wiem nawet która godzina i w sumie nie ma to znaczenia. W Katakumbach nikt czasu nie liczy. Tu panuje przecież wieczność. Pijemy herbatę z parą tak gęstą, że można ją kroić nożem i ruszamy dalej. Pokonujemy setki metrów kolejnych korytarzy. Zakładamy i ściągamy wodery. Brodzimy w wodzie o kostki i mlaszczącym gliniastym błocie. Momentami mogę nawet iść wyprostowany, by po chwili zwijać się niemal w kulkę. Kucając nisko przytrzymuję worek, aby ten nie umazał się w błocie. Bardziej, niż już jest utytłany. W sumie brud nie jest tu problemem, bo cali jesteśmy brudni. Wszystko smakuje ziemią, we wszystkim czuć wapień. Problemem jest wilgoć. Tu na dole nic nie schnie. Wszystko momentalnie pleśnieje. Pokrywa się miękką warstwą białego futerka. Tutaj za wszelką cenę trzeba dbać o to, żeby się nie zamoczyć.

Salle les lanternes katakumbach, Sekretny pokój - Paryż

Przechodzimy obok zaplombowanego przejścia. – Po drugiej stronie tej ściany są oficjalne paryskie katakumby – tłumaczy Sławek. Za tą ścianą zwiedzający płacą 18 euro, żeby się przejść oświetlonymi korytarzami, w których ktoś poukładał tysiące czaszek i kości. My jesteśmy tu – w brudzie, niewygodach, ciemności. Zastanawiam się, czy to nie snobizm cieszyć się, że nie idę teraz za sznureczkiem głośnych chińczyków, a jestem tu, gdzie mało kto trafia. Może i tak, ale strasznie mnie cieszy, że mi się udało znaleźć właśnie po tej stronie. Na tamtą też się kiedyś przejdę – dla porównania. Tymczasem rozsiadamy się w komnacie Salle des Lanternes i robimy kawę. Lubię patrzeć jak na d kubeczkiem unosi się gęsta para. Zapach kawy miesza się z dymem Gitanesów i razem przedzierają się przez zatęchłe powietrze katakumb. Znowu siedzimy rozmawiamy, milczymy, rozkoszujemy się klimatem podziemi. Tymi wilgotnymi murami, stopniowo odsłanianymi delikatnym światłem świeczek.

Ossuarium pełne kości ludzkich pod cmentarzem Montparnasse katakumby Paryż

Ossuarium pełne kości ludzkich, katakumby Paryż

Ossuarium - kości ludzkie pod cmentarzem Montparnasse katakumby Paryż

Korytarze robią się coraz ciaśniejsze i coraz bardziej mroczne. Jesteśmy już pod cmentarzem Montparnasse. Niby nic się nie zmienia, ale świadomość, że kilka metrów nade mną leżą zakopane zwłoki jakoś dziwnie mnie nastraja. Trafiamy na zakręcone, prowadzące na dół schody – No to schodzimy na drugi poziom… – rzuca Sławek. Przez myśl przechodzą mi wspomnienia gry w Diablo, gdzie każdy kolejny poziom zbliżał mnie do piekła. Na dole krętych schodów robi się jeszcze cieplej i jeszcze wilgotniej. Zatęchłe wapienne powietrze oblepia nasze skulone sylwetki. Korytarze są coraz niższe i bardziej kręte. Docieramy do miejsca, gdzie z bocznych korytarzy wysypują się kości. Ossuarium pod cmentarzem. Jedno z wielu. Kości wypełniają szczelnie kręte korytarze. Jak okiem sięgnąć. Każdy krok wywołuje ten przerażający pusty dźwięk. Chrzęst wyschniętych kości rodem z horroru. Tyle, że tutaj to się dzieje naprawdę.

