Ulice Kioto, Japonia

Kioto w deszczu. Lekcja cierpliwości

Po magicznym dniu w Nara i szalonej nocy w Osace, ruszamy do kolejnego punktu na naszej trasie – Kioto. Każdy, kogo pytałem o Japonię mówił to samo – Kioto to Japonia, jaką chcesz poznać. Kilkusetletnie świątynie, kolorowe kapliczki, przepiękne ogrody, całe dzielnice zabytkowych drewnianych domów. Tradycja, piękno i spokój. To tu w jednym miejscu mamy znaleźć to, co stanowi istotę Japonii. Tu mamy szanse natrafić na gejsze. Kioto miało być kulminacją naszej podróży, momentem wytchnienia pomiędzy, zupełnie odjechanymi atrakcjami jak wyspa królików i gorączkowymi i szalonymi miastami jak Osaka czy Tokio.

stacja kolejowa Osaka - w drodze do Kioto trafiamy na ludzi wyglądających jak prosto z Mangi, Japonia

Porcja sushi - śniadanie w pociągu Osaka-Kioto, Japonia

Kiedy docieramy na dworzec, zaczyna do nas docierać, że poprzedni wieczór to chyba jednak nie był zwykły wieczór w Osace. Musiała tu być jakaś gruba impreza, ponieważ wszędzie jeszcze kręcą się ludzie pomalowani i poprzebierani za bohaterów z mangi. Najwyraźniej tylko w nas budzą zdziwienie, wszyscy naokoło zdają się ich nie zauważać, więc może przebierańcy to normalne zjawisko w Japonii. A może jeszcze śnimy? Na pewno nie. Na nogi stawia nas pyszne sushi kupione w supermarkecie. Teraz łakomie wsuwamy je siedząc w pociągu i patrząc na japońskie krajobrazy za oknem. Szary poranek przecinają kolejne pola ryżowe na zmianę z miasteczkami pełnymi kominów, kabli i betonu. Jest brzydka pogoda, ale to właśnie ona nadaje temu miejscu niepowtarzalnego klimatu. Nie jest smętnie i dołująco. Bardziej tajemniczo i niesamowicie.

Okolice dworca - Kioto, Japonia

Kiedy docieramy do Kioto, pogoda jest już zupełnie beznadziejna. Siąpi zimny deszcz i nic nie zapowiada, aby miało się przejaśnić. Kręcimy się chwile po ultranowoczesnym, ogromnym budynku dworca w nadziei, że może choć na chwilę przejdzie ulewa. Udaje się! Trafiamy w okienko bez deszczu i ruszamy do naszego hoteliku zostawić rzeczy. Idziemy labiryntem maleńkich uliczek, pośród przepięknych drewnianych domków. To jakby inny świat. Całe kwartały miniaturowych domów pośrodku miasta. Wszystkie połączone ze sobą pajęczyną kabli energetycznych. Za małymi płotkami są równie maleńkie ogródki. Na podjazdach stoją pudełkowe mikrosamochody. Kiedy docieramy na miejsce znowu zaczyna się ulewa. Chowamy się w przepięknym, starym drewnianym domu HARUYA Umekouji.

Przepiękne stare drewniane domy - Kioto, Japonia

HARUYA hostels terrace - Kioto, Japonia

Zza odsuwanych drzwi wyłania się inny świat. Cisza i spokój. Za cienkimi ścianami słychać monotonny deszcz. W półmroku, który próbuje pokonać blade, ciepłe światło wyostrzają się pozostałe zmysły. Czujemy zapach drewna, z którego zbudowany jest ponad stuletni dom. Słyszymy szelest drzew i uderzenia kropli. Każdej z osobna. Deszcz nie jest tu jednym nieokreślonym szumem, a składa się z tysięcy pojedynczych uderzeń, z których każde ma swój unikalny odgłos. Pada tak mocno, że nie mamy po co nawet wychodzić. Ściana deszczy nas zniechęca. Pani zaprasza nas do pokoju, zdejmujemy więc buty i siadamy na ziemi wokół małego, niskiego stolika na środku.