Ossuarium - kości ludzikie katakumby Paryż

Tron z ludzkich kości, drugi poziom katakumb pod cmentarzem Montparnasse - Paryż

Stąpamy po ludzkich szczątkach. Staram się ich nie dotykać, nie zniszczyć. Nie da się. Każdy, najmniejszy krok to chrzęst łamanych kawałków miednicy, potylicy, pęka jakiś kawałek szczęki. Przesuwam piszczele, kości strzałkowe. Myślę sobie, że to dobrze, że nie ma tu całych czaszek, nie mógłbym na nie patrzeć. Za każdym razem mówię – pardon – jakoś tak z przyzwyczajenia. Mimo tego, że się tu wdarłem, staram się oddać szacunek zmarłym. Nie wiem dlaczego, nie wierzę w życie pozagrobowe. Myślę, że koniec oznacza naprawdę koniec. A jednak obcowanie z tyloma szczątkami sprawia, że w coś chyba chcemy wierzyć. Chłopaki puszczają mnie przodem, do końca ślepej uliczki Na miejscu już wiem dlaczego mnie przepuścili. W na końcu stoi tron zrobiony z ludzkich kości i czaszek. Poprzetykany świeczkami. Prezentuje się upiornie, szczególnie w czerwonej łunie świec. Kompletnie nie mieści mi się w głowie jak można się tak bawić śmiercią. Ktoś dla jaj ułożył sobie tron z ludzkich szczątków. Z drugiej strony, w katakumbach śmierć jest tak wszechobecna, że trzeba się z nią oswoić, zaprzyjaźnić. Nie traktować tak serio. Przyjąć jako naturalną kolej rzeczy. Śmierć to też życie.

Kości ludzkie, Ossuarium, pod cmentarzem montparnasse, katakumby - Paryż

Kości ludzkie, Ossuarium, cmentarz montparnasse, katakumby - Paryż

Drugi poziom katakumb to koszmar. Orientacja tu to wyższa szkoła jazdy. Każde rozwidlenie to strach, że źle pójdziemy. Tutaj nawet kompas jakoś odmawia posłuszeństwa. Wracamy na górę. W jednym z korytarzy przeciskamy się przez la chatiere do kolejnego ossuarium. To klasyczna studnia, w której leżą kości. Ponad 300 lat temu zwyczajnie je tu wrzucono. W ilościach ogromnych. Chodząc po podłodze czuję jakby pod moimi stopami było dużo pustej przestrzeni. – pod nami jest jakieś 1,5 metra ludzkich kości wymieszanych z błotem – tłumaczy Sławek. Aż przysiadam z wrażenia. Olo odpala świeczkę w świeczniku zrobionym z ludzkiej kości. Obok ktoś ułożył sobie wieżę jenga z ludzkich piszczeli. Czuję się jak w jakimś horrorze i pytam się sam siebie – co ja tu robię – nie boję się, ale to dla mnie takie niepojęte. Śmierć zawsze była dla mnie czymś tajemniczym, niepojętym, mistycznym. Tutaj zrozumiałem, że śmierć to zwyczajnie pstryknięcie, odcięcie prądu, zamieniające wspaniałą ludzką istotę w kupę wyschniętych kości. Jakie to budujące. Jak bardzo otwiera oczy.

Ossuarium pełne kości ludzkich pod cmentarzem Montparnasse - katakumby Paryż

Kawałek dalej docieramy do dużego ronda. Pośrodku za ścianą znajduje się wielka studnia, do której gramolimy się przez wąską niszę. Jesteśmy w ossuarium Carrefour des Morts – skrzyżowaniu zmarłych. Jakieś 20 metrów nad nami znajduje się cmentarz Montparnasse. Znowu brodzimy w kościach. Pokryte białym wapiennym pyłem piszczele walają się pod ścianami, poukładane w sterty, niczym klocki porzucone w pokoju przez niesforne dziecko. Zatrzymujemy się pomiędzy tymi kośćmi i planujemy dalszą wędrówkę po podziemiach. Chłopaki ślęczą nad mapą a ja chodzę dookoła ronda i zaglądam w korytarze zawalone ludzkimi szczątkami. Nie wiem po co, nie wiem czego szukam, chcę chyba nasycić ciekawość śmierci, która siedzi gdzieś głęboko w nas wszystkich.

Carrefour des mortes - Ossuarium pełne kości ludzkich pod cmentarzem Montparnasse katakumby Paryż

Ruszamy dalej, na północ katakumb. Droga prowadzi wysokimi tunelami, w których widać resztki haków po kablach telekomunikacyjnych. Stropy są wzmacniane kamiennymi łukami. Całość wygląda jak dobrze zachowane piwnice. Mijamy duże skrzyżowanie Carrefour Raspail i ruszamy kolejnymi długimi, prostymi korytarzami. W pewnym momencie chłopaki się zatrzymują i zaczynają nerwowo kręcić – Nie mamy mapy! – Nerwowe szukanie dookoła. Nigdzie jej nie ma. Gdzieś ją zgubiliśmy. Nerwowo zbieramy zapasową i fotografujemy kawałek po kawałku, byle tylko nie skończyć w tym wielkim grobowcu bez mapy. Kiedy tylko kończymy fotografować, Sławek znajduje mapę w… woderach. Zamiast do kieszeni, schował ją do buta. Czuję dużą ulgę. Dobrze wiedzieć, że mamy jednak mapę błądząc po katakumbach pod Paryżem. Szczególnie, że jeszcze nie wiemy jak z nich wyjść. Wejście jest daleko na południu. Droga tam zajęłaby nam zbyt dużo czasu. Liczymy więc, że spotkamy kogoś, kto pokaże nam wyjście.

Mapa katakumb - podstawa orientacji w podziemiach, Paryż

Sławek leci jak burza. Próbuję nadążać. Kiedy znika za zakrętem, daleko w tunelu dostrzegam światło. – ktoś idzie! – światło zbliża się powoli, a wraz z nim cicha muzyka. Pojawia się chłopak z długimi włosami. Zaskakująco czysty. My po dwóch dniach w katakumbach wyglądamy jak robotnicy w kamieniołomach, on jakby dopiero co zszedł. Ot chłopaczek z ulicy. Wołam chłopaków, okazuje się, że oni nikogo nie zobaczyli. Krótka gadka, parę pytań z każdej strony. W końcu Sławek zadaje to najważniejsze – czy zna jakieś wyjście w pobliżu – chłopak mówi o jednym i zaczyna się wymiana wskazówek. Chłopaki wyciągają mapę, trochę ostrożnie, były sytuacje, w których katafile porwali komuś porwać mapę. Nie szanują ludzi, którzy nie potrafią się orientować w katakumbach bez mapy. Na szczęście Francuz nie z tych. Pokazuje magiczne schodki. Sławek jest zaskoczony. Zna ten właz – To przecież było zawsze zaspawane – rzuca. – Od jakiegoś pół roku jest otwarte – tłumaczy chłopak. Fotografuję miejsce na mapie, żeby nie zgubić. Sławek próbuje wypytywać o inne wyjścia, ale chłopak jest asertywny – nie zdradzę wam innych wyjść – no cóż. Jedno nam wystarczy. Pozdrawiamy się, życzymy miłego dnia i rozchodzimy każdy w swoją stronę. Światełko znika w tunelu. To pierwsza osoba, jaką spotkaliśmy w katakumbach. Mary nocne z ukrytej komnaty się nie liczą. Nie wiem czy byli tam naprawdę.

Wchodzimy do małego pomieszczenia przypominającego bar. Tyle, że taki trochę z Flinstonów – wykuty w kamieniu. I cały w błocie. Faktycznie to miejsce nazywa się Bar des Rats, czyli bar szczurów. Sto lat temu odbywały się tutaj regularne imprezy i funkcjonował najprawdziwszy bar. Ludzie dostawali się tutaj krętymi schodami znajdującymi się zaraz obok. Zostawiamy graty i idziemy na górę. Stopniowo zaczyna mnie razić światło słoneczne przeciskające się przez świetliki z grubego szkła. Jesteśmy pod chodnikiem. Widzę jak co chwila czyjeś stopy zasłaniają świetlik, słyszę pusty dźwięk kroków na grubym szkle. Właz jest oczywiście zaspawany, ale wyciągamy telefony i łapiemy zasięg. Zupełnie nie ciągnie mnie do Internetu. Jakość to odcięcie i bycie offline przez dwa dni było ożywcze. To jednak dobry moment, żeby dać znać ukochanej, że żyję. Kiedy schodzę z powrotem w ciemność, słyszę jak Olo rozmawia przez telefon. Szybkie meldowanie rodzinie i z powrotem jesteśmy na dole.