HARUYA hostels terrace - wnętrze i Kotatsu - Kioto, Japonia

HARUYA hostels terrace - wnętrze - Kioto, Japonia

Naokoło jest dość chłodno, ale pani pokazuje nam jak działa kotatsu. To właśnie ten stolik. Spod blatu naokoło wystaje coś, co wygląda jak obrus do samej ziemi, a strukturą przypomina kołdrę. Wystarczy ją podnieść i schować pod nią nogi siedząc naokoło stolika. Pod nim zamontowana jest elektryczna poduszka, która ogrzewa siedzących dookoła. To przy kotatsu zimą w Japonii skupia się życie. Teraz w chłodny, deszczowy dzień, my siedzimy naokoło, chłoniemy atmosferę tego pięknego starego domu, rozglądamy się, oglądamy parawany z pięknymi pejzażami Japonii i żurawiami, czytamy książki. Zwiedzania nie ma. Dziś Japonia testuje naszą cierpliwość, uczy nas pokory. Jest o tyle łatwo, że samo spędzanie czasu tu w tym starym drewnianym, pachnącym historią domu jest niesamowitym przeżyciem. To jak cofnięcie się w czasie o 100 lat. To niesłychane skupienie, cisza, przerywana co i raz delikatnymi skrzypnięciami podłogi. Cisza tak intensywna, że słychać trzeszczenie ołówka o papier, kiedy właścicielka coś wypisywała. Nawet najmniejsze chrząknięcie wydaje się straszliwym hałasem. To jest Japonią, której nie ma na zdjęciach, to jest Japonia, która zapisuje się w duszy, trzeba ją zapamiętać!

Autobus miejski, Kioto, Japonia

Ulice Kioto w deszczu, Japonia

Nishiki Market - Kioto, Japonia

Po kilku godzinach, po południu deszcz lekko łagodnieje, postanawiamy więc ruszyć i zobaczyć choć trochę Kioto. Bierzemy autobus i ruszamy do centrum. Nie zdążyliśmy przejechać połowy drogi a znowu oberwanie chmury. Prosto z autobusu wyskakujemy pod wiatę przystanku, stamtąd pod markizy jakiegoś sklepu. Kic kic i już jesteśmy w jakimś pasażu, który dociera do Nishiki Market – największego targowiska z lokalnymi specjałami. To nas akurat nie martwi i tak chcieliśmy tu przyjść. Parę kroków, kolorowe pawilony, stragany i sklepy, już jesteśmy. Nasze nosy potwierdzają – jesteśmy koło jedzenia. Mieszanka dziwnych, niespotykanych dotąd zapachów dociera do nas z długiej, krytej alei.

beczki z warzywami marynowanymi w sakekasu - Nishiki Market - Kioto, Japonia

Warzywa marynowane w Sakekasu - osadzie powstającym przy produkcji sake Nishiki Market - Kioto, Japonia

Ruch coraz bardziej się zagęszcza, alejka robi się coraz węższa, ludzie zaczynają się przepychać. Z pawilonów i straganów po bokach co i raz dochodzi – Irasshaimase! – zapraszające wołanie sprzedawców i restauratorów. Jest jedzenie. Dużo jedzenia. Dziwnego, mało co poznajemy. Najbardziej nasza uwagę przykuwają wszechobecne drewniane beczki. W środku marynują się przeróżne warzywa – od kapusty pekińskiej przez rzodkiew aż po gorzkie melony uri. Liście, bulwy, korzenie – wszystko, co tylko się da – marynuje się w dziwnej brązowej paście. Pierwsze skojarzenie – pasta miso – ale po spróbowaniu to nie to. W smaku lekko słonawe, ale też świeże. Okazuje się, że to sakekasu – pasta z osadu będącego efektem ubocznym produkcji sake. Powszechnie używana jako środek konserwujący i dodatek smakowy. Miejscowy specjał numer jeden. Jest wszędzie – niemal co drugie stoisko oferuje sakekasu. Przetwory wyglądają dziwnie, wręcz mało apetycznie, ale smakują naprawdę dobrze.

Ryby na patyku Nishiki Market - Kioto, Japonia

Gotowane ośmiorniczki - Nishiki Market - Kioto, Japonia

Na zmianę z sakekasu, na straganach można znaleźć ryby i owoce morza – w końcu to Japonia! W większości są albo już przygotowane, albo robione na bieżąco: smażone, grillowane, gotowane, podawane na surowo, w kawałkach. Rzucają nam się w oczy dziwaczne ośmiorniczki poskręcane i rzucone na talerz, wyglądają jak stwory z innej planety. Ryby smażone na głębokim oleju ponadziewane na patyki. Nas przekonują szaszłyki. Idealnie zrobione ośmiorniczki w japońskim barbeque – słonym, dymnym – oraz grillowane mięso kraba. Takie oryginalne surimi, które w smaku od tego polskiego różni się… wszystkim! Stoimy w całym tym ścisku, napierającym tłumie i próbujemy jeść. Na koniec okazuje się, że nie ma kosza na śmieci. Patyczki i serwetki oddaje się na stoisko, na którym się kupiło jedzenie. Street food w wersji japońskiej.

Szaszłyk z ośmiorniczki i mięso kraba - Nishiki Market - Kioto, Japonia

łosoś doskonały - Nishiki Market - Kioto, Japonia

Zaraz obok stoisko z łososiem. Patrzymy jak właściciel najpierw odkrawa piękne, jędrne kawałki od wielkiej łososiowej tuszy, następnie kroi je na mniejsze i grilluje na gorącej płycie. Z każdej strony, ostrożnie. Widać, że robi to od lat. Po kolei opieka delikatnie rybę z każdej strony tak, aby pozostała surowa w środku, a skórka była chrupiąca. Każdy kawałek jest robiony zgodnie ze sztuką, co do sekundy. Ryba wygląda na idealnie wysmażoną. Jędrną i delikatna. Złapana w tym jednym perfekcyjnym momencie, który tak łatwo przegapić i przesmażyć rybę.

pieczone wróble - Nishiki Market - Kioto, Japonia

Świątynia pośrodku Nishiki Market - Kioto, Japonia

Metr dalej kolejna niespodzianka – pieczone wróble – na patyczkach jak małe nietoperze. Przypominają bardziej wszystkie te dziwactwa dla turystów przy Khao San Road w Bangkoku. Wygląda na to, że w Japonii nie marnuje się jedzenia. Co za pech, że akurat jedliśmy właśnie szaszłyki. Może innym razem. A może jednak nigdy… Idąc z tłumem trafiamy na jeszcze wiele takich ciekawostek. Nie opuszczając bazaru trafiamy do świątyni. Pośrodku bazaru. W zasadzie to trudno powiedzieć, co było pierwsze. Czy to świątynię postawiono na bazarze czy to targowisko przejęło ulice obok świątyni. Raczej to drugie, bo Nishiki to po prostu zadaszona ulica pomiędzy domami, które zamieniły się w pawilony, stragany, stoiska. Niesamowite jak w jednej chwili znika gwar, tłum i panuje cisza, spokój i skupienie. Deszcz uderzający o dachówki świątyni, światło świec i dym kadzidełek.

kaiten sushi no Musashi - najlepsze w Kioto na dworcu kolejowym, Japonia

Tymczasem deszcz nie przestaje lać. A my po chwili na ulicy cali mokrzy, postanawiamy wracać do naszego pięknego, starego hoteliku i wygrzać się przy kotatsu i posłuchać deszczu. Po drodze trafiamy jeszcze na dworzec, postanawiamy więc zajrzeć do tutejszego kaiten sushi czyli baru z sushi jeżdżącym wokół baru na taśmociągu – Sushi no Musashi – ponoć najlepszego w Kioto. Ot zwykły lokal na dworcu… No właśnie nie zwykły. Zawsze zatłoczony – dziesiątki gości wokół dużego baru, za którym ze znawstwem uwijają się mistrzowie sushi. Pochyleni z precyzją przycinają rybę, formują kulki z ryżu i układają kawałeczki tłustego tuńczyka, łososia i innych ryb. Przy takim przerobie, wszystko jest idealnie świeże.