Kręcąc się trafiamy do niemieckiego bunkra z lat ’40 XX wieku. Podczas okupacji Paryża, naziści się tutaj rozgościli. Naturalnie wykorzystali najlepsze możliwe miejsce na bunkier. Ironia losu kilometr stąd na południe znajdował się bunkier francuskiego ruchu oporu. Tutaj nie ma już śladu po tępo ciasnych korytarzach. Wszystko jest idealnie zaprojektowane, dopasowane, wymurowane. W kolejnych korytarzach trafiamy na coraz dziwniejsze murale. Niemal potykamy się o starą niemiecką toaletę chemiczną. Bunkier to konkretny labirynt, więc widzę jak chłopaki lekko niepewni trzymają się prawej ściany i próbują przypomnieć sobie szczegóły z poprzednich wypraw. Na szczęście odnajdują kolejne znajome szczegóły – zazwyczaj murale gołych kobiet. Trzeba przyznać, że te są tu naprawdę ładne. Dzięki spotkanemu Francuzowi wiemy, że w miejsce oznaczone na mapie jako zaplombowane, jest drożne i możemy bez problemu przedostać się do komnaty zwanej Anschluss.

Komanta anschluss - podziemna studnia z wodą pitną katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

Obiad w komnacie Anschluss katakumby - Paryż

Nieczynne wyjście na powierzchnię - komnata Anschluss katakumby - Paryż

Zrzucamy plecaki i ruszamy napełnić butelki wodą. Po krótkim marszu wchodzimy do komnaty, która przypomina świątynię. Schody w dół do małego zbiornika z krystalicznie czystą wodą zasilaną kroplami wody przesączającymi się przez wapienne skały. Plusk spadającej wody wypełnia całe pomieszczenie. W powietrzu unosi się wilgotny zapach wapienia. To jakby wąchać mokry kamień. Olo podchodzi do zbiornika i delikatnie nabiera wodę. Pod krystalicznie czystą wodą jest drobny wapienny muł. Wystarczy jeden ruch i woda zamieni się w mleko. Wracamy do Anschluss – chyba najlepiej przygotowanej komnaty w paryskich katakumbach. Jest tu stół, platformy do siedzenia i spania. Wszystko idealnie równe, zadbane. Duża liczba świeczek świadczy o popularności tego miejsca. Moją uwagę przyciąga kanał prowadzący w górę. Kilkanaście metrów drabiny zakończonej ciemnością. Zaspawany właz. Od czasu do czasu słychać tylko czyjeś kroki na stalowej płycie. Jemy obiad, potem herbata i Gitanesy. Dochodzimy do wniosku, że można by tu spać. Jest tylko jedno ale. Dziś sobota, wieczorem zejdą się tu katafile i będzie impreza, więc ze spania nici.

Nielegalna ekspolaracja - katakumby Paryż

tajne przejście Nielegalna ekspolaracja - katakumby Paryż

Katafile w podziemiach Paryża - Katakumby

Poza tym, musimy sprawdzić, czy wyjście, o którym mówił Francuz na pewno działa. Wychodzimy jutro rano, żeby zdążyć na samolot. Lepiej więc, żebyśmy nie musieli się cofać do wejścia na południu. Ruszamy jednak dalej. Przed nami najcięższa część przeprawy. Najpierw brodzenie w wodzie po kolana, potem przeciskanie się przez małe la chatiere. To jest wyjątkowo wredne. Niskie, kręcące i jeszcze mokre. Trzeba się wyginać, przeciskać i jeszcze pchać worek tak aby nie wylądował w błocie. W końcu udaje się. Jeszcze tylko kilka małych korytarzy i jesteśmy w wysokim tunelu. Ściany są dokładnie pokryte graffiti. Gdzieś zza ściany słychać stłumione odgłosy pociągu – gdzieś tu jest linia metra. Jest coraz brudniej, wszędzie jakieś śmieci. Znowu trafiamy na rowery i miejskie hulajnogi. Przy całym zrozumieniu dla tego alternatywnego stylu życia, uciekania od tego co na górze, w poszukiwaniu innego życia, przeżyć, doznań pod ziemią, nie potrafię zrozumieć po co robić takie rzeczy. Nie potrafię wytłumaczyć głupiego wandalizmu. Jeżeli to walka z konsumpcjonizmem, to najgłupsza z możliwych. Po co to?