obiad w kaiten sushi no Musashi - najlepsze w Kioto na dworcu kolejowym, Japonia

nasz obiad w kaiten sushi - Sushi no Musashi - najlepsze w Kioto - dworzec kolejowy, Japonia

To miejsce bije na głowę wczorajsze Genroku sushi na Dotonbori: cenami, atmosferą, wyglądem, smakiem, słowem: wszystkim. Zachwyceni poruszającymi się talerzykami, chwytamy za kolejne pięknie wyglądające porcje sushi. Jasne talerzyki 146 jenów, ciemne 346 jenów. Na tych drugich są specjalne kawałki – bardziej tłuste „brzuszki”, krewetki, homary, ikra i inne specjały, ale wszystkie, nawet te podstawowe powodują ślinotok. Sushi rozpływa się w ustach. Wszystkie te tuńczyki, łososie, węgorze, maślane i inne są po prostu doskonałe. Do tego cały czas nowe, jeszcze bardziej wyszukane, podjeżdżają prosto do buzi! To najlepsze sushi, jakie jedliśmy w Japonii. A dworcowa atmosfera jest nie do opisania. Wszyscy ci ludzie wchodzący, zasiadający na chwilę i rozkoszujący się tym pysznym jedzeniem. Siadają i zapominają na chwilę o pośpiechu, całej tej gorączce, wyścigu szczurów. Jedzenie tu to rytuał. Po tej chwili zwolnienia, zbierają się nagle i znikają w drzwiach. Tylko my się zasiedzieliśmy. Obok nas piętrzy się piramida z talerzyków.

Autobus miejscki w Kioto Japonia

Shijo Dori - w drodze go Gion - dzielnicy gejsz - Kioto, Japonia

Wieczorem nieco się przejaśnia, więc nie poddajemy się i wracamy na miasto. Kioto ma w sobie coś niesamowitego. To spore miasto – żyje tu półtora miliona ludzi – a wydaje się, że to wioseczka. Mimo że na ulicach jest dużo ludzi, to panuje tu jakiś dziwny spokój. Zabudowa jest niska, przyjazna, nie ma tu wielkomiejskiej drapieżności, wszechobecnego szkła, stali i betonu. Tu poza ścisłym centrum są drewniane niskie domki. Miasto napełnia jakąś pozytywną energią. Jest pięknie i klimatycznie. Kobiety chodzą po ulicach ubrane w kolorowe kimona. Wszędzie czuć tu historię, starą Japonię. Po prostu chce się tu być.

ulice Gion - dzielnica gejsz, Kioto, Japonia

Gion - dzielnica gejsz - nocą, Kioto, Japonia

Po krótkim spacerze główną i dość głośną jak na Kioto, Sanjo-dori, docieramy do Gion – dzielnicy Gejsz. Oczywiście byliśmy uprzedzeni, że zobaczyć gejszę to jak wygrać w totka. Szanse są niemal zerowe, ponieważ gejsze unikają ludzi. Co najwyżej może trafimy na maiko – uczennicę gejsz. Nie ma to znaczenia. Sama dzielnica Gion jest przepiękna. Te XVII-wieczne drewniane domy, ze zdobionymi balkonami, drewnianymi płotkami i trzcinowymi roletami i pięknymi miniaturowymi drzewami w równie miniaturowych ogródkach. Wiszące czerwone lampiony promieniujące soczystym światłem. Do tego ta cisza i spokój. Wystarczy odejść w dowolną alejkę od głównej zatłoczonej Hanamikoji Dori. Zupełnie jak w starych filmach o Japonii. Tylko wszechobecne pudła klimatyzatorów przypominają, że jesteśmy w XXI wieku.