Rower miejski, wandale są i tutaj, katakumby - Paryż

Tuż przed wyjściem na powierzchnię - katakumby Paryż

Znajdujemy wyjście. Jest dokładnie tam gdzie miało być. Są świetliki i jest właz. Przez szpary patrzymy co się dzieje na górze. Jak na złość na włazie ktoś stoi. Obok drugi i sobie gadają. No więc stoimy tak w ciszy, obserwujemy i czekamy aż sobie pójdą. Lepiej niż gości na górze, słyszę bicie mojego serca. Po chyba 15 minutach, w końcu znikają. Próbujemy unieść właz. Przypomina skrzypiący stalowy tapczan. Do tego cholernie ciężki. W końcu się udaje. Skrzypi niemiłosiernie i wydaje się, że całe miasto na nas patrzy. Na szczęście nikt nic nie widzi. Opuszczamy właz i spokojni, że jest wyjście, ruszamy dalej. Chłopaki prowadzą mnie po kilku okolicznych atrakcjach. Kręcąc po kolorowych kanałach docieramy do grobowca Tombe de Philibert Aspairt. Przy pamiątkowej tablicy leży kość piszczelowa – oczywiście nie Philiberta tylko przyniesiona – i pali się świeczka.

Philibert Aspait - grobowiec - katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

Komnata Anschluss - katakumby Paryż

Philibert Aspairt to ponoć jedyny człowiek, który zginął w katakumbach Paryża. Był stróżem w szpitalu Val-de-Grace w czasach Rewolucji Francuskiej. w 1793 roku zszedł do podziemi wejściem na podwórku szpitala. Od tej pory słuch po nim zaginął. Jego ciało odkryto 11 lat później – w 1804 roku. Pochowano go w miejscu, w którym znaleziono szczątki. Przyczyna śmierci nie jest znana. Philiberta rozpoznano jedynie po charakterystycznym pęku kluczy. Nie znane są motywy, dla których nieszczęśnik zszedł do katakumb. Legenda głosi, że chciał się włamać do piwnicy win pobliskiego zakonu kapucynów. Nie udało się. Coś poszło nie tak, zgubił się i zginął. W katakumbach to kultowe miejsce. Historia zaginięcia Philiberta została przywołana w 2014 roku w grze Assassins Creed Unity.

Salle des rois chaisess - sala trzech krzeseł - katakumby Paryż

Przy grobowcu Philiberta Sławek rzuca żeby przejść się do Val-de-Grace – niedalekich podziemi szpitala. Sama nazwa wywołuje u mnie dziwny dreszcze. Chłopaki też wypowiadają ją z lekkim uśmiechem, ale podszytym jakimś przerażeniem. Kiedy pytam o co chodzi z Val-de-Grace odpowiadają, że to największy labirynt w katakumbach. Byli tam raz z przewodnikiem, ale nawet on się gubił. Nie trzeba mnie przekonywać. Ruszamy korytarzami Rue des Ursulines – powtarzam piękną, dźwięczną nazwę kilkakrotnie, żeby zapamiętać – przechodzimy przez salę INRI z dziwaczną kapliczką narysowaną węglem na ścianie. W jej centrum stoi plastikowy bidon-matka boska. Jeden z tych tandetnych suwenirów, które można kupić w sklepie z dewocjonaliami w każdym miejscu typu Licheń czy Łagiewniki. Widać, że ktoś tu niedawno pracował. Leżą worki z zaprawą i kupki świeżego piasku. Przysiadamy na chwilę w Salle des trois chaises – sali trzech krzeseł. Jest ich w sumie pięć, ale wszystkie są zniszczone więc siadamy na ziemi i szykujemy się mentalnie na wejście do labiryntu. Chłopaki opowiadają, że w zasadzie nie ma szans ja orientację w Val-de-Grace, bo tam wszystko jest do siebie podobne, a zamiast murowanych korytarzy są szyby starych kopalni.

Jardin du Val de Grace - katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

Podziemia szpitala Val-de-Grace - Nielegalna ekspolaracja - katakumby Paryż

W pewnym momencie Sławek znika w jakiejś dziurze w ścianie. Za nią jest studnia ze schodami, na końcu których jest Salle Z. To największa komnata w całych paryskich katakumbach. Ogromna, wysoka, pełna kolumn i luków przypomina raczej cysterny w Stambule. Jest ekstremalnie wilgotno. Echo niesie odgłosy kapiącej i spływającej wody. Płynie po ścianach, kapie ciurkiem z sufitu. Skaczemy ponad kałużami. Światła naszych czołówek przecinają gęstą mgłę, zza której wyłaniają się fragmenty Salle Z. Wpadamy na jakieś dzieciaki kręcących się po tej części katakumb. Kiedy mówimy, że idziemy do Val-de-Grace robią wielkie oczy. Pytają czy znamy drogę. Trochę się wtedy waham, ale co tam. Jakoś to będzie. Opowiadają historię o jakimś człowieku, który ponoć mieszka w katakumbach. – jest bardzo zarośnięty, brudny i śmierdzący – mija dłuższa chwila zanim, z frenglisz rozszyfrowuję jego imię – djithy – a raczej dirty. Nikt go w sumie nie wiedział. Pewnie kolejna legenda katakumb.

mural, Salle Electrogene, Val de Grace - katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

Salle Electrogene, Val de Grace - katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

Przeciskamy się przez jakieś dziury nad jakimś gruzowiskiem i wychodzimy po drugiej stronie. Val-de-Grace. To miejsce od pierwszych chwil napawa grozą. Atmosfera jak z horroru. Jakąś pierwotność, dzikość i tajemniczość wywołują ciarki. Tu nie ma już murowanych korytarzy. Podziemia Val-de-Grace wyglądają jak jaskinie. Hałdy ziemi, kamienie i gorąc. Niesamowity gorąc. I wilgotność. Jak w łaźni. Wydaje się, że gdzieś tu idzie zepsuta rura centralnego ogrzewania. Według mapy to Salle Electrogene – wygląda jak piwnice jakiejś opuszczonej szkoły. Podmokłe, pełne dźwięków kapiącej wody. Na ścianie wymalowana jest partytura marszu żałobnego Chopina. Taki miły polski akcent. Dalej jest nieco chłodniej. Kończą się wszelkie ślady ludzkiej obecności. Jesteśmy tylko my i przerażające jaskinie. Kiedy przyglądam się bliżej hałdom ziemi, widzę w nich szczątki szpitalnych naczyń. Kawałki białego fajansu składają się w miski, pojemniki, nocniki. Szczątki znaczków nadają im tajemniczości. Próbuję sobie przypomnieć który hiszpański horror mi to przypomina.

upiorne podziemia szpitala Val de Grace - katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

podziemia Val de Grace - katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

Cały czas jestem przerażony, że się zgubimy. Ostrożnie sprawdzamy każde odgałęzienie labiryntu. Układam na ziemi strzałki z kamieni, wskazujące drogę powrotną. Jakież zdziwienie kiedy przed nami wyrasta z mroku jedna z moich strzałek. Kręcimy tak, że okazuje się, że wracamy do punktu wyjścia. Faktycznie wszystko wygląda tu podobnie. Orientacja jest bardzo podstępna. Val-de-Grace zdaje się całe żyć, ruszać, pulsować jakąś niepokojącą energią. Kręcimy się jeszcze trochę po bliższej części – tej, w której są jakieś ślady bytności katafilów. Trafiamy nawet na jedną grupkę przemykającą z dudniącym boomboxem. Znikają tak szybko jak się pojawili. Słyszymy tylko gdzieś w oddali głuche stukanie młotków – zapewne przygotowują sobie komnatę. Obchodzimy kilka pobliskich sal. Są w całkiem niezłym stanie. Pewnie dlatego, że mało kto tu zagląda. Ten rejon cieszy się naprawdę złą sławą. Nic dziwnego – niby nic szczególnego tu nie ma a czuję niepokój. Val-de-Grace jest po prostu upiorne.