herbaciarnie w Gion - dzielnicy gejsz, Kioto, Japonia

świątynie i tori w Gion - dzielnicy gejsz, Kioto, Japonia

Błądzimy tak sobie po ciemnych uliczkach. Zaglądamy w przejścia, wabieni tajemniczym światłem wchodzimy w tajemnicze długie przejścia, na końcu których są herbaciarnie. Obcym wstęp wzbroniony. Przez szparki w drzwiach patrzymy na puste korytarze skąpane w bladym świetle. Gdzieś tam są gejsze. Pomiędzy domkami pochowane są małe świątynie, przed którymi stoją krwistoczerwone torii – w nocy świecące jeszcze bardziej pośród ciemności Gion. Idziemy do Gion Corner – tutejszego centrum kultury szerzącego tradycje japońskie – aby obejrzeć taniec gejszy. Na miejscu jednak, widząc tłumy wysypujące się z dwóch autokarów, dochodzimy do wniosku, że chyba nie o to nam chodziło.

Gion - dzielnica gejsz - lampa przy ulicy Kioto, Japonia

Kiedy wychodzimy na jedną z bocznych ulic dochodzących do Hanamikoji Dori dzieje się coś dziwnego. W powoli sunącej z naprzeciwka taksówce dostrzegam jakby widmo. Czuję jakiś dreszcz, jakbym oglądał japoński horror. Dopiero po chwili dociera do mnie, że z tym samochodem jest coś nie tak. Kiedy patrzę znowu, aż zamieram. Pośród mroku, obok kierowcy w mundurze i śnieżnobiałych rękawiczkach trzy trupioblade twarze. Zupełnie nieruchome, jak porcelanowe lalki. W wrażenia i niedowierzania, przechodzi mnie dreszcz. Zatrzymujemy się i tylko szturchamy w milczeniu, żeby pokazać to, co widzimy. Wszystko dzieje się tak nagle, że nie ma nawet szans wyjąć aparatu czy nawet pomyśleć o robieniu zdjęć.

Gion - dzielnica gejsz, Kioto, Japonia

Auto zatrzymuje się na rogu bocznej uliczki, jedna z kobiet wysiada. Jest pięknie ubrana w kolorowe kimono i szeroki pas. Włosy upięte ponad czarną, prosto ułożoną w kopułkę peruką. Wydaje się, że pośród tej ciemności świeci. Opada na nią jakaś struga światła. Gejsza szybko drobi boczną uliczką kilkanaście metrów, nie odwracając się, po czym znika w drzwiach jednego z pięknych drewnianych domów. Auto z pozostałymi oddala się niczym zjawa. Ludzie zaczynają się orientować, że to prawdziwe gejsze, ale jest już za późno. Nie ma ich. Rozpłynęły się w mroku. Oto nasze spotkanie z gejszą. Niespodziewane i niesamowite. Jeszcze długo potem zastanawiamy się czy to była geiko (gejsza) czy maiko (uczennica gejsz). Wszystkie znaki – usta, włosy, kimono, pas – wskazują na to, że jednak gejsza.

wieczorem przy shinbashi dori - Kioto, Japonia

Zabytkowe japońskie domy przy shinbashi dori - Kioto, Japonia

Idziemy na północ na Shinbashi Dori. To mała uliczka, wzdłuż której stoją przepiękne stare drewniane domy. Ulica sprawia wrażenie doskonale kameralnej, zwisają nad nią gałęzie wierzb i wiśni. Jak pięknie musi tu być wiosną, kiedy wszystko kwietnie. Na razie spacerujemy po ciemku wsłuchując się w delikatny szum pobliskiego strumienia i zaglądając do wypełnionych ciepłym światłem domów. Dookoła zamknięte już sklepiki i galerie ze sztuką japońską, w jeszcze jasnych oknach widać ludzi siedzących przy herbacie. Słychać przyciszone rozmowy, na kamiennej ulicy dźwięczy każdy, nawet najmniejszy krok. Kioto żyje swoim powolnym wieczornym tempem. My też powoli się zapominamy i po prostu spacerujemy w tę i z powrotem Shinbashi Dori.

Świątynia Yasaka - brama - Kioto, Japonia

Świątynia Yasaka - park ze świątyniami - Kioto, Japonia

Świątynia Yasaka - Kioto, Japonia

Docieramy do świątyni szintoistycznej Yasaka, która stoi w parku Maruyama nieopodal dzielnicy Gion, otoczona kilkunastoma innymi mniejszymi kapliczkami i świątyniami. Jest niemal zupełnie pusto, jedyne dźwięki to puste odgłosy lekko uderzających o siebie lampionów smaganych wiatrem. Schowane pomiędzy drzewami świątynie i kapliczki wyłaniają się kolejno, kiedy krążymy wąskimi ścieżkami. Drogę wskazują pomarańczowoczerwone latarnie. W świetle lamp ten kolor wydaje się jeszcze bardziej intensywny wręcz razi w oczy. Do tego kamienne schody, posągi, tori. Czy nadal jesteśmy w XXI wieku, czy cofnęliśmy się w czasie? Wszystko tu jest tak odległe, takie obce. Czujemy się tacy malutcy. Wszystko to budzi zachwyt i niesamowity szacunek. Doskonała kompozycja natury i dzieła człowieka. Idealna harmonia. I ten mrok, który obleka wszystko warstwą tajemniczości i mistycyzmu. Tak, japońskie świątynie trzeba zwiedzać po zmroku. I w deszczu. Bo ten akurat znowu się pojawia.

Japoński sernik z cukierni Pablo - lekki, delikatny, przepyszny - Kioto Japonia

HARUYA hostels terrace - ksiązki i wnętrze pokoju - Kioto, Japonia

Przemoczone buty oznaczają koniec zwiedzania. Zahaczamy jeszcze o pobliską cukiernię i kupujemy upatrzony dawno japoński sernik – jeden z tych wysokich, leciutkich i puszystych jak gąbeczka ciast, które trzęsą się jak galaretka przy najmniejszym poruszeniu. W naszym cieplutkim hoteliku siadamy w przytulnej sali ze ścianą cała w japońskich książkach i pochłaniamy sernik popijając pyszną zieloną herbatą z japońskich miseczek. Wspominamy dzień w Kioto. Teoretycznie nic nie zobaczyliśmy, nie po to przecież przyjeżdża się do Kioto, żeby przejść po bazarku i kilku uliczkach Gion. Kioto to przecież Pałac Cesarza, zamek Nijo, las bambusowy, świątynia Fushimi Inari. Nic z tego nie zobaczyliśmy, a jednak spędziliśmy cudowny dzień, posmakowaliśmy klimatu Japonii, deszcz nauczył nas cierpliwości i pokory. Kiedy się już z nim zaprzyjaźniliśmy, pokazał nam inne piękno Kioto. To trochę nowy rodzaj zwiedzania. Wzbogacił nas, pokazał, że nawet w takich warunkach się da, że piękno niektórych miejsc jest nieoczywiste i właśnie deszcz pozwala je odkryć.

Nijojocho - zamek nijo - Kioto, Japonia

shinbashi dori - jedna z najpiękniejszych ulic w Japonii - Kioto, Japonia

Następnego dnia wstaję wcześnie. Pogoda jest przepiękna. Słońce powoli wychodzi zza gór. Na cudownie różowo-błękitnym niebie odcinają się delikatne ciągle szarawe chmury. Jeszcze przed porannym wyjazdem do Tokio chcę zobaczyć choć trochę Kioto za dnia. Wybieram się na przebieżkę maleńkimi uliczkami. Rześkie poranne powietrze wyostrza piękne ciepłe barwy i sprawia, że miasto wygląda jeszcze piękniej. Przebiegam obok zamku Nijo skrytego za szeroką fosę. Piękne mury i wieże zapraszają mnie do środka. Szkoda, że jest 6:00 rano. Biegnę do Gion, zobaczyć te same piękne ulice i stare domy za dnia. O poranku Shinbashi Dori wygląda jeszcze cudowniej. W promieniach porannego słońca, wierzby tańczą w rytm wzmagającego się wiatru. Zupełnie zasłużenie, ulica określana jest mianem jednej z najpiękniejszych w Japonii a nawet całej Azji. Tyle naturalnego piękna, wydaje się jakby tą ulicę i domy stworzyła natura a nie człowiek. Shinbashi Dori to pomnik harmonii ludzi i przyrody.