Salle des radios, Val de Grace - katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

polskie akcenty, podziemia Val de Grace - katakumby, Paryż, nielegalna eksploracja

Trafiamy na Salle de Radios, z której prowadzą schody na górę – do ulicy. Właz jest oczywiście zaspawany. Nic dziwnego – jakieś 20 metrów centralnie nad nami znajduje się kościół a zaraz obok szpital wojskowy Val-de-Grace. Po drodze kolejny polski akcent, w postaci dwóch najbardziej znanych polskich słów. Czyli nasi już tu byli… szukamy miejsca na spanie, bo okazuje się, że w ferworze eksploracji katakumb, zapomnieliśmy o zegarku. Całkowity mrok też nie przypomniał nam o tym, że już późno – tu zawsze jest noc. Decydujemy się rozłożyć na środku przejścia w Jardin du Val-de-Grace. Po prostu w jaskini. Na skrzyżowaniu. Rozstawiamy we wnękach dookoła zapalone świeczki. Wszystkie, które nam zostały. Jaskinie rozświetla ciepła łuna. Małe płomienie tańczą w gęstym powietrzu. Atmosfera robi się nieco mniej upiorna. Kiedy się kładziemy, dostrzegam malunki na niewysokim stropie centralnie nade mną. Na suficie narysowane są jakieś dziwne znaki, jak z ksiąg czarów, jak z filmów o wiedźmach, trochę jak jakiś kalendarz ze znakami zodiaku. Dookoła powili dogasają lampki, z głośniczka znowu leci „Żniwna dziewczyna” Maleńczuka, a mnie znowu przechodzą ciarki. Nie wiem kiedy i czy w ogóle zasypiam.

Spanie w upiornych podziemiach szpitala Val de Grace - katakumby Paryż

Podziemia szpitala val de grace - katakumby, paryż

W nocy znowu mam wizje. Nie wiem czy oczy są zamknięte, czy nie. Kiedy wydaje mi się, że są otwarte, widzę przed sobą coś co przypomina zorzę polarną w kolorach sepii. Podróż przez jakiś tunel astralny. Obrazy, których nie ma. I wiem, że nie śnię. Gdzieś w oddali słychać ciche głosy. Jakieś kroki, skrzypienie butów, trzask stawów. Podchodzą blisko. Nagle wszystko milknie i słyszę jak się oddalają. Potem znowu wizje. I znów ktoś idzie. Tym razem grupka przechodzi rzucając „bonsła„. Katakumby działają jak jakiś środek odurzający. I tak aż do rana. Wstajemy wcześniej, żeby spokojnie wyjść z katakumb, umyć się i zdążyć na samolot o 10:50. Przynajmniej chłopaki. Ja wracam później, ale nie zostanę tu sam. Sławek w żartach nawet rzuca – Ty Piotr śpij, pochodzisz sobie tu jeszcze i później wyjdziesz, a my już lecimy. Zostawimy ci mapę – sama myśl o spędzeniu tu samotnie dnia napawa mnie przerażeniem. Choć z drugiej strony…