Uliczki Gion i Shinbashi Dori, Kioto Japonia

dzielnica gejsz Gion, Kioto, Japonia

W zaułkach Gion widać wczesną jesień. Na kamiennych ulicach, na wietrze unoszą się pierwsze złote liście. Sama dzielnica, z niesamowitej i tajemniczej, spowitej mrokiem, w świetle poranka zamienia się w idealną makietę XVII-wiecznej Japonii. Jak w muzeum. Po wyludnionych ulicach hula coraz silniejszy wiatr. Biegnę przez ogrody świątyni buddyjskiej Kenninji. Ascetyczne ogrody z rachitycznymi, ale pięknymi iglakami przesłaniają wspaniałe świątynie. Jest ich tu kilka. Kręcące chodniki prowadzą mnie od jednej do drugiej. Kioto jest przepiękne. Można tu spędzić całe dnie, jeśli nie tygodnie. Siedzieć gdzieś tu, patrzeć na świątynie, wsłuchiwać się w wiatr. W Kioto szkoda każdej sekundy słońca, szkoda czasu na spanie. W nocy miasto odsłania swoje drugie tajemnicze oblicze. Kiedy więc spać? Odpoczywać? Kioto może pochłonąć bez reszty!

Świątynia buddyjska Kenninji - Gion, Kioto, Japonia

Nabrzeże rzeki Kamo - Kioto, Japonia

Jeszcze tylko spacer wzdłuż rzeki. Tu Kioto przypomina bardziej jakąś prowincjonalną mieścinę niż półtoramilionowe miasto. Niskie domki, nieuregulowany, dziki brzeg. W centrum Kioto! To trochę jak spacer po wsi. Taka swoboda, wolność, bliskość natury, a przecież 50 metrów dalej jest stacja metra. I znowu te wąskie uliczki, małe domki połączone ze sobą pajęczyną kabli elektrycznych. Drewno, śliczne dachówki, płotki, przesuwane drzwi i malutkie, pudełkowe samochody wystające z mikroskopijnych podjazdów. Taki świat w miniaturce. Wydaje się, jakby można go było zamknąć w szklanej kuli i postawić na komódce. Jeszcze parę kroków, kilka zabytkowych drewnianych domów w kolorze mahoniu i jestem pod hotelem. Poznaję po rowerach i automacie z napojami na rogu.

Ulice Kioto, Japonia

spacer uliczkami Kioto, Japonia

Kiedy godzinę później idziemy na stację, to samo Kioto, które jeszcze wczoraj przywitało nas ulewą, dziś żegna nas przepięknym słońcem i świeżym wiaterkiem. Jeszcze wczoraj mówiliśmy sobie – kurcze, mamy pecha z tą pogodą – dzisiaj wiemy, że to nie tak. Owszem, w kategoriach turystyki, praktycznie nic nie zobaczyliśmy w Kioto. Tyle, że to nie nasza kategoria. Deszcz nas nie pokonał, oswoiliśmy się z nim. Po raz pierwszy zrozumieliśmy, że musimy być lepiej przygotowani a pogoda nie jest w stanie nam pokrzyżować planów. Dzięki tej pogodzie zobaczyliśmy to, czego inaczej pewnie byśmy nie zobaczyli. Poznaliśmy Japonię z nieco innej strony. Mogliśmy posiedzieć w ciszy przy kotatsu, wsłuchując się w cudowne odgłosy deszczu. To niesłychane, że jedno z najlepszych wspomnień z Japonii zyskałem nie wychodząc nawet z hotelu. Tak czy siak, na pewno tu wrócimy. Na dłużej. O wiele dłużej.

Kioto, Japonia