Katakumby Paryż, nielegalna eksploracja

W Salle Z dogorywa impreza. W oparach haszyszu i pary wodnej, w czerwonym świetle wiszą hamaki w których przy muzyce bujają się ludzie. Jak kokony. W korytarzu o pięknej nazwie Rue des Ursulines trafiamy na światło naprzeciwko. Samotna postać z głośnikiem i karbidową lampką powoli wędruje w kwaśnych oparach haszyszu. Witamy się a młody chłopak proponuje wspólnego drinka i „dymka”. Siadamy więc w komnacie INRI – z kapliczką i plastikową Maryjką i chłopaki popijają drinka i poprawiają ostatnimi Gitanesami. W tle leci francuski hip hop. Muzyka katakumb. Chłopak pokazuje jak przygotowuje komnatę. Schodzi tu w weekendy i kopie. Śpi w hamaku. Jest w swoim świecie. Na swoich zasadach. Ucieka z góry – od tego, czego nie lubi. Rozmowa się nie klei, ale nie dlatego, że coś jest nie tak. Po prostu fajnie czasem się zamknąć i trochę pomilczeć. Posłuchać muzyki, wciągnąć zapach katakumb, wodzić wzrokiem za strumieniem światła czołówki. Ot tak. Szkoda, że trzeba iść. Kilka korytarzy, murale, dźwięk pociągu, kałuże, schody i jesteśmy przy włazie. Znowu światło dnia. Przeraźliwe skrzypienie metalu. Słońce wdziera się do dziury. Skok do góry i jesteśmy na ulicy. Klapa zamyka się z hukiem. Koniec!

Tajemne wyjście z katakumb na ulicę - Paryż

Jesteśmy na porannej, pustawej ulicy gdzieś przy Ogrodzie Luksemburskim. Jest chłodno, pięknie. Poranne słońce oświetla różowym światłem idealnie paryskie kamienice. Zielone drzewka są idealnie przycięte. Auta równiutko zaparkowane. Wszystko jest takie jasne, kolorowe, soczyste. Przestrzeń tak ogromna, że wszechogarniająca, onieśmielające, dezorientująca. Przez chwile chodzę jak pijany od natłoku bodźców. Tyle kolorów, tyle zapachów, tyle dźwięków. Przez 2 dni prawie nie było kolorów, był wieczny mrok, nie było dźwięków poza pluskiem wody i mlaskaniem gęstego błota, nie było zapachów, poza wapienną wonią katakumb. Było tylko gęste, wilgotne powietrze. Teraz jest wszystko. Takie piękne. Przeskakujemy przez płot do zamkniętego jeszcze parku i przy fontannie zmywamy z siebie dwa dni katakumb. Wracamy do życia. Ściskamy się i chłopaki jadą na lotnisko. Trochę nam się przeciągnęło, więc muszą lecieć. A ja zostaję sam. W ten piękny poranek, siedzę na ławce w parku Jardin des Grands Explorateurs. Kiedy patrzę na różowe niebo za paryskimi kamienicami, przyjemnie otula mnie chłodny poranek.

Pałac Luksemburski, Paryż - po wyjściu z katakumb

Zwykły właz na ulicy Paryża - tajemne wejście do katakumb - Paryż

Mam chwilę, żeby pokręcić się jeszcze po Paryżu. Chcę zobaczyć miejsca, pod którymi byliśmy – cmentarz Montparnasse, ludzi stojących w kolejce do katakumb, szpital Val-de-Grace. Idąc ulicą zauważam właz do studzienki kanalizacyjnej. Nie mogę od niego oderwać wzroku. Zastanawiam się co jest na dole. Na pewno prowadzi do tunelu, który biegnie pod ulicą. W głowie odtwarzam siatkę korytarzy. Ciągnie mnie na dół. W głowie już widzę jak pokonuje kolejne korytarze, zakręty, dotykam mokrych ścian, chłonę kolejne dziwaczne murale. Jak wracam do cienia. Podobno to całkowicie normalna reakcja po wyjściu na powierzchnię. I nie ma co z tym walczyć. Cata disease to fakt. I jest nieuleczalna. Wspomnienie tego innego świata jeszcze długo siedzi w głowie. Uwiera, szepcze. Ta wolność uwodząca mrokiem i gęstym, wilgotnym powietrzem o smaku kamienia.

  Ulice Paryża. Już na powierzchni

Schodzenie do katakumb poza oficjalnym wejściem bez eskorty jest zabronione. Grozi za to grzywna. Eksploracja katakumb na własną rękę jest niebezpieczna.